|
piątek, 27 stycznia 2012
Właściwie, to nigdy się nie rozczytywałam w twórczości Umberto Eco; jasne, znam "Imię Róży" i jeszcze "Baudolino". To Zet szaleje za każdym nowym jego tytułem i właśnie on zachęcił mnie do lektury nowości: "Cmentarza w Pradze": - To dość pokrętna, freudowska powieść, ale jest tam mnóstwo przepisów kulinarnych. - Ooooo ... to czytaj szybciej! pożyczysz mi, co? I jestem właśnie mniej więcej w połowie lektury.

To dość ryzykowne i nietypowe, pisać recenzję książki, nie przeczytawszy jej do końca:) Ale miłośnicy historii, zwłaszcza burzliwego wieku XIX we Włoszech i Francji będą zachwyceni. Wyznawcy psychoanalizy znajdą wiele materiału do studiów. A smakoszom można polecać tę książkę już od strony 28 - tu znajdziemy pierwszy przepis na côtes de veau Foyot - danie z cielęciny. Zaznaczam sobie strony, do których wrócę:) już w swojej kuchni. Ot, choćby strona 109 - agnolotti alla piemontese - uszka po piemoncku "wypełnione farszem z pieczonego mięsa białego i czerwonego, gotowanej wołowiny, gotowanej kury bez kości, kapusty zapiekanej wraz z pieczenią, czterech jajek, parmezanu z Reggio, gałki muszkatołowej, soli i pieprzu, do tego sos z pieczeni wzbogacony masłem, ząbkiem czosnku i liśćmi rozmarynu..."
Czy to nie brzmi doskonale? Takich zarysów przepisów jest mnóstwo! Są i bardziej dokładne:) To świetny materiał do stworzenia książki kulinarnej Umberto Eco:)
czwartek, 26 stycznia 2012
Wyszły mi super!

Nie miałam żadnych kłopotów ani z ciastem, ani z wyciskaniem, ani ze smażeniem. Problem w tym, że chcę je mieć na sobotnie popołudnie, czyli za dwa dni. Czy wytrzymają tak długo? I nie chodzi mi bynajmniej o ich przedwczesne wyjadanie:)))) Tylko czy pozostaną chrupiące? czy nie zmienią się w gumowe gnioty? Zrobiłam je wcześniej, bo po pierwsze, nie wiedziałam, czy mi wyjdą:) a po drugie w sobotę nie będę mieć na to czasu. Pocieszam się, że jest to jednak ciasto typu ptysiowego, więc nie powinno byc problemu. Zobaczymy. Stosowny meldunek nastąpi:)
wtorek, 24 stycznia 2012
Sieć Alma do końca lutego br. ma bardzo ciekawą promocję: za zakupy płacone kartą zbliżeniową PayPass (te powyżej 50 zł) otrzymuje się butelkę włoskiej oliwy 250 ml.

Nie podano producenta tej oliwy; jest butelkowana przez Almę, z jej nalepkami, dlatego początkowo bardzo nieufnie podchodziłam do tego gratisu. Ale niesłusznie. Oliwa jest naprawdę dobra: ma delikatny smak, bez posmaku goryczki, który tak często towarzyszy oliwom. Polecam!
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Czy ktoś robi jeszcze kanapki na imprezy? Przyznam się, że ja właściwie już nie. Jakoś wydają mi się za mało wykwintne, i myślę, że goście mogliby się poczuć za mało uhonorowani... no, coś w tym stylu:) Kiedyś, zwłaszcza w czasach studenckich, kanapki to był hit i obowiązkowy punkt każdego przyjęcia. I znikały w mig! Ale może warto wrócić do tej tradycji? tylko dopracować bardziej wygląd? Póki co, domowe kanapeczki na niedzielne popołudnie, smacznego:)

niedziela, 22 stycznia 2012
Wprawdzie już zakończyłam testy kuchni hiszpańskiej na moje najbliższe przyjęcie - to już w następną sobotę! - i to danie nie wejdzie do menu, ale brzmiało tak interesująco, że zrobiłam je na sobotnie popołudniowe małe conieco. Bardzo polecam! Polędwiczki bardzo lubią występować w towarzystwie miodu, a wino i pomarańcze dodały im finezji i eleganckiego szyku:)

1 polędwiczka wieprzowa starta skórka z 1 pomarańczy 1 ząbek czosnku łyżka masła, łyżka oliwy pół szklanki białego wytrawnego wina 2 łyżki miodu sól, pieprz, mielony imbir
Polędwiczkę pokroić w poprzek na kawałki i lekko posolić. Na patelni rozgrzać oliwę i masło i przesmażyć mięso z obu stron. Nagrzać piekarnik do 200 st. C. Miód rozetrzeć z połową wina, dodać sporą szczyptę imbiru, pieprz, przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku oraz skórkę z pomarańczy. Polędwiczki przełożyć do miski, zalać przygotowanym sosem, dokładnie wymieszać, aby każdy kawałek mięsa był sosem otoczony. Przełożyć do żaroodpornego naczynia. Na patelnię, na której smażyły się polędwiczki wlać pozostałe wino, lekko podgrzać, po czym zalać nim polędwiczki. Wstawić do piekarnika i zapiekać 30 minut. Podawać z ryżem, dekorując plastrami pomarańczy.
Smacznego!!!
sobota, 21 stycznia 2012
Tak naprawdę, to najbardziej lubię angielskie herbaty Twinings, zwłaszcza Lady Grey, ale Fortnum&Mason też namiętnie kupuję. Od dziś będę ją piła w ich oryginalnej filiżance, właśnie przyszła zamówiona w punktowej promocji przesyłka. Fliżanka ma klasyczny, piękny kształt i niebiesko-złote, stylizowane na chińskie wzornictwo.


Firma Fortnum&Mason, specjalizująca się w dostawach herbaty, istnieje od początku XVIII wieku i obecnie jest właścicielem eksluzywnego domu towarowego w Londynie; zaopatruje m.in. pałac Buckingham. To tu kupuje się piękne wiklinowe kosze podarunkowe i piknikowe.


Bardzo lubię ich herbatę Darjeeling, a odważnym poszukiwaczom smaku polecałabym ich Smoky Earl Grey Tea: mieszankę tradycyjnej bergamotki z dodatkiem czarnej herbaty Lapsang i zielonej herbaty Gunpowder, o wyrazistym, dymnym smaku. Nie zawsze mam na nią ochotę, ale pasuje do zimnego, wietrznego wieczoru i korzenych ciasteczek:)
czwartek, 19 stycznia 2012
Gratka dla kociarzy: w Empiku trafiłam na takie cudo: porcelanową solniczkę i pieprzniczkę:

A po kuchni plącze się jeszcze Bajeczka:) wielkie kocisko z niej się zrobiło, ho, ho! ma już przeszło rok!

wtorek, 17 stycznia 2012
Wiecie, że nie znałam tego wiersza? Właśnie wczoraj ktoś mi zacytował jego fragment; o czymże on jest? o cebuli? o ludzkiej kondycji? Och, ta przewrotna indukcja poetki! Popatrzmy i posłuchajmy:
"Cebula" Wisławy Szymborskiej:

Co innego cebula. Ona nie ma wnętrzności. Jest sobą na wskroś cebula, do stopnia cebuliczności. Cebulasta na zewnątrz, cebulowa do rdzenia, mogłaby wejrzeć w siebie cebula bez przerażenia.
W nas obczyzna i dzikość ledwie skórą przykryta, inferno w nas interny, anatomia gwałtowna, a w cebuli cebula, nie pokrętne jelita. Ona wielekroć naga, do głębi itympodobna.
Byt niesprzeczny cebula, udany cebula twór. W jednej po prostu druga, w większej mniejsza zawarta, a w następnej kolejna, czyli trzecia i czwarta. Dośrodkowa fuga. Echo złożone w chór.
Cebula, to ja rozumiem: najnadobniejszy brzuch świata. Sam się aureolami na własną chwałę oplata. W nas - tłuszcze, nerwy, żyły, śluzy i sekretności. I jest nam odmówiony idiotyzm doskonałości.
A pamiętacie scenę z filmu „Julia&Julie”, kiedy Julia Child szatkuje całe góry cebuli, żeby dorównać w biegłości uczestnikom paryskiej szkoły kulinarnej?

Osiągnęła perfekcję znakomitej kucharki, owszem, ale poetką nie była.... ani filozofką. Miała w ręku, obrała i posiekała stos cebul, a do głowy jej nie przyszło pomyśleć, porównać się, ot choćby z taką cebulą... No, ale nie każdy jest Szymborską:)
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Pojawiła się długo oczekiwana zima. Póki co - jest to zima zła, mroczna, bez słońca, bez skrzących się iskierek śniegu - ale jest. Tak to wyglądało u mnie:


niedziela, 15 stycznia 2012
Mięso kurczaka jest właściwie raczej nijakie w smaku, dopiero doprawienie go i sposób przyrządzenia pozwala wydobyć głębię smaku. Dziś proponuję zrobić go w stylu hiszpańskim, z sosem ostrygowym, marchewką i porem, które nadały mu ciekawą, pyszna nutę

podwójny filet z piersi kurczaka duża marchewka por łyżka mąki łyżeczka sosu ostrygowego oliwa sól, pieprz, szczypta papryki wędzonej, zioła prowansalskie
Filet z kurczaka kroimy na kawałki, solimy, pieprzymy i oprószamy mąką. Wrzucamy na rozgrzaną w rondlu oliwę, obsmażamy ze wszystkich stron. Skrapiamy sosem ostrygowym i podlewamy niewielką ilością gorącej wody. Przykrywamy garnek pokrywką i dusimy na malutkim ogniu. Kiedy mięso się dusi, przygotowujemy jarzyny: pora kroimy w krążki, marchewkę ścieramy na grubej tarce. Wrzucamy warzywa na rozgrzaną na patelni oliwę, przesmażamy, dodajemy kilka kropli sosu ostrygowego. Przekładamy jarzyny do kurczaka, doprawiamy papryką i ziołami i dusimy całość jeszcze jakieś 15 minut. Podajemy z ryżem lub pieczywem.
|