Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Lektury

  • poniedziałek, 24 grudnia 2018
    • Święta Bożego Narodzenia

      Szybciutko przyszły te święta; czekają tradycyjne potrawy wigilijne, czeka choinka na blask światełek, czekają opłatki na sianku, na zapóźnionego wędrowca czeka puste nakrycie na stole, czeka wigilijna świeca.

      Wszystkim tu zaglądającym życzę ciepłych Świąt, pełnych radości z narodzenia Bożej Dzieciny.

      A do obejrzenia fragment ołtarza Wita Stwosza z Kościoła Mariackiego w Krakowie - scena narodzenia Jezusa:

      Boże Narodzenie wg Wita Stwosza

      A do poczytania fragment powieści Antoniny Dumańskiej Historia żółtej ciżemki, opowiadający o tym, jak to Wawrzuś, uczeń Wita Stwosza, rzeźbił figurki do bernardyńskiej szopki:

       

      "Brat Melchior zapowiadał każdemu, co w jakimkolwiek inte­resie przychodził do klasztoru, że w tym roku będą przedsta­wienia jasełkowe w kaplicy świętej Anny, począwszy od pierw­szego dnia Bożego Narodzenia aż po koniec stycznia, we wszystkie niedziele i święta po nieszporach; przy czym dodawał z tajemniczą miną:

      Cale nowe kukiełki; jeszcze tak pięknych Kraków nie wi­dział.

      Już 23 grudnia rano posłano po Wawrzusia, który też jed­nym tchem biegł z Poselskiej do bernardynów, jakby się paliło. I dobrze ksiądz gwardian uczynił, że chłopcu wolną rękę zosta­wił, bo tak zgrabnie jak Wawrzuś w stajence Świętą Rodzinę umieścił i pastuszków, jakoby na wyścigi bieżących z darami, malowniczo porozrzucał, nikt z braci nie byłby w żadnej mierze potrafił.

      Tłumy pobożnych i niepobożnych cisnęły się co święto w lewej nawie kościoła, której zakończeniem właśnie była kaplica  świętej Anny. W samych drzwiach kaplicy, na drewnianym  rusztowaniu osłonionym jaskrawymi kobierczykami, wśród zieleni żywych świerczków i jodełek, przez księdza podkustoszego  z Tyńca przysłanych, szarzała uboga stajenka, niedbale z deszczułek sklecona i słomianą dziurawą strzechą pokryta. Jednej połowy bramy wcale nie było, druga wisiała krzywo na zepsutej zawiasie. U samego niemal wejścia, by widzowie mogli się dobrze napatrzyć, stał na ziemi żłóbek siankiem wysłany, w nim Dzieciątko szmatkami owinięte. Z lewej Najświętsza Panna pochylona, ze złożonymi rękoma, z prawej święty Józef u drzwi stojący, jakby miał wyjrzeć, co za kroki i głosy coraz się zbliżają. W głębi wół i osioł na klęczkach, według słów kolędy, oddechem swym zziębłe niemowlątko ogrzewały. Nie dwunastu,  jak żądał ojciec gwardian, ale ze dwudziestu pasterzy biegnie powitać Mesjasza, a każdy z podarunkiem w rękach. Są tam bochenki chleba i jaja w kobiałkach, jabłka, orzechy, kiełbasy, kurczęta; jeden pastuszek pędzi przed sobą prosiątko uwiązane na powrózku za tylną nogę, aż dziwo, że głośno nie kwiczy, bo wygląda jak żywe.

      Poza szopką, ukryci za choinami, braciszkowie klasztorni i żacy szkolni kolędują pięknie; jest na co patrzeć, jest czego posłuchać."

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Święta Bożego Narodzenia”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 grudnia 2018 13:30
  • niedziela, 16 grudnia 2018
    • Adwentowe lektury w kuchni - wigilia pp. Iwaszkiewiczów

      Dużo w tym roku u mnie o pisaniu listów. Pewnie dlatego, że odchodzi ta tradycja w cień, w zapomnienie, a szkoda.

      A przecież dzięki listom mamy, ot choćby opis wigilii u pp. Iwaszkiewiczów (cyt. za książką Jarosława Iwaszkiewicza Listy do córek)

       

      "Stawisko, dn. 26 XII 1949

      Moje dziecko drogie i kochane!

      Dzisiejszy drugi dzień świąt pusty i spokojny, mogę więc napisać parę słów do Ciebie.

      W piątek rano przyjechałem do domu i zaczęły się przenudne porania się przedwigilijne, których bardzo nie lubię. Oczywiście gosposia zachorowała (spuchła cała!) i stąd płynęły liczne kłopoty, ale ostatecznie wszystko poszło swoim trybem. Choinka bardzo ładna stoi w swoim miejscu, gdzie zawsze Stach i Wiesio oprawiali ją od samego rana, potem ubierało się ją, świeczek dużo i lichtarzyków, i bombek, ale zabawek mało, bo nikt nie dorobił, a Ciebie nie było. Hela Andrzejowa przywiozła trochę ślicznych laleczek z bibułki. Oczywiście przy wigilii najwięcej napracował się Wiesio, posyłany do Grodziska, Milanówka i do Śliwy ze struclą. Na wilię oprócz Marka nikogo obcego nie było, ale z Wandą i Natą, i z Ciocią Jadwinią szesnaście osób było. Zupa była rybna, potem sandacz i szczupak podawany po polsku z sałatką z jarzyn, potem karp smażony z kapustą i grzybami, a potem mak, kompoty i bakalie, gosposia, że z Wołynia, zrobiła także i kutię. Dzieci siedziały z nami (pierwszy raz) przy wilii i były bardzo grzeczne. Potem oczywiście była choinka i prezenty. Maciek sam rozpakował traktor, który dostał ode mnie, i obojętnie skonstatował: to, o czym marzyłem! Od Stachów dostały telefony i słonia; Dzidzia od mamy szafkę dla lalek na ubrania, a od babci Włodkowej kredensik! Oczywiście szalały zupełnie i potem długo nie mogły zasnąć jak zwykle i jak wszystkie dzieci na całym świecie, obstawione wszystkim co dostały. Dorośli dostali mniej prezentów i mniej ładne, ja tylko od mamy ramkę do fotografii moich rodziców, nawet Wiesio nie ofiarował mi tradycyjnego zbioru rysunków. Listów z życzeniami też miałem mało, myślę, że jutro przyjdzie więcej.

      (...) Pogoda nam na święta nie dopisała, zarówno w wilię, jak i wczoraj i dzisiaj leje deszcz ulewny z wiatrem, rankami nawet dość pogodnie, ale potem straszno.

      (...)

      Ojciec"

      wigilia_Iwaszkiewiczw

      Co do listów, ja jeszcze się nie poddaję, i piszę, choć czasem doskwiera brak odpowiedzi. Ale to odwieczny problem, nawet wspomniana w poprzednim wpisie Maria Konopnicka skarżyła się, że wujek nie odpowiada na jej listy.

      Inna sprawa, że dostawać listy jednak każdy lubi:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Adwentowe lektury w kuchni - wigilia pp. Iwaszkiewiczów”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 grudnia 2018 10:24
  • niedziela, 09 grudnia 2018
    • Adwentowe lektury w kuchni

      Ludzie listy piszą... Zwłaszcza przed świętami. Kolorowe kartki z życzeniami, kawałek opłatka, czasami jeszcze mała karteczka z garścią wiadomości. Lubimy je znaleźć w naszych skrzynkach pocztowych.

      Czy jednak znajdzie się w tym roku choćby jedna kolorowa koperta w naszej skrzynce na listy?

      Czy są one potrzebne, kiedy można wysłać e-maila lub smsa lub po prostu zadzwonić? Bo przecież wszyscy mamy telefony, darmowe minuty czy pakiety rozmów bez limitu.

      I o czym tu pisać, skoro mija dzień za dniem, jeden podobny do drugiego, a czasu ciągle brak....

      Rzecz dyskusyjna.

      A jednak wielką popularnością cieszą się wydawane z wielką pieczołowitością listy i korespondencja znanych osób.

      Umiała ubrać w słowa swoje życzenia i uczucia Maria Konopnicka. Jej listy do stryja, Ignacego Wasiłowskiego, to dobra lektura przed świętami.

      Konopnicka_listy

      Warszawa, d. 18 XII [18]85

      Drogi Stryju!

      Chciej przyjąć moje serdeczne, z szczerych uczuć płynące życzenia, i oby się one spełniły! Nie było nam dano żadnej takiej rodzinnej uroczystości, jak jest Wigilia, spędzić razem. Z oddalenia też tylko łamię się z Tobą, mój najdroższy Stryju, tym opłatkiem, i proszę o trochę pamięci. Wyobrażam sobie, jakie to niegdyś miewałeś Wigilie, drogi, tam, daleko. Jaka to była tęsknota do naszej kolędy, do naszego stołu zasłanego sianem, do naszych świateł jarzących tego wieczora, do gwiazdki, której tak wszyscy wyglądają z nieba. I tam były gwiazdy, sine gwiazdy Sybiru, ale jakież inne, jakie mroźne! Jakie to tam myśli, jakie dumania przechodziły przez głowę wy­gnańców; jak im się ta oddalona ojczyzna wydawała piękną, drogą; jak się ten dom rodzinny, marzony, zdawał ciepłym, jasnym, serdecznym...

      Od tej pory, niejedną już znowu Wigilię spędziłeś, drogi mój Stryju, na tej upragnionej ziemi polskiej, a wiem przecież, czuję, że było Ci znów smutno i tęskno. Nie wszystko dotrzymało tu słowa sercu i przeczuciom, nie wszystko takie na jawie, jak było we śnie...

      I znów ku czemuś innemu unosi się dusza spragniona światła i ciepła, znów chroni się myśl tęskna w jakieś lepsze kraje wspomnień i nadziei. Gdzie one? Może za tymi gwiazdami wieczoru wigilijnego, może za tą całą wigilią życia, która poprzedza jakieś wielkie Narodzenie ducha...

      O drogi, drogi mój Stryju! Ty zawsze jesteś dla mnie duchem dobrym i pokrewnym, kocham Cię gorąco i często myślę o Tobie!

      Maria

       

      Warszawa, d. 22 XII [18]86

      Mój Najdroższy Stryju!

      Oto cząsteczka opłatka, którym chciałabym kiedykolwiek osobiście przełamać się z Tobą, drogi Stryju, i życzyć Ci słowem, tak jak to teraz w sercu czynię, choć tej odrobiny szczęścia, jaka się dostać może człowie­kowi każdemu: zdrowia i spokoju.

      Całuję Cię serdecznie, drogi Stryju, i pragnę, aby Ci było dobrze i bło­go na ziemi!

      Jakże ze zdrowiem Twoim tej zimy? Ufam w to całym sercem, że lepiej niż dawniej. Oszczędzaj się, drogi Stryju, nie toń tak w ciągłej pracy, daj spoczynek swoim nerwom, pozwól odpocząć mózgowi, a i trawienie będzie dobre i sen posilniejszy. Mój drogi Stryju! I tego jeszcze życzyć bym Ci chciała, abyś mnie zachował w swym sercu, gdyby to nadto egoistycznym nie było.

      Zima u nas rozpoczęła się od dwu dni śnieżna i wietrzna, prawdziwa zima. Na Święta oczekuję niektórych z dzieci moich, a mianowicie Tadeu­sza, Janka, który jest mi od kilku miesięcy słaby, ale pracuje jak dawniej, i Lorki. Zosia ma tam swoje chwile tryumfów naukowych w Paryżu, skąd niedawno księżna Czartoryska, a potem wdowa po Janie Działyńskim, z wielkimi o niej pochwałami do mnie pisze. Stasiek zamieszkał w Lubel­skiem, gdzie u Epszteinów, w Pilaszkowicach, ma praktykę w gospodar­stwie rozwiniętym przemysłowo i fabrycznie.

      Co do mnie, smutno mi dość życie upływa, zabija mnie zwłaszcza to trzecie piętro, na które sto razy na dzień wbiegać muszę dając lekcje. Ale na lepsze mieszkanie teraz mnie nie stać, kiedy jeszcze trzeba na dzieci wykładać.

      Maria

       

      Abacja, 8 I [18]96

      Mój drogi Stryju!

      Choć parę stów z zapytaniem o zdrowie Twoje, i z ucałowaniem rąk Twoich! A ot nam się zaczął rok nowy - oby szczęśliwy. Obyś w nim nie cierpiał ani fizycznie, ani moralnie, tyle, co w upłynionym, najdroższy mój Stryju! A co tam słychać u Ciebie? Jak zdrowie Twoje, jaka tam zima, i czy nie bardzo się przykrzy? Tutaj były długie słoty, potem nieco pięknej pogo­dy, słońca, ciepła, a teraz przyszedł wiatr wschodni przykry, przenikliwy. Ludzi też to odstrasza, więc jest dość pusto, a zatem przyjemniej.

      Czytałam tu przez święta wstrząsającą książkę Wacława Sirka: Na kre­sach lasów, opowieść wygnańca żyjącego na tundrach między Jakutami. Przy takich dopiero cierpieniach - jakże się blado wydają wszelcy Płoszowscy i inni bohaterowie nowożytnej powieści. Tu się widzi, jak te przerafinowane analizy psychologiczne są mdłe, i sztuczne, i bezcelowe. Nieszczęście, - to chodzi w prostej szacie, a ból prawdziwy nie dysekuje swoich subtelności.

      Wigilię spędziłam sama, dzieląc się w myśli opłatkiem z moimi uko­chanymi: z dziećmi, z Tobą, z więźniami, z wygnańcami, z unitami, z roda­kami. Miałam też chwilę radości jedną i drugą. Z Litwy przysłała mi rodzina Machwiców album z kory brzóz litewskich, a w nim widoki Ostrej Bramy - Obrazu tamtejszego, Katedry, Antokola, kaplicy królewicza Kazimie­rza, kościoła Ś[więt]ej Anny, Góry Zamkowej, Śnipiszek (gdzie w 1863. tracił Murawiew  naszych), tudzież Trockiego jeziora i ruin.

      A inny rodak, też Litwin, Michał Hruszwicki, którego nie znam, przy­słał mi piękną pieśń przez siebie skomponowaną do moich wierszy; a jest on już, jak z litewska pisze: "w zesześćdsziesiątych latach". Więc gdy tak nieco ojczyzny przyszło tu do mnie, było mi raźniej i weselej.

      M. Konopnicka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 grudnia 2018 09:32
  • niedziela, 02 grudnia 2018
    • Adwentowe lektury w kuchni

      Znacie te wieczorne chwile przedświątecznej krzątaniny, kiedy w całym mieszkaniu światła już pogasły, wszędzie cicho, tylko kuchnia jarzy się światłem i przywołuje zapachami. Dogląda się potraw gotujących się w garnkach, piekących się w piekarniku, miesza, podlewa, doprawia.  I czeka aż będzie gotowe. A czekając, przysiada człowiek przy stole, popija kolejną filiżankę herbaty i podczytuje po kilka stron książki, a zawsze jakaś na moim stole kuchennym leży i zaprasza.

      adwentowe lektury

      

      Dziś - przejmujący tekst o świątecznych kartkach.

       

      Bohater powieści W. Myśliwskiego, jako małe dziecko wchodzi z ojcem do sklepu i pierwszy raz w życiu widzi świąteczne pocztówki z choinką, gwiazdą, trzema królami. Sprzedawca mówi, że kartki się wysyła. Mały chce, by ojciec kupił choćby jedną kartkę i by ją wysłali. Ojciec odmawia, mówiąc, że nie mają do kogo wysyłać kartek.

      Pierwsza moja myśl - jakie to smutne! nie mieć do kogo wysyłać kartek!

      Ale ojciec chłopca dodaje: "wszyscy są na miejscu".

      O! ile by wielu z nas dało, by wszyscy bliscy byli na miejscu....

       

      Poczytajmy Myśliwskiego:

      "Raz z ojcem pojechałem na jarmark i weszliśmy do sklepu po zeszyty. Leżały pod szkłem takie pocztówki, między innymi trzej królowie, jak przez śnieg idą, a ktoś ich kieruje, że nie tam, ale tam. Nie mogłem oczu oderwać. Pierwszy raz widziałem, że są takie pocztówki. Odważyłem się nawet spytać sprzedawcy, co się z nimi robi.

      -    Wysyła się - powiedział.

      Zacząłem męczyć ojca:

      -    Tata, kupmy jedną, wyślemy.

      -    A do kogo? - Pociągnął mnie ze złością za rękę. Nie mamy do kogo. Wszyscy są na miejscu.

      (...)

      -            Pan Robert, odkąd poznaliśmy się, przysyłał mi na każde Bo­że Narodzenie jedną z takich pocztówek, a ja jemu. Wybierali­śmy takie właśnie, z choinkami, kolędnikami, trzema królami i tym podobne. On mi wybierał nieraz takie, że w życzeniach jed­nocześnie podkpiwał sobie z nich. Przesyłam panu, co jeszcze zo­stało z naszej naiwności, jak pan zobaczy na odwrocie.

      -            Na któreś Boże Narodzenie wybierałem dla niego pocztówkę, nagle zobaczyłem taką samą, jak wtedy, przez tę szparę w drzwicz­kach. Dosłownie taką samą. Gwiazda za las spadała i świat przy­kryty był śniegiem. Kupiłem, kupiłem od razu znaczek, niemal w odruchu zaadresowałem i wysłałem. Nie do pana Roberta. Tu­taj. Bez życzeń. Jakież mógłbym posyłać życzenia? Odtamtąd na każde Boże Narodzenie wysyłałem. Bez życzeń. Raz tylko się za­wahałem, czyby nie podpisać: Wasz. Ale to znaczy czyj? Nie wra­cały. Jak mogłyby wracać, skoro nie podawałem swojego adre­su. Bez sensu, uważa pan? Też tak uważałem. Ale nadchodzi­ło kolejne Boże Narodzenie i znów wysyłałem. Może się pan ze mną nie zgodzić, ale, według mnie, jeszcze tylko na pocztów­kach świat jest taki, jaki by się chciało, żeby był. Dlatego wysy­łamy je sobie."

       

      (Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli, Kraków 2019, s. 226-227)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Adwentowe lektury w kuchni”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 grudnia 2018 09:56
  • niedziela, 03 grudnia 2017
    • Adwentowe rozmyślania o choince

      W tym roku moją lekturą na Adwent (który dziś właśnie się zaczyna) jest książka "Historia świątecznej choinki" x J. Naumowicza (Wydawnictwo Literackie 2016)

      Niby o choince wszystko wiemy; wiemy, że pojawiła się po raz pierwszy w dolinie Renu, że jej ojczyzną są południowe Niemcy, że o jej ubieraniu są wzmianki już u schyłku XV wieku.

      Ale lektura tej przeszło 300-stronicowej książki jest pasjonująca. Ileż rzeczy dotąd nie wiedziałam!

       

      Święto narodzenia Jezusa ustanowiono w IV wieku naszej ery.

      Ale jak to świętować? Jaką nadać oprawę, żeby było uroczyście, pięknie, nadzwyczajnie? Żeby ten dzień był wyjątkowy? i zapadał w serca i pamięć?

      Tradycja zaczęła się dopiero rodzić.

      Przyjęcie na świat Jezusa było elementem dziejów zbawienia człowieka, dlatego przypominano biblijną opowieść o rajskim drzewie i pierwszych rodzicach, Adamie i Ewie, i łączono to wydarzenie z szopką betlejemską, w której przyszedł na świat Jezus. Malarze przedstawiali to w formie drzewa śmierci i drzewa życia. Najbardziej znaną jest miniatura Bertholda Furtmayra w mszale z Salzburga z 1481 roku:

      drzewo_zycia_i_smierci

      "Na jednym drzewie, pośród jego bogatego listowia widnieją czaszka jako symbol śmierci i krzyż jako symbol odzyskanego życia, a także jabłka i opłatki przypominające chleb eucharystyczny. Po drzewem stoją dwie matki: z jednej strony Ewa, matka wszystkich żyjących, karmi ludzi zakazanymi owocami przynoszącymi śmierć. Z drugiej strony Maryja, matka Jezusa i matka wszystkich wierzących , rozdaje hostie - Ciało Chrystusa, dające życie. Ten głęboko teologiczny i metaforyczny obraz najlepiej wyjaśnia, dlaczego na pierwszych choinkach, już około 1600 roku, zawieszano zarówno jabłka, jak też opłatki".

       

      I jeszcze lektura na dziś: opowieść "Ostatni gość przy żłóbku" autorów Jerome i Jean Tharaud z 1961 roku, która przeczytamy w omawianej książce:

       

      "Rzecz dzieje się w stajni w Betlejem o świcie. Zniknęła już gwiazda na niebie, wszyscy przybysze opuścili grotę, a Dzieciątko zasnęło. Maryja przygotowywała sobie słomę do spania, gdy w drzwiach pojawiła się stara kobieta pochylona ku ziemi, z ziemistą, pomarszczoną twarzą. Maryja się  zaniepokoiła. Zwierzęta, osioł i wół, spokojnie przeżuwały siano i patrzyły na zbliżającą się kobietę bez większego zdziwienia, jakby znały ją od zawsze. Staruszka doszła do brzegu żłobu i skierowała oczy na leżące w nim Dziecię. Maryja zauważyła z zaskoczeniem, że oczy kobiety i oczy jej dziecka są dokładnie takie same i świecą z taką samą nadzieją.

      Wtedy staruszka przyklękła na słomie i zaczęła przeszukiwać swoje łachy. Po dłuższym czasie wyciągnęła jakiś przedmiot i podała Dziecięciu.

      Co to mogło być, po skarbach ofiarowanych przez Mędrców i po darach pasterzy? Tego Maryja nie mogła dostrzec. Widziała jedynie zgięte plecy staruszki pochylone głęboko nad żłóbkiem. Po dłuższej chwili staruszka wstała lekko, jakby uwolniona od wielkiego ciężaru, który ją przygniatał do ziemi. Wyprostowała się, a jej twarz odzyskała młodość. Gdy odeszła od kolebki i zniknęła za drzwiami,  Maryja mogła  wreszcie zobaczyć tajemniczy prezent.

      Opowieść kończy się tak: „Ewa (bo to była ona) podała dziecku jabłuszko, jabłko pierwszego grzechu (i tylu innych, które nastąpiły potem!). I to czerwone jabłko jaśniało w rękach nowo narodzonego jak glob nowego świata, który się narodził wraz z Nim".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 grudnia 2017 10:38
  • środa, 21 czerwca 2017
    • I cóż powiecie na to, ze już się zbliża lato?

      To już dziś.

      Przyszło lato!

      przyjie_lata_2

      Tak pisze o tym niezapomniany Jan Brzechwa:

      I cóż powiecie na to,
      Że już się zbliża lato?

      Kret skrzywił się ponuro:
      „Przyjedzie pewnie furą”.

      Jeż się najeżył srodze:
      „Raczej na hulajnodze”.

      Wąż syknął: „Ja nie wierzę.
      Przyjedzie na rowerze”.

       

      Kos gwizdnął: „Wiem coś o tym.
      Przyleci samolotem”.

      „Skąd znowu - rzekła sroka -
      Nie spuszczam z niego oka
      I w zeszłym roku, w maju,
      Widziałam je w tramwaju”.

      „Nieprawda! Lato zwykle
      Przyjeżdża motocyklem!”

      „A ja wam to dowiodę,
      Że właśnie samochodem”.

       

      „Nieprawda, bo w karecie!”
      „W karecie? Cóż pan plecie?
      Oświadczyć mogę krótko,
      Przypłynie własną łódką”.

      A lato przyszło pieszo -
      Już łąki nim się cieszą
      I stoją całe w kwiatach
      Na powitanie lata.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 21 czerwca 2017 09:33
  • sobota, 27 grudnia 2014
    • Nie, nie zapomniałam o świętach!

      Tyle, że pracy przy przygotowaniach było mnóstwo!

      A pracując, głównie w kuchni:), myślałam sobie, że pewnie większość z was, którzy tu do mnie zaglądacie, też jesteście właśnie w swoich kuchniach, i też pilnie zwijacie się, żeby wszystko przygotować na święta, i była to myśl miła, pokrzepiająca.

      I wiecie, że życzeniami obejmowałam również was wszystkich:)

      A w przygotowaniach towarzyszyła mi lektura na ostatni adwentowy tydzień „Tajemnica Bożego Narodzenia” Jostein Gaarder (autora znanego z książki „Świat Zofii”)

      Książka Gaarder

      Właściwie powinno się czytać tę książkę przez cały Adwent, bo jest to coś w rodzaju adwentowego kalendarza i na każdy dzień przypada rysunek i opowieść, o tym jak mała dziewczynka ze współczesnej Norwegii biegnie przez całą Europę i przez czas, przez wieki, do Betlejem, aby zdążyć na chwilę, kiedy tam narodził się Jezus Chrystus. Dziewczynka, której na imię Elisabet biegnie za barankiem, „który uciekł z dużego sklepu, żeby nie słuchać już brzęku aparatów kasowych i towarzyszącej zakupom paplaniny”.

      Po drodze dołączają do nich owieczki, aniołowie, trzej królowie, pasterze, namiestnik Kwiryniusz, cezar August.

      Zdążą? Jasne, że zdążą! A jakie wspaniałe rzeczy oglądają po drodze! I kogoż nie spotykają!

      „Jedno ziarno wydało na świat całe łany kościołów i katedr. Ciekawe, ile kamieni i drewna zużyto ku czci narodzin Jezusa. Nie wspominając o mnóstwie upieczonych ciasteczek i prezentach. Boże Narodzenie to największe na świecie przyjęcie urodzinowe, na którym są  wszyscy ludzie na tej ziemi. I dlatego trwa od tysięcy lat”.

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 27 grudnia 2014 09:45
  • sobota, 20 grudnia 2014
    • Szymona Hołowni lektura adwentowa

      W trzecim tygodniu Adwentu czytałam książkę niezwykłą: Szymona Hołowni „Holyfood – czyli 10 przepisów na smaczne i zdrowe życie duchowe”

      książka Hołowni 

      O Hołowni każdy pewnie coś tam słyszał, zwłaszcza, jeśli ogląda telewizję; jest redaktorem, prezenterem, dużo pisze.

      Kiedy wzięłam do ręki jego najnowszą książkę, którą właśnie EMPIK eksponuje jako nowość i hit, przypomniałam sobie jego zadziorność i niekonwencjonalny styl wypowiedzi. No tak, to przecież on pisał te artykuły w „Plus Minus” Rzeczpospolitej, które się zawsze czytało!

      Święte jedzenie? Skąd tak niezwykły tytuł? Posłuchajmy autora:

                   "Wymyśliłem sobie, że póki nie da się użyć medycyny, trzeba iść do kuchni. Trafić do serc po polsku, przez żołądek. To ma sens - antybiotyki nie pomogą, jeśli najpierw nie uzdrowimy naszej codziennej diety. Polska kuchnia duchowa bywa smaczna, ale bywa też ciężka i tłusta. Przede wszystkim zaś - bywa katastrofalnie doprawiana.

                  Mieszanka wiary z życiem mdli czasem, nie dlatego że tych składników nie powinno się
      łączyć, ale dlatego że źle dobieramy proporcje i przyprawy. Mam w związku z tym parę autorskich propozycji. Niech czytelnik dosypie trochę tego, co sugeruję, odejmie to, czego polecam unikać, i sam sprawdzi, czy papu stało się bardziej zjadliwe, czy nie.

                  Aniu Starmach, Macieju Nowaku, Wojciechu Modeście Amara, przepraszam za wszystkie
      kulinarne bluźnierstwa, jakimi nieświadomie tu grzeszę. Wybaczcie, bo marzę tylko o jednym, chciałbym móc przekonać choć jednego czytelnika (albo jeszcze chętniej: czytelniczkę), że wiara nie jest szkołą wypluwania życia, że jest jego smakowaniem.

                 Nie piszę zastępczego katechizmu. Nie uzurpuję sobie prawa do bycia głosem Kościoła. Siedzę w tej kuchni od ponad dwudziestu lat, niczym innym się w zasadzie nie zajmuję, chcę więc tylko zdychającym od fast foodu oraz udręczonym kuchnią molekularną (azotan bobu, mgła z zająca, wspomnienie po sarnie) powiedzieć: o, a mnie zakalec wychodzi wtedy, a gdy dodam tego -
      rośnie zacne ciasto."

       

      To jest książka dla chrześcijanina, któremu leży na sercu żywość i wiarygodność jego wiary. Ale – ponieważ człowiek nie jest samotną wyspą, żyje wśród innych i tak czy inaczej, siłą rzeczy musi nawiązywać z innymi kontakty – to i tym innym książka ma szanse się spodobać.

      O, tak! Spodoba wam się forma tej książki!

      Hołownia nie owija myśli w bawełnę, definiuje problemy prosto z mostu i przedstawia szanse ich rozwiązania – takie, do jakich sam doszedł.

      A te kulinarne aluzje i porównania?

      Cóż, są nośne:)

      Zobaczysz słowo „food” i od razu pomyślisz: o, zjadłoby się coś – i już trzymasz książkę w ręce, ciekawy, co też w niej znajdziesz.

      A tu proszę:

      Anioł kucharzom mówił

      O wyższości ratatouille nad golonką

      Jak odzyskać apetyt na ludzi

      Ciasto bez nerwów

       

      - to naprawdę chce się czytać:)

      Zwykle szukam w czasie Adwentu internetowych rozważań rekolekcyjnych, ale w tym roku zastąpiła mi je właśnie ta książka.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Szymona Hołowni lektura adwentowa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 20 grudnia 2014 07:35
  • niedziela, 07 grudnia 2014
  • piątek, 05 grudnia 2014
    • Adwentowe lektury

      Nazbierało mi się trochę książek, które chciałabym przeczytać, ale…. A to czasu brak, a to zmęczona jestem bardzo, a to coś bardziej frapującego trafi się do czytania…. I tak książka raz odłożona na półkę, powoli odchodzi w niepamięć…

      Przeszukałam zapomniane tytuły, włożyłam trochę trudu w zdobycie innych i mam propozycję lektur na Adwent dla siebie i dla wszystkich, którzy tu zaglądają: cztery książki na cztery tygodnie Adwentu.

      Na pierwszy tydzień proponuję  książkę J.R.R. Tolkiena – tak, tego od „Władcy pierścieni”.

      Ale nie będziemy zanurzać się w mroczne dzieje Śródziemia; udamy się do krainy drogiej każdemu dziecku, bo książka, która proponuję, to „Listy św. Mikołaja”.

      Tolkien Listy św. Mikołaja

      Dawno już chciałam ją przeczytać.

      Przeczytałam. Co o niej myślę?

      Na pewno warto się z nią zapoznać; wiele osób zachwyca się nią i uważa ją za uroczą.

      To prawda – jest urocza, zwłaszcza od strony wizualnej, bo każdy list ozdobiony jest pięknymi, kolorowymi, nieco naiwnymi, ręcznie malowanymi obrazkami.

      A treść? Na ogół spotykamy się z listami, które dzieci piszą do św. Mikołaja, ale dzieci pana Tolkiena miały to szczęście, że razem z prezentami, z mikołajowych skarpet zawieszonych przy kominku, wyciągały także listy od św. Mikołaja. Opowiadał on im o swoim życiu, o tym jak mieszka, jak i kiedy pakuje prezenty, o tym, że pomaga mu Niedźwiedź Polarny i Elf, o różnych kłopotach, których i na Biegunie Północnym nie brakuje.

      Ja myślę, że książka ta jest jednak głównie dla dzieci.

      Nie jest tak uniwersalna, jak choćby dla porównania – „Mały Książę” Exupery`ego, gdzie każdy: i dziecko i dorosły znajdzie coś dla siebie.

      Myślałam, że będzie tu więcej jakiejś  takiej życiowej mądrości i ciepła świątecznych dni. A z książki wyłania się taki główny temat: prezentów jest mniej, nie są takie, o jakie dzieci prosiły, bo…. I snuje Tolkien opowieści o przygodach, wypadkach, katastrofach na Biegunie…..  Nie zachwyciło mnie to. Nie sądzę bym chciała wracać do tej książki.

       

      Ale właśnie wielkimi krokami zbliża się ta wyjątkowa noc, z 5 na 6 grudnia, kiedy św. Mikołaj odwiedza z prezentami domy. Czy przyjdzie do nas????? Oto jest pytanie…..

      A wiecie, że ja też, przed laty, dostałam od Niego list (choć było to już w moim dorosłym życiu) i w dodatku dostałam Jego portret oprawiony w ramki!

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 05 grudnia 2014 13:17
  • poniedziałek, 24 listopada 2014
    • „Przyjęcia u Kręglickich” – wielkie rozczarowanie

      Kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź tej książki – natychmiast chciałam ją mieć. Z góry cieszyłam się na rady i wspomnienia pp. Kręglickich – doświadczonych restauratorów i kucharzy. Zwłaszcza, że znałam p. Agnieszkę Kręglicką ze znakomitych felietonów w „Wysokich obcasach”. Marzyły mi się przepisy na autorskie menu, jak choćby to, z wizyty B. Obamy, zasady kompozycji przyjęć i potraw…

      książka pp Kręglickich

      Dobrze, że nie kupiłam tej książki w internecie.

      Dobrze, że poczekałam na jej pojawienie się w realu.

      NIE KUPIŁAM tej książki.

      Wielkie rozczarowanie!

      Nic mi tam nie odpowiada. Banalne przepisy, zdjęcia głównie w formie kolażu malutkich fotek, a rady (jak np. zorganizować party czy uroczysty obiad) – były w formie kilku linijek banalnych rad przy każdym dziale (z duuuużą interlinią).

      Treść nie zachwyca, forma nie zachwyca – co więc zostało????

      Przychodzi mi tutaj na myśl inna książka o przyjęciach, z dawnych lat 70-tych ubiegłego wieku, którą studiowałam i czytałam – jak to się mówi – wte i wewte. To była książka! Mimo iż niepozorna, wydana na  szarym, brzydkim papierze, o zdjęciach nikomu się nawet nie śniło, a autorka czasami bywała zarozumiale apodyktyczna, to jednak była to POZYCJA. Mówię tu o książce Marii Iwaszkiewicz „Gawędy o przyjęciach”.

      Książka pp. Kręglickich miała szansę stać się taką. Ale wydana jakby w pośpiechu, na kolanie, taką się nie stała.

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „„Przyjęcia u Kręglickich” – wielkie rozczarowanie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 listopada 2014 09:05
  • środa, 19 listopada 2014
    • Kuchnia w Paryżu i Jerozolimie

      Dwie książki, a raczej księgi, czekają na mojej półce do czytania.

      „Jerozolima” – autorzy: Yotam Ottolenghi oraz Sami Tamimi

      jerozolima

      Książka doskonale znana i ceniona przez kulinarne środowisko, ale dotychczas była jedynie w języku angielskim. Jest już po polsku! Piękna! Nie mogę się już doczekać, kiedy wreszcie uspokoi się zawierucha wokół mnie, sprawy jako tako się wyprostują i będę mogła zanurzyć się w świat świętego miasta, które poznałam przed laty, i które pozostało mi w pamięci na zawsze.

       David Lebovitz: „Moja kuchnia w Paryżu”

      lebovitz

      Czy Amerykanin w swoich przepisach odda istotę kuchni francuskiej? Czy też to będą raczej jego wariacje na temat kuchni francuskiej. Ale, z tego co widziałam, to są tam też opowieści o klimacie Paryża, urokliwe spacery… z przyjemnością skonfrontuję jego notatki z moimi wspomnieniami. A autora znam już nieco z jego bloga.

      Zapraszam do czytania!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 19 listopada 2014 16:04
  • piątek, 07 lutego 2014
    • Czy przeminął czas kawiarni? Na marginesie książki „Antoni Uniechowski”

      Tyle się człowiek naczytał o tych wspaniałych kawiarenkach, o niepowtarzalnej, niezapomnianej atmosferze, o prowadzonych dyskusjach, o oryginalnych zachowaniach stałych bywalców – i to wszystko przy jednej filiżance kawy!

      Ot, właśnie skończyłam czytać książkę „Antoni Uniechowski czyli magiczne widzenie świata” Krystyny Uniechowskiej-Dembińskiej.

      Uniechowski

      I jest tam rozdział, w którym córka opowiada o swoim pobycie z ojcem, zaraz po wojnie, w Krakowie. I o przesiadywaniu w krakowskich kawiarniach.

      Posłuchajcie (a raczej poczytajcie) jako to było:

      

      "Pokój na Szymanowskiego, na trzecim piętrze był duży, pusty, słoneczny, z balkonem, a przed domem rozciągał się park Krakowski już cudownie zielony. Przechodziło się ścieżkami na ukos, szło Garncarską i już była Krupnicza i Dom Związku Literatów — ówczesna oaza życia twórców. Dalej dochodziło się do Plant, skręcało w lewo i już po drugiej stronie Karmelickiej kusiła Gospoda Aktorów. A jeśli szło się prosto ulicą Szewską, to wchodziło się na Rynek, w dzielnicę kawiarni i kawiarenek.

      Antoni Uniechowski zadomowił się w krakowskich kawiarniach. Najdłużej był wierny Noworolskiemu w Sukiennicach. Tutaj rysował. Były tam duże okna, więc było jasno, i wygodne kanapki. Starym zwyczajem rozkładał na stoliku rysowanie. Warsztat: ebonitowe pudełeczko z piórkami i pędzelkami, buteleczka tuszu, nieodstępna szmatka do wycierania piórek. Na kolanach kładł tekturową teczkę, na niej arkusz papieru. Rysunki lawował kawą. Odlewał trochę czarnej na spodek i tak spędzał długie godziny. Kelnerzy znali go, a ponieważ w Krakowie od stu lat pełno było artystów, takie rysowanie czy pisanie w kawiarni nikogo nie dziwiło.

      Inaczej było niż dziś w kawiarniach krakowskich, a zwłaszcza u Noworola. Nie roiły się tam jak teraz wycieczki, bo instytucja wycieczek jeszcze nie istniała. Nie było na Rynku tłumu umęczonych turystów, nie było ostentacyjnie młodzieżowej młodzieży. Ta młodzieżowość to też był późniejszy wynalazek. Moi rówieśnicy byli zdominowani przez ważny świat dorosłych, przez ich problemy i sposób bycia. Właściwie nikt nas, młodzieży, wówczas nie zauważał, a w każdym razie nie traktowano nas jako problemu. Musieliśmy dorosnąć i koniec. Słowem, młodzież nie wtargnęła jeszcze do kawiarni. Byłam wyjątkiem i strzegłam się, żeby nie nadużyć tego przywileju. Przy stoliku Ojca i jego znajomych siedziałam cicho jak mysz."

      Noworolski w Krakowie

       (zdjęcie ze strony www.kawiarni)

      

      Lata mijają i co rusz, któraś z kawiarni, mimo, że nadal istnieje, traci tę swoistą, niezapomnianą atmosferę i przestaje być Mekką elity (takiej czy innej) i tylko turyści i tropiciele (tacy jak ja na przykład) usiłują odnaleźć dawnego ich ducha.

      Z „Noworolem” chyba też tak się stało.

      Przyznam się, że właściwie nigdy tam nie byłam.

      Owszem, w czasie studiów uwielbiałam kawiarnie, ale Noworolski zawsze mnie onieśmielał, taki był ekskluzywnie elegancki, nie z mojej bajki, i zawsze myślałam, że nie stać mnie po prostu na bywanie u nich.

      A teraz, mimo że bywam stosunkowo często w Krakowie, i na kawę pewnie byłoby mnie stać, jakoś nadal czuję, że nie jest to miejsce dla mnie.

      Ale przechodząc obok (a trudno nie przechodzić, jako że Noworolski jest na środku Rynku, w Sukiennicach) widzi się, że ciągle jest tam ruch i mnóstwo ludzi.

      Ponoć kremówki są tam idealne…

      Kiedy wybieram się do Krakowa, zawsze jest to dla mnie czas wyjątkowy. Tak bardzo lubię tam być i zawsze starannie wybieram miejsce na obiad i na kawę.

      Może jednak zajrzę do Noworola niebawem? …..

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Czy przeminął czas kawiarni? Na marginesie książki „Antoni Uniechowski””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 07 lutego 2014 09:01
  • poniedziałek, 23 grudnia 2013
    • Czas na choinki

      W książce Krystyny Uniechowskiej-Dembińskiej "Był pałac" - pełno jest akcentów świątecznych, ale Wigilii, potrawom, poświęcone jest raczej mało miejsca; zdominowało bowiem świętowanie najście oddziału niemieckiego (akcja rozgrywa się w czasie II wojny światowej). Ale choinki - o! temu poświęciła autorka sporo ciepłych słów.
      Zanim zaproszę do lektury, zerknijcie, proszę:) to jedna z pierwszych, ubranych przeze mnie w tym roku choinek, malutka, stojąca w okrągłej wieży:


      choinka w wieży

      A teraz już cudowny tekst o choinkach u Uniechowskiej:
      "Cokolwiek miało się zdarzyć, zbliżały się święta i pałacowy światek zmieniał się w bożonarodzeniowy, świąteczny i tej świąteczności podporządkowany.
      Stróż stróżów, pan Kruk, z pomocnikiem przydźwigał do Pałacu wielką choinkę. Rozłożysta dołem, smuklejsza ku górze. - Jodełka jak się patrzy - pochwalił pan Kruk - ostatnia taka w zagajniku. Zostały same drapaki.
      Umocowana na szerokim krzyżaku zbitym przez stelmacha ledwie zmieściła się pod sufitem holu, w miejscu skąd usunięto kanapę i fotele art deco. Tradycyjnie wokół bożego drzewka śpiewa się kolędy, stojąc.
      Czarodziejstwo bożonarodzeniowych choinek... Talizman pokoleń. Pałac rozzielenił się, zapach igliwia był jak eliksir, jak essencea apaisent, rekwizyt z "białej pamięci" owego starożytnego filozofa. Przyniesiono ze składziku pudła choinkowych ozdób. Papierowe łańcuchy lepione przez niegdysiejsze pałacowe dzieci.
      Były łańcuchy ze słomek dzielone wachlarzykami z plisowanej bibuły, i sklepowe, błyszczące, posypane czymś jak tłuczone szkło. Zabawki, rękodzieła kilku pokoleń. Gwiazdy o promieniach z papierowych tulejek, z wlepionymi w nie kitkami karbowanych bibułkowych promieni. Poważne gwiazdy z tektury oblepione złotą cynfolią.
      Grzebałam w pudłach z zachwytem.
      Było w czym. Bombki, srebrzone orzechy, pokraczni Mikołaje wycięci laubzegą z dykty, ptaszki-wydmuszki - nie mogło zabraknąć ludowych akcentów. Nudna robota przywiązywania nitek przypadła mnie. Pomagały panie rezydentki i kilka cioć, ale co chwila zamyślały się, przypominały sobie swoje choinki, zawsze najpiękniejsze: - Kupowało się całe arkusze gwiazdek i aniołków w papierniczym sklepie firmy Matuszewski i Spółka ... kolorowe papiery, karbowane bibułki ... Klej robiło się z wody i mąki... Pamiętam.... pamiętam - i dłonie opadały im na kolana. Nieruchomiały. Śledziły płynące pod białym z obojętności sufitem holu swoje dawne choinki, a wraz z nimi frunęły stoły wigilijne, okna domów, za którymi wypatrywano pierwszych gwiazd tamtych wieczorów. Po chwili otrząsały się z upiorów wspomnień:
      - Ten łańcuch, Krysiu, trzeba skleić. Bombkom robisz za krótkie pętelki...
      - Jabłuszka! Gdzie rajskie jabłuszka?
      - A na czubek choinki damy anioła czy gwiazdę?
      Moje pierniki gasły wśród feerii świecideł. Jedynie piernikowy zapach był świąteczny. Bo papierowe zabawki pachniały kurzem i stęchlizną."

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Czas na choinki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 grudnia 2013 00:38
  • niedziela, 08 grudnia 2013
    • Menu wigilijne w XIX-wiecznej Warszawie

      Wydawałoby się, że barszcz z uszkami to zawsze było i jest obowiązkowe polskie danie na Wigilię.

      Okazuje się, że jednak nie, nie zawsze tak było!

      Popatrzmy: mamy koniec XIX wieku. Piękne, wielopokojowe mieszkanie w kamienicy w centrum Warszawy, przy ulicy Trębackiej. Rodzina adwokata, którego prawdziwą pasją jest poezja, jego piękna żona, dwie córeczki: Anulka i Jadwinia, matka pana domu - mądra, dystyngowana babcia Pelagia i służba: kucharka Domicela, lokaj Jan, niania i zarazem pokojówka Wikcia.

      Jadwiga Kopeć, w książce „Dziecko dawnej Warszawy”, przenosi nas w dawny świat, w jego codzienność i chwile świąteczne (ilustracje Uniechowskiego). Właśnie nadeszła Wigilia:

      dziecko dawnej Warszawy

      „Choinka ma być przystrojona szklanymi, kolorowymi kulami i żelatynową gwiazdą na szczycie. Zdawało się, że tyle jest zeszłorocznych ozdób, a jak przyszło co do czego, okazało się za mało i można było ubrać tylko jeden bok choinki. Stryj Tadeusz bowiem, który ma szeroki gest, kupił takie ogromne drzewko, że nie mieści się w mieszkaniu i trzeba je upiłować. Sprowadził także na święta cały antałek piwa.

      W drewnianym szafliku pływają przeznaczone na wigilię ryby. Karpie z czerwonozłotą łuską rzucają się w wodzie, jakby chciały z niej wyskoczyć. Czarne, lśniące, jakby lakierowane liny sterują ogonami na małej przestrzeni.

      Przed świętami najciekawsza jest kuchnia. Mama zakłada duży fartuch na całą suknię. Przemykam się za nią.

      - Mówiłam, trzeć mak w jedną stronę, a wy zawsze swoje - odzywa się do Domiceli. – Przecież nie ukręci się nigdy!

      Nie mogę zrozumieć dlaczego. Ale gdybym tak chciała wszystko zrozumieć… Uważnym okiem śledzę zębate kółko, które jeździ po cieście i wykrawa łamańce. Mam łuskać migdały. Przyciskam brunatną skórkę. Migdał wyślizguje mi się z ręki, wystrzela w górę i wpada za pakę od węgla.

      - Jak masz tak robić, to lepiej wcale.

      W dużej niecce wyrabia się ciasto na strucle. Dwie mocne ręce Domiceli tłuką je pięściami, biją i gładzą na przemian. Ciasto piszczy jakby żywe. Ukazują się różowe dłonie.

      - Od ręki odchodzi – mówi mamusia, poprawiając kucharce opuszczone przy łokciu rękawy.

      W kuchni robi się coraz goręcej. Wracam do pokoju, gdzie panuje przyjemny chłód.

      Nadchodzi wigilia. Potraw na wigilię musi być nieparzyście, lecz uczestników wilii do pary, bo inaczej ktoś z obecnych umrze w tym roku.

      Aby zapobiec nieszczęściu, zaprasza się córeczkę dozorcy. Dziewczynka przychodzi wcześniej, jest blada, jakby wcale krwi nie miała. Z jej wejściem rozchodzi się zapach świeżych, włoskich orzechów. Mama mówi, że tak pachnie wilgoć.

      Pod serwetą, jak śnieg białą i mocno nakrochmaloną, kładą siano. Kieliszki i szklanki przewracają się ciągle. Pośrodku stołu opłatki w złotej opasce. Na obrazku opłatka leżącego na wierzchu – Dzieciątko w stajence.

      Zabłysła pierwsza gwiazda i według zwyczaju można już zasiąść do stołu.

      - Jaką dzieci chcą zupę, migdałową czy rybną? – pyta mama.

      Któż by się zastanawiał, przecież zupa migdałowa jest pyszna, słodka.

      Podają paszteciki ryby w muszelkach. Córeczka dozorcy spogląda na mnie pytająco. Nie wie, czy ma jeść paszteciki wraz z muszelką.

      Po wieczerzy otwierają się drzwi do salonu i strojnie ubrana choinka przykuwa oczy. Wchodzi święty Mikołaj, rozdaje upominki. Ma fioletowe rumieńce i białą, miękką brodę. Można by w niego uwierzyć, gdyby nie lakierowane pantofle na wysokich obcasach. To przecież pantofle mamy!

      Zapalono na choince świeczki. Po chwili poprzekrzywiały się i kapią roztopionym woskiem. Pachnie świerkową żywicą. Od jarzących świateł rozchodzą się srebrne promienie i powietrze wkoło staje się ruchome.

      (…) – Co wy tam politykujecie, przecież to wilia, zagrajcie trochę kolęd – mówi mama.

      Zaczynają wszyscy śpiewać po kilka strofek, całej kolędy nikt nie umie. Siadają przy stole, chrupią orzechy.

      Słychać łomotanie do drzwi. To przyszli chłopcy z szopką. Ustawili na poczekaniu małą scenkę, przed nią rzędami krzesła. Zapaliła się kolorowa lampka i zaczęły wyskakiwać marionetki, przedstawiające Matkę Boską, Heroda, świętego Józefa, diabła, śmierć z kosą, która ścina głowę okrutnemu Herodowi i śpiewa:

                      A za wszystkie twoje zbytki

                      Pójdź do piekła, boś ty brzydki.

      Przed nocą stawiam przy swoim posłaniu wszystkie otrzymane prezenty i z myślą o nich zasypiam.”

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Menu wigilijne w XIX-wiecznej Warszawie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 grudnia 2013 21:05

Kalendarz

Kwiecień 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Wyszukiwarka

Tagi

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl