Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy

  • wtorek, 04 grudnia 2007
    • Polewka ze Swystowego Sadu

                  W niedzielnych Podróżach kulinarnych Robert Makłowicz prezentował łemkowskie smaki, z okolic Wysowej. Ależ było miło zobaczyć znajome tereny! bo ja tam bywam, i te górskie ścieżki mam zdeptane, i te krajobrazy w oczach.... I w Swystowym Sadzie byłam (to takie gospodarstwo agroturystyczne).

       

       

      I właśnie tam, na werandzie, pan Robercik zrobił polewkę z suszonych grzybów i śliwek, typowo wigilijną potrawę, którą podaje się jednak i w zwykłe zimowe wieczory. Zdążyłam zapisać szkic przepisu, przejrzałam jeszcze raz program w interaktywnej tv, uzupełniłam. A że akurat dziś miałam wszystkie produkty pod ręką, i miałam wielką ochotę na kulinarne eksperymenty, polewka została wypróbowana. Ot, taka przed-wigilijna wprawka.

      Zupa ma mocny, grzybowy smak, podkreślony lekko cebulą i czosnkiem i złagodzony słodkością śliwki. Pycha! jeśli ktoś lubi takie rustykalne, grzybowe klimaty, to zapraszam!

       

       

      Potrzebne będą (na dwie słuszne porcje):

       

      spora garść suszonych prawdzików

      pół garści śliwek

      1 cebula

      2 małe ząbki czosnku

      czubata łyżka mąki

      łyżka oliwy, łyżka masła

      liść laurowy, 2-3 ziarna ziela angielskiego

      sól, pieprz, szczypta cukru

      Grzyby zalewamy wodą, dodajemy listek laurowy i ziele angielskie i gotujemy aż grzyby będą miękkie, ok. pół godziny.

      W osobnym garnku gotujemy śliwki, ok. 15 minut.

      Z wywaru grzybowego wyjmujemy grzyby, siekamy je na paseczki, z powrotem wrzucamy do wywaru.

      Z wywaru śliwkowego wyjmujemy śliwki, siekamy je na paski i wrzucamy do garnka z grzybami. Gotujemy razem parę minut.

      W tym czasie obieramy cebulę i czosnek, siekamy w dość drobną kostkę i wrzucamy na rozgrzany na patelni olej i masło, smażymy do lekkiego zezłocenia, dodajemy mąkę i robimy zasmażkę. Przekładamy cebulową zasmażkę do zupy, chwilę jeszcze gotujemy.

      Doprawiamy do smaku.

      Zupa powinna chwilę „odpocząć”, po jakiejś godzinie będzie znacznie lepsza.

      Świetnie smakuje z razowym chlebem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Polewka ze Swystowego Sadu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 grudnia 2007 22:39
  • poniedziałek, 03 grudnia 2007
    • Sekrety kuchni tynieckiej

      Od paru dni wszędzie widać biegających za prezentami ludzi. Cóż, dodam, że nie jestem wyjątkiem. Mikołajowe paczki muszą być przygotowane, a tu już 3 grudnia! W tym pośpiechu i zabieganiu spotkało mnie dziś coś niezwykłego; chyba sam św. Mikołaj poprowadził mnie dziś do księgarni Biblosu i pociągnął w stronę półek z książkami (a miałam kupić tylko opłatki wigilijne!). I była tam TA książka!: Benedyktyńskie smaki i smaczki. Sekrety kuchni opactwa w Tyńcu. To kolejny, nieoczekiwany prezent św. Mikołaja. Ależ się ucieszyłam! W ogóle nie wiedziałam, że ma taka książka wyjść. I okazało się zresztą, że wydawca (Świat Książki) planuje ją dopiero na styczeń, i tylko taka pilotażowa przedsprzedaż gdzieniegdzie się trafiła. MNIE się trafiła! to dopiero jest coś!

      Tak lubię te stare klasztorne przepisy, i proszę: nowa książka czekała na mnie na półce. I to o kuchni w Tyńcu! który jest mi tak bliski.

      Kiedy dokładnie rok temu powstawała w Tyńcu wytwórnia i sklep produktów benedyktyńskich, i zaczynała działalność restauracja w klasztornych murach, pojechałam czym prędzej zobaczyć i popróbować ich specjałów. Na szczęście mam blisko do Krakowa, a stamtąd do Tyńca to się kiedyś chadzało pieszo, w ramach przechadzki, rzut beretem:)))

      To wtedy jadłam tam żurek, jak dla mnie nietypowy, bo z białym twarogiem, i spróbowałam go potem odtworzyć w domu. Tak wyglądał ten mój:

       

       

       

       

      A teraz, proszę, mogę sobie porównać, czy dobrze odgadłam składniki i sposób przygotowania. Żurek św. Placyda jest w książce.

      No, więc troszkę uboższa smakowo była moja wersja; nie pomyślałam, żeby dodać pieczarki, ogórek konserwowy i chrzan. No i na pewno nigdy nie pomyślałabym o marchewce. A tu jest.

      Natomiast Placyd nie pomyślał o ziemniaku i cebuli:)))) Muszę teraz zrobić jego wersję i porównać:)))

      Póki co, podaję mój przepis:

      jarzyny na wywar: 1 ziemniak, 1 cebula, 1 pietruszka, gruby plaster selera bulwiastego

      listek laurowy

      2 ziarnka ziela angielskiego

      ok. 100 ml zakwasu żurkowego (w płynie)

      250 ml śmietany 18%

      2 łyżki mąki

      4-5 grubych plastrów chudej kiełbasy

      10 dag sera białego - twarogu

      sól, pieprz

      spora szczypta majeranku

      ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę

      szczypta cukru

      sposób przygotowania:

       

      Jarzyny na wywar włożyć do rondla, zalać zimną wodą, tak, aby były dobrze przykryte wodą, dodać listek laurowy i ziele angielskie, lekko osolić i gotować do miękkości, ok. 30– 40 minut, uzupełniając wodą. Gotowy wywar odcedzić, odkładając jarzyny (nie będę już potrzebne).

      Do wywaru dodać kiełbasę pokrojoną w półplasterki (jeśli była szersza – to w ćwierćplasterki). Dodać zakwas żurkowy – trzeba uważać, żeby nie dać go zbyt dużo, aby żurek nie był zbyt kwaśny (ilość zależy od tego jaki mamy zakwas, ja miałam akurat dość ostry). Wsypać szczyptę majeranku, przeciśnięty ząbek czosnku i gotować około 10 minut.

      Śmietanę zahartować 1-2 łyżkami gorącego żurku, wymieszać z mąką i wlać do żurku, gotować ok. 5 minut. Dodać szczyptę cukru, pieprz, ewentualnie dosolić. Zostawić na jakieś 10 minut. Sprawdzić smak, ewentualnie doprawić (solą, pieprzem i majerankiem).

      Twaróg pokroić w kostkę (niezbyt dużą).

      Żurek wlać na talerze, dodać do każdego talerza twaróg.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 grudnia 2007 23:19
  • sobota, 01 grudnia 2007
    • Jakie powinny być ciasteczka?

       

      Zapytałam o to samą siebie, kiedy tylko skończyłam piec ciasteczka bostońskie z Kuchni Zielonego Wzgórza.

      Rozczarowały mnie te ciastka. Owszem, udały się; dobrze, pieguskowato wyglądają, są smaczne, ale.... Ale smakują jak ciasto, miękkie, piaskowo-czekoladowe ciasto; nie jest to jednak smak ciasteczek. Ciasteczka powinny być kruche i chrupiące. Taka jest moja definicja i ideał ciasteczek.

      Skusiłam się na wypróbowanie tego przepisu, bo w książce opisano, że słój z tymi ciasteczkami w domu Lucy Maud Montgomery cieszył się ogromną popularnością i był bezustannie opróżniany. Zrobiłam je więc, podjadam je nawet cały dzień po troszku, bo naprawdę są smaczne, ale.... tak byłam nimi rozczarowana, że nawet zdjęcia im nie zrobiłam!

      Zapominam więc o nich.

      Przepisu nie będzie :(((

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 01 grudnia 2007 23:16
  • piątek, 30 listopada 2007
    • Nokia Pink

      Mikołaj już na dobre zaczął rozdawanie prezentów. Znalazłam się na liście tych „grzecznych”, znalazło się miejsce w saniach i właśnie wczoraj różowiutką nokię 6085 renifery przywiozły!!!! J)

      nokia pink

      nokia

      Milutka jest! testuję sobie pomalutku jej możliwości, a są one – w stosunku do mojego starego Siemensa – niemałe!

      Tylko dzwonki nie w moim guście, trzeba będzie coś wyszukać w sieci.

      Hop! hop! Mikołaju! moc całusków!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 30 listopada 2007 14:52
  • czwartek, 29 listopada 2007
    • Labirynt Fauna

      Obejrzałam oscarowy film Guillermo del Toro z 2006 roku (premiera w Polsce – wiosna 2007); trzy Oscary  - za scenografię, zdjęcia i charakteryzację.

       labirynt

      Film, jak dla mnie, jest poruszający, ale dziwny. Bo tak:

      Mamy dwa wątki. Pierwszy - realny - Hiszpania, rok 1944, już po wojnie domowej, początki okrutnych rządów generała Franco, bezlitośnie zwalczany partyzancki ruch oporu.

      I drugi wątek – wymyślony, bajkowy świat małej Ofelii, o bogatej wyobraźni, której nikt z otoczenia nie akceptuje. Dziewczynka nie umie odnaleźć się w rzeczywistym, okrutnym świecie, tworzy więc własny świat, w którym jest odnalezioną po latach księżniczką podziemnego królestwa.

      To akurat nic dziwnego, taka ucieczka w świat fantazji jest częstym mechanizmem obronnym osób żyjących w sytuacjach stresowych.

      Poruszające i dziwne dla mnie było to, że dziewczynka stworzyła świat równie okrutny i straszny, jak ten, otaczający ją, realny. Owszem, dobro tam ostatecznie zwyciężyło (co w świecie rzeczywistym rzadko udaje się zobaczyć, a przynajmniej nie tak szybko!). Czy jednak dziewczynka, skoro już tworzyła swój świat, nie potrafiła stworzyć go pogodnym? Czy aż takie spustoszenia w jej psychice dokonał realny świat?

      A Oscary słusznie się należały: film bardzo starannie zrealizowany, z wielką dbałością o szczegóły, kolorystykę. Świat realny widzimy w barwach zimnych, zielono-niebieskich, świat bajkowy jest ciepły: żółto-pomarańczowy. A świat przedmiotów i strojów, zarówno tych realnych, jak i bajkowych – to prawdziwa uczta dla oczu: nie mogłam się napatrzeć na ubiory Ofelii, te wszystkie zakładki, szczypanki, falbany – cudo!

      Natomiast, gdyby mnie ktoś zapytał o muzykę w tym filmie – to kompletna pustka w głowie! Pamięta się te niespodziewane szmery, trzaski, skrzypienia, ale muzyka???? Nie wiem, jaka była. To podobno świadczy o tym, że film był znakomicie zrobiony.

      To prawda. Był znakomity.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 listopada 2007 11:08
  • poniedziałek, 26 listopada 2007
    • Kanapka Trześniewskiego

      Oglądałam w kuchni.tv program Para w kuchni poświęcony kanapkom. Od razu pomyślałam sobie, że muszę wypróbować pastę jajeczną, podawaną w wiedeńskiej kanapce Trześniewskiego.

      Temat kanapek jest mi szalenie bliski, uwielbiam je, a kiedyś, w głębokich czasach PRL-u, to właśnie kanapki były podstawowym daniem imprezowym. Kiedy w sklepach, zamiast towarów były puste półki, kanapki święciły triumfy, bo dało się je zrobić niemal z niczego. A jakie były kolorowe!

      Nie wiedziałam, że polska kanapka (rodzina Trześniewskich to Polacy) jest tak popularna w Wiedniu. Bardzo lubię klimat tego miasta, może dlatego, że jest tak podobny do mojego ulubionego Krakowa? I koniecznie muszę kiedyś wpaść na Dorotheergasse, gdzie serwują te kanapki; już sobie zapisałam w przewodniku adres.

      Póki co, w weekend zrobiłam podstawową wersję kanapki Trześniewskiego, mhmmm, pychota!

       

       

       

      Jak się ją robi?

      Kanapka ma mieć rozmiar 4,5 x 8 cm, chleb ma być ciemny, razowy.

      Ugotowałam 4 jajka na twardo, trzy z nich posiekałam w drobną kostkę, dodałam pół małej cebulki drobniutko posiekanej, lekko osoliłam, dodałam pieprz czarny, i łyżeczkę majonezu Babuni (Hellmans). Roztarłam razem widelcem.

      Kromki chleba posmarowałam masłem, obłożyłam pastą i na wierzch dałam plasterki tego czwartego ugotowanego jajka.

      Bo testowałam kanapkę "jajko z jajkiem", czyli słynną pastę jajeczną ozdobioną plasterkiem jajka na twardo - tę kompozycję sprowokowali sami konsumenci, którzy pytali o kanapki z samą pastą jajeczną, która była największym przebojem Trześniewskiego ... od zawsze. A żeby nie było "nudno" optycznie, postanowiono ozdobić kanapkę słoneczkiem z plasterka jajka.

      Oczywiście, można do pasty dodawać różne dodatki, np. szczypiorek, ogórek kiszony lub konserwowy, grzybki marynowane, twaróg. Możliwości są niemal nieograniczone.

      Bufet z kanapkami otworzył w Wiedniu w 1902 roku Krakowianin, Franciszek Trześniewski, który tu przybył na przełomie XIX i XX wieku. I tak powstał jeden z pierwszych fast foodów  w EuropieJ)))

      Klient z ulicy zamawia przeciętnie cztery kanapki. A do tego tak zwany "Pfiff",  czyli 1/8 litra piwa.

      Od założenia firmy produkuje się stale te same 18 rodzajów past kanapkowych według niezmienionych przepisów. Po 1978 roku, kiedy sędziwa Maria Trześniewska oddała firmę spółce handlowej Demmers Teehaus, rozszerzono paletę do 21 rodzajów. Z pierwotnego zestawu wycofano tylko jedną kompozycję o nazwie "zielona papryka", bo było na nią coraz mniej amatorów. Doszły natomiast pasty marchewkowo-twarożkowa i tuńczykowa, a na stuletni jubileusz firmy podano również kanapki z łososiem. 

      A wracając do tematu kanapek w programie Para w kuchni – to zszokowała mnie kanapka (chyba) kopenhaska: na posmarowanej kromce chleba układa się plastry ugotowanego ziemniaka, na to plastry cebuli i voila! pięć euro!!! Czysty biznes!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kanapka Trześniewskiego”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 listopada 2007 22:34
  • niedziela, 25 listopada 2007
    • Czy marengo to kolor?

      - Czy marengo to kolor? – zapytał Zet, kiedy przedstawiałam mu propozycję menu na party, i doszliśmy do pozycji: kurczak marengo.

      - Ależ tak! to kolor ciemnoszary.

      - Kurczak na szaro? – Zet był dość sceptycznie nastawiony.

      Ale potrawa nie była szara, była apetycznie czerwono-brązowa.

       

       

      A tak ją robiłam:

       

      podwójna pierś kurczaka

      2 ćwiartki kurczaka (udko z kawałkiem piersi)

      2 cebule

      20 dag świeżych grzybów (ja miałam pieczarki i boczniaki)

      mała puszka pomidorów pelati (250 g)

      1 ząbek czosnku

      ok. szklanki białego półwytrawnego wina

      2 łyżki mąki

      oliwa, masło

      sól, pieprz, zioła prowansalskie, tymianek, mielona wędzona papryka

      Najpierw oddzielamy mięso od kości i kroimy na niezbyt duże kawałki. Układamy je w misce, posypujemy przyprawami, skrapiamy oliwą, nakrywamy folią i chłodzimy w lodówce kilka godzin.

      Po tym czasie rozgrzewamy w dużej, głębokiej patelni oliwę, dodajemy nieco masła i smażymy kurczaka z wszystkich stron. Zmniejszamy ogień i przykrywamy.

      Cebulę siekamy w drobną kostkę, grzyby w paseczki. Na drugiej patelni rozgrzewamy resztę oliwy i masła, wrzucamy cebulę i grzyby i podsmażamy, aż wyparuje sok, który grzyby puszczają. Przekładamy je do patelni z kurczakiem. Dusimy razem na malutkim ogniu.

      Na patelnię po grzybach przekładamy pomidory z puszki, rozgniatamy je,. doprawiamy solą, pieprzem, tymiankiem i papryką, dodajemy przeciśnięty ząbek czosnku. Powstały sos przekładamy do kurczaka. Dolewamy ok. pół szklanki wina i dusimy potrawę, ok. 30-40 minut, dolewając po trochu wina. Pod koniec duszenia niewielką ilość wina mieszamy z mąką i dodajemy do potrawy. Chwilę razem gotujemy, po czym wyłączamy gaz. Smaki winny się przegryźć, trzeba im dać na to czas.

      Na drugi dzień potrawę podgrzewamy i doprawiamy.

      Podajemy z makaronem zwiniętym w kulkę (lub ryżem) i sałatą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 listopada 2007 23:53
  • piątek, 23 listopada 2007
    • Kurczak Marengo

      To historyczna potrawa; podana Napoleonowi tuż po zwycięskiej bitwie pod Marengo we Włoszech.

      Ta bitwa była decydująca w drugiej kampanii włoskiej Napoleona. Stoczona została w dniu 14 czerwca 1800 r. z armią austriacką. Bitwa zakończyła się zwycięstwem Francuzów, a jej następstwem było wycofanie się Austriaków z Włoch. Zwycięski wynik bitwy utrwalił pozycję Napoleona we Francji, porażka mogła oznaczać jego całkowitą klęskę.

      A tak to mniej więcej wyglądało:

       

       

       

       Tyle historii, a teraz sprawa potrawy.

      Miałam z nią trochę kłopotu. Okazało się, że funkcjonują dwie potrawy, pretendujące do miana tej, którą podano pod Marengo Małemu Kapralowi: kurczak i cielęcina. Ale to jeszcze nie koniec kłopotów: czy były w potrawie pomidory? Czy ich nie było? (w wydanej niedawno Encyklopedii Kuchni Włoskiej ich nie ma).Wertując różne książki kulinarne i to, co jest w necie, zdołałam ustalić, że Napoleonowi podano jednak kurczaka; cielęcina (jako bardziej eleganckie i wykwintniejsze mięso) to późniejsza modyfikacja przepisu, i większość źródeł uwzględnia pomidory w przepisie. Po prostu zrobiono mu potrawę ze składników, które akurat kucharz miał pod ręką: kurczak, pomidory, grzyby, cebula, oliwa, białe wino.

      I dobrze. Mój kurczaczek od wczoraj się już przegryza, dziś będę go ostatecznie doprawiać. Ale już to, co jest, smakuje super. Podoba mi się ten przepis.

      A cielęcinę kiedyś też można by wypróbować.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 23 listopada 2007 14:40
  • środa, 21 listopada 2007
    • Test zupy przed sobotnim party

      Wyszukałam sobie przepis na włoską zupę Vesubio, właśnie go przetestowałam i pożarłam uzyskany produkt łapczywie!!! Ledwo zdążyłam pstryknąć fotkę. Zupa jest pyszna, taka w sam raz na zimowe wieczory. 

       

       

       

       

       

      A przepis pochodzi z książki: Zupy na cały rok, autorstwa Francuza, Brata Victora, benedyktyna w opactwie Notre Dame w Millbrook w stanie N.Y.

      Bardzo sobie cenię klasztorne przepisy, zwykle są pyszne, a zarazem proste.

      A ta książka należy chyba do najlepszych książek o zupach, jakie mam w swojej biblioteczce. Robiłam już z niej klasztorną minestrone i cukiniową, obie były super!

      I jeszcze taka ciekawostka: jest w niej zamieszczony przepis na zupę polską z kaszą jęczmienną. Sądząc z opisu, chodzi o krupnik. Raczej jest to poprawny przepis, aczkolwiek wśród dodawanych jarzyn wymieniono seler naciowy! Kto w Polsce dodałby do krupniku seler naciowy????? Myślę, że wynika to z faktu, że w Ameryce, gdzie brat Victor gotuje, seler bulwiasty jest – jak słyszałam – niemal na wagę złota. Za to naciowy jest w powszechnym użytku, na co dzień.

       

      okladka

       

      A`propos selera naciowego: przypomniała mi się historyjka, kiedy – spory kawałek temu – usiłowałam kupić na mojej prowincji seler naciowy. Wtedy jeszcze nie był tak popularny, i u nas był zupełną nowością, o której mało kto słyszał. Szukałam bezskutecznie po sklepach, w końcu zdesperowana i raczej bez nadziei, pomyślałam: zapytam na targu. Zapytałam.

      „Baba”, która na swoim miejscu na stole miała zawsze wszystko, co klientki mogą pragnąć, mówi:

      - Zaraz, gdzieś tu był...

      Ja wytrzeszczyłam z niedowierzaniem oczy.

      Niepotrzebnie.

      „Baba” wyciągnęła z zawiniątek nać selera bulwiastego. I nie mogła zrozumieć, o co mi właściwie chodzi.:)))))

      Ale czas na zupkę Vesubio:

      4 ziemniaki

      4 marchewki

      1 duża cebula

      1 czerwona papryka

      250 g mozarelli

      2 l bulionu warzywnego (ja dałam z kostki)

      oliwa

      sól, pieprz, mielona papryka (najlepiej wędzona)

      Ziemniaki i marchew obrać, pokroić w kostkę, wrzucić do rondla, zalać bulionem i gotować do miękkości. Zmiksować. Jeśli zupa będzie zbyt gęsta, dolać wody.

      Cebulę pokroić w bardzo cienkie półplasterki, paprykę - w paski (po wyjęciu pestek, rzecz jasna). Rozgrzać lekko oliwę, wrzucić cebulę i zeszklić ją, dodać paski papryki i chwilę jeszcze podsmażyć. Dodać cebulę i paprykę do zupy, przyprawić solą, pieprzem i mieloną papryką, gotować razem ok. 20 minut.

      Zupę rozlać do kokilek i do każdej dodać 2-3 plasterki mozarelli. Wstawić do gorącego piekarnika na kilka minut, aż się ser rozpuści (lub do mikrofalówki, 1-2 minuty na pełną moc).

      Podawać z razowym chlebem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Test zupy przed sobotnim party”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 21 listopada 2007 00:22
  • wtorek, 20 listopada 2007
  • poniedziałek, 19 listopada 2007
    • Ciasteczka z Zielonego Wzgórza

      Te warstwowe ciasteczka należały do ulubionych wypieków Lucy Maud Montgomery; często wspominała o nich w swoich zapiskach. Bardzo pyszne, mają ciekawy, niespotykany u nas smak

       

       

       

       

       

       Napisałam kiedyś w opisie swojej internetowej książki kucharskiej:Zawsze chciałam być jak Ania z Zielonego Wzgórza, ale już ta starsza, podszkolona przez Marylę, umiejąca wszystko przyrządzić i pięknie podać. Trudno się więc dziwić, że kiedy ukazała się zapowiedź książki: Kuchnia z Zielonego Wzgórza, to było oczywiste, że muszę ją mieć.

       

       

        ksiązka

       

       

      I mam ją już, hura!!!! Wprawdzie to od św. Mikołaja, ale tym grzeczniejszym to już zaczął rozdawać, nie czeka na 6 grudnia :))))

      Książka jest urocza! Pięknie wydana, autorstwa jej kuzynki, córki kuzynki i wnuczki, stylizowana na stary druk, z przełomu wieków, ze zdjęciami rodzinnymi ciotki Maud. Przepisy są autentyczne, wyszukane ze zbiorów Lucy Maud, z zapisków jej rodziny i przyjaciół, z którymi chętnie dzieliła się przepisami.

       

      A oto przepis na ciasteczka, który wypróbowałam:

       

      Pół szklanki masła

      szklanka białego cukru

      2 ubite jajka

      pół łyżeczki wanilii

      1 i pół szklanki mąki tortowej

      1 łyżeczka proszku do pieczenia

      pół łyżeczki soli

      Masło należy rozetrzeć z cukrem (ja to robiłam mikserem). Dodać jajka i wanilię, dalej rozcierać, potem przesiać mąkę wymieszaną z solą i proszkiem do pieczenia.

      Powstałe luźne ciasto należy rozsmarować na blasze wyłożonej papierem pergaminowym (rozmiar blachy ok. 23 x 33 cm)

       

       Przygotować drugą warstwę:

      1 białko

      1 szklanka jasnego brązowego cukru

      pół łyżeczki wanilii

      pół szklanki posiekanych orzechów włoskich

      Należy ubić pianę na sztywno, dodać cukier i wanilię, jeszcze chwilę ubijać.

      Rozsmarować pianę na cieście.

      Posypać orzechami (ja posypywałam orzechami grubo zmielonymi).

      Piec w piekarniku rozgrzanym do 180 st. C

      Wyjąć, lekko przestudzić i czubkiem bardzo ostrego noża delikatnie pokroić na kawałki, np. na trójkąty.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Ciasteczka z Zielonego Wzgórza”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 listopada 2007 05:56
  • sobota, 17 listopada 2007
    • Beaujolais nouveau

      Beaujolais nouveau est arrive! - takim okrzykiem witano w czwartek 15 listopada na całym świecie otwarcie pierwszych beczek tego młodego wina z regionu w środkowowschodniej Francji. Jak nakazuje tradycja, co roku w trzeci czwartek listopada równo o północy następuje uroczyste otwarcie beaujolais nouveau. Nowością jest pojawienie się w tym roku beaujolais nouveau rose (różowego). To jednak tylko kropla (400 tys. butelek) w morzu 50. milionów butelek beaujolais nouveau czerwonego, z czego blisko połowa sprzedawana jest na eksport.

       

      W tygodniu to ja nie mam czasu na świętowanie, ale nadrobiliśmy to w weekend. Ponieważ była taka możliwość, kupiłam beaujolais rose. Nooo, to rzeczywiście jest wino nouveau, o niezbyt jeszcze zharmonizowanym, niezbyt wyważonym smaku, ale miło się piło. Szybko idzie do głowy:))))

       

       

       

      Do beaujolais zrobiłam kotlety schabowe po francusku, z musztardą starofrancuską, tą z całymi ziarnkami gorczycy. Podałam z bagietką wiejską, pszenno-żytnią.

      A kotlety robi się tak:

      Pół kilo schabu należy pokroić na 4 kotlety, rozbić na cienkie dość płaty. Każdy lekko posolić i popieprzyć z obu stron.

      Przygotować marynatę: wymieszać razem 2 łyżki musztardy starofrancuskiej, 2 łyżki bulionu i 2 łyżki oliwy.

      Każdy kotlet posmarować marynatą, ułożyć na półmisku, owinąć folią i włożyć na 2 godziny do lodówki.

      Następnie rozgrzać na patelni łyżkę oleju, włożyć kotlety wraz z marynatą i obsmażyć z obu stron na ostrym ogniu. Potem zmniejszyć płomień, przykryć pokrywką i dusić jeszcze przez  5 minut.

      Świetne zarówno na ciepło, jak i na zimno.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 17 listopada 2007 23:27
  • niedziela, 11 listopada 2007
  • piątek, 09 listopada 2007
    • Rogale św. Marcina

       

      Rogal świętomarciński, z nadzieniem z białego maku, tradycyjnie przygotowywany jest w Poznaniu z okazji dnia św. Marcina - 11 listopada.

      Jak podaje internetowa encyklopedia - tradycja ta wywodzi się z czasów pogańskich, gdy podczas jesiennego święta składano bogom ofiary z wołów lub w zastępstwie - z ciasta zwijanego w wole rogi. Kościół przejął ten zwyczaj, łącząc go z postacią św. Marcina, a kształt tłumacząc jako podkowę, którą miał zgubić koń świętego.

      W Poznaniu tradycja w obecnym kształcie narodziła się w listopadzie 1891. Gdy zbliżał się dzień św. Marcina proboszcz parafii św. Marcina, Jan Lewicki, zaapelował do wiernych, aby wzorem patrona zrobili coś dla biednych. Obecny na mszy cukiernik Józef Melzer, który pracował w pobliskiej cukierni, namówił swojego szefa aby wskrzesić starą tradycję. Bogatsi poznaniacy kupowali smakołyk a biedni otrzymywali go za darmo.

      A od paru lat na forum Mniammniam, grupka zapaleńców, zwłaszcza tych spoza Poznania, podtrzymuje tradycję, piekąc własnoręcznie te rogale. Mamy świetny przepis na ciasto, listkujące się, drożdżowo-francuskie, autorstwa Bajaderki i bardzo zbliżony do oryginału przepis na nadzienie, uzyskany metodą kolejnych przybliżeń:)))

      Właśnie chłodzi mi się w lodówce ciasto, ukręciłam masę i jutro piekę!

       

      A oto przepis:

      Ciasto:

       

      1 szklanka ciepłego mleka

      4 dag świeżych drożdży

      1 jajko

      1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

      3 1/2 szklanki mąki

      3 łyżki cukru

      szczypta soli

      225g miękkiego masła

      Drożdże wkruszyć do mleka, zostawić na kilka minut aby urosły. Dodać jajko i wanilie i lekko wszystko pomieszać.

      Mąkę, cukier i sól wymieszać razem w dużej misce, dodać lekko miękkie masło (2 łyżki) i rozetrzeć palcami razem z mąką.

      Dodać rozczyn mieszając łyżką, lekko i krótko ciasto wyrobić. Robot KitchenAid (czyli tzw. Kicia) sprawdza się tu genialnie. Uformować ciasto w prostokąt, przykryć folią i schłodzić w lodówce około 1 godziny.

      Schłodzone ciasto przełożyć na stolnicę i rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x15cm, tak aby krótsze strony stanowiły górę i dół. Masło rozsmarować równomiernie na cieście (zostawić ½ cm margines dookoła). Złożyć 1/3 ciasta od góry, następnie złożyć dolną część tak aby przykryła to złożenie (tak jak składamy kartkę papieru). Dobrze skleić brzegi i delikatnie wywałkować w prostokąt 25x17cm używając jak najmniejszej ilości mąki do podsypywania. Złożyć tak jak poprzednio i schłodzić przez 45 minut. Powtórzyć proces 3 razy, chłodząc ciasto miedzy wałkowaniami przez 30 minut. Po zakończeniu procesu wałkowania ciasto dobrze zawinąć i włożyć do lodówki na co najmniej 5 godzin, a najlepiej na całą noc.

      Przygotować nadzienie:

       

      30 dag białego maku

      10 dag pasty migdałowej (marcepanu)

      1 szklanka cukru pudru

      10 dag orzechów włoskich

      10 dag zblanszowanych migdałów

      1 łyżka kandyzowanej skórki pomarańczowej

      2-3 łyżki gęstej śmietany

      3 podłużne biszkopty, pokruszone na okruszki

      Do posmarowania:

       

      1 jajko rozbełtane z 2 łyżkami mleka

      Lukier:

       

      1 szklanka cukru pudru

      1 białko

       

      płatki migdałów do posypania

       

       

      Mak sparzyć gorącą wodą, po 15 minutach odcedzić i dobrze odsączyć. Zmielić trzykrotnie w maszynce mak. Zmielić orzechy i migdały w maszynce do mielenia orzechów. Pastę migdałową (marcepan) rozetrzeć mikserem z cukrem pudrem, dodać zmielony mak z bakaliami, okruszki biszkoptowe i posiekaną skórkę pomarańczową. Dobrze wymieszać, dodać śmietanę - ale tylko tyle by uzyskać dość zwartą ale plastyczną masę. Masa nie może być zbyt płynna, ani za twarda i właśnie świetnie reguluje się jej konsystencję dodając śmietanę stopniowo.

      Wywałkować ciasto na prostokąt o wymiarach mniej więcej 65x34cm i przeciąć wzdłuż długiego boku na 2 części. Każdy powstały w ten sposób pasek pokroić na 12 trójkątów.

      Rozsmarować nadzienie zostawiając mały margines na wszystkich bokach trójkąta - zwijać w rogaliki zaczynając od najszerszego boku. Ułożyć na wyłożonej pergaminem blasze, przykryć i zostawić do wyrośnięcia aż podwoją objętość, około 1 1/2 godziny.

      Rozgrzać piekarnik do 180ºC, wyrośnięte rogale posmarować jajkiem rozbełtanym z mlekiem i piec około 20 minut aż się ładnie zezłocą.

      Utrzeć lukier z białka i cukru pudru.

      Wyjąć rogale na drucianą siateczkę i jeszcze ciepłe posmarować lukrem. Posypać płatkami migdałowymi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Rogale św. Marcina ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 09 listopada 2007 23:30
  • wtorek, 06 listopada 2007
    • Książki nowej noblistki

      Przeczytałam "Piąte dziecko" - książkę nowej noblistki, Doris Lessing. Bardzo mnie przygnębiła ta książka. To straszna rzecz, kiedy ktoś musi stanąć wobec problemu swojego nienormalnego dziecka, i to dziecka, które odrzuca swoich bliskich.

       

      okładka noblistki 

       

      Harriet, matka Bena, zabiera to swoje dziecko z zakładu dla upośledzonych, bo tam czekałaby go pewna śmierć. Nie leczy się tam nikogo, lecz jedynie nieludzko więzi w kaftanach bezpieczeństwa, głodząc, i jednocześnie faszerując lekami oszałamiającymi.

      Nie dziwię się, że zabrała syna stamtąd. Trudno byłoby żyć, wiedząc, jaki jest tam jego los.

      Ale zabranie agresywnego dziecka do domu sprawia, że rodzina rozpada się. Rodzeństwo, bojąc się Bena, przy pomocy dziadków i ciotek wyprowadza się z domu. Zostaje tylko mały Paweł, który jest zbyt mały na własne ułożenie sobie życia, i niestety, zaczyna mieć duże problemy z prawidłowym rozwojem własnej osobowości.

      Harriet nie ma oparcia we własnym mężu; ten uważa, że źle zrobiła przywożąc Bena do domu.

      Sytuacja jest patowa, każde rozwiązanie jest złe.

      Pomijam oczywiście sprawę funkcjonowania tego typu instytucji, czy też braku fachowej pomocy ze strony lekarzy, psychologów, psychiatrów, itp. To mogło się zdarzyć, ale jest tak pokazane przede wszystkim po to, by uwypuklić dramat i wagę sytuacji. Ważne są przede wszystkim wybory ludzi postawionych w sytuacjach pozornie bez wyjścia.

      Najbardziej przejmujący jest dla mnie dramat tej kobiety, której nikt nie chce, czy nie umie pomóc. Moim zdaniem dokonała właściwego wyboru, ale cena, jaką za to zapłaciła, jest okropna. Najgorsze jest to, że nie umiała odnaleźć się w tej sytuacji. Bo często zdarza się, że okoliczności życiowe stawiają nas w sytuacjach krytycznych (wypadek, przewlekłe choroby, tego typu sprawy) i człowiek zaczyna funkcjonować jak zaszczute zwierzę w klatce. Jak znaleźć wyjście z niej? Jak uczynić trudną codzienność godną i ludzką? Książka zmusza do refleksji.

      Pewnie przeczytam jeszcze "Podróż Bena", bo to kontynuacja „Piątego dziecka”, ale potem już dam sobie spokój z twórczością tej pisarki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 listopada 2007 12:34

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl