Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy

  • wtorek, 23 października 2007
    • Rudych rydzy moc

      Tyle ich jest ostatnio na Burku (to nasz lokalny targ), że w końcu skusiłam się:)))

      Wiadomo, najlepsze są prosto z blachy pieca, takiego na węgiel, z duchówką do pieczenia ciast, z odkrywanymi pogrzebaczem fajerkami, z których buchał żywy ogień...

      Ale dawno już nie mam takiego pieca do dyspozycji:((((

      Były więc dzisiaj rydze z patelni, i to teflonowej.

       

       

       

       

       

      Bez żadnego przepisu, ot rozgrzana oliwa i masło, wrzucony ząbek czosnku do smaku, rydze blaszkami w górę, lekko posolone. Dopiero gdy puszczą sok i nieco odparują, dodaję pokrojoną w półplasterki cebulę, dosalam, posypuję pieprzem, obracam kapelusze, smażę, aż utracą smak surowizny, jakieś 20-30 minut. I gotowe!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 października 2007 23:06
  • poniedziałek, 22 października 2007
    • Nicejski rodowód negreski

      W Kuchni.tv obejrzałam program z serii Wielcy szefowie kuchni, w którym wystąpił Jacques Maximin. Zasłynął on jako mistrz kuchni w restauracji Negresco w Nicei. Z tą nazwą ściśle związany jest mój „gazetowy” nick.

       negresco

      A było to tak:

      Kiedy próbowałam zalogować się na Gazecie i wszystkie odpowiadające mi nicki były pozajmowane, przypomniałam sobie opowieści Jot o Nicei, gdzie bywał w każde lato. Wspominał też o bardzo ekskluzywnej restauracji i hotelu Negresco, położonego u stóp Morza Śródziemnego, z palmami, markizami, liberiami i wszystkimi możliwymi „szykanami”:))))

       z morzemz wybrzezem

      Jakoś wbiły mi się w pamięć te opowieści. Wyobrażałam sobie, jak pyszne i piękne muszą być dania tam serwowane. No i zawsze była mi bliska kuchnia prowansalska (którą kiedyś troszkę, ociupinkę poznałam), a która tam właśnie, w nicejskim Negresco zdobyła światową renomę, przede wszystkim dzięki talentowi i pasji Maximina.

       danie

      Szukając nicka, przypomniałam sobie o Negresco.

      Ładne brzmienie przywoływało również skojarzenia z czarną nescą – kawą, którą swego czasu namiętnie piłam, wydając na nią lekką reką w Pewexie ciężko uciułane dolary:))))

      Tak powstała „negresca”.

      Bardzo ją lubię, prawie tak samo jak Jotkę – która jest moim podstawowym nickiem.

      To może obejrzyjmy sobie jeszcze kilka fotek z mojego nicejskiego prawzoru:

      bar

      dynia

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 października 2007 22:14
  • niedziela, 21 października 2007
    • Zupka czosnkowa na wieczór wyborczy

      Zimno dzisiaj było, choć jak poranna mgła opadła, wyszło piękne słonko. Wywiało mnie jednak porządnie, więc na wieczór  i na czas oczekiwania na wyniki,  przydała się rozgrzewająca zupa-krem czosnkowa

       

       

       

      Tę zupę można było swego czasu zjeść w korsykańskiej restauracji Paese w Krakowie, ale ostatnio już jej nie widziałam. Przepis na zupę podała w jednej z kolorowych gazet właścicielka; oczywiście podała tylko zarys przepisu, który uściśliłam, wypróbowałam i często powtarzam, mniam!

       

      A tak się zupkę robi:

      1 główka czosnku

      4 ziemniaki

      2 łyżki oliwy

      listek laurowy

      10 dag żółtego sera

      sól, pieprz

      pół bagietki na grzanki

       

      Obrać ziemniaki, pokroić w kawałki.

      Obrać czosnek.

      Na rozgrzanej oliwie podsmażyć kawałki ziemniaków i ząbki czosnku, wrzucić do rondla, zalać 1 l gorącej wody, dodać listek laurowy, sól, biały pieprz.

      Gotować ok. 30 minut.

      Wyjąć listek, zmiksować, dodać utarty ser.

      Bagietkę pokroić na kromeczki, natrzeć czosnkiem, podsmażyć na patelni z obu stron.

      Gorącą zupę rozlać do miseczek, wrzucić do każdej grzankę.

      Można też podać zupę w bulionówkach, a grzanki osobno.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 października 2007 21:16
  • sobota, 20 października 2007
    • Ciasteczka na pociechę

      Już prawie tydzień Zet nie ma internetu. Sprawa się trochę skomplikowała, ale mam nadzieję, że szybko się rozwiąże. I tak znosi to w miarę spokojnie. Ja bym szalała! każdą awarię odbieram jak odcięcie mnie od świata i wyrzucenie poza jego nawias, na bezludną wyspę :((((

      Na pociechę upiekłam mu ciasteczka.

       

       

      Zwykle tego typu ciasteczka piekłam smarując je tradycyjnym lukrem, ucieranym z białka i cukru pudru. Ale tym razem wypatrzyłam u Anusiaczka, że robi je z bezą. Więc spróbowałam; są pyszne. Tyle, że ja nałożyłam bezę jako ozdobną „czapkę” i nie sklejałam ciastek powidłem. Wolę takie solo.

       

       

       

      A oto przepis Anusiaczka (ograniczony o to sklejanie):

       

       

       

      2 szklanki mąki

      1 kostka masła

      1/3 szklanki cukru

      3 żółtka

      cukier waniliowy

       

       

       

      Składniki bezy:

      3 białka

      25 dag cukru pudru

       

       

       

      Mąkę przesiewamy na stolnicę, siekamy z masłem. Dodajemy cukier, cukier waniliowy i żółtka i zagniatamy gładkie ciasto.

      Wałkujemy ciasto na placek grubości 3 mm i wykrawamy kieliszkiem kółka, układamy na wyłożonej pergaminem blaszce.

      Z białek ubijamy pianę, dodając pod koniec cukier puder. Powstałą bezą smarujemy każde ciastko. Wkładamy je do pieca, nagrzanego do 180 stopni i pieczemy ok. 15 minut.

       

       

       

      Kiedy ostatnio byłam na szkoleniu wyjazdowym, do kawy podano domowe drobne ciasteczka, wśród nich były właśnie takie, pieczone z lukrem. Jako pierwsze znikły z talerzy. Bo są niby takie zwykłe, niepozorne, ale przepyszne!

      Bezy trochę mi zostało, więc wysuszyłam dodatkowo tradycyjne małe beziki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 20 października 2007 22:37
    • Pasztet z Krakowskiego Kredensu

      To już moje drugie podejście do próby odtworzenia pasztetu z żurawinami, kupionego w Krakowskim Kredensie (to nowa marka produktów wprowadzanych przez sieć sklepów Alma). Poprzednio upieczony wyszedł dobry i smaczny, ale inny niż ten kredensowy, bardziej suchy. Doszłam do wniosku, że tego pasztetu nie należy piec, wystarczy samo uduszenie mięsa i zmielenie. I tak też zrobiłam.

       

       

      Jest pyszny i tym razem wpisuję go już na stałe do mojego czerwonego zeszytu z domowymi przepisami.

       

      A oto przepis:

      1 kg łopatki wieprzowej

      1 cebula

      5 dag żurawin suszonych

      sól, pieprz,

      listek laurowy, 2 ziarenka ziela angielskiego

      2 łyżeczki żelatyny

      2 łyżki masła

       

      Mięso pokroić w kostkę, cebule w piórka.

      W rondlu roztopić masło, wrzucić cebulę i zeszklić ją. Dodać mięso, krótko obsmażyć na sporym ogniu, po czym zmniejszyć płomień na malutki, podlać mięso niewielką ilością gorącej wody, osolić, popieprzyć, dodać listek laurowy i ziele angielskie i dusić pod przykryciem do miękkości, ok. 1 godziny, uzupełniając w miarę potrzeby wodę.

      Po tym czasie odstawić garnek z ognia, odlać kilka łyżek rosołu do filiżanki. Przestudzić mięso, przełożyć rondel do lodówki na kilka godzin. Z rosołu wytworzy się galaretka, która świetnie podkreśli smak mięsa.

      Żurawiny namoczyć w gorącej wodzie i kiedy zmiękną i nieco napęcznieją, odcedzić.

      Z garnka wyjąć listek i ziele, a mięso przepuścić 3-krotnie przez maszynkę do mięsa. Ważne, aby nie ograniczać ilości mielenia, od tego, ile razy mięso było mielone, zależy jedwabistość pasztetu.

      Rozpuścić w gorącym rosole (tym odlanym do filiżanki) żelatynę. Dodać ją do masy i ewentualnie w razie potrzeby doprawić solą i pieprzem.

      Dodać żurawiny, wymieszać całość.

      Foremkę na pasztet wyłożyć folią aluminiową, włożyć masę mięsną, wyrównać, włożyć do lodówki do zastygnięcia.

      Pasztet jest miękki, ale da się kroić w plastry.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 20 października 2007 06:21
  • piątek, 19 października 2007
    • Wraca temat oliwy

      oliwa

       

      Chyba staję się powoli monotematyczna J)) ale rozmowa z moją własną siostrą na temat oliwy zbulwersowała mnie.

      - Wiesz – mówi – w Billi jest promocja oliwy. Może ci kupić?

      (ona ma blisko do tego sklepu)

      - A jaka jest? – pytam

      - Extra vergin

      - Ale jakiej firmy? Z jakiego kraju?

      - Och, jakaś Ybarra.

      - Hiszpańska, niedobra, nie chcę

      - No co ty – mówi mi – w Poradniku Domowym pisali że to bardzo dobra oliwa

      - Taki jesteś wiekowy babsztyl J) i ciągle jeszcze wierzysz w słowo pisane???? – mówię jej -  Nie chcę tej oliwy. Ale skoro już o tym mowa, to mam oliwę, której smak mi nie odpowiada, spróbuj, może tobie będzie pasować.

      Ona po chwili:

      - No, oliwa, jak oliwa

      - Smakuje ci?

      - Chyba tak – mówi niepewnie

      - Dam ci spróbować dla porównania sycylijską, Valli Trapanesi, to w tej chwili najlepsza, jaką mam. Lepsza była niefiltrowana liguryjska, ale się skończyła

      - I jak? – pytam po chwili

      - Nie widzę różnicy – mówi ona

      - Jak to nie widzisz???!!!!!

      - No, nie widzę

      - Kurcze blade! Różnica jest jak stąd do Ameryki! Trzeba rozwijać swoje kubki smakowe! Pakuj tę butelkę, którą ci dałam! Będzie w sam raz!

       

      I tym samym rodzina utwierdza się w przekonaniu, że dziwna jestemJ)) widzę rzeczy, których nie ma… uganiam się za mrzonkami…. Ale… traktuje te moje „dziwactwa” z ciepłym uśmiechem, ot, taką mamy tę ciotkęJ))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 19 października 2007 11:58
  • czwartek, 18 października 2007
    • Zupy to moja specjalność

      Lubię zupy i umiem je robićJ)) Cały sekret tkwi – moim zdaniem – w ich doprawieniu. A z tym nie należy się śpieszyć, tylko pomalutku, po troszku, dorzucać, dosypywać, smakować… Odczekać trochę, znów spróbować… Gotowanie zup – to poezja w życiu czarownicyJ))

      Tym razem prezentuję zarzucajkę – zupę z kiszonej kapusty, od zawsze robioną w naszej rodzinie, bardzo przez wszystkich lubianą.

       

       

      To nie jest klasyczny kapuśniak, to taka prosta, wiejska zupa. Spisałam ten prościutki przepis, żeby nie zginął, żeby go zachować, łącznie z nazwą, jako rodziną tradycjęJ)))

      Dawniej tę zupę gotowało się u nas na kościach, ale teraz jemy bardziej dietetycznie i raczej nie stosujemy takich dodatków.

       

      pół kilograma kiszonej kapusty (takiej z marchewką w środku)

      2 cebule

      2 duże ziemniaki

      sól, pieprz, szczypta ziarenek kminku, liść laurowy, kilka ziarenek ziela angielskiego

      łyżka masła

      2 łyżki mąki

       

      Kapustę trzeba lekko posiekać, zalać zimną wodą, tyle, żeby przykryła kapustę, wrzucić ziele angielskie i listek laurowy i gotować aż do miękkości, jakieś 40 minut.

      W osobnym rondlu zalewamy zimną wodą pokrojone w kostkę ziemniaki i cebule, lekko solimy i gotujemy do miękkości ziemniaków.

      Następnie łączymy kapustę z zupą, dodajemy pieprz i kminek (uwaga z kminkiem! Jak będzie go za dużo, zepsuje smak zupy). Gotujemy razem jakieś 15 minut.

      Na patelni roztapiamy masło, wsypujemy mąkę i robimy rumianą zasmażkę, którą dodajemy do zupy.

      Całość gotujemy jeszcze jakieś 10 minut.

      I już zupa gotowa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 października 2007 21:03
  • środa, 17 października 2007
    • Liguryjskie klimaty

      Kończę czytać książkę Annie Hawes Extra virgin, wydaną przez wydawnictwo Zysk w bieżącym roku. Dwie Angielki kupują we włoskiej Ligurii rustico - coś w rodzaju skrzyżowania letniego prymitywnego domku z magazynem, położonego wysoko w górach.

       

       

      okładka książki

       

      Przyznam, że jestem zmęczona tą książką. Prezentuje taki ograny już schemat: kupno domu przez cudzoziemca, zetknięcie z lokalnym kolorytem mieszkańców i ich zwyczajów, problemy, które oczywiście muszą być, bo dom jest w stanie ruiny. Zmęczona jestem przedzieraniem się przez kolejne perypetie bohaterek. A nie jest to pisarska swada Petera Mayle w jego książkach o Prowansji.

                  Jest fajna rzecz, o której się tu pisze: przy zakupach mięsa, jarzyn, pieczywa, każdy ponoć Włoch gotów jest podzielić się z tobą swoją wiedzą i doświadczeniem i przepisem na potrawę, którą można z tych produktów zrobić. Szkoda, że autorka nie zanotowała właśnie tych rozmów i przepisów; powstałaby super regionalna książka kucharska!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Liguryjskie klimaty”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 17 października 2007 14:38
  • wtorek, 16 października 2007
  • poniedziałek, 15 października 2007
    • Tort Sachera

      Najbardziej chyba znany, sztandarowy smakołyk kuchni wiedeńskiej.

      Tort Sachera to czekoladowe ciasto przełożone marmoladą morelową, w kawiarni podawany jest zwykle z bitą śmietaną na wierzchu. Zrobił karierę dzięki dobrej reklamie - m.in. Franz Josef go lubił, i to zupełnie wystarczyło żeby wszyscy go lubili!

      No i ta kłótnia i rozprawy sądowe o "prawdziwość" przepisu między dwoma rodzinami zrobiły swoje. Bo o prawo do zastrzeżonej nazwy rywalizują dwie wiedeńskie firmy: Sacher i Demel; jak na razie sąd przyznał prawo do tej nazwy Sacherowi. Każdy jest ciekawy jak smakuje, więc kupuje.

       

      Zrobiłam go na moje imieninowe przyjęcie

       

       

       

       

       

      Przepis z wiedeńskiej książki kucharskiej (tłumaczenie własne) pozwolił uzyskać efekt, który właściwie niczym się nie różni od tortu podawanego w kawiarni Sachera w Wiedniu

      składniki

       

      6 jajek

      160 g cukru

      160 g masła

      175 g gorzkiej czekolady (w tabliczkach)

      160 g mąki

      1 mały cukier waniliowy

      ½ łyżeczki przyprawy do pierników

      szczypta soli

      1 słoiczek – 250 g - dżemu morelowego

      50 g gotowej polewy czekoladowej Schwartau (pół opakowania)

      sposób przygotowania

       

      Masło pokroić na cienkie płatki; ma być miękkie.

      Czekoladę połamać i podgrzać aż do rozpuszczenia (na małym ogniu, uważając, aby się nie przypaliła), zestawić z ognia, trochę przestudzić.

      Oddzielić żółtka od białek.

      Zmiksować: połowę cukru (80 g), żółtka, masło i rozpuszczoną czekoladę.

      Ubić sztywną pianę z białek, dodać pozostały cukier (80 g), jeszcze chwilę ubijać.

      Wymieszać delikatnie pianę ze zmiksowaną masą.

      Przesiać mąkę, wymieszać z cukrem waniliowym, szczyptą soli i przyprawą do pierników.

      Dodawać po trochu mąkę do masy, mieszając.

      Przełożyć ciasto do tortownicy wyłożonej papierem pergaminowym.

      Rozgrzać piekarnik do 190 stopni C.

      Piec tort ok. 45 minut; pod koniec pieczenia sprawdzać patyczkiem czy jest już gotowy; trzeba uważać, by zbytnio nie wysuszyć ciasta.

      Po upieczeniu rozpiąć tortownicę, przestudzić ciasto, przekroić na 2 krążki, przełożyć dżemem morelowym.

      Również wierzch tortu posmarować warstwą dżemu. Zostawić na 2-3 godziny do zastygnięcia dżemu.

      Roztopić polewę wkładając torebkę do gorącej wody, wylać polewę na wierzch tortu i boki, rozprowadzić szerokim nożem, wygładzić.

      Szybciutko wedle uznania ozdobić tort (trzeba to robić szybko, ponieważ polewa Schwartau bardzo szybko zastyga). Podawać z bitą śmietaną.

       

       

       

      I jeszcze parę zdjęć torcika prosto z Wiednia:

      tort Sachera

       

      Klasyczny, podawany w Wiedniu tort Sachera, właściwie nie jest niczym ozdobiony. Na wierzchu jest sama polewa, a bita śmietana podawana jest obok, na talerzyku. Torciki sprzedawane na wynos mają w polewie odciśniętą pieczęć firmową: u Sachera - okrągłą, u Demela – trójkątną.

      sachera okragly

      Demela

      Byłam bardzo ciekawa, czy te wypieki różnią się czymkolwiek, więc w czasie jednego z  wyjazdów do Wiednia kupiłam je w obu firmach; sprzedają na wynos mini torciki, tzw. liliputy o średnicy ok. 9 cm. Upiekłam też tort według powyższego przepisu; rozłożyłam je wszystkie rzędem i była degustacja. I słuchajcie, tak naprawdę, to różnice – jeśli są – to są niezauważalne.

      Torcik jest prościutki, to taki murzynek, któremu finezji nadają: dżem morelowy (koniecznie taki!), polewa, bita śmietana, no i ten niezapomniany nastrój wiedeńskiej kawiarni – czerwono-złotej u Sachera.

      kawiarnia sachera

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 października 2007 22:09
  • niedziela, 14 października 2007
    • Kuchnia wiedeńska

      Wiele osób uważa ją za nieco siermiężną i przyciężkawą... te ziemniaki, ta śmietana, te koszmarne kalorie... nie warto próbować!

      Ja jednak myślę inaczej, a znikające wczoraj na moim przyjęciu potrawy z talerzy świadczą, że mam rację. To bardzo smaczna kuchnia.

      Oto zupa grzybowo-ziemniaczana

       

       

       

      pół kilograma ziemniaków

      1 dag suszonych kapeluszy prawdziwków

      1/4 łyżeczki kminku

      1 spora cebula

      2-3 łyżki masła

      2 łyżki mąki

      1 łyżka gęstej kwaśnej śmietany (co najmniej 18%)

      szczypiorek

      sól, pieprz

      sposób przygotowania

       

      Kapelusze prawdziwków namoczyć, zalewając ciepłą wodą; po ok. 1 godzinie, kiedy będą już miękkie, pokrajać je w paseczki. Przełożyć grzybki do rondla, zalać 2 litrami ciepłej, lekko osolonej wody, dodać kminek, gotować ok. pół godziny. Dorzucić ziemniaki, obrane i pokrojone w niezbyt grubą kostkę, dalej gotować na małym ogniu, aż ziemniaki będą bardzo miękkie, ok. 30-40 minut. W razie potrzeby uzupełniać ilość, dolewając gorącej wody.

      Cebulę obrać posiekać w drobną kostkę. Na patelni rozgrzać masło, wrzucić cebulę, lekko ją podrumienić. Wsypać mąkę, rozmieszać, smażyć chwilę, aż powstanie lekko rumiana zasmażka.

      Przełożyć zasmażkę do zupy, wymieszać, chwilę razem gotować. Na samym końcu dodać łyżkę śmietany, chwilę razem pogotować.

      Doprawić świeżo mielonym pieprzem, ewentualnie, w razie potrzeby dosolić.

      Na talerzach posypać siekanym szczypiorkiem.

      A to Tafelspitz – sztuka mięsa w sosie chrzanowym

       

       

       

      Tak o tym daniu pisał Robert Makłowicz w książce C.K. Kuchnia:

                  We Francji kiwano głowami z powątpiewaniem. Najlepsi agenci uparcie donosili, że ulubionym daniem Franciszka Józefa I, cesarza Austrii i króla Węgier, jest sztuka mięsa.

      Jak to, cesarz i kawałek wołowiny wątpliwej jakości? Żeby choć ostrygi, homary lub przynajmniej pasztet gęsi z truflami, ale sztuka mięsa? Jakie uczucia budzić może imperator jedzący gotowane w wodzie (z dodatkiem jarzyn, co prawda) mięso?

      Trudno, nie było wyjścia! Należało zlecić któremuś z agentów, by choć skosztował owej sztuki mięsa (zjedzenie całej porcji wydawało się ponad siły przeciętnego Francuza). Nie było to jednak łatwe zadanie. Pierwsi dwaj ludzie, którzy mieli je zrealizować, zastrzelili się na progu restauracji po otworzeniu zalakowanej koperty z nazwą dania.  Z trzecim agentem sprawy potoczyły się zupełnie inaczej. Zjadł potrawę i zniknął. Wkrótce okazało się, że przeszedł na stronę austro-węgierskiego wywiadu.

      Francuzom opadły łuski z oczu. Toż ta sztuka mięsa, mimo całej swej niepozorności, to prawdziwa Wunderwaffe wiedeńskiej kuchni! Dość nikczemna forma kryje w sobie treści niepowtarzalne, zaiste genialne połączenie prostoty z finezją. Ta finezja to sos, serce każdej potrawy, a sztuki mięsa w szczególności.

       

       

       A ten sos robiłam tak:

      Z dwóch łyżek mąki i dwóch łyżek masła zrobiłam rumianą zasmażkę, rozprowadziłam ją niepełną szklanką zimnego rosołu (tego, w którym gotowała się sztuka mięsa) i mieszając zagotowałam. Dodałam 3 łyżki kremu chrzanowego ze słoiczka (starty chrzan wymieszany z majonezem), całość chwilę jeszcze pogotowałam, doprawiłam świeżo startym pieprzem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 października 2007 23:25
  • piątek, 12 października 2007
    • Menu imprezy – karta dań

      Impreza tuż tuż, a ja jeszcze nie mam projektu karty dań, którą zawsze kładę na stole przy nakryciu dla każdego z gości. Ale zawsze robię ją w ostatniej chwili, kiedy już potrawy są gotowe, udały się i wiadomo, że trafią na stółJ)) Bo przecież różnie może być, nie?

      To zdjęcie z ostatniej, włoskiej imprezy we wrześniu, tak to wyglądało:

       

       

      A moje menu imieninowe już dawno ustalone, i prawie że wykonane.

      Wygląda tak:

      Dzień pierwszy – kuchnia C.K. – wiedeńska

       

      - Kartoffelsalat z pieczywem – jako przystawka

      Zupa grzybowa wiedeńska – w bulionówkach

      Danie główne: Tafelspitz – sztuka mięsa wołowego z sosem chrzanowym (to ulubiona potrawa Franciszka Józefa), do tego knedel oraz kapusta bawarska i rydze marynowane

      Wino: austriackie białe półwytrawne

      Deser: Tort Sachera

                  Winogrona

                  Kawa (palona specjalnie dla wiedeńskiego Hotelu Sacher)

      Dzień drugi – kuchnia włoska

       

      Sałatka caprese jako przystawka

      Zupa krem z cukinii

      Cielęcina z grzybami leśnymi (według przepisu z książki Miriano), do tego pure ziemniaczane (kulki) i pepperonata

      Deser: tort tiramisu (wg przepisu Malui z Mniama)

                  winogrona

                  kawa cappuccino

                  likier limoncello

       

      Bardzo lubię etap projektowania menu, wybór rodzaju kuchni, czy wiodącego kulinarnego tematu przyjęcia, dobieranie potraw, by do siebie pasowały, oprawy: typu obrusy, serwetki, świece, kwiaty…

      Miałam pewien problem z dodatkami do sztuki mięsa Franciszka Józefa; w zasadzie podaje się ją z gotowanymi jarzynami. Nie bardzo mi to leżało, stąd sięgnęłam po pokrewną do austriackiej kuchnię bawarską; tam znalazłam kapustę, która w zasadzie jest surówką, choć nie do końcaJ)) No i wymyśliłam knedel, o rodowodzie czeskim, ale monarchia cesarsko-królewska była dość rozległa, i te potrawy mieszczą się w niej bez problemu.

       

      Z wielką przyjemnością przestudiowałam menu imieninowe, które wczoraj przysłał mi Puchatek (swego czasu prowadził Domową kawiarenkę w Polsacie); bardzo cenię jego nietuzinkowe i twórcze propozycje kulinarne. A oto, co jego goście dostaną w najbliższym czasie na stół:

      Luksusowy mus z drobiowych wątróbek

       

      Podawany jako smarowidełko („czekadełko”) do pulchnego białego pieczywa,

      udekorowane gałązkami kopru.

      Pstrąg potokowy lub troć, na galaretce z limetki  i greckiego wina

       

      Podawany jako zimna przystawka.

      Ossobucco

       

      Gremolata do ossobucco

       

      Risotto z szafranem do ossobucco – tak jak się podaje w słynnym Harry’s Bar w Wenecji

       

      Włoski sernik aromatyzowany cytryną (z ricotty)

       

      Dodam, że Puchatek dołączył mi szczegółowe przepisy na każde z dań!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 12 października 2007 18:41
  • środa, 10 października 2007
    • Kuchnia Leonardo da Vinci

      Czy można sobie wyobrazić kuchnię włoską bez pomidorów? Chyba nie.

      A jednak, jednak.

      Właśnie skończyłam czytać książkę Kuchnia Leonarda da Vinci (wydaną przez Rebis w tym roku), pozycję pretendującą do dzieła raczej naukowego, z uwagi na cytowane źródła, przypisy, zamieszczone zdjęcia autentycznych drzeworytów i ilustracji. W czasach Leonarda Kolumb dopiero zaczynał podróż do Nowego Świata, i na takie nowinki jak pomidory, trzeba było jeszcze trochę poczekać:))))

      kuchnia Leonarda

      Dziwny wydaje się przepis na pollo alla cacciatore (kurczaka po myśliwsku) bez pomidorów! Ale pierwotny przepis na to danie, z rejonu Umbrii, taki właśnie był; może kiedyś go wypróbuję w tej wersji?

      W książce najbardziej zadziwiający jest opis spektakularnych uczt, wydawanych przez włoskich możnowładców, a Leonardo był jednym z reżyserów tych widowisk. A uczta to był nie tylko zestaw potraw, ważny był sposób podania, zastawa, oprawa muzyczna, świetlna, kuglarska, i co tam jeszcze wpadło komuś do głowy.

      Chciałabym zobaczyć taką ucztę! A jeszcze bardziej chciałabym zobaczyć, i uczestniczyć w przygotowaniach do niej.

      Podziwiam organizację pracy, zwłaszcza, że środki, którymi dysponowano były dość prymitywne, zwłaszcza jeśli chodzi o narzędzia pracy.

      Popatrzmy na fragment menu z roku 1567, tzw. trzecie danie – czyli mięsa gotowane i potrawki:

      - Nadziewana tłusta gęś ugotowana po lombardzku i posypana płatkami migdałów

       

      - Nadziewana pierś cielęca ugotowana i udekorowana kwiatami

       

      - Cielę ugotowane i udekorowane natką pietruszki

       

      - Migdały w sosie czosnkowym

       

      - Ryż z mlekiem na sposób turecki z cukrem i cynamonem

       

      - Duszone gołębie z mortadelą i całymi cebulami

       

      - Kapuśniak z kiełbaskami

       

      - Drób zapiekany w cieście

       

      - Potrawka z piersi kozy przybrana smażoną cebulą

       

      - Ciasto z nadzieniem z kremu mleczno-jajecznego

       

      - Gotowane stópki cielęce z serem i jajkami

       

      Dodam, że tzw. dań (czyli zestawów składających się z kilkunastu potraw) było cztery!!!!

      Jak udawało się im zgrać w czasie wykonanie wszystkich czynności: gotowania, pieczenia, dekoracji, podania – na powiedzmy 300 osób?

      Ja mam akurat do przygotowania dwie imprezy imieninowe, dzień po dniu, na kilka osób, i ledwo mogę to ogarnąćJ)))

      Zawsze mam problem, kiedy, z jakim wyprzedzeniem daną potrawę trzeba zrobić, żeby zdążyć, a jednocześnie, żeby pozostała ona smaczna i świeża. Najchętniej robiłabym wszystko w dzień przyjęcia. Ale wtedy klapa murowana, zwłaszcza jeśli nie ma się do dyspozycji gromady dziewek, jak to dawniej bywałoJ)))

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 10 października 2007 00:01
  • wtorek, 09 października 2007
    • Oliwa Carapelli

      Moich eksperymentów z oliwą ciag dalszy.

      Otworzyłam dziś butelkę oliwy firmy Carapelli.

       

       

       okiwa carapelli

       

       

      Nnnnnooooo.... ujdzie... ostatecznie. Smak w miarę poprawny i do zaakceptowania. Trochę jednak jakby ziemista. Jakby już nic lepszego nie było do kupienia, to ostatecznie, mogę kupić.

      Ciekawe, że jest ona u nas reklamowana  jako Nr 1 w Italii! Śmiem wątpić:))))

      Nie byłam w żadnym supermarkecie we Włoszech, to fakt, ale w żadnym sklepiku jakoś jej nie widziałam. I gdzie tam jej do smaków oliwy sprzedawanej w Italii! Nie żartujmy!

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 października 2007 00:58
  • niedziela, 07 października 2007
    • Magdalenki Iwaszkiewiczów

      Chciałam upiec coś leciutkiego do weekendowej kawy, i kiedy szukałam w myślach przepisu, przypomniały mi się magdalenki.

      I oto proszę: oto owe krótkie, pulchne ciasteczka, zwane magdalenkami, które wyglądają jak odlane w prążkowanej skorupie muszli – jak je opisywał Marcel Proust

       

       

      Nazywam je magdalenkami Iwaszkiewiczów, bo jak podaje we wspomnieniach córka poety, tak robiono te francuskie ciasteczka-muszelki w ich słynnym domu w Stawisku pod Warszawą. A robi się je tak:

      Składniki:

       

      225 g mąki

      175 g cukru

      100 g masła

      2 łyżeczki proszku do pieczenia

      4 jaja

      skórka otarta z 1 cytryny

      masło do wysmarowania formy, mąka do oprószenia

      Sposób przygotowania:

       

      Stopić 100 g masła, zostawić do przestygnięcia.

      Wbić całe jajka do cukru, miksować tak długo, aż cukier się rozpuści.

      Wsypać mąkę, proszek do pieczenia, otartą skórkę z cytryny, wlać przestudzone masło. Dokładnie zmiksować.

      Każdy z otworów w blaszce na magdalenki dokładnie wysmarować masłem, oprószyć lekko mąką, nakładać ciasto do wysokości 2/3 otworu. Zostawić na 20 minut.

      Nagrzać piekarnik do 240 stopni.

      Wkładać blachę do nagrzanego piekarnika, piec ok. 7-10 minut.

      Zaraz po wyjęciu blachy, po 2-3 minutach wyjmować magdalenki.

      Ja dodaję jeszcze do gotowego już ciasta łyżeczkę wanilii lub sok z połowy cytryny.

      Bo magdalenki, które jadłam we Francji, mają zwykle smak  biszkoptowy z cytrynową lub waniliową nutą. A Francuzi lubią je jeść maczając w kawie.

                  Kiedyś magdalenki były moim "konikiem", testowałam mnóstwo przepisów, z tym że nie miałam wówczas ani formy teflonowej, ani silikonowej, tylko ze zwykłej blachy foremkę. I jedne magdalenki wyskakiwały bez problemu, a inne trzeba było wyskrobywać.  Ale pomyślałam sobie, że coś tu jest nie tak, bo przecież dawniej Francuzki nie miały teflonu, a magdalenki piekły, i to niemożliwe, żeby tak wyskrobywały te ciastka z foremek.:)))) Więc szukałam "winy" w przepisie. Testowałam przepis po przepisie, jaki znalazłam. I w końcu trafiłam na właściwy!!!! Jeśli ciastka nie wyskakują, to wina tkwi w przepisie! Ten przepis uda się w każdej blaszce.

                  Jako miłe uzupełnienie porannej kawy z magdalenkami proponuję fragment książki M. Prousta W poszukiwaniu straconego czasu, z opisem – rzecz jasna – magdalenek:

       

       

                  Widok magdalenki nie przypominał mi nic, nim ją skosztowałem: może dlatego, że widywałem je od tego czasu często - mimo, że ich nie jadłem - na ladzie cukierni; obraz ich opuścił owe dni Combray, aby się skojarzyć z innymi, świeższymi; może dlatego, że z owych wspomnień, tak długo zostawionych poza pamięcią, nic nie przetrwało, wszystko rozpyliło się; kształty - także ten kształt małej muszelki z ciasta, tak pulchnej i zmysłowej pod swoim surowym i nabożnym rurkowaniem - znikły lub też, uśpione, straciły energię, która by im pozwoliła połączyć się ze świadomością. Ale kiedy, po śmierci osób, po zniszczeniu rzeczy, z dawnej przeszłości nic nie istnieje, wówczas jedynie smak i zapach, wątlejsze, ale żywsze, bardziej niematerialne, trwalsze, wierniejsze, długo jeszcze, jak dusze, przypominają sobie, czekają, spodziewają się - na ruinie wszystkiego - i dźwigają niestrudzenie na swojej znikomej kropelce olbrzymią budowlę wspomnienia. I z chwilą, gdy poznałem smak zmoczonej w kwiecie lipowym magdalenki,którą mi dawała ciotka (mimo, że jeszcze nie wiedziałem i znacznie później miałem odkryć, czemu to wspomnienie czyniło mnie tak szczęśliwym), natychmiast stary, szary dom od ulicy, gdzie był pokój, przystawił się niby dekoracja teatralna do wychodzącej na ogród oficynki, którą zbudowano dla rodziców od tyłu (owa ścięta ściana, jedyna, którą wprzód widziałem), i wraz z domem miasto, rynek, na który wysyłano mnie przed śniadaniem, ulice, którymi chadzałem od rana do wieczora i w każdy czas drogi, którymi się chodziło, kiedy było ładnie. I jak w owej zabawie, w której Japończycy zanurzają w porcelanowym naczyniu pełnym wody kawałeczki papieru z pozoru byle jakie, które ledwo się zanurzywszy wydłużają się, skręcają, barwią, różniczkują się, zmieniając w kwiaty, w domy, w wyraźne osoby, tak samo teraz wszystkie kwiaty z naszego ogrodu i z parku pana Swanna i lilie wodne z Vivionne, i prości ludzie ze wsi, i ich domki, i kościół, i całe Combray, i jego okolice, wszystko to, przybrawszy kształt i trwałość, wyszło - miasto i ogrody - z mojej filiżanki herbaty.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 października 2007 02:07

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl