Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy

  • wtorek, 05 lutego 2008
    • Śledziówka, proszę Państwa, śledziówka!

      Karnawał kończy huczna zabawa w nocy z wtorku na środę popielcową, czyli "śledzik", lub "śledziówka". Daniem wieczoru jest  śledź w najrozmaitszych wariantach - to zapowiedź nadchodzącego postu. Jest tyle przepisów na śledzie, że doprawdy trudno się zdecydować na jakiś. Tym razem postanowiłam wypróbować dwa przepisy: po łowicku – autorstwa JWK oraz  królowej Sylwii – podany przez Aganiok.

       

       

      Śledzia po łowicku – na zdjęciu z lewej strony, w pomarańczowej miseczce - robi się tak:

      5-6 płatów śledzi

      1 duża cebula

      1 pietruszka

      2 marchewki

      2 kiszone ogórki

      majonez

      Śledzie trzeba wymoczyć. Skropić octem i odstawić na dwie godziny. Pokroić na małe kawałki.

      Cebulę pokroić w kostkę. Surową marchew i pietruszkę zetrzeć na tarce jarzynowej, na paseczki julienne, wrzucić na bardzo niewielką ilość oliwy i krótko poddusić, tak, żeby pozostały  chrupiące. Wystudzić.

      Dodać ze 2 kiszone ogórki pokrojone w kostkę i cebulę. Do tego dodać majonez.

      Wymieszać wszystkie składniki. Włożyć do lodówki, najlepiej na całą noc.

       Śledzie królowej Sylwii – na zdjęciu z prawej strony, w jaśniejszej miseczce.

      Podobno śledzie w tej postaci jada podczas świąt Bożego Narodzenia szwedzka rodzina królewska.

      30 dag matiasów

      3 łyżki siekanych kaparów (ja dałam tylko 1 łyżkę, kapary są ostre i łatwo mogą zdominować cały smak)

      3 łyżki siekanej cebuli

      3 łyżki siekanych korniszonów

      3 łyżki siekanych grzybów z octu (ja dałam rydze)

      1 słodkie jabłko

      1/2 szklanki gęstej śmietany

      1/3 szklanki majonezu

      cukier puder

      sól, pieprz

      pieprz cayenne

      Oczyszczone oraz wymoczone śledzie pokroić na małe kawałki (2-3 centymetrowe), ułożyć na półmisku.

      Śmietanę wymieszać ze szczyptą soli, cukru i pieprzu oraz majonezem. Połączyć z posiekanymi dodatkami i polać sosem śledzie. Wymieszać.

      A na deser zabawny wierszyk Jana Brzechwy:

      ŚLEDZIE PO OBIEDZIE

      Bardzo w kuchni gniewały się śledzie,

      Że nikt nie chce ich jeść po obiedzie,

      Tak jak gdyby istniały powody,

      Wyżej cenić owoce lub lody.

      Przed obiadem dobry jest śledź,

      A po obiedzie - cicho siedź!

      Kucharzowi zrobiło się przykro:

      Taki śledzik, czy z mleczkiem, czy z ikrą,

      Przed obiadem to przysmak nie lada,

      Lecz na deser się śledzi nie jada.

      Przed obiadem dobry jest śledź,

      A po obiedzie - cicho siedź!

      Na to śledzie: "To pan niech się biedzi,

      Niech ukręci pan lody ze śledzi,

      Bo nie w smak nam są takie zwyczaje,

      Że się śledzi na deser nie daje.

      Przed obiadem dobry jest śledź,

      A po obiedzie - cicho siedź?"

      Kucharz słuchał milczący i blady,

      Tegoż dnia jeszcze odszedł z posady,

      Nawet nie chciał zgotować kolacji,

      Bo, doprawdy, czyż śledź nie ma racji?

      Przed obiadem dobry jest śledź,

      A po obiedzie - cicho siedź!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Śledziówka, proszę Państwa, śledziówka! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 lutego 2008 16:55
  • poniedziałek, 04 lutego 2008
    • Mafijna książka kucharska

      W lodówce coraz większe pustki, a ja ciągle nie mam czasu na uzupełniające zakupy. Na to jednak trzeba mieć te 2 godziny chociażby, bo nie urządzają mnie zakupy w przypadkowych sklepikach, gdzie ciągle jeszcze na porządku dziennym jest hasło: poproszę 20 deko sera żółtego, nieważne jaki tam się trafi :)

      Póki co, wyżeram resztki, a apetyt „zaspakajam” smaczną lekturą.

      Obecnie wgryzam się w „Mafijną książkę kucharską” autorstwa Joe Cipolla.

       

      Jest to raczej książeczka, bez mała broszurka, ale pomysłowo wydana. Nosi podtytuł: autentycznie postrzelona, bo – jak na mafijną książkę przystało – wszystkie kartki ma postrzelone – przestrzelone kulą :) no niestety, nie napisano z jakiej broni i jakiego kalibru!

       

      Oprócz przepisów, poznać można wiele ciekawostek z życia włosko-amerykańskiej mafii. No nie wiem, czy bym chciała poznać bliżej ten świat, ale ich kuchnia wygląda zachęcająco.

      We włoskich przepisach zawsze zadziwia mnie prostota; niby nic, ot, parę składników, nieskomplikowany zwykle proces przygotowania, a efekt – pace lizać!

      W notce reklamującej książkę napisano: propozycja nie do odrzucenia dla miłośników dobrej, włoskiej kuchni. Przyznam się, że do zakupu skłoniła mnie przede wszystkim ciekawa, na pierwszy rzut oka, forma i tytuł książki. Ale teraz, kiedy wgłębiam się w przepisy, coraz bardziej one mi się podobają, tak autentycznie brzmią.

      W książce podane jest 12 zestawów obiadowych: zwykle jest to przekąska, danie główne i deser. Autor podkreśla: Na pierwszy rzut oka zestawienia te mogą wydawać się nieco swobodne, są jednakże bardzo starannie dobrane.

      Ot, na przykład:

      Souppa O`Fungo (O`Fungo był u Cosa Nostry „di prima qualita”-obdarzony absolutnym zaufaniem)

      Kotlety jagnięce Calico (Calico – to materiał bawełniany z barwnym nadrukiem)

      Ciasto migdałowe

      Brzmi bardzo zachęcająco.

      Od tej zupy O`Fungo – czyli pieczarkowej - mam zamiar rozpocząć testowanie przepisów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 lutego 2008 23:34
  • czwartek, 31 stycznia 2008
    • Obowiązkowe pączki na dziś

      Mamy Tłusty Czwartek i jest to dzień pączka.

       

      pączki

      Nie jem zbyt dużo pączków w ciągu roku, ale dziś robię wyjątek i lekko przekraczam granice przyzwoitości w tym zakresie. Do porannej kawy, właściwie zamiast śniadania, zjadłam dziś – no cóż, przyznam się – trzy sztuki! I pewnie po południu skuszę się jeszcze na choćby jednego.

      Pączki są kupione, bo nie smażę ich osobiście. Jakoś nie mam zaufania co do swoich możliwości w tym zakresie. A ponadto wymagają baaardzo dużo czasu, a tego ciągle mi brakuje.

      Odnotowałam sobie, który pączek zajął w Krakowie w rankingu pierwsze miejsce i dlaczego. A więc nie Blikle, nie Cracovia, a cukiernia Michałek z ulicy Krupniczej.

      A oto charakterystyka wyróżnionego pączka:

       

      Miarowy, bardzo świeży, pachnący drożdżowym ciastem. Na dodatek nieudziwniony, klejony, z nadzieniem rozprowadzonym w środku, bez tej ohydnej czeluści po szprycy. Co ważne - niezbyt słodki, więc deserowy, ale ze szlachetnym umiarem. Bez trujących jadów z olejków, skwarek z pomarańczy, taki pączek bez ściemniania, który chętnie przyjąłbym pod swój dach. Troszeczkę nadgnieciony, ale od razu znalazł się ktoś, kto z ogniem zapewniał, że właśnie takie lubi. Ma klasę. Wiwat!

      Muszę tam przy okazji zajrzeć na degustację.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Obowiązkowe pączki na dziś”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 stycznia 2008 11:19
  • wtorek, 29 stycznia 2008
    • Czas zmian

      Niestety, musiałam, choć z żalem, pożegnać się z dotychczasowym szablonem mojego bloga. Ten, którego używałam nie był przystosowany do wymaganych zmian CSS, źle się wyświetlał na różnych przeglądarkach; właściwie tylko na IE6 dobrze działał. Moje prośby o pomoc pozostały bez echa, a ponieważ sama nie umiem nic poprawić, trzeba było poszukać nowego szablonu.

      Spodobał mi się szablon Irytka, zarówno myślę tu o kolorystyce, jak i o prostym, ascetycznym układzie: blog jest dzięki temu przejrzysty a oglądający nie gubi się w szczegółach. Bardzo dziękuję! Dodałam zegar, bo jest to element, który w moim otoczeniu zawsze jest w zasięgu wzroku. Podobnie jak kalendarz. Dzięki temu czuję, że czas jest jakby oswojony.

      No i niezbędny był mi licznik, miło widzieć, że ktoś mnie odwiedza.

      Zrezygnowałam z listy notek, z zakładek, ulubionych blogów i stron www, bo nie umiem ich wstawić za zegarem.

      Przyznam się po cichu, że kupiłam książkę o CSS i zaczynam zgłębiać temat pisania szablonu, może uda mi się kiedyś stworzyć własny…

      Tytułowe zdjęcie kota, spacerującego leniwie brukiem wąskiej uliczki, znalazłam w internecie, na stronie www.jerzysosnowski; napisałam do właściciela i pan Jerzy był tak uprzejmy, że zgodził się na jego umieszczenie w moim blogu, jeszcze raz serdecznie dziękuję!

      Chciałabym zamieścić jakieś klimatyczne zdjęcie mojej własnej „prowincjonalnej wioski”, własnego autorstwa, ale to wymaga trochę czasu.

      Mam nadzieję, że wszystkim moim miłym gościom spodoba się nowa szata bloga i chętnie tu zaglądną; serdecznie zapraszam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Czas zmian ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 stycznia 2008 22:28
    • Gdańska książka kucharska

      Ukazała się na polskim rynku ciekawa pozycja literatury kulinarnej: Gdańska książka kucharska. Notka edytorska w mediach była o niej bardzo ogólnikowa, ale wziąwszy pod uwagę wydawnictwo (Pelplińskie Bernardinum) Zet stwierdził, że jeśli poważnie interesuję się kuchnią, zwłaszcza staropolską, to tę pozycję muszę mieć. No więc ją mam :)

       Gdańska książka kucharska

      Podczytuję ją po kawałku i pierwsze wrażenie było takie, że książka ta jest raczej bibliofilską ciekawostką, a nie książką kucharską. Bo – przykładowo – przepis na prostą, wydawałoby się, zupę grochową, zaczyna się tak: „weź uszy i pysk świeżego wieprza…” W życiu nie widziałam w sklepie uszów i pyska wieprza!

      Kiedy jednak wczytałam się głębiej w przepisy, to okazało się, że brzmią one skomplikowanie głównie dlatego, że produkty, którymi dysponowała wówczas kucharka czy pani domu były w stanie nieprzetworzonym, i ich odpowiednie przygotowanie do dalszej obróbki było dość skomplikowane i pracochłonne. Dziś możemy iść na skróty i zaczynać realizację przepisu od jego środka, pomijając wstępną obróbkę. Inna rzecz, że taki mieszczuch jak ja, pewnie nigdy nie pozna specyficznego smaku wielu, wielu składników, jak choćby wspomnianych uszów.

      Przepisy w tej książce brzmią bardzo autentycznie, to nie jest stosowana czasem stylizacja współczesnej kuchni na staropolską modłę poprzez zmianę języka tylko. Dawniej jednak inna była technologia przygotowania potraw, i to na pewno jest raczej tylko ciekawostką, ale bardzo ciekawą ciekawostką.

      Wydaje mi się jednak, że ta książka jest świetnym materiałem do tworzenia własnych przepisów autorskich: jest tam mnóstwo pomysłów, które wymagają jednak szczegółowych uściśleń zarówno co do sposobu wykonania, jak i ilości składników.

      Przy czytaniu książki kulinarnej, zwykle wpadnie mi w oko jakiś przepis, który chciałabym od zaraz wypróbować. W przypadku Gdańskiej książki już myślałam, że nic się nie da z niej zrobić, ale jednak nie. Myślę, że wypróbuję zrazy cielęce zawijane, no i pasztet z kury Grisette mnie nęci.

      Zobaczymy….

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Gdańska książka kucharska”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 stycznia 2008 09:19
  • piątek, 25 stycznia 2008
    • Zaczęły się łyżwy!

      Zaczęły się mistrzostwa w jeździe figurowej na lodzieJ)

      To moja coroczna pasja, oglądam to od zawsze. Kocham ten sport, tę elegancję, piękno i kunszt.

      Tyle, że znów zarywam noce, żeby obejrzeć pokazy, bo Eurosport zaczyna transmisje z Zagrzebia dopiero około północy.

       

      łyżwy

       

      Jeździłam kiedyś na łyżwach – znaczy się, umiałam się w nich poruszać, bez upadków co dwa krokiJ i z pobłażliwym uśmiechem wspominam, jak kiedyś tam, w bardzo wczesnej młodości, próbowałam odtworzyć na tafli to, co widziałam w telewizji. I się – rzecz jasna – za Chiny nie udawałoJ Szybko wyzbyłam się tych ambicji i nierealnych marzeń. Ale podziw pozostał…

      Teraz jest poziom startujących tak wyśrubowany, że aż niemożliwe wydaje się wykonanie prezentowanych ewolucji. A jednak się udaje niektórym! To naprawdę niesamowiteJ

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 25 stycznia 2008 14:07
  • wtorek, 22 stycznia 2008
    • Karnawałowo – czyli chrust

      W okresie karnawałowym nie może zabraknąć u mnie chrustu, czyli faworek. Są śliczne, w kształcie złotych kokardek, oprószonych na biało, malowniczo powyginane, karbowane na brzegach, kruchuteńkie, pięknie napuszone.

       

       

      Zwykle robię chrust z innego przepisu, ale w tym roku postanowiłam spróbować zachwalany przepis na ciasto z dodatkiem piwa. Podała go w sieci Yenulka. No i jest rewelacyjny! Zet kazał zaznaczyć, że wprawdzie nie jest wielkim zwolennikiem chrustu, ale ten przepis jest wyjątkowy J)

      A robi się go tak:

      ok. 3 szklanek mąki

      4 duże żółtka

      pół szklanki jasnego piwa

      1 łyżeczka masła

      szczypta soli

      Do smażenia – 3 kostki smalcu

      2 łyżki spirytusu lub wódki

      cukier puder do posypania faworków

       

      Do misy miksera wrzucić mąkę, żółtka, piwo, sól i masło. Wyrabiać ciasto aż się przestanie kleić (dobrze jest zacząć od wsypania 2,5 szklanek mąki a potem dodawać w miarę potrzeby). Po zagnieceniu ciasto włożyć na godzinę do lodówki. Potem wyjąć, przegnieść, podzielić na kawałki i wałkować cienkie placki. Wykrawać z nich radełkiem prostokąty, na środku zrobić nacięcie i przepleść żeby powstał kształt faworka. Gotowe faworki przykryć ściereczką, żeby nie obsychały.

      W szerokim rondlu roztopić 2 kostki smalcu, odstawić rondel z ognia, ostrożnie dodać spirytus (lub wódkę). Zacząć smażenie dopiero wtedy kiedy tłuszcz jest rozgrzany tak, że wrzucony faworek natychmiast puszy się i wypływa.

      Smaży się  faworki z obu stron na złoty kolor. Następnie wyjmuje się je na ręcznik papierowy, żeby ten wchłonął nadmiar tłuszczu. Ja obracam je i wyjmuję przy pomocy dwóch widelców. Następnie przekłada się usmażone i odsączone faworki na paterę i posypuje cukrem pudrem, przesiewając go przez siteczko. Kiedy smalcu jest coraz mniej, należy dodawać stopniowo pozostałą kostkę smalcu.

      Trochę jest zachodu z faworkami, to prawda. Najlepiej robić je z drugą osobą. U nas w domu funkcjonuje tandem, który wypracowałyśmy z mamą. Ja robię ciasto, ona je wałkuje i wykrawa faworki, ja je smażę. Idzie nam błyskawicznie.

      Ale samemu też się da to zrobić. Trzeba tylko pamiętać, o przykrywaniu gotowych do smażenia faworków, żeby nie wysychały.

      I najlepiej włączyć silnik w okapie, żeby uniknąć zapachu smażonego tłuszczu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 stycznia 2008 23:53
  • poniedziałek, 21 stycznia 2008
    • Oswajanie trufli

      Weekend minął pod znakiem trufli. Próbowałam je, smakowałam, to z makaronem, to znów z omletem, z kromką bagietki i oliwą. Oswajałam.

      No i prezentowałam jedną, specjalnie zostawioną bulwę, każdemu, kto akurat przyszedł, żeby obejrzał, powąchał, dotknął :)))

      I rzeczywiście, potwierdzam ogólnie panującą opinię: myślę, że jest to smak, do którego można tęsknić...

      Szkoda, że to takie drogie!

      A to danie główne, które podałam gościom: roladki indycze nadziewane plastrami trufli.

       

       

      Pierś indyczą rozklepałam na cienki płat, lekko posoliłam, posypałam pieprzem cytrynowym, włożyłam do miski i skropiłam oliwą truflową. Wrzuciłam do lodówki na całą noc, żeby się zamarynowało.

      Na drugi dzień rozłożyłam mięso na desce, pokroiłam trufle na cienkie plastry, rozłożyłam je na mięsie, ponownie skropiłam oliwą truflową, po czym przykryłam całość dużymi, cienkimi plastrami szynki gotowanej. Zwinęłam całość w roladę, spięłam wykałaczkami.

      Rozgrzałam na dużej, głębokiej patelni oliwę truflową, dodałam kilka małych ząbków czosnku i obsmażyłam roladę ze wszystkich stron. Następnie podlałam niedużą ilością białego półwytrawnego wina, przykryłam pokrywką i dusiłam na małym ogniu około godziny, podlewając niewielką ilością wody.

      Kiedy mięso było już miękkie, pokroiłam roladę na plastry. Podałam z makaronem szpinakowym, polewając sosem, który wytworzył się w czasie duszenia. Posypałam plasterkami surowej trufli.

      Zdecydowałam się podać do tego czerwone wytrawne bordeaux. Nie byłam pewna, czy dobrze dobrałam wino, zwłaszcza, że do duszenia użyłam białego, no i do drobiu podaje się raczej białe.

      Ale indyk to przecież ciemne mięso, więc czerwone jednak pasuje. I grzyby też chyba wolą czerwone wino.

      W każdym razie smakowało!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 stycznia 2008 23:13
  • piątek, 18 stycznia 2008
    • Jadłam czarną truflę

      W świątecznej paczce, która przyszła pod choinkę z USA, był malutki słoiczek. Kiedy przeczytałam etykietkę, zamarłam z wrażenia: czarne zimowe trufle! A potem się wzruszyłam, bo trufle to niezwykły rarytas; Anthelme Brillat-Savarin – francuski ekspert smaku - nazwał je brylantami kuchni. Uświetnią każde ekskluzywne przyjęcie, będą stanowić jego clou.

      Czekałam tylko na okazję, żeby je podać i właśnie przyszedł na nie czasJ

       

       

      Te niepozorne grzyby rosną 10-30 cm pod ziemią, w pobliżu korzeni drzew, najbardziej zaś cenią sobie towarzystwo dębów.

      Mają wygląd pomarszczonych bulw, nie mają nóżki, ani kapelusza. Do ich poszukiwań używa się specjalnie wyszkolonych psów lub świń. Trufle występują właściwie wyłącznie w południowej Francji i na północy Włoch.

      Czarne trufle pochodzą z Francji, głównie z obszaru Périgord – gęsto zalesionego regionu położonego około 100 km na południe od Bordeaux. Mają intensywny aromat, który wzmaga się po ugotowaniu.

      Białe trufle pochodzą z Włoch i rosną głównie w Piemoncie. Po ugotowaniu tracą aromat, więc najlepiej spożywać je na surowo. W przyrodzie jest ich mniej, dlatego są droższe.

      Trufle osiągają wysokie ceny, od 3 tyś euro w paryskich supermarketach za 1 kg czarnych trufli po 50 tyś dolarów na aukcjach za rekordowe okazy włoskich trufli białych.

       

      Przestudiowałam przepisy, sposoby podawania i ostatecznie zdecydowałam się zrobić roladki z piersi indyka nadziewane plastrami trufli, duszone w oliwie truflowej z dodatkiem wina.

      Relacja – wkrótce.

      Póki co – pierwsze wrażenia po otwarciu słoiczka z truflami.

      Zapach jest ostry, taki jakby wilgotnej ziemi, zbutwiałych liści… te klimaty. A smak – hmmmm… w zasadzie nic nadzwyczajnego w pierwszej chwili, nieco ostry; miąższ jest jędrny, lekko chrupiący. Ale zostaje ten smak na długo, na podniebieniu, na języku. Koniecznie powinny trufle towarzyszyć jakiejś potrawie, to nie jest przysmak sam w sobie. Świetnie smakował makaron wymieszany z oliwą i posypany wiórkami trufli. W tych indyczych roladach też jest znakomity.

      Często podawane są jajka (jajecznica, jajka sadzone) z plasterkami lub wiórkami trufli.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 18 stycznia 2008 12:12
  • niedziela, 13 stycznia 2008
    • Baletki

      Nie wiem, skąd wzięła się ich nazwa.

      Ale są pyszne. Są lekkie i słodkie, jak balowe baletki:)))

      I do choinki, do gwiazdek na obrusie, do karnawału, bardzo te ciasteczka pasują.

       

       

       

       

       

       

       

       

      A zrobiłam je według nieco innego przepisu, niż powszechnie się je robi.

      Te tutaj nie są biszkoptowe, lecz powiedziałabym - krucho-biszkoptowe, bo w cieście jest masło i są ucierane, nie ubijane.

      Ten przepis podała kiedyś na jednym z forów Buka, zaznaczając, że to stara, cukiernicza receptura, stąd też gramatura składników trochę dziwna, np. te jajka mierzone na gramy!

      Dodam, że robiąc baletki według tego przepisu trzeba uważać, aby ciasto wyszło dostatecznie zwarte (w razie potrzeby wsypać nieco więcej mąki), gdyż inaczej ciasteczka w czasie pieczenia rozpłaszczą się. Mnie też wyszły troszkę za duże.

      A oto przepis:

      Maka pszenna tortowa 284 g

      cukier-puder 182 g

      maslo 170 g

      jaja 182 g – to będzie mniej więcej 4 średnie jajka

      zapach waniliowy

      marmolada, mak

      Utrzeć masło z cukrem, dodawać stopniowo jajka, zapach, wsypać mąkę i wymieszać.

      Gotową masę nałożyć do worka cukierniczego o okrągłej końcówce i wyciskać okrągłe ciasteczka o średnicy ok. 2 cm na blachę wyłożoną papierem pergaminowym (dość ciężko mi się je wyciskało, ale ja nie mam zbyt wielkiej wprawy w posługiwaniem się rękawem). Przed włożeniem do pieca posypać ziarenkami maku.

      Piec ok. 15 minut w temp. 180 stopni.

      Po częściowym ochłodzeniu składać po dwa, przekładając marmoladą (ja przełożyłam je konfiturą z róży).

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 stycznia 2008 00:42
  • środa, 09 stycznia 2008
    • Po-wigilijne przemyślenia

      Jak pewnie każdy, liczyliśmy przy Wigilii ilość potraw pojawiających się na naszym stole. Ponieważ marudziłam, że dwunastu dań tylko na siłę można by się u nas doliczyćJ))) – siostra rzuciła żartem:

      - To na drugi rok zrób te brakujące potrawy i przynieś je tutaj.

      Żart żartem, ale zapadły mi te słowa w serce, i może trochę weszły na ambicję.  Od wielu lat wigilię przygotowuje moja siostra, to u niej się gromadzimy.

      A ja? czy umiałabym przygotować wieczerzę wigilijną?

      Postanowiłam przećwiczyć sobie w ciągu roku dania wigilijne i ewentualnie nauczyć się nowych, które są w wielu domach robione, ale u nas ich nie ma.

      Uszka z kapustą i z grzybami do barszczu mam wyćwiczone, bo od wielu lat to właśnie ja je robię i przynoszę do siostry. Ten punkt odhaczamy.

      Czas na kapustę z grochem. Zrobiłam. Jak dla mnie - pycha! Odhaczamy!

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

      A oto przepis na tę kapustę:

      pół kg kapusty kiszonej

      25 dag grochu żółtego suchego

      2 łyżki tłuszczu: smalcu lub masła

      łyżka mąki

      sól, pieprz, majeranek 

       

      Groch namoczyć w rondlu na całą noc.

      W następnym dniu odlać wodę, w której groch się moczył, zalać go nową wodą, posolić i gotować do miękkości (jeśli jest to proch tzw. obtłukiwany, wystarczy jakieś pół godziny). Ja lubię, żeby groch pozostał cały, nie rozgotowany, więc trzeba uważać przy gotowaniu.

      Kapustę kiszoną przesiekać, jeśli jest zbyt kwaśna przepłukać ją na sicie wodą.

      Przełożyć do rondla, wlać niewielką ilość wody i gotować do miękkości, ok. pół godziny, odparowując niemal w całości wodę.

      Odcedzić groch, przełożyć go do kapusty, wymieszać, przyprawić solą, pieprzem i majerankiem. Rozpuścić na patelni tłuszcz, dodać mąkę, smażyć na rumiano, po czym tę zasmażkę dodać do kapusty z grochem, wymieszać. Danie to często gościło w domu babci również jako codzienna potrawa jednogarnkowa, przy czym w wersji nie-wigilijnej dodawane były skwarki z boczku lub kiełbasy.

       

       

       Ciąg dalszy nastąpi…..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Po-wigilijne przemyślenia”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 09 stycznia 2008 02:57
  • wtorek, 08 stycznia 2008
    • Łazanki

      Po zrobieniu gołąbków został mi środek sparzonej białej kapusty; to jasny sygnał, że czas na łazanki:)))

      A poza tym taki wiatr dzisiaj, i śnieg z deszczem, przydało by się coś gorącego i sytego. I szybkiego do zrobienia.

      Ciekawe, swoją drogą, skąd pochodzi nazwa łazanki? Mówi się, że od włoskiego lasagne -cienkich płatów ciasta makaronowego, używanych do zapiekanek. Pewnie tak, ale dziś nie chce mi się szperać po źródłach, żeby się upewnić. Cóż, zjadłam danie – niedoinformowana:))))

      A to moje dzisiejsze łazanki:

       

       

       

       

       

       

       

       

      Nigdy nie myślałam, że można by podawać przepis na łazanki; to taka zwykła potrawa, oczywista. Ale okazuje się, że nie do końca tak jest. Istnieje mnóstwo przepisów na łazanki, które różnią się znacznie od siebie, a to rodzajem kapusty (zwykła biała lub kiszona), a to dodatkami (boczek, kiełbasa, grzyby, mięso, biały ser), czy jeszcze sposobem przyrządzania (duszenie, zapiekanie w piekarniku).

      Generalnie jednak gotuje się osobno makaron typu łazanki (małe kwadraciki lub romby cienko rozwałkowanego ciasta makaronowego), po czym ja połączyłam je z uduszoną poszatkowaną kapustą, z dodatkiem pokrojonego w kosteczkę boczku i kiełbasy i podsmażoną pokrojoną w kosteczkę cebulą, lekko oprószoną mąką. Wymieszałam wszystko, doprawiłam solą, pieprzem, papryką, kminkiem i majerankiem.

      I to wszystko. Pyszne!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 stycznia 2008 00:19
  • sobota, 05 stycznia 2008
    • Makowe mini-muffinki

      Ciągle jeszcze jest choinkowo-świątecznie-kolędowo.

      Trzej Królowie się zbliżają, i nawet kometa na niebie jest (szkoda tylko, że mała i noce raczej pochmurne). I ciągle jeszcze mi mało kolęd. Więc na taki wolny, weekendowy wieczór, cóż mogłoby być lepszego niż płyta z ulubionymi kolędami i pastorałkami?

      A ta ulubiona płyta to Kolędy polskiego big-beat`u, a więc: Czerwone Gitary, Skaldowie, Czerwono-Czarni, Filipinki.... Piękne, nie udziwnione aranżacje, a jednocześnie takie dynamiczne. I takie ciepłe i wzruszające...

       

      A do tego  kubek herbaty i makowe muffinki. Mak to bardzo świąteczny atrybut:))))

       

       

       

       

       

       

       

       

      A muffinki są z przepisu Bajaderki:

      składniki

      1/2 szklanki maku

      2 łyżki miodu

      2 łyżki wody

      3 łyżki soku z cytryny

      1/2 kostki masła

      1/2 szklanki cukru

      2 jajka

      1 łyżka otartej skórki z cytryny

      3/4 szklanki kwaśnej śmietany lub jogurtu

      1 3/4 szklanki mąki

      1 łyżeczka sody oczyszczonej

      2 łyżeczki proszku do pieczenia

      szczypta soli

       

       

       

      sposób przygotowania

       

       

       

      Mak, miód i wodę podgrzać na średnim ogniu około 4 minut, aż mak wchłonie większość wody. Przestudzić i wymieszać z sokiem cytrynowym.

      Rozgrzać piekarnik do 190ºC. Mąkę wymieszać z sodą, proszkiem do pieczenia i solą. Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę, dodać jajka po jednym, wymieszać ze śmietaną i otartą skórką z cytryny, dodać ostudzony mak i dobrze wymieszać. Wsypać mąkę i połączyć obie masy, ale nie mieszać za długo. Wypełnić natłuszczone foremki do muffinów do 3/4 wysokości i piec około 20 minut, aż lekko się zezłocą.

      Smacznego!!!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 05 stycznia 2008 22:59
  • środa, 02 stycznia 2008
    • Benedyktyńska przyprawa do mięs

      Z serii benedyktyńskie specjały pojawiły się przyprawy, zarówno konkretne zioła, jak bazylia, czy majeranek, jak i mieszanki przyprawowe. Kupiłam mieszanki: do mięs, do drobiu i do dziczyzny. Wypróbowałam, jak na razie, tę pierwszą. Używałam jej do pieczonej karkówki, dodawałam do bigosu, sypałam na kanapki, zrobiłam pieczeń wołową Bjetris z jej udziałem. Jak dla mnie znakomita, bardzo mi odpowiada smakowo. Jej skład jest dość skomplikowany, kilkanaście rodzajów ziół: cząber, kolendra, bylica, kminek, pieprz czarny, papryka, hyzop, tymianek, czosnek, rozmaryn, ziele angielskie, majeranek, szałwia, jałowiec, gałka muszkatołowa, lubczyk, macierzanka, warzywa.

      Najbardziej tajemniczy składnik mieszanki to hyzop. Niby się o nim słyszało, ale taki mieszczuch, jak ja, niewiele o nim wie. Poszperałam więc, i coś udało się ustalićJ))

      Tak wygląda hyzop:

       

       

       

       

       

       

       

       

       hyzop

       

      Rośnie na podłożu wapiennym, na suchych i słonecznych zboczach i łąkach lub pod murami, czasem w ogrodach, zwłaszcza w starych ogrodach przyklasztornych (benedyktynów i cystersów). Jest byliną, półkrzewem gałęzistym o łodygach dołem zdrewniałych i gęsto ulistnionych. Wzrost od 30-100 cm. Liście lancetowate, siedzące, ułożone parami lub więcej, naprzemianległe, całobrzegie i jakby punktowane (punktami są gruczołki olejku eterycznego). Kwiaty ciemnobłękitnofiołkowe, rzadko białe lub różowe w nibyokółkach w kątach liści, a w górnych częściach łodyg zebrane w kłos. Piękny układ, pokrój, gra kolorów i aromatyczny zapach.

      Do tej pory słyszałam o nim właściwie tylko w kontekście religijnym. Na kartach Starego Testamentu pojawia się kilkakrotnie, głównie przy opisie rytualnych oczyszczeń. Najbardziej znany tekst pochodzi z psalmu: Pokrop mnie hizopem, a stanę się czysty, obmyj mnie, a nad śnieg wybieleję (Ps 51,9)

       

      W kulturach Bliskiego Wschodu hyzop był rośliną o dużym znaczeniu obrzędowym.

       

       

       

      Ale okazuje się, że od bardzo dawna znany i ceniony jest również w kuchni.

      Ma przyjemny, korzenny zapach i gorzki smak, smakowo harmonizuje z selerem i pietruszką.

       

      Używa się go jako przyprawę kuchenną w małych ilościach do różnych potraw: zup, sosów, surówek, fasoli, flaczków, majonezu, do twarogu i serów.

       

      Brzmi ciekawie.

      A oto nowy przepis wypróbowany na kolację sylwestrową, z zastosowaniem tej mieszanki. Jest to zdobyczny przepis Bjetris, uzyskany od zaprzyjaźnionego kucharza.

       

       

       

       

       

       

       

       

      Był to przepis ramowy, a ja robiłam to tak:

      1 kg pieczeni wołowej skropiłam oliwą extra vergin i natarłam mieszanką benedyktyńską do mięs, przykryłam miskę folią i zostawiłam w lodówce na ok 24 godz. Pół marchewki pokroiłam w cienkie dość słupki, podobnie w słupki pokroiłam kawałek wędzonego boczku. Mięso nakłuwałam szerokim nożem (szefa kuchni) i w te nakłucia wkładałam słupki boczku na zmianę z marchewkami. Potem do gęsiarki wlałam trochę oliwy, dodałam cebulę pokrojoną na ćwiartki, 4 całe ząbki czosnku, posypałam ponownie przyprawą benedyktyńską i włożyłam bez przykrywania do pieca rozgrzanego do 200 stopni, piekłam 30 minut, obracając ze wszystkich stron. Po tym czasie zmniejszyłam temperaturę do 140 stopni i piekłam jeszcze godzinę.

      Następnie mięso się wyjmuje z pieca (ono jest jeszcze twarde), kroi na grube plastry, wkłada do rondla, zlewa sos z blachy i przepłukuje blachę dobrym bulionem, dokłada parę grzybków suszonych, listek laurowy i ziele angielskie. Zostawia na kuchence dłuuugo, do powolnego pyrkania, uzupełniając w miarę potrzeby wodą. To „dłuuuugo” trwało u mnie godzinę w pierwszy wieczór i jakieś dwie godziny w drugi wieczór. Na końcu sos zagęszcza się mąką. Pieczeń jest gotowa jak mięso jest tak miękkie, że prawie się rozpada.

      Pod koniec duszenia nie można już mięsa mieszać żadną łyżką czy widelcem, gdyż jest tak miękkie, że się rozpadnie. Potrząsa się tylko rondlem.

      Podałam z czeskim knedlem krojonym w plastry. Ale biesiadnicy mówili, ze najlepsze jest po prostu z pieczywem.

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Benedyktyńska przyprawa do mięs”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 02 stycznia 2008 22:58
  • wtorek, 01 stycznia 2008

Kalendarz

Maj 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl