Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy

  • piątek, 12 października 2007
    • Menu imprezy – karta dań

      Impreza tuż tuż, a ja jeszcze nie mam projektu karty dań, którą zawsze kładę na stole przy nakryciu dla każdego z gości. Ale zawsze robię ją w ostatniej chwili, kiedy już potrawy są gotowe, udały się i wiadomo, że trafią na stółJ)) Bo przecież różnie może być, nie?

      To zdjęcie z ostatniej, włoskiej imprezy we wrześniu, tak to wyglądało:

       

       

      A moje menu imieninowe już dawno ustalone, i prawie że wykonane.

      Wygląda tak:

      Dzień pierwszy – kuchnia C.K. – wiedeńska

       

      - Kartoffelsalat z pieczywem – jako przystawka

      Zupa grzybowa wiedeńska – w bulionówkach

      Danie główne: Tafelspitz – sztuka mięsa wołowego z sosem chrzanowym (to ulubiona potrawa Franciszka Józefa), do tego knedel oraz kapusta bawarska i rydze marynowane

      Wino: austriackie białe półwytrawne

      Deser: Tort Sachera

                  Winogrona

                  Kawa (palona specjalnie dla wiedeńskiego Hotelu Sacher)

      Dzień drugi – kuchnia włoska

       

      Sałatka caprese jako przystawka

      Zupa krem z cukinii

      Cielęcina z grzybami leśnymi (według przepisu z książki Miriano), do tego pure ziemniaczane (kulki) i pepperonata

      Deser: tort tiramisu (wg przepisu Malui z Mniama)

                  winogrona

                  kawa cappuccino

                  likier limoncello

       

      Bardzo lubię etap projektowania menu, wybór rodzaju kuchni, czy wiodącego kulinarnego tematu przyjęcia, dobieranie potraw, by do siebie pasowały, oprawy: typu obrusy, serwetki, świece, kwiaty…

      Miałam pewien problem z dodatkami do sztuki mięsa Franciszka Józefa; w zasadzie podaje się ją z gotowanymi jarzynami. Nie bardzo mi to leżało, stąd sięgnęłam po pokrewną do austriackiej kuchnię bawarską; tam znalazłam kapustę, która w zasadzie jest surówką, choć nie do końcaJ)) No i wymyśliłam knedel, o rodowodzie czeskim, ale monarchia cesarsko-królewska była dość rozległa, i te potrawy mieszczą się w niej bez problemu.

       

      Z wielką przyjemnością przestudiowałam menu imieninowe, które wczoraj przysłał mi Puchatek (swego czasu prowadził Domową kawiarenkę w Polsacie); bardzo cenię jego nietuzinkowe i twórcze propozycje kulinarne. A oto, co jego goście dostaną w najbliższym czasie na stół:

      Luksusowy mus z drobiowych wątróbek

       

      Podawany jako smarowidełko („czekadełko”) do pulchnego białego pieczywa,

      udekorowane gałązkami kopru.

      Pstrąg potokowy lub troć, na galaretce z limetki  i greckiego wina

       

      Podawany jako zimna przystawka.

      Ossobucco

       

      Gremolata do ossobucco

       

      Risotto z szafranem do ossobucco – tak jak się podaje w słynnym Harry’s Bar w Wenecji

       

      Włoski sernik aromatyzowany cytryną (z ricotty)

       

      Dodam, że Puchatek dołączył mi szczegółowe przepisy na każde z dań!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 12 października 2007 18:41
  • środa, 10 października 2007
    • Kuchnia Leonardo da Vinci

      Czy można sobie wyobrazić kuchnię włoską bez pomidorów? Chyba nie.

      A jednak, jednak.

      Właśnie skończyłam czytać książkę Kuchnia Leonarda da Vinci (wydaną przez Rebis w tym roku), pozycję pretendującą do dzieła raczej naukowego, z uwagi na cytowane źródła, przypisy, zamieszczone zdjęcia autentycznych drzeworytów i ilustracji. W czasach Leonarda Kolumb dopiero zaczynał podróż do Nowego Świata, i na takie nowinki jak pomidory, trzeba było jeszcze trochę poczekać:))))

      kuchnia Leonarda

      Dziwny wydaje się przepis na pollo alla cacciatore (kurczaka po myśliwsku) bez pomidorów! Ale pierwotny przepis na to danie, z rejonu Umbrii, taki właśnie był; może kiedyś go wypróbuję w tej wersji?

      W książce najbardziej zadziwiający jest opis spektakularnych uczt, wydawanych przez włoskich możnowładców, a Leonardo był jednym z reżyserów tych widowisk. A uczta to był nie tylko zestaw potraw, ważny był sposób podania, zastawa, oprawa muzyczna, świetlna, kuglarska, i co tam jeszcze wpadło komuś do głowy.

      Chciałabym zobaczyć taką ucztę! A jeszcze bardziej chciałabym zobaczyć, i uczestniczyć w przygotowaniach do niej.

      Podziwiam organizację pracy, zwłaszcza, że środki, którymi dysponowano były dość prymitywne, zwłaszcza jeśli chodzi o narzędzia pracy.

      Popatrzmy na fragment menu z roku 1567, tzw. trzecie danie – czyli mięsa gotowane i potrawki:

      - Nadziewana tłusta gęś ugotowana po lombardzku i posypana płatkami migdałów

       

      - Nadziewana pierś cielęca ugotowana i udekorowana kwiatami

       

      - Cielę ugotowane i udekorowane natką pietruszki

       

      - Migdały w sosie czosnkowym

       

      - Ryż z mlekiem na sposób turecki z cukrem i cynamonem

       

      - Duszone gołębie z mortadelą i całymi cebulami

       

      - Kapuśniak z kiełbaskami

       

      - Drób zapiekany w cieście

       

      - Potrawka z piersi kozy przybrana smażoną cebulą

       

      - Ciasto z nadzieniem z kremu mleczno-jajecznego

       

      - Gotowane stópki cielęce z serem i jajkami

       

      Dodam, że tzw. dań (czyli zestawów składających się z kilkunastu potraw) było cztery!!!!

      Jak udawało się im zgrać w czasie wykonanie wszystkich czynności: gotowania, pieczenia, dekoracji, podania – na powiedzmy 300 osób?

      Ja mam akurat do przygotowania dwie imprezy imieninowe, dzień po dniu, na kilka osób, i ledwo mogę to ogarnąćJ)))

      Zawsze mam problem, kiedy, z jakim wyprzedzeniem daną potrawę trzeba zrobić, żeby zdążyć, a jednocześnie, żeby pozostała ona smaczna i świeża. Najchętniej robiłabym wszystko w dzień przyjęcia. Ale wtedy klapa murowana, zwłaszcza jeśli nie ma się do dyspozycji gromady dziewek, jak to dawniej bywałoJ)))

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 10 października 2007 00:01
  • wtorek, 09 października 2007
    • Oliwa Carapelli

      Moich eksperymentów z oliwą ciag dalszy.

      Otworzyłam dziś butelkę oliwy firmy Carapelli.

       

       

       okiwa carapelli

       

       

      Nnnnnooooo.... ujdzie... ostatecznie. Smak w miarę poprawny i do zaakceptowania. Trochę jednak jakby ziemista. Jakby już nic lepszego nie było do kupienia, to ostatecznie, mogę kupić.

      Ciekawe, że jest ona u nas reklamowana  jako Nr 1 w Italii! Śmiem wątpić:))))

      Nie byłam w żadnym supermarkecie we Włoszech, to fakt, ale w żadnym sklepiku jakoś jej nie widziałam. I gdzie tam jej do smaków oliwy sprzedawanej w Italii! Nie żartujmy!

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 października 2007 00:58
  • niedziela, 07 października 2007
    • Magdalenki Iwaszkiewiczów

      Chciałam upiec coś leciutkiego do weekendowej kawy, i kiedy szukałam w myślach przepisu, przypomniały mi się magdalenki.

      I oto proszę: oto owe krótkie, pulchne ciasteczka, zwane magdalenkami, które wyglądają jak odlane w prążkowanej skorupie muszli – jak je opisywał Marcel Proust

       

       

      Nazywam je magdalenkami Iwaszkiewiczów, bo jak podaje we wspomnieniach córka poety, tak robiono te francuskie ciasteczka-muszelki w ich słynnym domu w Stawisku pod Warszawą. A robi się je tak:

      Składniki:

       

      225 g mąki

      175 g cukru

      100 g masła

      2 łyżeczki proszku do pieczenia

      4 jaja

      skórka otarta z 1 cytryny

      masło do wysmarowania formy, mąka do oprószenia

      Sposób przygotowania:

       

      Stopić 100 g masła, zostawić do przestygnięcia.

      Wbić całe jajka do cukru, miksować tak długo, aż cukier się rozpuści.

      Wsypać mąkę, proszek do pieczenia, otartą skórkę z cytryny, wlać przestudzone masło. Dokładnie zmiksować.

      Każdy z otworów w blaszce na magdalenki dokładnie wysmarować masłem, oprószyć lekko mąką, nakładać ciasto do wysokości 2/3 otworu. Zostawić na 20 minut.

      Nagrzać piekarnik do 240 stopni.

      Wkładać blachę do nagrzanego piekarnika, piec ok. 7-10 minut.

      Zaraz po wyjęciu blachy, po 2-3 minutach wyjmować magdalenki.

      Ja dodaję jeszcze do gotowego już ciasta łyżeczkę wanilii lub sok z połowy cytryny.

      Bo magdalenki, które jadłam we Francji, mają zwykle smak  biszkoptowy z cytrynową lub waniliową nutą. A Francuzi lubią je jeść maczając w kawie.

                  Kiedyś magdalenki były moim "konikiem", testowałam mnóstwo przepisów, z tym że nie miałam wówczas ani formy teflonowej, ani silikonowej, tylko ze zwykłej blachy foremkę. I jedne magdalenki wyskakiwały bez problemu, a inne trzeba było wyskrobywać.  Ale pomyślałam sobie, że coś tu jest nie tak, bo przecież dawniej Francuzki nie miały teflonu, a magdalenki piekły, i to niemożliwe, żeby tak wyskrobywały te ciastka z foremek.:)))) Więc szukałam "winy" w przepisie. Testowałam przepis po przepisie, jaki znalazłam. I w końcu trafiłam na właściwy!!!! Jeśli ciastka nie wyskakują, to wina tkwi w przepisie! Ten przepis uda się w każdej blaszce.

                  Jako miłe uzupełnienie porannej kawy z magdalenkami proponuję fragment książki M. Prousta W poszukiwaniu straconego czasu, z opisem – rzecz jasna – magdalenek:

       

       

                  Widok magdalenki nie przypominał mi nic, nim ją skosztowałem: może dlatego, że widywałem je od tego czasu często - mimo, że ich nie jadłem - na ladzie cukierni; obraz ich opuścił owe dni Combray, aby się skojarzyć z innymi, świeższymi; może dlatego, że z owych wspomnień, tak długo zostawionych poza pamięcią, nic nie przetrwało, wszystko rozpyliło się; kształty - także ten kształt małej muszelki z ciasta, tak pulchnej i zmysłowej pod swoim surowym i nabożnym rurkowaniem - znikły lub też, uśpione, straciły energię, która by im pozwoliła połączyć się ze świadomością. Ale kiedy, po śmierci osób, po zniszczeniu rzeczy, z dawnej przeszłości nic nie istnieje, wówczas jedynie smak i zapach, wątlejsze, ale żywsze, bardziej niematerialne, trwalsze, wierniejsze, długo jeszcze, jak dusze, przypominają sobie, czekają, spodziewają się - na ruinie wszystkiego - i dźwigają niestrudzenie na swojej znikomej kropelce olbrzymią budowlę wspomnienia. I z chwilą, gdy poznałem smak zmoczonej w kwiecie lipowym magdalenki,którą mi dawała ciotka (mimo, że jeszcze nie wiedziałem i znacznie później miałem odkryć, czemu to wspomnienie czyniło mnie tak szczęśliwym), natychmiast stary, szary dom od ulicy, gdzie był pokój, przystawił się niby dekoracja teatralna do wychodzącej na ogród oficynki, którą zbudowano dla rodziców od tyłu (owa ścięta ściana, jedyna, którą wprzód widziałem), i wraz z domem miasto, rynek, na który wysyłano mnie przed śniadaniem, ulice, którymi chadzałem od rana do wieczora i w każdy czas drogi, którymi się chodziło, kiedy było ładnie. I jak w owej zabawie, w której Japończycy zanurzają w porcelanowym naczyniu pełnym wody kawałeczki papieru z pozoru byle jakie, które ledwo się zanurzywszy wydłużają się, skręcają, barwią, różniczkują się, zmieniając w kwiaty, w domy, w wyraźne osoby, tak samo teraz wszystkie kwiaty z naszego ogrodu i z parku pana Swanna i lilie wodne z Vivionne, i prości ludzie ze wsi, i ich domki, i kościół, i całe Combray, i jego okolice, wszystko to, przybrawszy kształt i trwałość, wyszło - miasto i ogrody - z mojej filiżanki herbaty.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 października 2007 02:07
  • piątek, 05 października 2007
    • Fasola z Doliny Dunajca

      Taki dziś był fatalny, szary, mokry dzień; i fizycznie i psychicznie byłam marniutka.

      Ale jednak zdarzył miły akcent:))) Weszłam do księgarni zobaczyć, czy nie ma już czasem kalendarzy ściennych na 2008 rok. Na drodze do sali z kalendarzami stał stół z lekturą kulinarną. Rzecz jasna, zatrzymało mnie to od razu. I trafiła się nowość:

       

       

       

      Ucieszyłam się, bo to książka z lokalnymi, regionalnymi przepisami gospodyń, prezentujących swoje potrawy w czasie różnych targów, pokazów, w tym przede wszystkim w czasie święta fasoli w Zakliczynie, które co roku obchodzone jest we wrześniu. Książka jest pięknie wydana, z dużymi niebanalnymi zdjęciami, nie tylko potraw, ale i okolic i upraw fasoli „piękny Jaś”. To taka lokalna perełka, rarytas na polskim rynku wydawniczym. To nie jakiś anonimowy zbiór przepisów, to potrawy sygnowane konkretnymi nazwiskami, przekazywane w rodzinach z pokolenia na pokolenie, robione na co dzień. Często mówi się, że ginie nasza polska tradycja kulinarna, takie mieszczuchy jak ja, nie potrafią już kultywować tych tradycji. Ja jednak, po etapie zachłyśnięcia się różnymi zagranicznymi przysmakami, chętnie wracam do naszych polskich dań. Dlatego m.in. tak ucieszyła mnie ta książka.

      Właściwie to nie jest ona najtańsza  – 35 zlp za 90-stronicową, nawet kolorową książkę, to jest jednak dość sporo. Ale cena u nas teraz zależy przede wszystkim od tego, kto sponsoruje wydawaną pozycję. A wydawnictwa lokalne nie mają zwykle zbyt wielkich budżetów.

      Ale co tam, i tak wiedziałam od razu, że muszę tę książkę kupić!  

      Bardzo lubię polską kuchnię:)))) bardzo lubię fasolę :))))) a tu się trafia taka gratka:))))

       

       

       

      A do działu kalendarzy już nie doszłam:)))) wolny czas mi się skończył i musiałam biegiem gnać do pracy:))))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 05 października 2007 23:50
  • piątek, 28 września 2007
    • Ciasto ze śliwkami

      Czas na weekendowe ciasto.

      Ponieważ jesień coraz częściej nam o sobie przypomina (zimne wieczory i ranki, częste mgły, a i deszcze nas nie omijają), to ciasto będzie jesienne, ze śliwkami.

       

       

       

       

      Robiłam je z przepisu Anusiaczka.

      Chyba każdy zna Anusiaczka? i jej smakołyki? Nie? nie każdy? No to najwyższy czas zaznajomić się z jej kulinarną twórczością :))))

      Jej ciasto ze śliwakmi  to typowo domowy, urokliwy placek do weekendowej kawy. Proporcje są w nim takie, jak lubię: nie za wysoka warstwa ciasta i dużo, dużo, dużo owoców na wierzchu. Po zmiksowaniu wszystkich składników ciasto jest tak gęste i zwarte, że żadna śliwka nie śmie opaść na dno!

       

       Składniki

       

      4 jajka

      20 dag masła

      20 dag cukru

      20 dag mąki

      1 łyżeczka proszku do pieczenia

      sok z 1 cytryny

      ok. 75 dag śliwek

      cukier puder do posypania

       

       Sposób przygotowania

       

      1. Śliwki myjemy, wyjmujemy pestki.

      2. Masło ucieramy do białości, gdy gotowe cały czas ucierając, dodajemy po 1 żółtku na przemian z cukrem (wsypujemy go stopniowo po łyżce).

      3. Z białek ubijamy sztywną pianę. Mąkę przesiewamy z proszkiem do pieczenia. Do utartej masy dodajemy po łyżce piany i mąki z proszkiem, cały czas mieszając (ja robię to mikserem) aż do wyczerpania składników. Na końcu mieszamy ciasto z sokiem cytrynowym.

      4. Ciasto wlewamy na wyłożoną pergaminem blachę, na wierzchu układamy połówki śliwek. Wstawiamy do pieca nagrzanego do 200 stopni i pieczemy 40 minut.

      5. Po wystudzeniu posypujemy cukrem pudrem.

       

       Zapraszam!

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 28 września 2007 23:53
  • wtorek, 25 września 2007
    • Nowe garnki

      Nadszedł czas na zmiany w mojej kuchni. Forumowe rozmowy, rzut oka tu i tam, i okazało się, że garnki BergHoff mogą być tym, czego potrzebuję:))) Kupuję komplet, nie chce kupowania na sztuki, bo podoba mi się jednolity wystrój akcesoriów kuchennych. Wybór pada na model COSMO. Moim zdaniem te garnki są śliczne.

       

       

      Wybór garnków, to nie jest takie hop siupJ)) Jedno było pewne, że mają być stalowe, ciężkie, o grubym warstwowym dnie. Mają być skonstruowane według nowoczesnych, na miarę XXI wieku technologii. A wszystko inne trzeba było przemyśleć: kształt garnka (bardziej okrągły i niższy, czy też smuklejszy, ale wyższy), sprawę  rączek (stalowe czy też z tworzywa, odstające, czy raczej przyległe), rodzaj pokrywek (szklane czy stalowe nieprzeźroczyste, a u Berghoffa : z termometrami czy bez).

      Na szczęście nieistotne jest dla mnie, czy mogą być myte w zmywarkach czy też nie; nadal nie odczuwam potrzeby posiadania zmywarki.

      Wybrawszy firmę, studiuję dostępne modele. W zestawie charm nie podobały mi się rączki, nie lubię takich masywnych zabudowanych (i nie jestem pewna czy one nadawałyby się do piekarnika). W tulipie niezbyt podoba mi się kształt garnka, a to jednak ważne, żeby na co dzień patrzeć na miłe rzeczy, a nie ciągle myśleć, że coś jest nie tak z tym kształtem. Ale to oczywiście bardzo indywidualna sprawa.

      Cosmo ma rączki stalowe, niezbyt wysunięte, ale chyba wystarczająco wygodne. Rączki zeno mi się podobały, ale z kolei te sporo odstające rączki zabierają dużo miejsca w szafkach, a to dla mnie sprawa nie bez znaczenia.

      Będę musiała przyzwyczaić się do pokrywek stalowych, które ma cosmo; do tej pory miałam szklane. Z tym, że tak prawdę powiedziawszy, kiedy coś się w garnku gotuje, to zwykle pokrywka jest tak zaparowana, że nawet jak jest szklana, to i tak nie widać co się dzieje w środku.

      Jak widać, ten wybór to kwestia oczywiście wielu kompromisów.

      No, cena była istotnym czynnikiem decyzyjnym. Berghoff plasuje się ze swoją ofertą na środkowej półce cenowej. Z tym, że przeżyłam szok porównując ceny u przedstawiciela firmy w Internecie, z tymi w sklepach mojego miasta. Nie chciałam wierzyć, że jest tak wielka przebitka cenowa w sklepach, sięgająca od 250 do 400 zł na komplecie. Takie wysokie marże sklepowe???? o, nie, koleżanki.

      Kupiłam garnki w Internecie. Szybko, sprawnie, z dostawą do domu zupełnie gratis, z telefonami miłej pani, potwierdzającej zamówienie i sprawdzającej prawidłowość danych. W każdej chwili mogłam też śledzić kolejne etapy swojej transakcji w Internecie.

       

      Dziś będzie pierwsza zupa w nowym garnku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 września 2007 15:04
  • poniedziałek, 24 września 2007
    • Sesja zdjęciowa mojego kota

      Było piękne, niedzielne popołudnie, słońce miło grzało, tak w sam raz, czas więc, Balbinko, się przewietrzyć! Patrz, jak pięknie na oknie!

       

       

       

       

      Hej! ale tam za oknem coś warczy i huczy! ratunku!!!!

      Niemądra kicia; to tylko autobus.

       

       

       

       

      Hola, a co wy robicie z tą firanką???? zawsze była zasunięta! a teraz? jakoś inaczej wygląda ten świat

       

       

       

       

      Ach te innowacje! i głaskania! Sierść zmierzwiona, każdy włos w inną stronę, wrrrrr…. Czas na toaletę; jestem porządną kotką, patrzcie, jak się myję! Pani poczeka! jak skończę, wyliżę Pani ręce; chwilunia, dobra???

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 września 2007 23:44
  • niedziela, 23 września 2007
    • Pan Tadeusz - który to już raz?....

      Opis grzybobrania w Panu Tadeuszu skłonił nas do ponownego obejrzenia filmu. To jest film, którego nigdy nie ma się dosyć, i zawsze, prędzej czy później, do niego się wróci.

      Pan Tadeusz

      Ile razy oglądam ten film, zawsze dopada mnie wzruszenie; jakiś dźwięk, jakiś gest, jakiś obraz, i nie można oprzeć się łzom. Zet popatrywał na mnie spod oka. A ja patrzę na siebie i ciągle zdumiona tą swoją reakcją myślę, że te łzy, to nie jest jednak jakiś tam sentymentalizm, lecz obraz, dźwięk, słowa są tak piękne, że aż nie ma jak uzewnętrznić swego zachwytu, i łzy są jego wyrazem. Ten film porusza ukryte we mnie marzenia, tęsknoty, unaocznia wartości, które cenię... Jest  kwintesencją polskości; zwyczajów i rytuałów, zachowań, reakcji, zalet, ale i jednocześnie wad narodowych, tak widowiskowych, że aż wzruszających swą spontanicznością.

      Przypomina też niemodny dziś patriotyzm. Obecnie, w czasach globalnej wioski, element patriotyzmu stał się mniej jakby istotny, ale przecież ciągle jeszcze ściska gardło dźwięk mazurka Dąbrowskiego.

      Dziś przemierzając paryski bruk, inaczej się myśli o Polsce, bo przecież wie się, że w każdej chwili można do tej Polski wrócić, i człowiek cieszy się paryskimi klimatami. Nie ma tej szalonej mickiewiczowskiej tęsknoty. Ale też przemierzając bruki obcych miast, nadal czuję się tam tylko chwilowym przechodniem...

      Przed projekcją Pana Tadeusza obowiązkowo parzę dobrą, aromatyczną kawę, bo kiedy zobaczy się parującą filiżankę kawy na ekranie i cały rytuał jej parzenia, to musi się mieć takową pod ręką:)))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 września 2007 21:47
  • piątek, 21 września 2007
    • Grzybów było w bród…

       

       

      A więc mamy jesień i czas grzybów. Cóż, to już nie te czasy, kiedy się szło na grzybobranie, kiedy lasy w okolicy były piękne, trawa zielona, i kosze uginały się od zebranych własnoręcznie grzybów. Teraz zostały mi łowy na targu, i trzeba przyznać, że choć są mniej emocjonujące, to jednak niosą satysfakcję. Czyż nie piękne prawdziwki udało mi się kupić?

       

       

       

       

       

       

       

      Zanim jednak te grzyby trafią do garnka, wyjmuję z półki Pana Tadeusza, bo nieodparcie przychodzi mi na myśl grzybobranie w nim opisane, i film Wajdy, w którym ta scena należy do jednej z najpiękniejszych; ten tajemniczy, osnuty mgłą las, te błądzące postaci w przeźroczystych wierzchnich szatach, te słomiane kapelusze, zwiewne szale, te wiklinowe kosze….

      Ach, pochodziłoby się tam z nimi….

      A Mickiewiczowski opis grzybów to naprawdę mistrzostwo słowa:

       

       

       

      Grzybów było w bród: chłopcy biorą krasnolice,

       

      Tyle w pieśniach litewskich sławione l i s i c e,

      Co są godłem panieństwa, bo czerw ich nie zjada,

      I dziwna; żaden owad na nich nie usiada.

      Panienki za wysmukłym gonią b o r o w i k i e m,

      Którego pieśń nazywa grzybów półkownikiem.

      Wszyscy dybią na r y d z a; ten wzrostem skromniejszy

      I mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy,

      Czy świeży, czy solony, czy jesiennej pory,

      Czy zimą. Ale Wojski zbierał m u c h o m o r y.

      (…)

      Na zielonym obrusie łąk jako szeregi

      Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi

      S u r o j a d k i srebrzyste, żółte i czerwone,

      Niby czareczki rożnem winem napełnione;

      K o ź l a k, jak przewrocone kubka dno wypukłe,

      L e j k i, jako szampańskie kieliszki wysmukłe,

      B i e 1 a k i  krągłe, białe, szerokie i płaskie,

      Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie,

      I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona

      P u r c h a w k a, jak pieprzniczka… 

       

      Pan Tadeusz, Księga III: Umizgi

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 21 września 2007 11:50
    • Bajkowa parada

       

      Wracałam dziś z pracy, śpiesząc się oczywiście, jak zwykle, ale zatrzymała mnie na ulicy  barwna i głośna grupa dzieci; trwała prezentacja zespołu ludowego, a obok, dla chętnych, dobierano bajkowe stroje i malowano na twarzach gwiazdki, koła i inne bajkowe emblematy.

      - Dorosłych też malujemy :))) - uśmiecha się jedna z animatorek, widząc moje zaciekawione spojrzenie – zaraz będzie bajkowa parada! Będą postacie z bajek, bicykliści, szczudlarze i dinozaury. Zapraszamy!

      Okazuje się, że właśnie trwa Festiwal Twórczości Artystycznej Uczniów Szkół Podstawowych i Gimnazjalnych "POD SZCZĘŚLIWĄ GWIAZDĄ" i animatorzy z Centrum Inicjatyw Społecznych „Horyzonty” prowadzą gry i zabawy dla przechodniów. Bicykle już czekają:

       

      Pokusa, aby wrócić w świat dzieciństwa, jest prawie nie do odparcia:))))  Resztką zdrowego rozsądku uprzytamniam sobie, ile jeszcze spraw dziś na mnie czeka, i .... odchodzę.:((((

      Chyba już niemożliwe są takie powroty w bajek świat....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 21 września 2007 01:34
  • wtorek, 18 września 2007
    • Zupa pomidorowa

      Klasyka domowej kuchni

       

       

      Zawsze myślałam, że nie ma nic prostszego od zupy pomidorowej. Pamiętam z dzieciństwa, że kiedy mama zaczęła pracować zawodowo i musiałyśmy z siostrą włączyć się w prowadzenie domu, to już w czwartej klasie podstawówki umiałam robić zupę pomidorową. I bardzo byłam z tego dumnaJ)))

      Tak się niedawno zdarzyło, że nie zdążyłabym zjeść obiadu w domu i musiałam coś przegryźć na mieście. W zestawie lunchowym była pomidorowa, pomyślałam: świetnie, na pewno będzie pyszna. Ależ się myliłam! zupa była naprawdę niesmaczna. Okazuje się, że można zepsuć nawet pomidorówkę!

       

      To może ja podam nasz domowy przepis, jak zrobić, żeby była dobra:

      5 pomidorów

      1 cebula

      2 marchewki

      1 pietruszka

      kawałek selera bulwiastego

      sól, pieprz, szczypta ostrej papryki, szczypta cukru, zioła prowansalskie

      200 ml gęstej kwaśnej śmietany (18 lub 22%)

      2 łyżki mąki

      natka pietruszki

      łyżka oliwy, łyżka masła

      Cebulę, marchewki, pietruszkę i seler zalać wodą, lekko osolić, gotować do miękkości.

      Z pomidorów odciąć końcówki (tam gdzie ogonek), pokroić je na kawałki. W szerokim rondlu rozgrzać olej i masło, wrzucić pomidory, podlać niewielką ilością gorącej wody, dusić pod przykryciem, aż rozpadną się na miazgę.

      Warzywa odcedzić. Do wywaru warzywnego przetrzeć łyżką przez durszlak (lub sito) uduszone pomidory, chwilę razem pogotować, doprawiając solą, pieprzem, papryką, ziołami prowansalskimi, szczyptą cukru. Utrzeć na grubej tarce jedną z ugotowanych marchewek, dodać do zupy.

      Mąkę rozetrzeć ze śmietaną, zahartować kilkoma łyżkami zupy, wlać całość do garnka z zupą, chwilę pogotować.

      Podawać z ugotowanym osobno ryżem (lub makaronem), posypać natką pietruszki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 września 2007 00:28
  • poniedziałek, 17 września 2007
    • Kuchnia polska według amerykańskiej TV:))

       

      Czekałam z niecierpliwością na emisję programu amerykańskiej TV: Dania w pół godziny, prowadzonego przez Rachael Ray, który miał być poświęcony kuchni polskiej. Ciekawe, co Rachael zaproponuje, jako typowe polskie danie?

      Więc najpierw były pierogi. Ooo, tak. Ale po pierwsze: kupione w supermarkecie? mrożone? Koleżanko, pierogi lepi się u nas samemu; i dodam, że trwają zupełnie poważne dyskusje nad rodzajem ciasta na pierogi (dodawać wodę letnią? czy też wrzątek? masło? czy olej? a może żadnego tłuszczu nie trzeba? całe jajko? czy tylko żółtko?). Ale gdyby nawet przyjąć pierogi kupne, to na pewno nie tak się je gotuje, jak Rachael przedstawiła i na pewno nie podaje się ich z sosem. To chiński sposób na pierożki, a to jednak spory kawałek dalej na wschódJ)))

      Podany sposób gotowania (czy też smażenia) pierożków jest bardzo fajny: na głęboką patelnię daje się trochę tłuszczu, układa pierogi (tylko jedna warstwa), podlewa gorąca wodą i dusi do miękkości. Tylko u nas w Polsce nikt tak pierogów nie robi! u nas wrzuca się je po prostu na wrzątek i gotuje ok. 5 minut od wypłynięcia.

      I drugie zaproponowane danie: kiełbasa z kiszoną kapustą. O! myślę sobie: fajnie, coś w rodzaju bigosu? Otóż nie, straszny jakiś dziwoląg kulinarny nam pokazano. Kiełbasę Rachael pokroiła w plastry i podsmażyła. Potem na drugą patelnię wrzuciła posiekaną czerwoną cebulę (u nas to raczej rzadkość, powszechnie używa się białej cebuli) i zapowiedziała: a teraz dodamy posiekany jarmuż! Zet, który oglądał ze mną program (nota bene rdzenny Polak z dziada pradziada), pyta:

      - A co to jest jarmuż?

      Otóż to! kto w Polsce zna i je jarmuż? Z czasów PRL-owskich się go głównie pamięta; był typową zieloną ozdobą półmisków z wędlinamiJ))) nikt go oczywiście nie jadłJ)))

      Ale wracajmy do przepisu: mamy na patelni cebulę, jarmuż, do tego Rachael dorzuca trochę kiszonej kapusty, miesza z kiełbasą. I typowa polska potrawa gotowaJ))))

      Lubię program Rachael Ray. Ale tym razem, to niezbyt się przyłożyła do tematu.

       

      Swoją drogą to zastanawiam się, co bym wymieniła, zapytana o typową polską potrawę. Te pierogi, tylko po polsku? Może bigos?

      A typowy polski niedzielny obiad to chyba ciągle nadal: rosół z makaronem i schabowy z ziemniakami i duszoną kapustą. Z rosołem mogłaby chyba konkurować zupa pomidorowa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 września 2007 13:31
  • piątek, 14 września 2007
    • Zmienny kolor hortensji

      Lubię bardzo te staroświeckie nieco kwiaty i od wielu lat są nieodłącznym elementem moich bukietów suszonych na zimę.

      Dziś zadziwiły mnie te kwiaty -  mijane niemal co dzień w przyulicznym ogródku – wiosną były niebieskie, po jakichś dwóch miesiącach zmieniły barwę na seledynowo-zielone, a dziś widzę, że niektóre płateczki zaczynają przybierać barwę bordową.

      hortensje

      (zdjęcie z sieci)

      Czytałam, że o kolorze tych kwiatów decyduje kwasowość ziemi, w której rosną. Na glebach bardziej zasadowych, kwiaty będą różowe bądź czerwone. Aby uzyskać niebieską barwę kwiatów, glebę należy zakwasić, nawożąc ją siarczanem amonu lub siarczanem potasu.

      Tak, czy inaczej, kwiaty zmieniły barwę. Przypomniało mi to, że najwyższy czas przystąpić do robienia suszekJ))) Niebieskich nie suszyłam, bo nie wychodzą ładnie; pomarszczyły się.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 14 września 2007 14:10
  • czwartek, 13 września 2007
    • Sos pomidorowy lekko rozbielony

      Teraz najlepszy czas na pomidory; ładnie wyrosły, są dojrzałe, jędrne, słodkie. Czas więc na przykład na sos pomidorowy. Trochę czasu zajmie jego przygotowanie, ale jaki on ma cudowny smak! Naturalną słodycz pomidorów podkreśla dodana marchewka, pikanterii dodają przyprawy, a śmietana sprawia, że otrzymujemy piękny kolor: nie czerwony, nie orange, będzie to lekko rozbielony łosoś. Bardzo lubię dodatek  śmietany do potraw z pomidorów, to znakomity mariaż!

       

       

      Bierzemy więc:

      5 pomidorów

      1 dużą cebulę

      1 marchewkę

      2 ząbki czosnku

      2-3 łyżki oliwy

      1 łyżkę masła

      2 łyżki kwaśnej gęstej śmietany (22 lub 18 %)

      sól, czarny pieprz, łyżeczkę suszonego oregano, szczyptę mielonej ostrej papryki, sporą szczyptę cukru

       

      Pomidory trzeba naciąć na krzyż i zanurzyć na jakieś 2 minuty we wrzątku, po czym obrać ze skórki (po takiej kąpieli skórka łatwo zejdzie). Kroimy je na kawałki.

      Cebulę obieramy i kroimy w kostkę, podobnie kroimy obrane ząbki czosnku.

      Marchewkę obieramy i ścieramy na grubej tarce.

      W rondlu rozgrzewamy oliwę, dodajemy masło i kiedy się roztopi wrzucamy cebulę, czosnek i po chwili marchewkę. Podgrzewamy kilka minut, mieszając, i podlewamy niewielką ilością gorącej wody. Kiedy zagotuje się całość, wrzucamy pomidory i lekko przyprawiamy (trzeba dodawać przyprawy po troszku, aż uzyskamy smak, który nam odpowiada). I teraz na malutkim ogieńku gotujemy sos, bez przykrycia, od czasu do czasu mieszając, jakąś godzinę co najmniej, a w miarę, jak będzie gęstniał, zwiększamy intensywność mieszania; raczej trzeba będzie stać przy garnku, bo taki sos lubi się przypalać. Kiedy już wszystko będzie rozgotowane, miksujemy całość na jednolitą masę. Na końcu dodajemy śmietanę i ewentualnie jeszcze doprawiamy do smaku.

      Pyszny do makaronów i jarzyn (np. do kalafiora).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 września 2007 00:08

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl