Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy

  • poniedziałek, 21 stycznia 2008
    • Oswajanie trufli

      Weekend minął pod znakiem trufli. Próbowałam je, smakowałam, to z makaronem, to znów z omletem, z kromką bagietki i oliwą. Oswajałam.

      No i prezentowałam jedną, specjalnie zostawioną bulwę, każdemu, kto akurat przyszedł, żeby obejrzał, powąchał, dotknął :)))

      I rzeczywiście, potwierdzam ogólnie panującą opinię: myślę, że jest to smak, do którego można tęsknić...

      Szkoda, że to takie drogie!

      A to danie główne, które podałam gościom: roladki indycze nadziewane plastrami trufli.

       

       

      Pierś indyczą rozklepałam na cienki płat, lekko posoliłam, posypałam pieprzem cytrynowym, włożyłam do miski i skropiłam oliwą truflową. Wrzuciłam do lodówki na całą noc, żeby się zamarynowało.

      Na drugi dzień rozłożyłam mięso na desce, pokroiłam trufle na cienkie plastry, rozłożyłam je na mięsie, ponownie skropiłam oliwą truflową, po czym przykryłam całość dużymi, cienkimi plastrami szynki gotowanej. Zwinęłam całość w roladę, spięłam wykałaczkami.

      Rozgrzałam na dużej, głębokiej patelni oliwę truflową, dodałam kilka małych ząbków czosnku i obsmażyłam roladę ze wszystkich stron. Następnie podlałam niedużą ilością białego półwytrawnego wina, przykryłam pokrywką i dusiłam na małym ogniu około godziny, podlewając niewielką ilością wody.

      Kiedy mięso było już miękkie, pokroiłam roladę na plastry. Podałam z makaronem szpinakowym, polewając sosem, który wytworzył się w czasie duszenia. Posypałam plasterkami surowej trufli.

      Zdecydowałam się podać do tego czerwone wytrawne bordeaux. Nie byłam pewna, czy dobrze dobrałam wino, zwłaszcza, że do duszenia użyłam białego, no i do drobiu podaje się raczej białe.

      Ale indyk to przecież ciemne mięso, więc czerwone jednak pasuje. I grzyby też chyba wolą czerwone wino.

      W każdym razie smakowało!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 stycznia 2008 23:13
  • piątek, 18 stycznia 2008
    • Jadłam czarną truflę

      W świątecznej paczce, która przyszła pod choinkę z USA, był malutki słoiczek. Kiedy przeczytałam etykietkę, zamarłam z wrażenia: czarne zimowe trufle! A potem się wzruszyłam, bo trufle to niezwykły rarytas; Anthelme Brillat-Savarin – francuski ekspert smaku - nazwał je brylantami kuchni. Uświetnią każde ekskluzywne przyjęcie, będą stanowić jego clou.

      Czekałam tylko na okazję, żeby je podać i właśnie przyszedł na nie czasJ

       

       

      Te niepozorne grzyby rosną 10-30 cm pod ziemią, w pobliżu korzeni drzew, najbardziej zaś cenią sobie towarzystwo dębów.

      Mają wygląd pomarszczonych bulw, nie mają nóżki, ani kapelusza. Do ich poszukiwań używa się specjalnie wyszkolonych psów lub świń. Trufle występują właściwie wyłącznie w południowej Francji i na północy Włoch.

      Czarne trufle pochodzą z Francji, głównie z obszaru Périgord – gęsto zalesionego regionu położonego około 100 km na południe od Bordeaux. Mają intensywny aromat, który wzmaga się po ugotowaniu.

      Białe trufle pochodzą z Włoch i rosną głównie w Piemoncie. Po ugotowaniu tracą aromat, więc najlepiej spożywać je na surowo. W przyrodzie jest ich mniej, dlatego są droższe.

      Trufle osiągają wysokie ceny, od 3 tyś euro w paryskich supermarketach za 1 kg czarnych trufli po 50 tyś dolarów na aukcjach za rekordowe okazy włoskich trufli białych.

       

      Przestudiowałam przepisy, sposoby podawania i ostatecznie zdecydowałam się zrobić roladki z piersi indyka nadziewane plastrami trufli, duszone w oliwie truflowej z dodatkiem wina.

      Relacja – wkrótce.

      Póki co – pierwsze wrażenia po otwarciu słoiczka z truflami.

      Zapach jest ostry, taki jakby wilgotnej ziemi, zbutwiałych liści… te klimaty. A smak – hmmmm… w zasadzie nic nadzwyczajnego w pierwszej chwili, nieco ostry; miąższ jest jędrny, lekko chrupiący. Ale zostaje ten smak na długo, na podniebieniu, na języku. Koniecznie powinny trufle towarzyszyć jakiejś potrawie, to nie jest przysmak sam w sobie. Świetnie smakował makaron wymieszany z oliwą i posypany wiórkami trufli. W tych indyczych roladach też jest znakomity.

      Często podawane są jajka (jajecznica, jajka sadzone) z plasterkami lub wiórkami trufli.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 18 stycznia 2008 12:12
  • niedziela, 13 stycznia 2008
    • Baletki

      Nie wiem, skąd wzięła się ich nazwa.

      Ale są pyszne. Są lekkie i słodkie, jak balowe baletki:)))

      I do choinki, do gwiazdek na obrusie, do karnawału, bardzo te ciasteczka pasują.

       

       

       

       

       

       

       

       

      A zrobiłam je według nieco innego przepisu, niż powszechnie się je robi.

      Te tutaj nie są biszkoptowe, lecz powiedziałabym - krucho-biszkoptowe, bo w cieście jest masło i są ucierane, nie ubijane.

      Ten przepis podała kiedyś na jednym z forów Buka, zaznaczając, że to stara, cukiernicza receptura, stąd też gramatura składników trochę dziwna, np. te jajka mierzone na gramy!

      Dodam, że robiąc baletki według tego przepisu trzeba uważać, aby ciasto wyszło dostatecznie zwarte (w razie potrzeby wsypać nieco więcej mąki), gdyż inaczej ciasteczka w czasie pieczenia rozpłaszczą się. Mnie też wyszły troszkę za duże.

      A oto przepis:

      Maka pszenna tortowa 284 g

      cukier-puder 182 g

      maslo 170 g

      jaja 182 g – to będzie mniej więcej 4 średnie jajka

      zapach waniliowy

      marmolada, mak

      Utrzeć masło z cukrem, dodawać stopniowo jajka, zapach, wsypać mąkę i wymieszać.

      Gotową masę nałożyć do worka cukierniczego o okrągłej końcówce i wyciskać okrągłe ciasteczka o średnicy ok. 2 cm na blachę wyłożoną papierem pergaminowym (dość ciężko mi się je wyciskało, ale ja nie mam zbyt wielkiej wprawy w posługiwaniem się rękawem). Przed włożeniem do pieca posypać ziarenkami maku.

      Piec ok. 15 minut w temp. 180 stopni.

      Po częściowym ochłodzeniu składać po dwa, przekładając marmoladą (ja przełożyłam je konfiturą z róży).

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 stycznia 2008 00:42
  • środa, 09 stycznia 2008
    • Po-wigilijne przemyślenia

      Jak pewnie każdy, liczyliśmy przy Wigilii ilość potraw pojawiających się na naszym stole. Ponieważ marudziłam, że dwunastu dań tylko na siłę można by się u nas doliczyćJ))) – siostra rzuciła żartem:

      - To na drugi rok zrób te brakujące potrawy i przynieś je tutaj.

      Żart żartem, ale zapadły mi te słowa w serce, i może trochę weszły na ambicję.  Od wielu lat wigilię przygotowuje moja siostra, to u niej się gromadzimy.

      A ja? czy umiałabym przygotować wieczerzę wigilijną?

      Postanowiłam przećwiczyć sobie w ciągu roku dania wigilijne i ewentualnie nauczyć się nowych, które są w wielu domach robione, ale u nas ich nie ma.

      Uszka z kapustą i z grzybami do barszczu mam wyćwiczone, bo od wielu lat to właśnie ja je robię i przynoszę do siostry. Ten punkt odhaczamy.

      Czas na kapustę z grochem. Zrobiłam. Jak dla mnie - pycha! Odhaczamy!

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

      A oto przepis na tę kapustę:

      pół kg kapusty kiszonej

      25 dag grochu żółtego suchego

      2 łyżki tłuszczu: smalcu lub masła

      łyżka mąki

      sól, pieprz, majeranek 

       

      Groch namoczyć w rondlu na całą noc.

      W następnym dniu odlać wodę, w której groch się moczył, zalać go nową wodą, posolić i gotować do miękkości (jeśli jest to proch tzw. obtłukiwany, wystarczy jakieś pół godziny). Ja lubię, żeby groch pozostał cały, nie rozgotowany, więc trzeba uważać przy gotowaniu.

      Kapustę kiszoną przesiekać, jeśli jest zbyt kwaśna przepłukać ją na sicie wodą.

      Przełożyć do rondla, wlać niewielką ilość wody i gotować do miękkości, ok. pół godziny, odparowując niemal w całości wodę.

      Odcedzić groch, przełożyć go do kapusty, wymieszać, przyprawić solą, pieprzem i majerankiem. Rozpuścić na patelni tłuszcz, dodać mąkę, smażyć na rumiano, po czym tę zasmażkę dodać do kapusty z grochem, wymieszać. Danie to często gościło w domu babci również jako codzienna potrawa jednogarnkowa, przy czym w wersji nie-wigilijnej dodawane były skwarki z boczku lub kiełbasy.

       

       

       Ciąg dalszy nastąpi…..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Po-wigilijne przemyślenia”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 09 stycznia 2008 02:57
  • wtorek, 08 stycznia 2008
    • Łazanki

      Po zrobieniu gołąbków został mi środek sparzonej białej kapusty; to jasny sygnał, że czas na łazanki:)))

      A poza tym taki wiatr dzisiaj, i śnieg z deszczem, przydało by się coś gorącego i sytego. I szybkiego do zrobienia.

      Ciekawe, swoją drogą, skąd pochodzi nazwa łazanki? Mówi się, że od włoskiego lasagne -cienkich płatów ciasta makaronowego, używanych do zapiekanek. Pewnie tak, ale dziś nie chce mi się szperać po źródłach, żeby się upewnić. Cóż, zjadłam danie – niedoinformowana:))))

      A to moje dzisiejsze łazanki:

       

       

       

       

       

       

       

       

      Nigdy nie myślałam, że można by podawać przepis na łazanki; to taka zwykła potrawa, oczywista. Ale okazuje się, że nie do końca tak jest. Istnieje mnóstwo przepisów na łazanki, które różnią się znacznie od siebie, a to rodzajem kapusty (zwykła biała lub kiszona), a to dodatkami (boczek, kiełbasa, grzyby, mięso, biały ser), czy jeszcze sposobem przyrządzania (duszenie, zapiekanie w piekarniku).

      Generalnie jednak gotuje się osobno makaron typu łazanki (małe kwadraciki lub romby cienko rozwałkowanego ciasta makaronowego), po czym ja połączyłam je z uduszoną poszatkowaną kapustą, z dodatkiem pokrojonego w kosteczkę boczku i kiełbasy i podsmażoną pokrojoną w kosteczkę cebulą, lekko oprószoną mąką. Wymieszałam wszystko, doprawiłam solą, pieprzem, papryką, kminkiem i majerankiem.

      I to wszystko. Pyszne!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 stycznia 2008 00:19
  • sobota, 05 stycznia 2008
    • Makowe mini-muffinki

      Ciągle jeszcze jest choinkowo-świątecznie-kolędowo.

      Trzej Królowie się zbliżają, i nawet kometa na niebie jest (szkoda tylko, że mała i noce raczej pochmurne). I ciągle jeszcze mi mało kolęd. Więc na taki wolny, weekendowy wieczór, cóż mogłoby być lepszego niż płyta z ulubionymi kolędami i pastorałkami?

      A ta ulubiona płyta to Kolędy polskiego big-beat`u, a więc: Czerwone Gitary, Skaldowie, Czerwono-Czarni, Filipinki.... Piękne, nie udziwnione aranżacje, a jednocześnie takie dynamiczne. I takie ciepłe i wzruszające...

       

      A do tego  kubek herbaty i makowe muffinki. Mak to bardzo świąteczny atrybut:))))

       

       

       

       

       

       

       

       

      A muffinki są z przepisu Bajaderki:

      składniki

      1/2 szklanki maku

      2 łyżki miodu

      2 łyżki wody

      3 łyżki soku z cytryny

      1/2 kostki masła

      1/2 szklanki cukru

      2 jajka

      1 łyżka otartej skórki z cytryny

      3/4 szklanki kwaśnej śmietany lub jogurtu

      1 3/4 szklanki mąki

      1 łyżeczka sody oczyszczonej

      2 łyżeczki proszku do pieczenia

      szczypta soli

       

       

       

      sposób przygotowania

       

       

       

      Mak, miód i wodę podgrzać na średnim ogniu około 4 minut, aż mak wchłonie większość wody. Przestudzić i wymieszać z sokiem cytrynowym.

      Rozgrzać piekarnik do 190ºC. Mąkę wymieszać z sodą, proszkiem do pieczenia i solą. Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę, dodać jajka po jednym, wymieszać ze śmietaną i otartą skórką z cytryny, dodać ostudzony mak i dobrze wymieszać. Wsypać mąkę i połączyć obie masy, ale nie mieszać za długo. Wypełnić natłuszczone foremki do muffinów do 3/4 wysokości i piec około 20 minut, aż lekko się zezłocą.

      Smacznego!!!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 05 stycznia 2008 22:59
  • środa, 02 stycznia 2008
    • Benedyktyńska przyprawa do mięs

      Z serii benedyktyńskie specjały pojawiły się przyprawy, zarówno konkretne zioła, jak bazylia, czy majeranek, jak i mieszanki przyprawowe. Kupiłam mieszanki: do mięs, do drobiu i do dziczyzny. Wypróbowałam, jak na razie, tę pierwszą. Używałam jej do pieczonej karkówki, dodawałam do bigosu, sypałam na kanapki, zrobiłam pieczeń wołową Bjetris z jej udziałem. Jak dla mnie znakomita, bardzo mi odpowiada smakowo. Jej skład jest dość skomplikowany, kilkanaście rodzajów ziół: cząber, kolendra, bylica, kminek, pieprz czarny, papryka, hyzop, tymianek, czosnek, rozmaryn, ziele angielskie, majeranek, szałwia, jałowiec, gałka muszkatołowa, lubczyk, macierzanka, warzywa.

      Najbardziej tajemniczy składnik mieszanki to hyzop. Niby się o nim słyszało, ale taki mieszczuch, jak ja, niewiele o nim wie. Poszperałam więc, i coś udało się ustalićJ))

      Tak wygląda hyzop:

       

       

       

       

       

       

       

       

       hyzop

       

      Rośnie na podłożu wapiennym, na suchych i słonecznych zboczach i łąkach lub pod murami, czasem w ogrodach, zwłaszcza w starych ogrodach przyklasztornych (benedyktynów i cystersów). Jest byliną, półkrzewem gałęzistym o łodygach dołem zdrewniałych i gęsto ulistnionych. Wzrost od 30-100 cm. Liście lancetowate, siedzące, ułożone parami lub więcej, naprzemianległe, całobrzegie i jakby punktowane (punktami są gruczołki olejku eterycznego). Kwiaty ciemnobłękitnofiołkowe, rzadko białe lub różowe w nibyokółkach w kątach liści, a w górnych częściach łodyg zebrane w kłos. Piękny układ, pokrój, gra kolorów i aromatyczny zapach.

      Do tej pory słyszałam o nim właściwie tylko w kontekście religijnym. Na kartach Starego Testamentu pojawia się kilkakrotnie, głównie przy opisie rytualnych oczyszczeń. Najbardziej znany tekst pochodzi z psalmu: Pokrop mnie hizopem, a stanę się czysty, obmyj mnie, a nad śnieg wybieleję (Ps 51,9)

       

      W kulturach Bliskiego Wschodu hyzop był rośliną o dużym znaczeniu obrzędowym.

       

       

       

      Ale okazuje się, że od bardzo dawna znany i ceniony jest również w kuchni.

      Ma przyjemny, korzenny zapach i gorzki smak, smakowo harmonizuje z selerem i pietruszką.

       

      Używa się go jako przyprawę kuchenną w małych ilościach do różnych potraw: zup, sosów, surówek, fasoli, flaczków, majonezu, do twarogu i serów.

       

      Brzmi ciekawie.

      A oto nowy przepis wypróbowany na kolację sylwestrową, z zastosowaniem tej mieszanki. Jest to zdobyczny przepis Bjetris, uzyskany od zaprzyjaźnionego kucharza.

       

       

       

       

       

       

       

       

      Był to przepis ramowy, a ja robiłam to tak:

      1 kg pieczeni wołowej skropiłam oliwą extra vergin i natarłam mieszanką benedyktyńską do mięs, przykryłam miskę folią i zostawiłam w lodówce na ok 24 godz. Pół marchewki pokroiłam w cienkie dość słupki, podobnie w słupki pokroiłam kawałek wędzonego boczku. Mięso nakłuwałam szerokim nożem (szefa kuchni) i w te nakłucia wkładałam słupki boczku na zmianę z marchewkami. Potem do gęsiarki wlałam trochę oliwy, dodałam cebulę pokrojoną na ćwiartki, 4 całe ząbki czosnku, posypałam ponownie przyprawą benedyktyńską i włożyłam bez przykrywania do pieca rozgrzanego do 200 stopni, piekłam 30 minut, obracając ze wszystkich stron. Po tym czasie zmniejszyłam temperaturę do 140 stopni i piekłam jeszcze godzinę.

      Następnie mięso się wyjmuje z pieca (ono jest jeszcze twarde), kroi na grube plastry, wkłada do rondla, zlewa sos z blachy i przepłukuje blachę dobrym bulionem, dokłada parę grzybków suszonych, listek laurowy i ziele angielskie. Zostawia na kuchence dłuuugo, do powolnego pyrkania, uzupełniając w miarę potrzeby wodą. To „dłuuuugo” trwało u mnie godzinę w pierwszy wieczór i jakieś dwie godziny w drugi wieczór. Na końcu sos zagęszcza się mąką. Pieczeń jest gotowa jak mięso jest tak miękkie, że prawie się rozpada.

      Pod koniec duszenia nie można już mięsa mieszać żadną łyżką czy widelcem, gdyż jest tak miękkie, że się rozpadnie. Potrząsa się tylko rondlem.

      Podałam z czeskim knedlem krojonym w plastry. Ale biesiadnicy mówili, ze najlepsze jest po prostu z pieczywem.

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Benedyktyńska przyprawa do mięs”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 02 stycznia 2008 22:58
  • wtorek, 01 stycznia 2008
  • niedziela, 30 grudnia 2007
    • Zupa Franza Kafki

      Kiedy wzięłam w księgarni tę książkę do ręki, już po przeczytaniu kilku zdań z pierwszej strony wiedziałam, że nie ma co tego oglądać.

      Trzeba płacić i do domu!! do domu!!! siąść wygodnie i czytać! ba! to za mało powiedziane! rozkoszować się czytaniem:))))

      Ta książka to żart literacki, ale jednocześnie perełka, i to pierwszej wody!

       

      zupa Franza Kafki

       

      Jest to żart – bo przepisy kulinarne zostały napisane przez autora, Marka Cricka, językiem wielkich pisarzy, m.in. Jane Austen, Marcela Prousta, Raymonda Chandlera, ba! nawet Homera, ale jednocześnie jest to jak najbardziej książka kulinarna – bo przepisy są zupełnie serio, i wyglądają na zupełnie profesjonalne :))))

      Przednia zabawa!

      Zwalił mnie na przykład z nóg przepis na jagnię w sosie koperkowym; no przeczytajcie sami, choćby fragment:

       

      „Potrzebowałem: stolika u Maxima, stu dolców i fantastycznej blondyny, a co miałem? Udziec barani i zero pomysłów. Złapałem ścierwo pewnym chwytem – było wilgotne i zimne jak uścisk dłoni koronera. Potem wyjąłem nóż i pociąłem je na kawałki. A skoro już poczułem w ręku ostrze, posiekałem na talarki cebulę. Zanim zorientowałem się, co robię, na blacie spoczywał jeszcze stosik marchewkowych patyczków. I żaden się nie ruszał.”

       

      To rzecz jasna Chandler:))) I niech ktoś powie, że gotowanie jest nudne!!!!

       

      A na przykład taki John Steinbeck, i risotto z grzybami, i malarski, sugestywny opis:

       

      „Borowiki w kolorze spalonej ziemi leżały suche i pomarszczone, każdy plasterek aż skręcał się z pragnienia. Kiedy wreszcie spadła na nie woda – z początku tylko w małych dawkach – wypiły, ile mogły, ale już wkrótce pokryła je w całości życiodajna ciecz. Wyschnięte kawałki odzyskały dawną formę, dar wody zmienił poskręcane kształty w połyskliwą, rozleniwioną masę. To, co przedtem przypominało miskę kory drzewnej, nabrało wyrazistego koloru gotowanego mięsa, czerwonawy brąz mokrej gleby zastąpił suchą zaprawę arizońskiej ziemi. Kucharka pozwoliła im się moczyć przez 45 minut.”

       

       

      A już Fenkata a’ la Homer, to prawdziwy majstersztyk!

       

      „Śpiewaj, Muzo, głód wielki mężnego Achilla

       

      Czczych Achajów głód śpiewaj, którym spyża zgniła

       

      Podczas długiego szturmu na Ilionu mury;”

       

       

      I tak leci danie z królika przez pięć stron, trzynastozgłoskowcem!

      Pomysł na książkę był cudowny! i wykonanie takież same:))))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Zupa Franza Kafki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 grudnia 2007 00:52
  • poniedziałek, 24 grudnia 2007
  • sobota, 22 grudnia 2007
    • Świąteczny pasztet domowy

      Właśnie upieczony, czeka na zachwyty domowników i gości:)))

      Przepis mamy w rodzinie od dawien dawna, spisany na dużym arkuszu pergaminu, złożonym na cztery i odkąd pamiętam, dwa razy w roku, na święta Bożego Narodzenia i na Wielkanoc rozwijało się go delikatnie, bo był już nieco poprzecierany na zgięciach.

      Ja wprowadziłam go, rzecz jasna, do komputera, ale kiedy jestem u mamy lubię zerknąć w zeszyt w zielonej okładce, gdzie przepisy spisane są ręcznie

       

       

      składniki

      ½ kg wieprzowiny

      ½ kg wołowiny

      ½ kg cielęciny

      ½ kg wątróbki drobiowej

      ½ kg podgardla (lub tłustego boczku gdyby akurat nie było podgardla)

      1 duża cebula

      2-3 łyżki tłuszczu (margaryna lub smalec)

      ziele angielskie (kilka ziarenek)

      liść laurowy (2-3 szt)

      sól, pieprz

      2 bułki wodne (czyli pszenne bez żadnych dodatków)

      bułka tarta do posypania

      4 jajka

      sposób przygotowania

       

      Wszystkie rodzaje mięsa (oprócz wątróbki) i cebulę pokroić na dość małe kawałki, wrzucić do rondla na rozgrzany tłuszcz, na samo dno dać podgardle, osolić, dusić na tłuszczu na malutkim ogniu do miękkości. W zasadzie nie trzeba podlewać wodą, gdyż podgardle jest tłuste i ładnie się topi. Gdy mięso będzie miękkie (tj. po ok. 1-1i 1/2godz.), wtedy dopiero dodać wątróbkę, poddusić jeszcze 10-15 min. Odstawić do ostudzenia.

      Wyjąć z rondla wszystkie składniki, w sosie z duszenia namoczyć 2 bułki.

      Wszystko łącznie z namoczoną bułką przekręcić przez maszynkę 3 razy.

      Dodać 4 całe jajka, pieprz, wymieszać dokładnie.

      Rozłożyć masę do blaszek, wyłożonych papierem pergaminowym, posypać na wierzchu bułką tartą, ponakłuwać w kilku miejscach patyczkiem.

      Piec w nagrzanym do 200 st.C piekarniku ok. 40 min.

      Z podanych wyżej proporcji zwykle robię pasztet w 1 tortownicy (krojony później w trójkąty jako przekąska – koniecznie z domowym chrzanem z jajkami) i w 1 podłużnej blaszce (krojony na plasterki do kanapek).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Świąteczny pasztet domowy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 22 grudnia 2007 22:15
  • piątek, 21 grudnia 2007
    • Choinka Zet

      W czasach mojego dzieciństwa choinkę ubierało się w Wigilię. Choinka była żywa, tato osadzał ją w stojaczku i ubierał ją razem z nami – dziećmi. Mama królowała w kuchni i choinka do niej nie należała. To właśnie tato nauczył mnie sztuki ubierania choinki, ładnego równomiernego rozmieszczenia światełek, wieszania bombek, dobierania ich kolorami, wielkościami.

      Teraz, kiedy mam własne mieszkanie, a wigilie spędzam częściowo u mamy, częściowo u siostry, i mam do ubrania swoją choinkę, mojej mamy choinkę i choinkę Zet, i jeszcze trzeba coś ugotować, upiec, posprzątać, no i jeszcze pracuję zawodowo – to nie wyrobiłabym się po prostu w Wigilię. Ubieram choinki kilka dni wcześniej, przed wigilią.

      Tak wygląda tegoroczna choinka Zet: złoto-czerwono-brązowa, z pierniczkami, kokardami i zasuszonymi kwiatami hortensji.

       

       

      Uwielbiam ubieranie choinki, ale tak w spokoju, bez pośpiechu, włączam płytę z kolędowym mixem, rozkładam ozdoby i próbuję: może na tej gałązce ta bańka, a może na tej wyżej wyglądałaby ładniej….. tu złota kokarda, tu pierniczek, a tu wymarzone miejsce na aniołka:)))

      Tak to u mnie jest z choinką.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Choinka Zet”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 21 grudnia 2007 18:09
  • niedziela, 16 grudnia 2007
    • Choinkowe pierniczki

      Już od kilku lat piekę pierniczki na choinkę, wracając do starej, polskiej tradycji, kiedy pierniki były obowiązkowym elementem wystroju świątecznego drzewka. Mam mnóstwo foremek do wycinania, ale właściwie nie wiem, po co je kupuję, skoro i tak, kiedy piekę ciasteczka, zawsze wybieram serca lub gwiazdki :))))

      Na choince gwiazdki powinny być obowiązkowo!

      Wczoraj wieszałam piernikowe gwiazdki i serca na choince u Zet; polukrowane białym lukrem, pięknie się odznaczają.

       

       

      Robię te pierniczki z przepisu Bajaderki; są cienkie i przypominają nieco szwedzkie pierniczki pepperkakor (dostępne w ikei). Melasę z oryginalnego przepisu zastępuję miodem.

      A oto przepis:

      1/2 kostki masła

      1/2 kostki margaryny

      3/4 szklanki brązowego cukru jasnego

      1/2 szklanki cukru pudru

      1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

      1 1/2 łyżeczki zmielonego cynamonu

      1 1/2 łyżeczki zmielonego imbiru

      1/2 łyżeczki zmielonego ziela angielskiego

      szczypta soli

      1 duże jajko

      2 łyżki miodu

      3 szklanki mąki

      3 łyżki mąki ziemniaczanej

      Masło i margarynę utrzeć z cukrem, solą i przyprawami na lekką i puszystą masę. Dodać jajko i miód i dobrze ubić. Wsypać połowę mąki do masy i dokładnie utrzeć, wsypać pozostałą mąkę i mąkę ziemniaczaną i wymieszać. Podzielić ciasto na pół (ciasto będzie bardzo miękkie), każdą połowę spłaszczyć, zawinąć w folię i schłodzić w lodówce przez co najmniej godzinę.

      Rozgrzać piekarnik do 180ºC. Na lekko posypanej mąką stolnicy wywałkować ciasto (grubość jest dowolna - im cieńsze ciasto, tym kruchsze i delikatniejsze ciasteczka) i wycinać gwiazdki lub inne kształty. Jeśli pierniczki mają wisieć na choince trzeba zrobić dziurkę na wstążkę lub sznureczek (można to zrobić np. rurką do napoi). Układać na wyłożonej pergaminem blasze. Piec 10-12 minut, aż zaczną się lekko rumienić na brzegach. Wystudzić na drucianej siateczce.

      Polukrować, ewentualnie ozdobić posypką lub perełkami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 grudnia 2007 21:51
  • środa, 12 grudnia 2007
    • Musztarda Dijon

      Czekałam z niecierpliwością na program Pascala, gdyż w newsletterze zapowiedział temat musztardy Dijon. A ta interesuje mnie od dawna, bo każdy niemal musztardowy przepis mówi: weź musztardę, najlepiej Dijon…. Jaka jest ta diżonka???? ta oryginalna? i czy prawidłowy jest np. taki zapis w przepisie: musztarda Dijon łagodna? zawsze myślałam, że to jest ostra musztarda.

      No niestety, Pascal niewiele powiedział o samej musztardzie. Pokazał paryską Galerię  Lafayette, dział delikatesów, z mnóstwem musztardowych słoiczków, i tyle.

      Lafaette

      Cóż, podsumujmy to, co sama do tej pory zdołałam się dowiedzieć. Oto krótka historia musztardy (wyszperana w Internecie i książce Konemana Kulinaria francuskie).

      Prekursorem wytwórców dzisiejszej musztardy był Pliniusz Starszy, który ponad 2000 lat temu w starożytnym Rzymie połączył ze sobą utarte ziarna gorczycy i ocet. Jego recepturę ulepszył inny Rzymianin, Paladius, który w IV wieku naszej ery wymieszał ziarenka gorczycy z miodem, oliwą z oliwek i octem. Tak właśnie powstała uwielbiana na świecie przyprawa - musztarda.

      Popularność musztardy ciągle rosła i wkrótce w Europie pojawiły się pierwsze regulacje prawne dotyczące jej produkcji. Aby produkt mógł być nazwany musztardą, należało go tak, a nie inaczej, w takiej, a nie innej kolejności przygotowywać. Największym producentem musztardy stała się Francja, a „stolicą musztardy” zostało miasto Dijon w Burgundii. To właśnie w Dijon opracowano specjalną recepturę, w której gorczycę połączono nie z octem ale z moszczem winnym. Charakterystyczny smak musztardy z Dijon przetrwał niezmieniony do dnia dzisiejszego.

       

       Wiele starań włożyłam w zdobycie oryginalnej francuskiej musztardy Dijon. W Dijon, jak do tej pory, nie byłam, ale szukałam jej w paryskich sklepach; w nich króluje na półkach musztarda Dijon firmy Maille. Taką, klasyczną Maille, bez żadnych dodatków, sobie przywiozłam, pięknie zresztą opakowaną, w szklany kieliszek, z kręconą nóżką (służy mi teraz do picia wody mineralnej). Obecnie Maille można kupić w Polsce w każdym większym sklepie.

      Ale najbardziej prawdziwą z prawdziwych musztard diżońskich jest musztarda firmy: Edmond Fallot.

      musztarda Fallot

      Udało mi się ją spróbować, choć dotarła do mnie dość okrężną drogą, bo aż z USA.

      Wiele firm oferuje ostrą musztardę (jednak ostrą! musztarda Dijon to absolutnie musztarda ostra!), robioną na wzór tej właśnie Fallotowskiej musztardy.

      W Polsce dużą popularnością cieszy się musztarda diżońska Kamisa. Oferują ją również firmy: Deweley, AMORA. Z rynku USA poznałam propozycję popularnej tam firmy Grey Pouppon. Pojawiła się też ta musztarda we francuskiej sieci Carrefour. Kupiłam, co się dało kupić, po czym podeszłam do sprawy metodycznie: ustawiłam szeregiem słoiczki, wzięłam kawałek bagietki, kawałek żółtego łagodnego sera, szklankę wody… i próbowałam.

       

       

       

      Jak dla mnie musztarda Kamisa odpada w przedbiegach; jest zbyt słona i zbyt dominuje w niej smak octu.

      Grey Pouppon jest o.k., choć jest chyba najmniej ostra z testowanych.

      Deweley, Amora i Carrefour mają podobny smak, najostrzejsza jest Carrefour.

      Ta najbardziej prawdziwa z prawdziwych – Fallot – jest w porządku, nie za słona, nie za ostra, ale…. smak ma zupełnie inny niż typowe musztardy, jakiś taki... mało musztardowy, może wynika to właśnie z tego, że bazą jest moszcz winny, nie ocet?

      Najbardziej smakuje mi Maille

      Jako ciekawostkę dorzucę jeszcze taki szczegół, że dziewczyny z forum mniammniam próbowały same robić musztardę, rozcierając w moździerzu ziarna gorczycy. Nawet przez chwilę też miałam na to ochotę, ale jednak mi przeszło J)))

      I już zupełnie na zakończenie dodam, ze pojawił się produkt firmy Maille, będący połączeniem musztardy Dijon z majonezem; pycha! szkoda tylko, że to dość drogi smakołyk.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 12 grudnia 2007 05:56

Kalendarz

Lipiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl