Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy

  • piątek, 19 października 2007
    • Wraca temat oliwy

      oliwa

       

      Chyba staję się powoli monotematyczna J)) ale rozmowa z moją własną siostrą na temat oliwy zbulwersowała mnie.

      - Wiesz – mówi – w Billi jest promocja oliwy. Może ci kupić?

      (ona ma blisko do tego sklepu)

      - A jaka jest? – pytam

      - Extra vergin

      - Ale jakiej firmy? Z jakiego kraju?

      - Och, jakaś Ybarra.

      - Hiszpańska, niedobra, nie chcę

      - No co ty – mówi mi – w Poradniku Domowym pisali że to bardzo dobra oliwa

      - Taki jesteś wiekowy babsztyl J) i ciągle jeszcze wierzysz w słowo pisane???? – mówię jej -  Nie chcę tej oliwy. Ale skoro już o tym mowa, to mam oliwę, której smak mi nie odpowiada, spróbuj, może tobie będzie pasować.

      Ona po chwili:

      - No, oliwa, jak oliwa

      - Smakuje ci?

      - Chyba tak – mówi niepewnie

      - Dam ci spróbować dla porównania sycylijską, Valli Trapanesi, to w tej chwili najlepsza, jaką mam. Lepsza była niefiltrowana liguryjska, ale się skończyła

      - I jak? – pytam po chwili

      - Nie widzę różnicy – mówi ona

      - Jak to nie widzisz???!!!!!

      - No, nie widzę

      - Kurcze blade! Różnica jest jak stąd do Ameryki! Trzeba rozwijać swoje kubki smakowe! Pakuj tę butelkę, którą ci dałam! Będzie w sam raz!

       

      I tym samym rodzina utwierdza się w przekonaniu, że dziwna jestemJ)) widzę rzeczy, których nie ma… uganiam się za mrzonkami…. Ale… traktuje te moje „dziwactwa” z ciepłym uśmiechem, ot, taką mamy tę ciotkęJ))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 19 października 2007 11:58
  • czwartek, 18 października 2007
    • Zupy to moja specjalność

      Lubię zupy i umiem je robićJ)) Cały sekret tkwi – moim zdaniem – w ich doprawieniu. A z tym nie należy się śpieszyć, tylko pomalutku, po troszku, dorzucać, dosypywać, smakować… Odczekać trochę, znów spróbować… Gotowanie zup – to poezja w życiu czarownicyJ))

      Tym razem prezentuję zarzucajkę – zupę z kiszonej kapusty, od zawsze robioną w naszej rodzinie, bardzo przez wszystkich lubianą.

       

       

      To nie jest klasyczny kapuśniak, to taka prosta, wiejska zupa. Spisałam ten prościutki przepis, żeby nie zginął, żeby go zachować, łącznie z nazwą, jako rodziną tradycjęJ)))

      Dawniej tę zupę gotowało się u nas na kościach, ale teraz jemy bardziej dietetycznie i raczej nie stosujemy takich dodatków.

       

      pół kilograma kiszonej kapusty (takiej z marchewką w środku)

      2 cebule

      2 duże ziemniaki

      sól, pieprz, szczypta ziarenek kminku, liść laurowy, kilka ziarenek ziela angielskiego

      łyżka masła

      2 łyżki mąki

       

      Kapustę trzeba lekko posiekać, zalać zimną wodą, tyle, żeby przykryła kapustę, wrzucić ziele angielskie i listek laurowy i gotować aż do miękkości, jakieś 40 minut.

      W osobnym rondlu zalewamy zimną wodą pokrojone w kostkę ziemniaki i cebule, lekko solimy i gotujemy do miękkości ziemniaków.

      Następnie łączymy kapustę z zupą, dodajemy pieprz i kminek (uwaga z kminkiem! Jak będzie go za dużo, zepsuje smak zupy). Gotujemy razem jakieś 15 minut.

      Na patelni roztapiamy masło, wsypujemy mąkę i robimy rumianą zasmażkę, którą dodajemy do zupy.

      Całość gotujemy jeszcze jakieś 10 minut.

      I już zupa gotowa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 października 2007 21:03
  • środa, 17 października 2007
    • Liguryjskie klimaty

      Kończę czytać książkę Annie Hawes Extra virgin, wydaną przez wydawnictwo Zysk w bieżącym roku. Dwie Angielki kupują we włoskiej Ligurii rustico - coś w rodzaju skrzyżowania letniego prymitywnego domku z magazynem, położonego wysoko w górach.

       

       

      okładka książki

       

      Przyznam, że jestem zmęczona tą książką. Prezentuje taki ograny już schemat: kupno domu przez cudzoziemca, zetknięcie z lokalnym kolorytem mieszkańców i ich zwyczajów, problemy, które oczywiście muszą być, bo dom jest w stanie ruiny. Zmęczona jestem przedzieraniem się przez kolejne perypetie bohaterek. A nie jest to pisarska swada Petera Mayle w jego książkach o Prowansji.

                  Jest fajna rzecz, o której się tu pisze: przy zakupach mięsa, jarzyn, pieczywa, każdy ponoć Włoch gotów jest podzielić się z tobą swoją wiedzą i doświadczeniem i przepisem na potrawę, którą można z tych produktów zrobić. Szkoda, że autorka nie zanotowała właśnie tych rozmów i przepisów; powstałaby super regionalna książka kucharska!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Liguryjskie klimaty”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 17 października 2007 14:38
  • wtorek, 16 października 2007
  • poniedziałek, 15 października 2007
    • Tort Sachera

      Najbardziej chyba znany, sztandarowy smakołyk kuchni wiedeńskiej.

      Tort Sachera to czekoladowe ciasto przełożone marmoladą morelową, w kawiarni podawany jest zwykle z bitą śmietaną na wierzchu. Zrobił karierę dzięki dobrej reklamie - m.in. Franz Josef go lubił, i to zupełnie wystarczyło żeby wszyscy go lubili!

      No i ta kłótnia i rozprawy sądowe o "prawdziwość" przepisu między dwoma rodzinami zrobiły swoje. Bo o prawo do zastrzeżonej nazwy rywalizują dwie wiedeńskie firmy: Sacher i Demel; jak na razie sąd przyznał prawo do tej nazwy Sacherowi. Każdy jest ciekawy jak smakuje, więc kupuje.

       

      Zrobiłam go na moje imieninowe przyjęcie

       

       

       

       

       

      Przepis z wiedeńskiej książki kucharskiej (tłumaczenie własne) pozwolił uzyskać efekt, który właściwie niczym się nie różni od tortu podawanego w kawiarni Sachera w Wiedniu

      składniki

       

      6 jajek

      160 g cukru

      160 g masła

      175 g gorzkiej czekolady (w tabliczkach)

      160 g mąki

      1 mały cukier waniliowy

      ½ łyżeczki przyprawy do pierników

      szczypta soli

      1 słoiczek – 250 g - dżemu morelowego

      50 g gotowej polewy czekoladowej Schwartau (pół opakowania)

      sposób przygotowania

       

      Masło pokroić na cienkie płatki; ma być miękkie.

      Czekoladę połamać i podgrzać aż do rozpuszczenia (na małym ogniu, uważając, aby się nie przypaliła), zestawić z ognia, trochę przestudzić.

      Oddzielić żółtka od białek.

      Zmiksować: połowę cukru (80 g), żółtka, masło i rozpuszczoną czekoladę.

      Ubić sztywną pianę z białek, dodać pozostały cukier (80 g), jeszcze chwilę ubijać.

      Wymieszać delikatnie pianę ze zmiksowaną masą.

      Przesiać mąkę, wymieszać z cukrem waniliowym, szczyptą soli i przyprawą do pierników.

      Dodawać po trochu mąkę do masy, mieszając.

      Przełożyć ciasto do tortownicy wyłożonej papierem pergaminowym.

      Rozgrzać piekarnik do 190 stopni C.

      Piec tort ok. 45 minut; pod koniec pieczenia sprawdzać patyczkiem czy jest już gotowy; trzeba uważać, by zbytnio nie wysuszyć ciasta.

      Po upieczeniu rozpiąć tortownicę, przestudzić ciasto, przekroić na 2 krążki, przełożyć dżemem morelowym.

      Również wierzch tortu posmarować warstwą dżemu. Zostawić na 2-3 godziny do zastygnięcia dżemu.

      Roztopić polewę wkładając torebkę do gorącej wody, wylać polewę na wierzch tortu i boki, rozprowadzić szerokim nożem, wygładzić.

      Szybciutko wedle uznania ozdobić tort (trzeba to robić szybko, ponieważ polewa Schwartau bardzo szybko zastyga). Podawać z bitą śmietaną.

       

       

       

      I jeszcze parę zdjęć torcika prosto z Wiednia:

      tort Sachera

       

      Klasyczny, podawany w Wiedniu tort Sachera, właściwie nie jest niczym ozdobiony. Na wierzchu jest sama polewa, a bita śmietana podawana jest obok, na talerzyku. Torciki sprzedawane na wynos mają w polewie odciśniętą pieczęć firmową: u Sachera - okrągłą, u Demela – trójkątną.

      sachera okragly

      Demela

      Byłam bardzo ciekawa, czy te wypieki różnią się czymkolwiek, więc w czasie jednego z  wyjazdów do Wiednia kupiłam je w obu firmach; sprzedają na wynos mini torciki, tzw. liliputy o średnicy ok. 9 cm. Upiekłam też tort według powyższego przepisu; rozłożyłam je wszystkie rzędem i była degustacja. I słuchajcie, tak naprawdę, to różnice – jeśli są – to są niezauważalne.

      Torcik jest prościutki, to taki murzynek, któremu finezji nadają: dżem morelowy (koniecznie taki!), polewa, bita śmietana, no i ten niezapomniany nastrój wiedeńskiej kawiarni – czerwono-złotej u Sachera.

      kawiarnia sachera

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 października 2007 22:09
  • niedziela, 14 października 2007
    • Kuchnia wiedeńska

      Wiele osób uważa ją za nieco siermiężną i przyciężkawą... te ziemniaki, ta śmietana, te koszmarne kalorie... nie warto próbować!

      Ja jednak myślę inaczej, a znikające wczoraj na moim przyjęciu potrawy z talerzy świadczą, że mam rację. To bardzo smaczna kuchnia.

      Oto zupa grzybowo-ziemniaczana

       

       

       

      pół kilograma ziemniaków

      1 dag suszonych kapeluszy prawdziwków

      1/4 łyżeczki kminku

      1 spora cebula

      2-3 łyżki masła

      2 łyżki mąki

      1 łyżka gęstej kwaśnej śmietany (co najmniej 18%)

      szczypiorek

      sól, pieprz

      sposób przygotowania

       

      Kapelusze prawdziwków namoczyć, zalewając ciepłą wodą; po ok. 1 godzinie, kiedy będą już miękkie, pokrajać je w paseczki. Przełożyć grzybki do rondla, zalać 2 litrami ciepłej, lekko osolonej wody, dodać kminek, gotować ok. pół godziny. Dorzucić ziemniaki, obrane i pokrojone w niezbyt grubą kostkę, dalej gotować na małym ogniu, aż ziemniaki będą bardzo miękkie, ok. 30-40 minut. W razie potrzeby uzupełniać ilość, dolewając gorącej wody.

      Cebulę obrać posiekać w drobną kostkę. Na patelni rozgrzać masło, wrzucić cebulę, lekko ją podrumienić. Wsypać mąkę, rozmieszać, smażyć chwilę, aż powstanie lekko rumiana zasmażka.

      Przełożyć zasmażkę do zupy, wymieszać, chwilę razem gotować. Na samym końcu dodać łyżkę śmietany, chwilę razem pogotować.

      Doprawić świeżo mielonym pieprzem, ewentualnie, w razie potrzeby dosolić.

      Na talerzach posypać siekanym szczypiorkiem.

      A to Tafelspitz – sztuka mięsa w sosie chrzanowym

       

       

       

      Tak o tym daniu pisał Robert Makłowicz w książce C.K. Kuchnia:

                  We Francji kiwano głowami z powątpiewaniem. Najlepsi agenci uparcie donosili, że ulubionym daniem Franciszka Józefa I, cesarza Austrii i króla Węgier, jest sztuka mięsa.

      Jak to, cesarz i kawałek wołowiny wątpliwej jakości? Żeby choć ostrygi, homary lub przynajmniej pasztet gęsi z truflami, ale sztuka mięsa? Jakie uczucia budzić może imperator jedzący gotowane w wodzie (z dodatkiem jarzyn, co prawda) mięso?

      Trudno, nie było wyjścia! Należało zlecić któremuś z agentów, by choć skosztował owej sztuki mięsa (zjedzenie całej porcji wydawało się ponad siły przeciętnego Francuza). Nie było to jednak łatwe zadanie. Pierwsi dwaj ludzie, którzy mieli je zrealizować, zastrzelili się na progu restauracji po otworzeniu zalakowanej koperty z nazwą dania.  Z trzecim agentem sprawy potoczyły się zupełnie inaczej. Zjadł potrawę i zniknął. Wkrótce okazało się, że przeszedł na stronę austro-węgierskiego wywiadu.

      Francuzom opadły łuski z oczu. Toż ta sztuka mięsa, mimo całej swej niepozorności, to prawdziwa Wunderwaffe wiedeńskiej kuchni! Dość nikczemna forma kryje w sobie treści niepowtarzalne, zaiste genialne połączenie prostoty z finezją. Ta finezja to sos, serce każdej potrawy, a sztuki mięsa w szczególności.

       

       

       A ten sos robiłam tak:

      Z dwóch łyżek mąki i dwóch łyżek masła zrobiłam rumianą zasmażkę, rozprowadziłam ją niepełną szklanką zimnego rosołu (tego, w którym gotowała się sztuka mięsa) i mieszając zagotowałam. Dodałam 3 łyżki kremu chrzanowego ze słoiczka (starty chrzan wymieszany z majonezem), całość chwilę jeszcze pogotowałam, doprawiłam świeżo startym pieprzem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 października 2007 23:25
  • piątek, 12 października 2007
    • Menu imprezy – karta dań

      Impreza tuż tuż, a ja jeszcze nie mam projektu karty dań, którą zawsze kładę na stole przy nakryciu dla każdego z gości. Ale zawsze robię ją w ostatniej chwili, kiedy już potrawy są gotowe, udały się i wiadomo, że trafią na stółJ)) Bo przecież różnie może być, nie?

      To zdjęcie z ostatniej, włoskiej imprezy we wrześniu, tak to wyglądało:

       

       

      A moje menu imieninowe już dawno ustalone, i prawie że wykonane.

      Wygląda tak:

      Dzień pierwszy – kuchnia C.K. – wiedeńska

       

      - Kartoffelsalat z pieczywem – jako przystawka

      Zupa grzybowa wiedeńska – w bulionówkach

      Danie główne: Tafelspitz – sztuka mięsa wołowego z sosem chrzanowym (to ulubiona potrawa Franciszka Józefa), do tego knedel oraz kapusta bawarska i rydze marynowane

      Wino: austriackie białe półwytrawne

      Deser: Tort Sachera

                  Winogrona

                  Kawa (palona specjalnie dla wiedeńskiego Hotelu Sacher)

      Dzień drugi – kuchnia włoska

       

      Sałatka caprese jako przystawka

      Zupa krem z cukinii

      Cielęcina z grzybami leśnymi (według przepisu z książki Miriano), do tego pure ziemniaczane (kulki) i pepperonata

      Deser: tort tiramisu (wg przepisu Malui z Mniama)

                  winogrona

                  kawa cappuccino

                  likier limoncello

       

      Bardzo lubię etap projektowania menu, wybór rodzaju kuchni, czy wiodącego kulinarnego tematu przyjęcia, dobieranie potraw, by do siebie pasowały, oprawy: typu obrusy, serwetki, świece, kwiaty…

      Miałam pewien problem z dodatkami do sztuki mięsa Franciszka Józefa; w zasadzie podaje się ją z gotowanymi jarzynami. Nie bardzo mi to leżało, stąd sięgnęłam po pokrewną do austriackiej kuchnię bawarską; tam znalazłam kapustę, która w zasadzie jest surówką, choć nie do końcaJ)) No i wymyśliłam knedel, o rodowodzie czeskim, ale monarchia cesarsko-królewska była dość rozległa, i te potrawy mieszczą się w niej bez problemu.

       

      Z wielką przyjemnością przestudiowałam menu imieninowe, które wczoraj przysłał mi Puchatek (swego czasu prowadził Domową kawiarenkę w Polsacie); bardzo cenię jego nietuzinkowe i twórcze propozycje kulinarne. A oto, co jego goście dostaną w najbliższym czasie na stół:

      Luksusowy mus z drobiowych wątróbek

       

      Podawany jako smarowidełko („czekadełko”) do pulchnego białego pieczywa,

      udekorowane gałązkami kopru.

      Pstrąg potokowy lub troć, na galaretce z limetki  i greckiego wina

       

      Podawany jako zimna przystawka.

      Ossobucco

       

      Gremolata do ossobucco

       

      Risotto z szafranem do ossobucco – tak jak się podaje w słynnym Harry’s Bar w Wenecji

       

      Włoski sernik aromatyzowany cytryną (z ricotty)

       

      Dodam, że Puchatek dołączył mi szczegółowe przepisy na każde z dań!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 12 października 2007 18:41
  • środa, 10 października 2007
    • Kuchnia Leonardo da Vinci

      Czy można sobie wyobrazić kuchnię włoską bez pomidorów? Chyba nie.

      A jednak, jednak.

      Właśnie skończyłam czytać książkę Kuchnia Leonarda da Vinci (wydaną przez Rebis w tym roku), pozycję pretendującą do dzieła raczej naukowego, z uwagi na cytowane źródła, przypisy, zamieszczone zdjęcia autentycznych drzeworytów i ilustracji. W czasach Leonarda Kolumb dopiero zaczynał podróż do Nowego Świata, i na takie nowinki jak pomidory, trzeba było jeszcze trochę poczekać:))))

      kuchnia Leonarda

      Dziwny wydaje się przepis na pollo alla cacciatore (kurczaka po myśliwsku) bez pomidorów! Ale pierwotny przepis na to danie, z rejonu Umbrii, taki właśnie był; może kiedyś go wypróbuję w tej wersji?

      W książce najbardziej zadziwiający jest opis spektakularnych uczt, wydawanych przez włoskich możnowładców, a Leonardo był jednym z reżyserów tych widowisk. A uczta to był nie tylko zestaw potraw, ważny był sposób podania, zastawa, oprawa muzyczna, świetlna, kuglarska, i co tam jeszcze wpadło komuś do głowy.

      Chciałabym zobaczyć taką ucztę! A jeszcze bardziej chciałabym zobaczyć, i uczestniczyć w przygotowaniach do niej.

      Podziwiam organizację pracy, zwłaszcza, że środki, którymi dysponowano były dość prymitywne, zwłaszcza jeśli chodzi o narzędzia pracy.

      Popatrzmy na fragment menu z roku 1567, tzw. trzecie danie – czyli mięsa gotowane i potrawki:

      - Nadziewana tłusta gęś ugotowana po lombardzku i posypana płatkami migdałów

       

      - Nadziewana pierś cielęca ugotowana i udekorowana kwiatami

       

      - Cielę ugotowane i udekorowane natką pietruszki

       

      - Migdały w sosie czosnkowym

       

      - Ryż z mlekiem na sposób turecki z cukrem i cynamonem

       

      - Duszone gołębie z mortadelą i całymi cebulami

       

      - Kapuśniak z kiełbaskami

       

      - Drób zapiekany w cieście

       

      - Potrawka z piersi kozy przybrana smażoną cebulą

       

      - Ciasto z nadzieniem z kremu mleczno-jajecznego

       

      - Gotowane stópki cielęce z serem i jajkami

       

      Dodam, że tzw. dań (czyli zestawów składających się z kilkunastu potraw) było cztery!!!!

      Jak udawało się im zgrać w czasie wykonanie wszystkich czynności: gotowania, pieczenia, dekoracji, podania – na powiedzmy 300 osób?

      Ja mam akurat do przygotowania dwie imprezy imieninowe, dzień po dniu, na kilka osób, i ledwo mogę to ogarnąćJ)))

      Zawsze mam problem, kiedy, z jakim wyprzedzeniem daną potrawę trzeba zrobić, żeby zdążyć, a jednocześnie, żeby pozostała ona smaczna i świeża. Najchętniej robiłabym wszystko w dzień przyjęcia. Ale wtedy klapa murowana, zwłaszcza jeśli nie ma się do dyspozycji gromady dziewek, jak to dawniej bywałoJ)))

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 10 października 2007 00:01
  • wtorek, 09 października 2007
    • Oliwa Carapelli

      Moich eksperymentów z oliwą ciag dalszy.

      Otworzyłam dziś butelkę oliwy firmy Carapelli.

       

       

       okiwa carapelli

       

       

      Nnnnnooooo.... ujdzie... ostatecznie. Smak w miarę poprawny i do zaakceptowania. Trochę jednak jakby ziemista. Jakby już nic lepszego nie było do kupienia, to ostatecznie, mogę kupić.

      Ciekawe, że jest ona u nas reklamowana  jako Nr 1 w Italii! Śmiem wątpić:))))

      Nie byłam w żadnym supermarkecie we Włoszech, to fakt, ale w żadnym sklepiku jakoś jej nie widziałam. I gdzie tam jej do smaków oliwy sprzedawanej w Italii! Nie żartujmy!

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 października 2007 00:58
  • niedziela, 07 października 2007
    • Magdalenki Iwaszkiewiczów

      Chciałam upiec coś leciutkiego do weekendowej kawy, i kiedy szukałam w myślach przepisu, przypomniały mi się magdalenki.

      I oto proszę: oto owe krótkie, pulchne ciasteczka, zwane magdalenkami, które wyglądają jak odlane w prążkowanej skorupie muszli – jak je opisywał Marcel Proust

       

       

      Nazywam je magdalenkami Iwaszkiewiczów, bo jak podaje we wspomnieniach córka poety, tak robiono te francuskie ciasteczka-muszelki w ich słynnym domu w Stawisku pod Warszawą. A robi się je tak:

      Składniki:

       

      225 g mąki

      175 g cukru

      100 g masła

      2 łyżeczki proszku do pieczenia

      4 jaja

      skórka otarta z 1 cytryny

      masło do wysmarowania formy, mąka do oprószenia

      Sposób przygotowania:

       

      Stopić 100 g masła, zostawić do przestygnięcia.

      Wbić całe jajka do cukru, miksować tak długo, aż cukier się rozpuści.

      Wsypać mąkę, proszek do pieczenia, otartą skórkę z cytryny, wlać przestudzone masło. Dokładnie zmiksować.

      Każdy z otworów w blaszce na magdalenki dokładnie wysmarować masłem, oprószyć lekko mąką, nakładać ciasto do wysokości 2/3 otworu. Zostawić na 20 minut.

      Nagrzać piekarnik do 240 stopni.

      Wkładać blachę do nagrzanego piekarnika, piec ok. 7-10 minut.

      Zaraz po wyjęciu blachy, po 2-3 minutach wyjmować magdalenki.

      Ja dodaję jeszcze do gotowego już ciasta łyżeczkę wanilii lub sok z połowy cytryny.

      Bo magdalenki, które jadłam we Francji, mają zwykle smak  biszkoptowy z cytrynową lub waniliową nutą. A Francuzi lubią je jeść maczając w kawie.

                  Kiedyś magdalenki były moim "konikiem", testowałam mnóstwo przepisów, z tym że nie miałam wówczas ani formy teflonowej, ani silikonowej, tylko ze zwykłej blachy foremkę. I jedne magdalenki wyskakiwały bez problemu, a inne trzeba było wyskrobywać.  Ale pomyślałam sobie, że coś tu jest nie tak, bo przecież dawniej Francuzki nie miały teflonu, a magdalenki piekły, i to niemożliwe, żeby tak wyskrobywały te ciastka z foremek.:)))) Więc szukałam "winy" w przepisie. Testowałam przepis po przepisie, jaki znalazłam. I w końcu trafiłam na właściwy!!!! Jeśli ciastka nie wyskakują, to wina tkwi w przepisie! Ten przepis uda się w każdej blaszce.

                  Jako miłe uzupełnienie porannej kawy z magdalenkami proponuję fragment książki M. Prousta W poszukiwaniu straconego czasu, z opisem – rzecz jasna – magdalenek:

       

       

                  Widok magdalenki nie przypominał mi nic, nim ją skosztowałem: może dlatego, że widywałem je od tego czasu często - mimo, że ich nie jadłem - na ladzie cukierni; obraz ich opuścił owe dni Combray, aby się skojarzyć z innymi, świeższymi; może dlatego, że z owych wspomnień, tak długo zostawionych poza pamięcią, nic nie przetrwało, wszystko rozpyliło się; kształty - także ten kształt małej muszelki z ciasta, tak pulchnej i zmysłowej pod swoim surowym i nabożnym rurkowaniem - znikły lub też, uśpione, straciły energię, która by im pozwoliła połączyć się ze świadomością. Ale kiedy, po śmierci osób, po zniszczeniu rzeczy, z dawnej przeszłości nic nie istnieje, wówczas jedynie smak i zapach, wątlejsze, ale żywsze, bardziej niematerialne, trwalsze, wierniejsze, długo jeszcze, jak dusze, przypominają sobie, czekają, spodziewają się - na ruinie wszystkiego - i dźwigają niestrudzenie na swojej znikomej kropelce olbrzymią budowlę wspomnienia. I z chwilą, gdy poznałem smak zmoczonej w kwiecie lipowym magdalenki,którą mi dawała ciotka (mimo, że jeszcze nie wiedziałem i znacznie później miałem odkryć, czemu to wspomnienie czyniło mnie tak szczęśliwym), natychmiast stary, szary dom od ulicy, gdzie był pokój, przystawił się niby dekoracja teatralna do wychodzącej na ogród oficynki, którą zbudowano dla rodziców od tyłu (owa ścięta ściana, jedyna, którą wprzód widziałem), i wraz z domem miasto, rynek, na który wysyłano mnie przed śniadaniem, ulice, którymi chadzałem od rana do wieczora i w każdy czas drogi, którymi się chodziło, kiedy było ładnie. I jak w owej zabawie, w której Japończycy zanurzają w porcelanowym naczyniu pełnym wody kawałeczki papieru z pozoru byle jakie, które ledwo się zanurzywszy wydłużają się, skręcają, barwią, różniczkują się, zmieniając w kwiaty, w domy, w wyraźne osoby, tak samo teraz wszystkie kwiaty z naszego ogrodu i z parku pana Swanna i lilie wodne z Vivionne, i prości ludzie ze wsi, i ich domki, i kościół, i całe Combray, i jego okolice, wszystko to, przybrawszy kształt i trwałość, wyszło - miasto i ogrody - z mojej filiżanki herbaty.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 października 2007 02:07
  • piątek, 05 października 2007
    • Fasola z Doliny Dunajca

      Taki dziś był fatalny, szary, mokry dzień; i fizycznie i psychicznie byłam marniutka.

      Ale jednak zdarzył miły akcent:))) Weszłam do księgarni zobaczyć, czy nie ma już czasem kalendarzy ściennych na 2008 rok. Na drodze do sali z kalendarzami stał stół z lekturą kulinarną. Rzecz jasna, zatrzymało mnie to od razu. I trafiła się nowość:

       

       

       

      Ucieszyłam się, bo to książka z lokalnymi, regionalnymi przepisami gospodyń, prezentujących swoje potrawy w czasie różnych targów, pokazów, w tym przede wszystkim w czasie święta fasoli w Zakliczynie, które co roku obchodzone jest we wrześniu. Książka jest pięknie wydana, z dużymi niebanalnymi zdjęciami, nie tylko potraw, ale i okolic i upraw fasoli „piękny Jaś”. To taka lokalna perełka, rarytas na polskim rynku wydawniczym. To nie jakiś anonimowy zbiór przepisów, to potrawy sygnowane konkretnymi nazwiskami, przekazywane w rodzinach z pokolenia na pokolenie, robione na co dzień. Często mówi się, że ginie nasza polska tradycja kulinarna, takie mieszczuchy jak ja, nie potrafią już kultywować tych tradycji. Ja jednak, po etapie zachłyśnięcia się różnymi zagranicznymi przysmakami, chętnie wracam do naszych polskich dań. Dlatego m.in. tak ucieszyła mnie ta książka.

      Właściwie to nie jest ona najtańsza  – 35 zlp za 90-stronicową, nawet kolorową książkę, to jest jednak dość sporo. Ale cena u nas teraz zależy przede wszystkim od tego, kto sponsoruje wydawaną pozycję. A wydawnictwa lokalne nie mają zwykle zbyt wielkich budżetów.

      Ale co tam, i tak wiedziałam od razu, że muszę tę książkę kupić!  

      Bardzo lubię polską kuchnię:)))) bardzo lubię fasolę :))))) a tu się trafia taka gratka:))))

       

       

       

      A do działu kalendarzy już nie doszłam:)))) wolny czas mi się skończył i musiałam biegiem gnać do pracy:))))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 05 października 2007 23:50
  • piątek, 28 września 2007
    • Ciasto ze śliwkami

      Czas na weekendowe ciasto.

      Ponieważ jesień coraz częściej nam o sobie przypomina (zimne wieczory i ranki, częste mgły, a i deszcze nas nie omijają), to ciasto będzie jesienne, ze śliwkami.

       

       

       

       

      Robiłam je z przepisu Anusiaczka.

      Chyba każdy zna Anusiaczka? i jej smakołyki? Nie? nie każdy? No to najwyższy czas zaznajomić się z jej kulinarną twórczością :))))

      Jej ciasto ze śliwakmi  to typowo domowy, urokliwy placek do weekendowej kawy. Proporcje są w nim takie, jak lubię: nie za wysoka warstwa ciasta i dużo, dużo, dużo owoców na wierzchu. Po zmiksowaniu wszystkich składników ciasto jest tak gęste i zwarte, że żadna śliwka nie śmie opaść na dno!

       

       Składniki

       

      4 jajka

      20 dag masła

      20 dag cukru

      20 dag mąki

      1 łyżeczka proszku do pieczenia

      sok z 1 cytryny

      ok. 75 dag śliwek

      cukier puder do posypania

       

       Sposób przygotowania

       

      1. Śliwki myjemy, wyjmujemy pestki.

      2. Masło ucieramy do białości, gdy gotowe cały czas ucierając, dodajemy po 1 żółtku na przemian z cukrem (wsypujemy go stopniowo po łyżce).

      3. Z białek ubijamy sztywną pianę. Mąkę przesiewamy z proszkiem do pieczenia. Do utartej masy dodajemy po łyżce piany i mąki z proszkiem, cały czas mieszając (ja robię to mikserem) aż do wyczerpania składników. Na końcu mieszamy ciasto z sokiem cytrynowym.

      4. Ciasto wlewamy na wyłożoną pergaminem blachę, na wierzchu układamy połówki śliwek. Wstawiamy do pieca nagrzanego do 200 stopni i pieczemy 40 minut.

      5. Po wystudzeniu posypujemy cukrem pudrem.

       

       Zapraszam!

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 28 września 2007 23:53
  • wtorek, 25 września 2007
    • Nowe garnki

      Nadszedł czas na zmiany w mojej kuchni. Forumowe rozmowy, rzut oka tu i tam, i okazało się, że garnki BergHoff mogą być tym, czego potrzebuję:))) Kupuję komplet, nie chce kupowania na sztuki, bo podoba mi się jednolity wystrój akcesoriów kuchennych. Wybór pada na model COSMO. Moim zdaniem te garnki są śliczne.

       

       

      Wybór garnków, to nie jest takie hop siupJ)) Jedno było pewne, że mają być stalowe, ciężkie, o grubym warstwowym dnie. Mają być skonstruowane według nowoczesnych, na miarę XXI wieku technologii. A wszystko inne trzeba było przemyśleć: kształt garnka (bardziej okrągły i niższy, czy też smuklejszy, ale wyższy), sprawę  rączek (stalowe czy też z tworzywa, odstające, czy raczej przyległe), rodzaj pokrywek (szklane czy stalowe nieprzeźroczyste, a u Berghoffa : z termometrami czy bez).

      Na szczęście nieistotne jest dla mnie, czy mogą być myte w zmywarkach czy też nie; nadal nie odczuwam potrzeby posiadania zmywarki.

      Wybrawszy firmę, studiuję dostępne modele. W zestawie charm nie podobały mi się rączki, nie lubię takich masywnych zabudowanych (i nie jestem pewna czy one nadawałyby się do piekarnika). W tulipie niezbyt podoba mi się kształt garnka, a to jednak ważne, żeby na co dzień patrzeć na miłe rzeczy, a nie ciągle myśleć, że coś jest nie tak z tym kształtem. Ale to oczywiście bardzo indywidualna sprawa.

      Cosmo ma rączki stalowe, niezbyt wysunięte, ale chyba wystarczająco wygodne. Rączki zeno mi się podobały, ale z kolei te sporo odstające rączki zabierają dużo miejsca w szafkach, a to dla mnie sprawa nie bez znaczenia.

      Będę musiała przyzwyczaić się do pokrywek stalowych, które ma cosmo; do tej pory miałam szklane. Z tym, że tak prawdę powiedziawszy, kiedy coś się w garnku gotuje, to zwykle pokrywka jest tak zaparowana, że nawet jak jest szklana, to i tak nie widać co się dzieje w środku.

      Jak widać, ten wybór to kwestia oczywiście wielu kompromisów.

      No, cena była istotnym czynnikiem decyzyjnym. Berghoff plasuje się ze swoją ofertą na środkowej półce cenowej. Z tym, że przeżyłam szok porównując ceny u przedstawiciela firmy w Internecie, z tymi w sklepach mojego miasta. Nie chciałam wierzyć, że jest tak wielka przebitka cenowa w sklepach, sięgająca od 250 do 400 zł na komplecie. Takie wysokie marże sklepowe???? o, nie, koleżanki.

      Kupiłam garnki w Internecie. Szybko, sprawnie, z dostawą do domu zupełnie gratis, z telefonami miłej pani, potwierdzającej zamówienie i sprawdzającej prawidłowość danych. W każdej chwili mogłam też śledzić kolejne etapy swojej transakcji w Internecie.

       

      Dziś będzie pierwsza zupa w nowym garnku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 września 2007 15:04
  • poniedziałek, 24 września 2007
    • Sesja zdjęciowa mojego kota

      Było piękne, niedzielne popołudnie, słońce miło grzało, tak w sam raz, czas więc, Balbinko, się przewietrzyć! Patrz, jak pięknie na oknie!

       

       

       

       

      Hej! ale tam za oknem coś warczy i huczy! ratunku!!!!

      Niemądra kicia; to tylko autobus.

       

       

       

       

      Hola, a co wy robicie z tą firanką???? zawsze była zasunięta! a teraz? jakoś inaczej wygląda ten świat

       

       

       

       

      Ach te innowacje! i głaskania! Sierść zmierzwiona, każdy włos w inną stronę, wrrrrr…. Czas na toaletę; jestem porządną kotką, patrzcie, jak się myję! Pani poczeka! jak skończę, wyliżę Pani ręce; chwilunia, dobra???

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 września 2007 23:44
  • niedziela, 23 września 2007
    • Pan Tadeusz - który to już raz?....

      Opis grzybobrania w Panu Tadeuszu skłonił nas do ponownego obejrzenia filmu. To jest film, którego nigdy nie ma się dosyć, i zawsze, prędzej czy później, do niego się wróci.

      Pan Tadeusz

      Ile razy oglądam ten film, zawsze dopada mnie wzruszenie; jakiś dźwięk, jakiś gest, jakiś obraz, i nie można oprzeć się łzom. Zet popatrywał na mnie spod oka. A ja patrzę na siebie i ciągle zdumiona tą swoją reakcją myślę, że te łzy, to nie jest jednak jakiś tam sentymentalizm, lecz obraz, dźwięk, słowa są tak piękne, że aż nie ma jak uzewnętrznić swego zachwytu, i łzy są jego wyrazem. Ten film porusza ukryte we mnie marzenia, tęsknoty, unaocznia wartości, które cenię... Jest  kwintesencją polskości; zwyczajów i rytuałów, zachowań, reakcji, zalet, ale i jednocześnie wad narodowych, tak widowiskowych, że aż wzruszających swą spontanicznością.

      Przypomina też niemodny dziś patriotyzm. Obecnie, w czasach globalnej wioski, element patriotyzmu stał się mniej jakby istotny, ale przecież ciągle jeszcze ściska gardło dźwięk mazurka Dąbrowskiego.

      Dziś przemierzając paryski bruk, inaczej się myśli o Polsce, bo przecież wie się, że w każdej chwili można do tej Polski wrócić, i człowiek cieszy się paryskimi klimatami. Nie ma tej szalonej mickiewiczowskiej tęsknoty. Ale też przemierzając bruki obcych miast, nadal czuję się tam tylko chwilowym przechodniem...

      Przed projekcją Pana Tadeusza obowiązkowo parzę dobrą, aromatyczną kawę, bo kiedy zobaczy się parującą filiżankę kawy na ekranie i cały rytuał jej parzenia, to musi się mieć takową pod ręką:)))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 września 2007 21:47

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl