Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy

  • piątek, 31 sierpnia 2007
    • Kalafiorowa zupa-krem z kurkami

      A to mój obiad na dziś: kalafiorowy krem z kurkami. Delikatna słodycz kalafiora smacznie komponuje się z wytrawnym smakiem kurek

       

       

       

       

       

       

       

       

      Co trzeba by mieć dla 4 osób?

      1 mały (naprawdę mały kalafior)

      2 małe ziemniaki

      1 mała cebulka

      plaster (ok. 3cm grubości) selera bulwiastego

      pół litra bulionu warzywnego z kostki

      2-3 łyżki kwaśnej śmietany 18%

      łyżka mąki

      gałka muszkatołowa

      przyprawa paprykowa cajun

      sól, pieprz

      garść kurek

      olej, masło

      natka pietruszki

       

       To zaczynamy:

      Przygotować bulion warzywny z kostki. Trzeba mieć również gorącą przegotowaną wodę pod ręką.

      Ziemniaki, cebulę i seler obrać, pokroić w kosteczkę.

      Rozgrzać w szerokim rondlu po łyżce oleju i masła, wrzucić pokrojone jarzyny. Chwilę przesmażyć, oprószyć mąką, po czym wlać bulion warzywny.

      Kalafiora podzielić na małe różyczki, dorzucić do rondla z jarzynami, uzupełnić gorącą wodą, żeby wszystkie jarzyny swobodnie sobie pływały, lekko osolić, gotować na małym ogniu. Po ok. 10 minutach wyjąć część różyczek kalafiora, przełożyć do małego rondelka, przykryć pokrywką i odstawić. Różyczki te dorzuci się po kilka do każdego talerza zupy.

      Pozostałe warzywa gotować dalej na małym ogniu, aż wszystkie składniki będą zupełnie miękkie, jakieś pół godziny, może troszkę więcej.

      W tym czasie przygotować kurki: rozgrzać na patelni troszkę oleju i masła, wrzucić opłukane, pokrojone na mniejsze kawałki kurki, smażyć aż całkowicie wyparuje sok i tłuszcz. Lekko posolić i popieprzyć. Przełożyć na bibułkowy ręcznik, żeby odsączyć je z tłuszczu.

      Rondel z zupą odstawić z ognia, zmiksować. Ta zupa-krem jest dość gęsta; gdyby wyszła zbyt gęsta trzeba dodać troszkę gorącej wody. Następnie trzeba dodać śmietanę, przyprawić szczyptą gałki muszkatołowej i szczyptą przyprawy cajun; nie za dużo, żeby przyprawy nie zdominowały łagodnej słodyczy kalafiora. Ewentualnie doprawić jeszcze solą.

      Wlać zupę do miseczek, dorzucić na każdy talerz różyczki kalafiora, kilka kurek, ozdobić natką pietruszki.

      Smacznego!!!!!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 31 sierpnia 2007 09:37
  • czwartek, 30 sierpnia 2007
    • Historia świata w sześciu szklankach

      Czyli sześć napoi, które piła i nadal pije ludzkość, ba! które kształtowały obraz świata i wpływały na jego dzieje. Taką teorię snuje Tom Standage w książce Historia świata w sześciu szklankach. Jakie to napoje? ano liczmy: piwo, wino, kawa, herbata, wysokoprocentowe alkohole destylowane, i…  co jeszcze zostało??? COCA-COLA J))

       

       

      Najbardziej podobała mi się historia rumu, który decydująco wpłynął na powstrzymanie szkorbutu u marynarzy angielskich (bo dodawali do niego cytrynę) i przez to przyczynił się do zwycięstwa pod Trafalgarem. Świetna była też historia marszałka Żukowa, który uwielbiał smak amerykańskiej coca-coli, a nie bardzo mógł się do tego przyznać w komunistycznej Rosji; specjalnie dla niego koncern Coca-Coli produkował bezbarwna cocęJ)))

      Zdziwiłam się, że herbata tak późno trafiła do Wielkiej Brytanii; przed nią królowała tam długi czas kawa. Słynne five o`clocki narodziły się dopiero w XIX wieku, dzięki rzecz jasna, legendarnej królowej Wiktorii.  

      W książce jest mnóstwo tego typu ciekawostek. Barwnie napisana, i dobrze, lekko przetłumaczona, z przyjemnością się ją czyta.

      Właściwie wszystkie omówione napoje nadal się pije i są do kupienia nawet na prowincji, w osiedlowym sklepikuJ))

      A co najbardziej lubicie pić?

      Ja: rano – obowiązkowo kawa, wieczór – herbata, do tego dobra książka, muzyka w tle... mhmmmm.... wino do eleganckiego obiadu, koniaczek do babskich ploteczek, coca-cola czasami przy upale. Za piwo dziękujęJ))

      A jaka będzie siódma szklanka? Jakie wizje ma Tom Standage? Co typujecie?

      Prostota rozwiązania zaskakuje; ale nie będę taka, nie zepsuję nikomu radości czytania, nie powiem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 sierpnia 2007 22:08
    • Nie ma już dzikiego wina

      Był w Tarnowie piękny budynek obrośnięty dziką winoroślą; szary mur okrywała gęsta ściana liści w kolorze ciemnej, soczystej zieleni latem, zmieniająca się w burgundową czerwień w miarę zbliżania się ku jesieni.

      Piszę: był, bo ten budynek, który znamy, odszedł już w przeszłość L((( 

      Przechodziłam koło niego często, podziwiając mariaż murów i liści, z grubymi, zdrewniałymi pniami winorośli u podstawy, obiecując sobie, że koniecznie muszę zrobić zdjęcie. Ale najlepsze oświetlenie światła słonecznego miał budynek rano, a ja wtedy leciałam do pracy, więc obiecywałam sobie tylko: może jutro wstanę wcześniej…. budynek przecież stoi, jeszcze zdążę.

      Lecz parę dni temu przeżyłam szok: po dłuższej  przerwie znalazłam się na ulicy Nowy Świat (przy której mieści się budynek), i cóż…. budynek stoi nadal, ale już bez liści, ogołocony z dzikiego wina, zrąbano wszystko! z powodu remontu.

      Nie zdążyłam zrobić zdjęcia L((( cały wieczór szukałam wczoraj w sieci, czy gdzieś, ktoś, nie sfotografował piękna tej pokrytej liśćmi posesji… niestety.

      Obecnie jest to budynek Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli.  Wybudowany został w 1903 r. i jak czytamy na namiastce strony internetowej ODN, od początku istnienia związany był z oświatą. Najpierw działała tu Wyższa Szkoła Realna potem kolejno: III Państwowe Liceum Ogólnokształcące, Liceum Pedagogiczne, Studium Nauczycielskie, Centrum Doskonalenia Nauczycieli, Wojewódzki Ośrodek Metodyczny.

      Zamieszczono zdjęcie, ale szaro-bure, chyba z okresu jesienno-zimowej szarugi, bez imponujących liści.

       

      Smutne, prawda?

      Może jeszcze gdzieś znajdę zdjęcie z czasów świetności budynku….

      Żal mi tych liści…

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Nie ma już dzikiego wina”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 sierpnia 2007 11:56
  • środa, 29 sierpnia 2007
    • Krakowski kredens

      Odkryłam w Almie nową linię produktów regionalnych, opracowywanych według starych tradycyjnych receptur, o nazwie „Krakowski kredens”.

      Utworzono w Almie osobne, ładnie wyeksponowane stoisko

       

       

      No i skusiłam się, jak na razie na wędliny: kiełbasę typu wiejskiego i pasztety. Wrażenia pozytywne, choć kiełbasa Kredensu nie przebiła naszej lokalnej specjalności: wiejskiej kiełbasy z Dulczy.

      Ale pasztet bardzo smaczny, pytałam ekspedientki o skład, mówi, że jest wieprzowy. W środku ma żurawiny, mniam! Postanowiłam zrobić coś podobnego w domu.

      I jestem trochę sfrustrowana, bo pasztet trochę za suchy mi wyszedł. Smakowo jest o.k., ale chyba za długo go trzymałam w piekarniku, no i raczej zbyt chude mięso wzięłam. I trzeba było obłożyć go do pieczenia plastrami słoniny. Na pewno jeszcze powtórzę eksperyment, bo pasztet jest dobry i inny smakowo od tego, który tradycyjnie w domu robimy. Suszone żurawiny jak najbardziej się sprawdziły.

       

      Z Kredensu Krakowskiego próbowałam jeszcze pasztet starosty z suszonymi śliwkami - mniej mi przypadł go gustu, z żurawinami jest ciekawsza smakowo kompozycja. I jeszcze pasztet leśniczego czy gajowego, zapomniałam dokładnej nazwy Ten jest ciekawy, choć sztuczne dodatki czuć na kilometr, na pewno dodali tam bulion grzybowy z kostki, albo coś w tym rodzaju. Grzyby, jeśli w nim są, to w postaci zmielonej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 29 sierpnia 2007 00:19
  • wtorek, 28 sierpnia 2007
    • Problemy z oliwą

      Próbując różne kupione przypadkowo w sklepie oliwy, zaczynałam już poważnie myśleć, że mnie jednak nie smakuje oliwa. Bo żadna kupiona mi nie smakowała. To gorzka, to jakaś zwietrzała…

      Gdyby nie to, że ciągle mam w ustach pyszny smak oryginalnej włoskiej oliwy próbowanej dwa miesiące temu we Włoszech, to bym w to uwierzyła.

      Markos z Mniama polecił mi sycylijską oliwę PrimOli ze sklepiku.

      Zdesperowana, postanowiłam spróbować. Czekałam niecierpliwie na paczkę. Wreszcie jest! Szybko zrywam opakowania, wlewam krople oliwy na talerzyk, i…. oblizując palec, mruczę: mmmm, tak… tak… pyszna! naprawdę znakomita! Trudno opisać jej smak, ale jest łagodna, przyjemna w smaku, producent pisze, że owocowa – no, coś w tym stylu, choć nie umiałabym doszukać się smaku jakiegoś konkretnego owocu. Ma leciutki, ten charakterystyczny posmak oliwek, rzecz jasna, ładnie się komponujący. Świetna na zimno, ale i do lekko podgrzewanych czy duszonych dań jest super.

      Ale stałe kupowanie oliwy w sprzedaży wysyłkowej jest uciążliwe, zwłaszcza, że w porach wizyty listonosza nie ma mnie w domu i na drugi dzień czeka mnie bieg na pocztę z awizem  w zębach:)))

      Zaczęłam studiować temat, znalazłam w sieci artykuły, testy porównawcze i z wydrukami w ręku i okularami na nosie penetrowałam sklepowe półki. Zgromadziłam spory zapasik żółto-zielonych butelek, z tego z czystym sumieniem mogę polecić firmy: PrimOli, toskańską Agnesi (tak, to ta firma od włoskiego makaronu), umbryjską Monini – ale nie Classic, lecz Delicato, liguryjską Frantoio di Sant`Agata.

      To zestaw, który mi smakuje:

       

       

       

      Bałam się nieco tej liguryjskiej, zwłaszcza, że pojawiła się w wersji niefiltrowanej. Wyobrażałam ją sobie na podstawie opisów jako gęste, nieapetyczne mętne błotko, choć ponoć smaczne. Kupiłam niefiltrowane Buon Frutto; jak dla mnie niewiele się różni widokowo od filtrowanej, a smakowo rzeczywiście jest przepyszna.

      Zdecydowanie nie polecam hiszpańskiej Ybarra – nie! i jeszcze raz nie! nie wiem, czy dystrybutor coś poszachrował, czy ona faktycznie jest taka ostra i niemiła w smaku – w każdym razie ja jej nie chcę. Nie smakuje mi też włoska jakaś Lucese.

      Przyznam się po cichutku, że mam jeszcze dwie butelki nie otwarte, czekające na spróbowanie; no nie mogę wszystkich na raz otworzyć:)))) aż taką fanką ekspresowego spożywania oliwy nie jestem. A czekają: toskańska Carapelli i grecka Sparta Gold.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Problemy z oliwą”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 sierpnia 2007 21:09
    • Filmy z serii Święta polskie

      Dopiero w tym roku odkryłam serię realizowanych od kilku lat filmów telewizyjnych Święta polskie. Wspaniała seria! Uchwycona prawdziwa polska rzeczywistość, oczywiście, w krzywym nieco zwierciadle.

      Niebanalne ujęcie tematyki, sensowne dialogi, gwiazdorska obsada: Gajos, Polony, Segda, Karewicz, Niemczyk, Feldman….

      W niedzielę obejrzałam Noc świętego Mikołaja. Nie spodziewałam się, że wyzwoli ten film tyle emocji; nie pamiętam, kiedy ostatnio płakałam na filmie… ale ten moment, kiedy mały z domu dziecka wręcza młodemu z Gubałówki zrobioną własnoręcznie ze sreberka ciupażkę… no tego nie da się opowiedzieć, to trzeba przeżyć..

      Dialogi są momentami cudowne:

      Młody "z Gubałówki 5, kod pocztowy 34-500" (!!!!) mówi do księdza:

      - Pochodzę z porządnej, katolickiej rodziny! Już od trzech tysięcy lat jesteśmy chrześcijanami!

      - Od trzech tysięcy? – pyta ironicznie ksiądz – jeszcze przed Chrystusem?

      - A tak! – dumnie deklaruje młody.

      Myślałam, ze padnęJ))))

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 sierpnia 2007 11:06
    • Skąd się biorą patronusy?

      Kocham, normalnie kocham tę miniaturkę zamieszczoną na forum Mirriel!

      Zapomnijmy, co Jołaśka Rowling zrobiła Snape`owi, zanurzmy się w jego ironiczny, mroczny, kanoniczny świat:

      Od strony drzwi dobiegł hałas, przypominający serię detonacji. Ktoś uderzał w mahoniowe deski tak mocno, że z futryny posypał się kurz.
      Snape uniósł lekko brew. Posłał wprawdzie po Hagrida, lecz nie spodziewał się, że gajowy przybędzie tak szybko. Uzbieranie sześciuset siedmiu włosów z nogi akromantuli powinno zająć mu o wiele więcej czasu.
      - Alohomora! – Mistrz Eliksirów skinął różdżką i Hagrid, który właśnie brał zamach do kolejnego uderzenia w drzwi, niemal przewrócił się na progu.
      - Profesorze Snape… - wysapał wielkolud i wsparł się o drzwi. Snape cofnął się nieco, czując na twarzy jego przesycony tytoniem oddech.
      - Cholibka, nie wiem, jak to powiedzieć, ale… - Hagrid najwyraźniej nie mógł się wysłowić.
      - O co chodzi, Hagridzie, czyżbyś się minął z moim Patronusem? – zapytał oschle Snape, lecz gajowy potrząsnął głową.
      - Właśnie z tym jest pewien problem, profesorze. Najlepiej, jak sam pan zobaczy, przyszła bidulka za mną…
      Snape zbladł i w ułamku sekundy wypadł na korytarz. Jedno spojrzenie wystarczyło by poczuł, jak w jego żyły, wraz z porcją adrenaliny, napływa czysta żądza mordu.
      W korytarzu, oświetlony blaskiem pochodni, stał jego Patronus – srebrzysta łania. Do jej boku przyciskał się mały, wyglądający jak utkany ze srebrnego dymu jelonek…
      Hogwartem wstrząsnął krzyk.
      - Pooooootteeeeeer!!!

      Dodam, że do pełnego zrozumienia wszystkich niuansów miniaturki, trzeba znać wszystkie tomy Harrego Pottera :))))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Skąd się biorą patronusy?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 sierpnia 2007 09:18
  • poniedziałek, 27 sierpnia 2007
    • Roux Junior w Kuchni TV

      Oglądałam dzisiaj w TV Kuchnia francuski program o europejskich mistrzach kuchni. Dziś był to szef francuskiej restauracji Gawroche w Londynie, Michel Roux Jr. To najlepszy odcinek z tej serii, który dotychczas oglądałam.

      Ależ ten Junior jest urokliwy! łobuzerski nieco uśmiech, ciemna głębia oczu, a ta jego gestykulacja to istny poemat!:))))

      Pokazał jak zrobić suflet, podwójnie pieczony, taka piankowa poezja! Chyba jednak jeszcze nie dojrzałam do próby odtworzenia go, wciąż mam w pamięci mój pierwszy suflet, który najpierw pięknie w piekarniku rósł, po czym widowiskowo zaczął w tymże piekarniku opadać:(((( Do dziś nie mogę temu sufletowi tego numeru wybaczyć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 sierpnia 2007 23:28

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl