Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy

  • piątek, 09 listopada 2007
    • Rogale św. Marcina

       

      Rogal świętomarciński, z nadzieniem z białego maku, tradycyjnie przygotowywany jest w Poznaniu z okazji dnia św. Marcina - 11 listopada.

      Jak podaje internetowa encyklopedia - tradycja ta wywodzi się z czasów pogańskich, gdy podczas jesiennego święta składano bogom ofiary z wołów lub w zastępstwie - z ciasta zwijanego w wole rogi. Kościół przejął ten zwyczaj, łącząc go z postacią św. Marcina, a kształt tłumacząc jako podkowę, którą miał zgubić koń świętego.

      W Poznaniu tradycja w obecnym kształcie narodziła się w listopadzie 1891. Gdy zbliżał się dzień św. Marcina proboszcz parafii św. Marcina, Jan Lewicki, zaapelował do wiernych, aby wzorem patrona zrobili coś dla biednych. Obecny na mszy cukiernik Józef Melzer, który pracował w pobliskiej cukierni, namówił swojego szefa aby wskrzesić starą tradycję. Bogatsi poznaniacy kupowali smakołyk a biedni otrzymywali go za darmo.

      A od paru lat na forum Mniammniam, grupka zapaleńców, zwłaszcza tych spoza Poznania, podtrzymuje tradycję, piekąc własnoręcznie te rogale. Mamy świetny przepis na ciasto, listkujące się, drożdżowo-francuskie, autorstwa Bajaderki i bardzo zbliżony do oryginału przepis na nadzienie, uzyskany metodą kolejnych przybliżeń:)))

      Właśnie chłodzi mi się w lodówce ciasto, ukręciłam masę i jutro piekę!

       

      A oto przepis:

      Ciasto:

       

      1 szklanka ciepłego mleka

      4 dag świeżych drożdży

      1 jajko

      1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

      3 1/2 szklanki mąki

      3 łyżki cukru

      szczypta soli

      225g miękkiego masła

      Drożdże wkruszyć do mleka, zostawić na kilka minut aby urosły. Dodać jajko i wanilie i lekko wszystko pomieszać.

      Mąkę, cukier i sól wymieszać razem w dużej misce, dodać lekko miękkie masło (2 łyżki) i rozetrzeć palcami razem z mąką.

      Dodać rozczyn mieszając łyżką, lekko i krótko ciasto wyrobić. Robot KitchenAid (czyli tzw. Kicia) sprawdza się tu genialnie. Uformować ciasto w prostokąt, przykryć folią i schłodzić w lodówce około 1 godziny.

      Schłodzone ciasto przełożyć na stolnicę i rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x15cm, tak aby krótsze strony stanowiły górę i dół. Masło rozsmarować równomiernie na cieście (zostawić ½ cm margines dookoła). Złożyć 1/3 ciasta od góry, następnie złożyć dolną część tak aby przykryła to złożenie (tak jak składamy kartkę papieru). Dobrze skleić brzegi i delikatnie wywałkować w prostokąt 25x17cm używając jak najmniejszej ilości mąki do podsypywania. Złożyć tak jak poprzednio i schłodzić przez 45 minut. Powtórzyć proces 3 razy, chłodząc ciasto miedzy wałkowaniami przez 30 minut. Po zakończeniu procesu wałkowania ciasto dobrze zawinąć i włożyć do lodówki na co najmniej 5 godzin, a najlepiej na całą noc.

      Przygotować nadzienie:

       

      30 dag białego maku

      10 dag pasty migdałowej (marcepanu)

      1 szklanka cukru pudru

      10 dag orzechów włoskich

      10 dag zblanszowanych migdałów

      1 łyżka kandyzowanej skórki pomarańczowej

      2-3 łyżki gęstej śmietany

      3 podłużne biszkopty, pokruszone na okruszki

      Do posmarowania:

       

      1 jajko rozbełtane z 2 łyżkami mleka

      Lukier:

       

      1 szklanka cukru pudru

      1 białko

       

      płatki migdałów do posypania

       

       

      Mak sparzyć gorącą wodą, po 15 minutach odcedzić i dobrze odsączyć. Zmielić trzykrotnie w maszynce mak. Zmielić orzechy i migdały w maszynce do mielenia orzechów. Pastę migdałową (marcepan) rozetrzeć mikserem z cukrem pudrem, dodać zmielony mak z bakaliami, okruszki biszkoptowe i posiekaną skórkę pomarańczową. Dobrze wymieszać, dodać śmietanę - ale tylko tyle by uzyskać dość zwartą ale plastyczną masę. Masa nie może być zbyt płynna, ani za twarda i właśnie świetnie reguluje się jej konsystencję dodając śmietanę stopniowo.

      Wywałkować ciasto na prostokąt o wymiarach mniej więcej 65x34cm i przeciąć wzdłuż długiego boku na 2 części. Każdy powstały w ten sposób pasek pokroić na 12 trójkątów.

      Rozsmarować nadzienie zostawiając mały margines na wszystkich bokach trójkąta - zwijać w rogaliki zaczynając od najszerszego boku. Ułożyć na wyłożonej pergaminem blasze, przykryć i zostawić do wyrośnięcia aż podwoją objętość, około 1 1/2 godziny.

      Rozgrzać piekarnik do 180ºC, wyrośnięte rogale posmarować jajkiem rozbełtanym z mlekiem i piec około 20 minut aż się ładnie zezłocą.

      Utrzeć lukier z białka i cukru pudru.

      Wyjąć rogale na drucianą siateczkę i jeszcze ciepłe posmarować lukrem. Posypać płatkami migdałowymi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Rogale św. Marcina ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 09 listopada 2007 23:30
  • wtorek, 06 listopada 2007
    • Książki nowej noblistki

      Przeczytałam "Piąte dziecko" - książkę nowej noblistki, Doris Lessing. Bardzo mnie przygnębiła ta książka. To straszna rzecz, kiedy ktoś musi stanąć wobec problemu swojego nienormalnego dziecka, i to dziecka, które odrzuca swoich bliskich.

       

      okładka noblistki 

       

      Harriet, matka Bena, zabiera to swoje dziecko z zakładu dla upośledzonych, bo tam czekałaby go pewna śmierć. Nie leczy się tam nikogo, lecz jedynie nieludzko więzi w kaftanach bezpieczeństwa, głodząc, i jednocześnie faszerując lekami oszałamiającymi.

      Nie dziwię się, że zabrała syna stamtąd. Trudno byłoby żyć, wiedząc, jaki jest tam jego los.

      Ale zabranie agresywnego dziecka do domu sprawia, że rodzina rozpada się. Rodzeństwo, bojąc się Bena, przy pomocy dziadków i ciotek wyprowadza się z domu. Zostaje tylko mały Paweł, który jest zbyt mały na własne ułożenie sobie życia, i niestety, zaczyna mieć duże problemy z prawidłowym rozwojem własnej osobowości.

      Harriet nie ma oparcia we własnym mężu; ten uważa, że źle zrobiła przywożąc Bena do domu.

      Sytuacja jest patowa, każde rozwiązanie jest złe.

      Pomijam oczywiście sprawę funkcjonowania tego typu instytucji, czy też braku fachowej pomocy ze strony lekarzy, psychologów, psychiatrów, itp. To mogło się zdarzyć, ale jest tak pokazane przede wszystkim po to, by uwypuklić dramat i wagę sytuacji. Ważne są przede wszystkim wybory ludzi postawionych w sytuacjach pozornie bez wyjścia.

      Najbardziej przejmujący jest dla mnie dramat tej kobiety, której nikt nie chce, czy nie umie pomóc. Moim zdaniem dokonała właściwego wyboru, ale cena, jaką za to zapłaciła, jest okropna. Najgorsze jest to, że nie umiała odnaleźć się w tej sytuacji. Bo często zdarza się, że okoliczności życiowe stawiają nas w sytuacjach krytycznych (wypadek, przewlekłe choroby, tego typu sprawy) i człowiek zaczyna funkcjonować jak zaszczute zwierzę w klatce. Jak znaleźć wyjście z niej? Jak uczynić trudną codzienność godną i ludzką? Książka zmusza do refleksji.

      Pewnie przeczytam jeszcze "Podróż Bena", bo to kontynuacja „Piątego dziecka”, ale potem już dam sobie spokój z twórczością tej pisarki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 listopada 2007 12:34
  • poniedziałek, 05 listopada 2007
    • Złodziej czasu

      Skończyłam czytać Złodzieja czasu Pratchetta.

       

      okładka

       

      Wspaniała książka: szalona, absurdalna, świetnie przetłumaczona, i jakże ludzka, mimo że zaludniona stworami nie z tej ziemi!

      Wiadomo, że czas to bardzo dziwny i względny element naszego bytu; raz gna jak szalony, raz pełznie, nie mówiąc już o wrażeniu dejavu, czy też wrażeniu niedopasowania.

      Może rzeczywiście istnieją jacyś mnisi historii, którzy nadzorują go i pilnują by rozwijał się gładko i bez dziur, łatając kiedy trzeba? J)))

      Bardzo podobał mi się mnich Lu-tze: ośmiusetletni, wtajemniczony, na takim poziomie, że nie obowiązywały go żadne reguły, a mało kto o tym wiedział, był sprzątaczem w klasztorze, on tu sprzątał J)

      A jeźdźcy apokalipsy byli cudownie ludzcy: Chaos punktualnie dostarczający ludziom nabiał ze znakomicie zorganizowanej mleczarni – he, he, jak na uosobienie chaosu to niezły wyczyn! Albo Wojna, radzący się pani Wojnowej, jak ma się ubrać, co może zjeść, co może zrobić, a co nie.

      Najbarwniej byli przedstawieni audytorzy, kontrolujący czy wszystko dzieje się zgodnie z tym, co powinno się dziać. Kiedy przybrali ludzkie ciała, pojawiły się u nich nowe potrzeby i pojawiły się problemy. Do tej pory byli masą, każdy wiedział to co inni wiedzą, i każdy robił to samo co inni robią. Ale teraz zaczęły się kształtować indywidualności. Niektórzy zaczęli narzucać swoją wolę innym, między innymi stosując przemoc fizyczną. Jedni zaczęli się bać drugich. Świetne studium rozwoju ludzkości, niestety.

      Znakomita lektura na długie, jesienne wieczory!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 listopada 2007 13:47
  • niedziela, 28 października 2007
    • Porydzykowałam sobie...

      ... czyli grzybowego szaleństwa ciąg dalszy.

      ... czyli czas na przetwory, na rydze marynowane przede wszystkim!

       

       

       

      Robię zalewę dość tradycyjną: na 4 szklanki wody dodaję 1 szklankę octu spirytusowego,  

      pół szklanki cukru , łyżkę soli, wszystko mieszam razem i zagotowuję.

      Grzyby płukam, większe kroję na kawałki, wrzucam na lekko osolony wrzątek i obgotowuję przez 10 minut. Przecedzam.

      Układam w słoiczkach, przekładając grzyby półplasterkami cebuli.

      Do każdego słoiczka dodaję: kilka ziaren pieprzu, kilka ziaren ziela angielskiego, 1 listek laurowy.

      Zalewam zalewą, zakręcam słoiki, wkładam je do dużego rondla, zalewam zimną wodą, podgrzewam na małym ogniu i od czasu kiedy woda stanie się gorąca, prawie wrząca gotuję 15 minut.

      Potem odlewam wodę z garnka, wyjmuję słoiki, obracam do góry dnem i zostawiam do wystygnięcia.

       

       

       

      Dodam, że szaleństwo suszenia grzybów mam już właściwie za sobą. Suszę w zasadzie tylko prawdziwki i borowiki, czasem kozaczki, ale te wychodzą bardzo ciemne.

       

       

       

      Mrożonek grzybowych też mam już sporo :)))

      Po obgotowaniu w lekko osolonej wodzie, lub po podsmażeniu, dzielę na małe porcje, wkładam do woreczków i do zamrażarki. Mam już kurki, maślaczki, trochę prawdziwków i trochę rydzy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 października 2007 06:23
  • sobota, 27 października 2007
    • Zmianie czasu mówimy nie!

      I to chyba  wszystko, co w tym temacie mogę zrobić:((((

      Nie lubię zmiany czasu. Nie chcę zmiany czasu.

      Źle na mój organizm wpływa zmiana czasu.

      Komu i gdzie mogłabym to powiedzieć?????

      Pytanie retoryczne.

      Więc chociaż sobie zaprotestuję tutaj :((((

      zegary

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Zmianie czasu mówimy nie! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 27 października 2007 20:49
    • Tarta z grzybami leśnymi

      Znów oszalałam na punkcie grzybów! Jak co roku zresztą. Nie mogę się oprzeć i kupuję, a najchętniej to wykupiłabym wszystko, co jest na targu. Kiedy kupowałam prawdziwki, jeden z kupujących ni stąd ni zowąd mnie uświadomił:)))

      - Pani się orientuje, mam nadzieję, że grzyby nie mają żadnych wartości odżywczych, ŻADNYCH!!! Poza smakowymi, żadnych. Nie mówiąc już o tym, że są ciężkostrawne i mogą być trujące!

      Co nie przeszkodziło mu w kupieniu koszyczka prawdziwków do suszenia, o czym też mnie poinformował:))))

      Ja ze swoich grzybów zrobiłam tartę.

      To najlepszy przepis na ciasto do tarty, jaki jadłam; a wypróbowałam go i robię według książki Tarty Le Cordon Bleu Konemana. Jest kruchutkie i nawet jak jest cieniutko rozwałkowane nie twardnieje przy pieczeniu. No, a z nadzieniem z grzybów leśnych, stanowi kwintesencję złotej polskiej jesieni. Można dodawać różne grzyby, tę tutaj robiłam z prawdziwków i rydzy.

       

       

      Ciasto:

      20 dag mąki

      10 dag masła

      1 jajko

      2-3 łyżeczki wody

      duża szczypta soli

      Jeśli lubimy cieniutką warstwę ciasta (jak ja), to te proporcje wystarczają na wykonanie 2 tart o średnicy 22 cm. Jeśli robimy tylko 1 tartę, dzielimy ciasto na pół i jedną część zamrażamy.

       

      Nadzienie:

      30 dag grzybów

      1 mała cebula

      2 jajka

      100 ml gęstej kwaśnej śmietany 22%

      1 łyżka masła

      natka pietruszki, dymka lub szczypiorek

      kilka ziaren zielonego pieprzu

      biały pieprz, sól

       

      Przygotować ciasto:

      Przesiać mąkę z solą na stolnicę, dodać pokrojone w kostkę masło, siekać nożem, aż masło połączy się z mąką w formę grudek. Roztrzepać jajko z wodą, dodać do ciasta. Wymieszać nożem i czubkami palców zagnieść szybko ciasto, formując kulę.

      Kule podzielić na pół, każdą połówkę owinąć w folię, jedną część włożyć do zamrażarki (będzie na kiedy indziej), drugą część włożyć do lodówki na ½ godziny.

      Gdy ciasto się chłodzi, przygotować nadzienie.

      Grzyby oczyścić, wypłukać (nie moczyć), pokroić w kawałki. Rozgrzać na patelni łyżkę masła, wrzucić grzyby, smażyć ok. 5 – 10 minut, aż wyparuje sok, który grzyby po chwili smażenia puściły.

      Dodać posiekaną w kostkę cebulę, całe ziarna zielonego pieprzu, wymieszać, smażyć razem chwilę, potem odstawić patelnię z ognia. Nadzienie winno przestygnąć.

      Wyjąć ciasto z lodówki.

      Formę na tartę cienko wysmarować masłem.

      Stolnicę posypać leciutko mąką, rozwałkować bardzo cienko ciasto (3 mm) na koło wielkości formy do tarty. Zwinąć ciasto na wałek, po czym przenieść go w ten sposób na formę, wylepić brzegi, cały czas jak najmniej dotykając ciasta rękami (to nam zagwarantuje kruchość tarty). Ponakłuwać ciasto widelcem, po czym włożyć formę z ciastem do lodówki na 10 minut, żeby ciasto oziębić.

      Rozgrzać piekarnik do 180 st. C, włożyć tartę, piec ok. 20 minut.

      Jajka roztrzepać widelcem.

      Wyjąć tartę z piekarnika, posmarować cienko częścią roztrzepanych jajek, ponownie włożyć do piekarnika na 5 minut.

      Do pozostałych roztrzepanych jajek dodać śmietanę, posiekaną zieleninę, sól i biały pieprz.

      Wyjąć ciasto z piekarnika, rozłożyć grzybowe nadzienie, zalać śmietaną z jajkami.

      Włożyć do piekarnika na ok. 25-30 minut, do czasu aż nadzienie się zetnie.

      Podawać na gorąco, ale równie dobra jest również na zimno (nawet na drugi dzień ciasto będzie miękkie, choć już nie chrupiące).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Tarta z grzybami leśnymi”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 27 października 2007 06:18
  • piątek, 26 października 2007
    • Drzewo genealogiczne

      Siostrzeniec właśnie założył drzewo genealogiczne naszej rodziny. Oczywiście on jest z pokolenia XXI wieku, więc drzewo buduje komputerowo, wykorzystując do tego miły dość programik. Staram się obecnie dotrzeć pamięcią w przeszłość jak najdalej się da, ale nie jest to proste. Zobaczymy, co nam się uda ustalić.

      Choć komputer ładnie rysuje te wszystkie schematy, powiązania i relacje, to jednak dawny sposób rysowania drzew genealogicznych miał swój urok. Oto przykład typowego drzewa w dawnym stylu, dotyczy książąt piastowskich:

       drzewo Piastów

      A tu drzewo literackie, fikcyjnej rodziny Borejków z cyklu Jeżycjada Małgorzaty Musierowicz:

       drzewo Borejków

      No, można mieć też na przykład drzewko genealogiczne najbliższej rodziny na biurku, z plateru:

       platerowe drzewo

      Ja z kolei, swego czasu, miałam ochotę pisać kronikę rodziny, ale… wszystko rozbiło się o brak czasu. Choć dalej marzy mi się, że przychodzi wieczór, wszystkie domowe zajęcia pokończone, siadam przy biureczku, otwieram kajecik, maczam pióro w kałamarzu i zaczynam domową opowieść….

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Drzewo genealogiczne”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 26 października 2007 10:32
  • wtorek, 23 października 2007
    • Rudych rydzy moc

      Tyle ich jest ostatnio na Burku (to nasz lokalny targ), że w końcu skusiłam się:)))

      Wiadomo, najlepsze są prosto z blachy pieca, takiego na węgiel, z duchówką do pieczenia ciast, z odkrywanymi pogrzebaczem fajerkami, z których buchał żywy ogień...

      Ale dawno już nie mam takiego pieca do dyspozycji:((((

      Były więc dzisiaj rydze z patelni, i to teflonowej.

       

       

       

       

       

      Bez żadnego przepisu, ot rozgrzana oliwa i masło, wrzucony ząbek czosnku do smaku, rydze blaszkami w górę, lekko posolone. Dopiero gdy puszczą sok i nieco odparują, dodaję pokrojoną w półplasterki cebulę, dosalam, posypuję pieprzem, obracam kapelusze, smażę, aż utracą smak surowizny, jakieś 20-30 minut. I gotowe!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 października 2007 23:06
  • poniedziałek, 22 października 2007
    • Nicejski rodowód negreski

      W Kuchni.tv obejrzałam program z serii Wielcy szefowie kuchni, w którym wystąpił Jacques Maximin. Zasłynął on jako mistrz kuchni w restauracji Negresco w Nicei. Z tą nazwą ściśle związany jest mój „gazetowy” nick.

       negresco

      A było to tak:

      Kiedy próbowałam zalogować się na Gazecie i wszystkie odpowiadające mi nicki były pozajmowane, przypomniałam sobie opowieści Jot o Nicei, gdzie bywał w każde lato. Wspominał też o bardzo ekskluzywnej restauracji i hotelu Negresco, położonego u stóp Morza Śródziemnego, z palmami, markizami, liberiami i wszystkimi możliwymi „szykanami”:))))

       z morzemz wybrzezem

      Jakoś wbiły mi się w pamięć te opowieści. Wyobrażałam sobie, jak pyszne i piękne muszą być dania tam serwowane. No i zawsze była mi bliska kuchnia prowansalska (którą kiedyś troszkę, ociupinkę poznałam), a która tam właśnie, w nicejskim Negresco zdobyła światową renomę, przede wszystkim dzięki talentowi i pasji Maximina.

       danie

      Szukając nicka, przypomniałam sobie o Negresco.

      Ładne brzmienie przywoływało również skojarzenia z czarną nescą – kawą, którą swego czasu namiętnie piłam, wydając na nią lekką reką w Pewexie ciężko uciułane dolary:))))

      Tak powstała „negresca”.

      Bardzo ją lubię, prawie tak samo jak Jotkę – która jest moim podstawowym nickiem.

      To może obejrzyjmy sobie jeszcze kilka fotek z mojego nicejskiego prawzoru:

      bar

      dynia

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 października 2007 22:14
  • niedziela, 21 października 2007
    • Zupka czosnkowa na wieczór wyborczy

      Zimno dzisiaj było, choć jak poranna mgła opadła, wyszło piękne słonko. Wywiało mnie jednak porządnie, więc na wieczór  i na czas oczekiwania na wyniki,  przydała się rozgrzewająca zupa-krem czosnkowa

       

       

       

      Tę zupę można było swego czasu zjeść w korsykańskiej restauracji Paese w Krakowie, ale ostatnio już jej nie widziałam. Przepis na zupę podała w jednej z kolorowych gazet właścicielka; oczywiście podała tylko zarys przepisu, który uściśliłam, wypróbowałam i często powtarzam, mniam!

       

      A tak się zupkę robi:

      1 główka czosnku

      4 ziemniaki

      2 łyżki oliwy

      listek laurowy

      10 dag żółtego sera

      sól, pieprz

      pół bagietki na grzanki

       

      Obrać ziemniaki, pokroić w kawałki.

      Obrać czosnek.

      Na rozgrzanej oliwie podsmażyć kawałki ziemniaków i ząbki czosnku, wrzucić do rondla, zalać 1 l gorącej wody, dodać listek laurowy, sól, biały pieprz.

      Gotować ok. 30 minut.

      Wyjąć listek, zmiksować, dodać utarty ser.

      Bagietkę pokroić na kromeczki, natrzeć czosnkiem, podsmażyć na patelni z obu stron.

      Gorącą zupę rozlać do miseczek, wrzucić do każdej grzankę.

      Można też podać zupę w bulionówkach, a grzanki osobno.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 października 2007 21:16
  • sobota, 20 października 2007
    • Ciasteczka na pociechę

      Już prawie tydzień Zet nie ma internetu. Sprawa się trochę skomplikowała, ale mam nadzieję, że szybko się rozwiąże. I tak znosi to w miarę spokojnie. Ja bym szalała! każdą awarię odbieram jak odcięcie mnie od świata i wyrzucenie poza jego nawias, na bezludną wyspę :((((

      Na pociechę upiekłam mu ciasteczka.

       

       

      Zwykle tego typu ciasteczka piekłam smarując je tradycyjnym lukrem, ucieranym z białka i cukru pudru. Ale tym razem wypatrzyłam u Anusiaczka, że robi je z bezą. Więc spróbowałam; są pyszne. Tyle, że ja nałożyłam bezę jako ozdobną „czapkę” i nie sklejałam ciastek powidłem. Wolę takie solo.

       

       

       

      A oto przepis Anusiaczka (ograniczony o to sklejanie):

       

       

       

      2 szklanki mąki

      1 kostka masła

      1/3 szklanki cukru

      3 żółtka

      cukier waniliowy

       

       

       

      Składniki bezy:

      3 białka

      25 dag cukru pudru

       

       

       

      Mąkę przesiewamy na stolnicę, siekamy z masłem. Dodajemy cukier, cukier waniliowy i żółtka i zagniatamy gładkie ciasto.

      Wałkujemy ciasto na placek grubości 3 mm i wykrawamy kieliszkiem kółka, układamy na wyłożonej pergaminem blaszce.

      Z białek ubijamy pianę, dodając pod koniec cukier puder. Powstałą bezą smarujemy każde ciastko. Wkładamy je do pieca, nagrzanego do 180 stopni i pieczemy ok. 15 minut.

       

       

       

      Kiedy ostatnio byłam na szkoleniu wyjazdowym, do kawy podano domowe drobne ciasteczka, wśród nich były właśnie takie, pieczone z lukrem. Jako pierwsze znikły z talerzy. Bo są niby takie zwykłe, niepozorne, ale przepyszne!

      Bezy trochę mi zostało, więc wysuszyłam dodatkowo tradycyjne małe beziki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 20 października 2007 22:37
    • Pasztet z Krakowskiego Kredensu

      To już moje drugie podejście do próby odtworzenia pasztetu z żurawinami, kupionego w Krakowskim Kredensie (to nowa marka produktów wprowadzanych przez sieć sklepów Alma). Poprzednio upieczony wyszedł dobry i smaczny, ale inny niż ten kredensowy, bardziej suchy. Doszłam do wniosku, że tego pasztetu nie należy piec, wystarczy samo uduszenie mięsa i zmielenie. I tak też zrobiłam.

       

       

      Jest pyszny i tym razem wpisuję go już na stałe do mojego czerwonego zeszytu z domowymi przepisami.

       

      A oto przepis:

      1 kg łopatki wieprzowej

      1 cebula

      5 dag żurawin suszonych

      sól, pieprz,

      listek laurowy, 2 ziarenka ziela angielskiego

      2 łyżeczki żelatyny

      2 łyżki masła

       

      Mięso pokroić w kostkę, cebule w piórka.

      W rondlu roztopić masło, wrzucić cebulę i zeszklić ją. Dodać mięso, krótko obsmażyć na sporym ogniu, po czym zmniejszyć płomień na malutki, podlać mięso niewielką ilością gorącej wody, osolić, popieprzyć, dodać listek laurowy i ziele angielskie i dusić pod przykryciem do miękkości, ok. 1 godziny, uzupełniając w miarę potrzeby wodę.

      Po tym czasie odstawić garnek z ognia, odlać kilka łyżek rosołu do filiżanki. Przestudzić mięso, przełożyć rondel do lodówki na kilka godzin. Z rosołu wytworzy się galaretka, która świetnie podkreśli smak mięsa.

      Żurawiny namoczyć w gorącej wodzie i kiedy zmiękną i nieco napęcznieją, odcedzić.

      Z garnka wyjąć listek i ziele, a mięso przepuścić 3-krotnie przez maszynkę do mięsa. Ważne, aby nie ograniczać ilości mielenia, od tego, ile razy mięso było mielone, zależy jedwabistość pasztetu.

      Rozpuścić w gorącym rosole (tym odlanym do filiżanki) żelatynę. Dodać ją do masy i ewentualnie w razie potrzeby doprawić solą i pieprzem.

      Dodać żurawiny, wymieszać całość.

      Foremkę na pasztet wyłożyć folią aluminiową, włożyć masę mięsną, wyrównać, włożyć do lodówki do zastygnięcia.

      Pasztet jest miękki, ale da się kroić w plastry.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 20 października 2007 06:21
  • piątek, 19 października 2007
    • Wraca temat oliwy

      oliwa

       

      Chyba staję się powoli monotematyczna J)) ale rozmowa z moją własną siostrą na temat oliwy zbulwersowała mnie.

      - Wiesz – mówi – w Billi jest promocja oliwy. Może ci kupić?

      (ona ma blisko do tego sklepu)

      - A jaka jest? – pytam

      - Extra vergin

      - Ale jakiej firmy? Z jakiego kraju?

      - Och, jakaś Ybarra.

      - Hiszpańska, niedobra, nie chcę

      - No co ty – mówi mi – w Poradniku Domowym pisali że to bardzo dobra oliwa

      - Taki jesteś wiekowy babsztyl J) i ciągle jeszcze wierzysz w słowo pisane???? – mówię jej -  Nie chcę tej oliwy. Ale skoro już o tym mowa, to mam oliwę, której smak mi nie odpowiada, spróbuj, może tobie będzie pasować.

      Ona po chwili:

      - No, oliwa, jak oliwa

      - Smakuje ci?

      - Chyba tak – mówi niepewnie

      - Dam ci spróbować dla porównania sycylijską, Valli Trapanesi, to w tej chwili najlepsza, jaką mam. Lepsza była niefiltrowana liguryjska, ale się skończyła

      - I jak? – pytam po chwili

      - Nie widzę różnicy – mówi ona

      - Jak to nie widzisz???!!!!!

      - No, nie widzę

      - Kurcze blade! Różnica jest jak stąd do Ameryki! Trzeba rozwijać swoje kubki smakowe! Pakuj tę butelkę, którą ci dałam! Będzie w sam raz!

       

      I tym samym rodzina utwierdza się w przekonaniu, że dziwna jestemJ)) widzę rzeczy, których nie ma… uganiam się za mrzonkami…. Ale… traktuje te moje „dziwactwa” z ciepłym uśmiechem, ot, taką mamy tę ciotkęJ))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 19 października 2007 11:58
  • czwartek, 18 października 2007
    • Zupy to moja specjalność

      Lubię zupy i umiem je robićJ)) Cały sekret tkwi – moim zdaniem – w ich doprawieniu. A z tym nie należy się śpieszyć, tylko pomalutku, po troszku, dorzucać, dosypywać, smakować… Odczekać trochę, znów spróbować… Gotowanie zup – to poezja w życiu czarownicyJ))

      Tym razem prezentuję zarzucajkę – zupę z kiszonej kapusty, od zawsze robioną w naszej rodzinie, bardzo przez wszystkich lubianą.

       

       

      To nie jest klasyczny kapuśniak, to taka prosta, wiejska zupa. Spisałam ten prościutki przepis, żeby nie zginął, żeby go zachować, łącznie z nazwą, jako rodziną tradycjęJ)))

      Dawniej tę zupę gotowało się u nas na kościach, ale teraz jemy bardziej dietetycznie i raczej nie stosujemy takich dodatków.

       

      pół kilograma kiszonej kapusty (takiej z marchewką w środku)

      2 cebule

      2 duże ziemniaki

      sól, pieprz, szczypta ziarenek kminku, liść laurowy, kilka ziarenek ziela angielskiego

      łyżka masła

      2 łyżki mąki

       

      Kapustę trzeba lekko posiekać, zalać zimną wodą, tyle, żeby przykryła kapustę, wrzucić ziele angielskie i listek laurowy i gotować aż do miękkości, jakieś 40 minut.

      W osobnym rondlu zalewamy zimną wodą pokrojone w kostkę ziemniaki i cebule, lekko solimy i gotujemy do miękkości ziemniaków.

      Następnie łączymy kapustę z zupą, dodajemy pieprz i kminek (uwaga z kminkiem! Jak będzie go za dużo, zepsuje smak zupy). Gotujemy razem jakieś 15 minut.

      Na patelni roztapiamy masło, wsypujemy mąkę i robimy rumianą zasmażkę, którą dodajemy do zupy.

      Całość gotujemy jeszcze jakieś 10 minut.

      I już zupa gotowa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 października 2007 21:03
  • środa, 17 października 2007
    • Liguryjskie klimaty

      Kończę czytać książkę Annie Hawes Extra virgin, wydaną przez wydawnictwo Zysk w bieżącym roku. Dwie Angielki kupują we włoskiej Ligurii rustico - coś w rodzaju skrzyżowania letniego prymitywnego domku z magazynem, położonego wysoko w górach.

       

       

      okładka książki

       

      Przyznam, że jestem zmęczona tą książką. Prezentuje taki ograny już schemat: kupno domu przez cudzoziemca, zetknięcie z lokalnym kolorytem mieszkańców i ich zwyczajów, problemy, które oczywiście muszą być, bo dom jest w stanie ruiny. Zmęczona jestem przedzieraniem się przez kolejne perypetie bohaterek. A nie jest to pisarska swada Petera Mayle w jego książkach o Prowansji.

                  Jest fajna rzecz, o której się tu pisze: przy zakupach mięsa, jarzyn, pieczywa, każdy ponoć Włoch gotów jest podzielić się z tobą swoją wiedzą i doświadczeniem i przepisem na potrawę, którą można z tych produktów zrobić. Szkoda, że autorka nie zanotowała właśnie tych rozmów i przepisów; powstałaby super regionalna książka kucharska!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Liguryjskie klimaty”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 17 października 2007 14:38

Kalendarz

Lipiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl