Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy

  • sobota, 22 grudnia 2007
    • Świąteczny pasztet domowy

      Właśnie upieczony, czeka na zachwyty domowników i gości:)))

      Przepis mamy w rodzinie od dawien dawna, spisany na dużym arkuszu pergaminu, złożonym na cztery i odkąd pamiętam, dwa razy w roku, na święta Bożego Narodzenia i na Wielkanoc rozwijało się go delikatnie, bo był już nieco poprzecierany na zgięciach.

      Ja wprowadziłam go, rzecz jasna, do komputera, ale kiedy jestem u mamy lubię zerknąć w zeszyt w zielonej okładce, gdzie przepisy spisane są ręcznie

       

       

      składniki

      ½ kg wieprzowiny

      ½ kg wołowiny

      ½ kg cielęciny

      ½ kg wątróbki drobiowej

      ½ kg podgardla (lub tłustego boczku gdyby akurat nie było podgardla)

      1 duża cebula

      2-3 łyżki tłuszczu (margaryna lub smalec)

      ziele angielskie (kilka ziarenek)

      liść laurowy (2-3 szt)

      sól, pieprz

      2 bułki wodne (czyli pszenne bez żadnych dodatków)

      bułka tarta do posypania

      4 jajka

      sposób przygotowania

       

      Wszystkie rodzaje mięsa (oprócz wątróbki) i cebulę pokroić na dość małe kawałki, wrzucić do rondla na rozgrzany tłuszcz, na samo dno dać podgardle, osolić, dusić na tłuszczu na malutkim ogniu do miękkości. W zasadzie nie trzeba podlewać wodą, gdyż podgardle jest tłuste i ładnie się topi. Gdy mięso będzie miękkie (tj. po ok. 1-1i 1/2godz.), wtedy dopiero dodać wątróbkę, poddusić jeszcze 10-15 min. Odstawić do ostudzenia.

      Wyjąć z rondla wszystkie składniki, w sosie z duszenia namoczyć 2 bułki.

      Wszystko łącznie z namoczoną bułką przekręcić przez maszynkę 3 razy.

      Dodać 4 całe jajka, pieprz, wymieszać dokładnie.

      Rozłożyć masę do blaszek, wyłożonych papierem pergaminowym, posypać na wierzchu bułką tartą, ponakłuwać w kilku miejscach patyczkiem.

      Piec w nagrzanym do 200 st.C piekarniku ok. 40 min.

      Z podanych wyżej proporcji zwykle robię pasztet w 1 tortownicy (krojony później w trójkąty jako przekąska – koniecznie z domowym chrzanem z jajkami) i w 1 podłużnej blaszce (krojony na plasterki do kanapek).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Świąteczny pasztet domowy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 22 grudnia 2007 22:15
  • piątek, 21 grudnia 2007
    • Choinka Zet

      W czasach mojego dzieciństwa choinkę ubierało się w Wigilię. Choinka była żywa, tato osadzał ją w stojaczku i ubierał ją razem z nami – dziećmi. Mama królowała w kuchni i choinka do niej nie należała. To właśnie tato nauczył mnie sztuki ubierania choinki, ładnego równomiernego rozmieszczenia światełek, wieszania bombek, dobierania ich kolorami, wielkościami.

      Teraz, kiedy mam własne mieszkanie, a wigilie spędzam częściowo u mamy, częściowo u siostry, i mam do ubrania swoją choinkę, mojej mamy choinkę i choinkę Zet, i jeszcze trzeba coś ugotować, upiec, posprzątać, no i jeszcze pracuję zawodowo – to nie wyrobiłabym się po prostu w Wigilię. Ubieram choinki kilka dni wcześniej, przed wigilią.

      Tak wygląda tegoroczna choinka Zet: złoto-czerwono-brązowa, z pierniczkami, kokardami i zasuszonymi kwiatami hortensji.

       

       

      Uwielbiam ubieranie choinki, ale tak w spokoju, bez pośpiechu, włączam płytę z kolędowym mixem, rozkładam ozdoby i próbuję: może na tej gałązce ta bańka, a może na tej wyżej wyglądałaby ładniej….. tu złota kokarda, tu pierniczek, a tu wymarzone miejsce na aniołka:)))

      Tak to u mnie jest z choinką.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Choinka Zet”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 21 grudnia 2007 18:09
  • niedziela, 16 grudnia 2007
    • Choinkowe pierniczki

      Już od kilku lat piekę pierniczki na choinkę, wracając do starej, polskiej tradycji, kiedy pierniki były obowiązkowym elementem wystroju świątecznego drzewka. Mam mnóstwo foremek do wycinania, ale właściwie nie wiem, po co je kupuję, skoro i tak, kiedy piekę ciasteczka, zawsze wybieram serca lub gwiazdki :))))

      Na choince gwiazdki powinny być obowiązkowo!

      Wczoraj wieszałam piernikowe gwiazdki i serca na choince u Zet; polukrowane białym lukrem, pięknie się odznaczają.

       

       

      Robię te pierniczki z przepisu Bajaderki; są cienkie i przypominają nieco szwedzkie pierniczki pepperkakor (dostępne w ikei). Melasę z oryginalnego przepisu zastępuję miodem.

      A oto przepis:

      1/2 kostki masła

      1/2 kostki margaryny

      3/4 szklanki brązowego cukru jasnego

      1/2 szklanki cukru pudru

      1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

      1 1/2 łyżeczki zmielonego cynamonu

      1 1/2 łyżeczki zmielonego imbiru

      1/2 łyżeczki zmielonego ziela angielskiego

      szczypta soli

      1 duże jajko

      2 łyżki miodu

      3 szklanki mąki

      3 łyżki mąki ziemniaczanej

      Masło i margarynę utrzeć z cukrem, solą i przyprawami na lekką i puszystą masę. Dodać jajko i miód i dobrze ubić. Wsypać połowę mąki do masy i dokładnie utrzeć, wsypać pozostałą mąkę i mąkę ziemniaczaną i wymieszać. Podzielić ciasto na pół (ciasto będzie bardzo miękkie), każdą połowę spłaszczyć, zawinąć w folię i schłodzić w lodówce przez co najmniej godzinę.

      Rozgrzać piekarnik do 180ºC. Na lekko posypanej mąką stolnicy wywałkować ciasto (grubość jest dowolna - im cieńsze ciasto, tym kruchsze i delikatniejsze ciasteczka) i wycinać gwiazdki lub inne kształty. Jeśli pierniczki mają wisieć na choince trzeba zrobić dziurkę na wstążkę lub sznureczek (można to zrobić np. rurką do napoi). Układać na wyłożonej pergaminem blasze. Piec 10-12 minut, aż zaczną się lekko rumienić na brzegach. Wystudzić na drucianej siateczce.

      Polukrować, ewentualnie ozdobić posypką lub perełkami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 grudnia 2007 21:51
  • środa, 12 grudnia 2007
    • Musztarda Dijon

      Czekałam z niecierpliwością na program Pascala, gdyż w newsletterze zapowiedział temat musztardy Dijon. A ta interesuje mnie od dawna, bo każdy niemal musztardowy przepis mówi: weź musztardę, najlepiej Dijon…. Jaka jest ta diżonka???? ta oryginalna? i czy prawidłowy jest np. taki zapis w przepisie: musztarda Dijon łagodna? zawsze myślałam, że to jest ostra musztarda.

      No niestety, Pascal niewiele powiedział o samej musztardzie. Pokazał paryską Galerię  Lafayette, dział delikatesów, z mnóstwem musztardowych słoiczków, i tyle.

      Lafaette

      Cóż, podsumujmy to, co sama do tej pory zdołałam się dowiedzieć. Oto krótka historia musztardy (wyszperana w Internecie i książce Konemana Kulinaria francuskie).

      Prekursorem wytwórców dzisiejszej musztardy był Pliniusz Starszy, który ponad 2000 lat temu w starożytnym Rzymie połączył ze sobą utarte ziarna gorczycy i ocet. Jego recepturę ulepszył inny Rzymianin, Paladius, który w IV wieku naszej ery wymieszał ziarenka gorczycy z miodem, oliwą z oliwek i octem. Tak właśnie powstała uwielbiana na świecie przyprawa - musztarda.

      Popularność musztardy ciągle rosła i wkrótce w Europie pojawiły się pierwsze regulacje prawne dotyczące jej produkcji. Aby produkt mógł być nazwany musztardą, należało go tak, a nie inaczej, w takiej, a nie innej kolejności przygotowywać. Największym producentem musztardy stała się Francja, a „stolicą musztardy” zostało miasto Dijon w Burgundii. To właśnie w Dijon opracowano specjalną recepturę, w której gorczycę połączono nie z octem ale z moszczem winnym. Charakterystyczny smak musztardy z Dijon przetrwał niezmieniony do dnia dzisiejszego.

       

       Wiele starań włożyłam w zdobycie oryginalnej francuskiej musztardy Dijon. W Dijon, jak do tej pory, nie byłam, ale szukałam jej w paryskich sklepach; w nich króluje na półkach musztarda Dijon firmy Maille. Taką, klasyczną Maille, bez żadnych dodatków, sobie przywiozłam, pięknie zresztą opakowaną, w szklany kieliszek, z kręconą nóżką (służy mi teraz do picia wody mineralnej). Obecnie Maille można kupić w Polsce w każdym większym sklepie.

      Ale najbardziej prawdziwą z prawdziwych musztard diżońskich jest musztarda firmy: Edmond Fallot.

      musztarda Fallot

      Udało mi się ją spróbować, choć dotarła do mnie dość okrężną drogą, bo aż z USA.

      Wiele firm oferuje ostrą musztardę (jednak ostrą! musztarda Dijon to absolutnie musztarda ostra!), robioną na wzór tej właśnie Fallotowskiej musztardy.

      W Polsce dużą popularnością cieszy się musztarda diżońska Kamisa. Oferują ją również firmy: Deweley, AMORA. Z rynku USA poznałam propozycję popularnej tam firmy Grey Pouppon. Pojawiła się też ta musztarda we francuskiej sieci Carrefour. Kupiłam, co się dało kupić, po czym podeszłam do sprawy metodycznie: ustawiłam szeregiem słoiczki, wzięłam kawałek bagietki, kawałek żółtego łagodnego sera, szklankę wody… i próbowałam.

       

       

       

      Jak dla mnie musztarda Kamisa odpada w przedbiegach; jest zbyt słona i zbyt dominuje w niej smak octu.

      Grey Pouppon jest o.k., choć jest chyba najmniej ostra z testowanych.

      Deweley, Amora i Carrefour mają podobny smak, najostrzejsza jest Carrefour.

      Ta najbardziej prawdziwa z prawdziwych – Fallot – jest w porządku, nie za słona, nie za ostra, ale…. smak ma zupełnie inny niż typowe musztardy, jakiś taki... mało musztardowy, może wynika to właśnie z tego, że bazą jest moszcz winny, nie ocet?

      Najbardziej smakuje mi Maille

      Jako ciekawostkę dorzucę jeszcze taki szczegół, że dziewczyny z forum mniammniam próbowały same robić musztardę, rozcierając w moździerzu ziarna gorczycy. Nawet przez chwilę też miałam na to ochotę, ale jednak mi przeszło J)))

      I już zupełnie na zakończenie dodam, ze pojawił się produkt firmy Maille, będący połączeniem musztardy Dijon z majonezem; pycha! szkoda tylko, że to dość drogi smakołyk.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 12 grudnia 2007 05:56
  • poniedziałek, 10 grudnia 2007
    • Fartuszek z Zielonego Wzgórza

      Czyż nie jest piękny????

       

      Towarzyszył promocji książki Kuchnia z Zielonego Wzgórza.

      Był dodawany tu i ówdzie jako gadżet; w Merlinie przez jeden dzień sprzedawano tę książkę wraz z nim. Szukałam, pytałam, ale niestety, nie udało mi się go zdobyć.

      A tu proszę: w dzień św. Mikołaja dostaję wiadomość od jednej dobrej wróżki (z Holandii!!!), że jest dla mnie fartuszek i już renifery pędzą z nim do mnie:))))

      I właśnie go dostałam! jest cudowny!!! Nie mogę się nacieszyć!!!!

       Wpadłam tu tylko na chwilę się pochwalić i lecę lukrować dalej  pierniczki:))))

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 grudnia 2007 22:04
  • środa, 05 grudnia 2007
    • Czekając na św. Mikołaja

      Czekając po raz kolejny na św. Mikołaja i prezenty, nie sposób nie przypomnieć sobie tego wieczoru, kiedy widziałam go po raz pierwszy:))))

      Zapadał mroźny, zimowy wieczór. Śnieg skrzył się w blasku latarni i miło skrzypiał pod nogami. Trzymając mamę za rękę, dreptałyśmy z siostrą do salki katechetycznej, gdzie Święty miał się zjawić z podarunkami.

      Zasłuchana w opowieść mamy, jak to Mikołaj przyjeżdża na saneczkach z nieba, co i rusz odwracałam głowę, sprawdzając, czy aby już nie jedzie.

      - Uważaj, nie odwracaj się, nie patrz w niebo, przewrócisz się! – strofowała mama.

      Kiedy skręciłyśmy z Nowodąbrowskiej w Dwernickiego i wchodziłyśmy do salki, odwróciłam się raz jeszcze. Wtedy właśnie zobaczyłam go. W czerwonej pelerynie, z siwą brodą, na czerwonych drewnianych saneczkach z niebieskimi płozami (takie właśnie sanki miałam w dzieciństwie), był jeszcze wysoko, na obłoku, ale już zjeżdżał do nas.

      - Jest! już jest! – zawołałam.

      - No to szybciutko chodźmy do sali, żeby się nie spóźnić – zgarnęła nas mama do środka.

      św. Mikołaj

      A jak będzie wyglądał w tym roku? Czy go zobaczę?:))))

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Czekając na św. Mikołaja”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 05 grudnia 2007 23:58
  • wtorek, 04 grudnia 2007
    • Polewka ze Swystowego Sadu

                  W niedzielnych Podróżach kulinarnych Robert Makłowicz prezentował łemkowskie smaki, z okolic Wysowej. Ależ było miło zobaczyć znajome tereny! bo ja tam bywam, i te górskie ścieżki mam zdeptane, i te krajobrazy w oczach.... I w Swystowym Sadzie byłam (to takie gospodarstwo agroturystyczne).

       

       

      I właśnie tam, na werandzie, pan Robercik zrobił polewkę z suszonych grzybów i śliwek, typowo wigilijną potrawę, którą podaje się jednak i w zwykłe zimowe wieczory. Zdążyłam zapisać szkic przepisu, przejrzałam jeszcze raz program w interaktywnej tv, uzupełniłam. A że akurat dziś miałam wszystkie produkty pod ręką, i miałam wielką ochotę na kulinarne eksperymenty, polewka została wypróbowana. Ot, taka przed-wigilijna wprawka.

      Zupa ma mocny, grzybowy smak, podkreślony lekko cebulą i czosnkiem i złagodzony słodkością śliwki. Pycha! jeśli ktoś lubi takie rustykalne, grzybowe klimaty, to zapraszam!

       

       

      Potrzebne będą (na dwie słuszne porcje):

       

      spora garść suszonych prawdzików

      pół garści śliwek

      1 cebula

      2 małe ząbki czosnku

      czubata łyżka mąki

      łyżka oliwy, łyżka masła

      liść laurowy, 2-3 ziarna ziela angielskiego

      sól, pieprz, szczypta cukru

      Grzyby zalewamy wodą, dodajemy listek laurowy i ziele angielskie i gotujemy aż grzyby będą miękkie, ok. pół godziny.

      W osobnym garnku gotujemy śliwki, ok. 15 minut.

      Z wywaru grzybowego wyjmujemy grzyby, siekamy je na paseczki, z powrotem wrzucamy do wywaru.

      Z wywaru śliwkowego wyjmujemy śliwki, siekamy je na paski i wrzucamy do garnka z grzybami. Gotujemy razem parę minut.

      W tym czasie obieramy cebulę i czosnek, siekamy w dość drobną kostkę i wrzucamy na rozgrzany na patelni olej i masło, smażymy do lekkiego zezłocenia, dodajemy mąkę i robimy zasmażkę. Przekładamy cebulową zasmażkę do zupy, chwilę jeszcze gotujemy.

      Doprawiamy do smaku.

      Zupa powinna chwilę „odpocząć”, po jakiejś godzinie będzie znacznie lepsza.

      Świetnie smakuje z razowym chlebem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Polewka ze Swystowego Sadu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 grudnia 2007 22:39
  • poniedziałek, 03 grudnia 2007
    • Sekrety kuchni tynieckiej

      Od paru dni wszędzie widać biegających za prezentami ludzi. Cóż, dodam, że nie jestem wyjątkiem. Mikołajowe paczki muszą być przygotowane, a tu już 3 grudnia! W tym pośpiechu i zabieganiu spotkało mnie dziś coś niezwykłego; chyba sam św. Mikołaj poprowadził mnie dziś do księgarni Biblosu i pociągnął w stronę półek z książkami (a miałam kupić tylko opłatki wigilijne!). I była tam TA książka!: Benedyktyńskie smaki i smaczki. Sekrety kuchni opactwa w Tyńcu. To kolejny, nieoczekiwany prezent św. Mikołaja. Ależ się ucieszyłam! W ogóle nie wiedziałam, że ma taka książka wyjść. I okazało się zresztą, że wydawca (Świat Książki) planuje ją dopiero na styczeń, i tylko taka pilotażowa przedsprzedaż gdzieniegdzie się trafiła. MNIE się trafiła! to dopiero jest coś!

      Tak lubię te stare klasztorne przepisy, i proszę: nowa książka czekała na mnie na półce. I to o kuchni w Tyńcu! który jest mi tak bliski.

      Kiedy dokładnie rok temu powstawała w Tyńcu wytwórnia i sklep produktów benedyktyńskich, i zaczynała działalność restauracja w klasztornych murach, pojechałam czym prędzej zobaczyć i popróbować ich specjałów. Na szczęście mam blisko do Krakowa, a stamtąd do Tyńca to się kiedyś chadzało pieszo, w ramach przechadzki, rzut beretem:)))

      To wtedy jadłam tam żurek, jak dla mnie nietypowy, bo z białym twarogiem, i spróbowałam go potem odtworzyć w domu. Tak wyglądał ten mój:

       

       

       

       

      A teraz, proszę, mogę sobie porównać, czy dobrze odgadłam składniki i sposób przygotowania. Żurek św. Placyda jest w książce.

      No, więc troszkę uboższa smakowo była moja wersja; nie pomyślałam, żeby dodać pieczarki, ogórek konserwowy i chrzan. No i na pewno nigdy nie pomyślałabym o marchewce. A tu jest.

      Natomiast Placyd nie pomyślał o ziemniaku i cebuli:)))) Muszę teraz zrobić jego wersję i porównać:)))

      Póki co, podaję mój przepis:

      jarzyny na wywar: 1 ziemniak, 1 cebula, 1 pietruszka, gruby plaster selera bulwiastego

      listek laurowy

      2 ziarnka ziela angielskiego

      ok. 100 ml zakwasu żurkowego (w płynie)

      250 ml śmietany 18%

      2 łyżki mąki

      4-5 grubych plastrów chudej kiełbasy

      10 dag sera białego - twarogu

      sól, pieprz

      spora szczypta majeranku

      ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę

      szczypta cukru

      sposób przygotowania:

       

      Jarzyny na wywar włożyć do rondla, zalać zimną wodą, tak, aby były dobrze przykryte wodą, dodać listek laurowy i ziele angielskie, lekko osolić i gotować do miękkości, ok. 30– 40 minut, uzupełniając wodą. Gotowy wywar odcedzić, odkładając jarzyny (nie będę już potrzebne).

      Do wywaru dodać kiełbasę pokrojoną w półplasterki (jeśli była szersza – to w ćwierćplasterki). Dodać zakwas żurkowy – trzeba uważać, żeby nie dać go zbyt dużo, aby żurek nie był zbyt kwaśny (ilość zależy od tego jaki mamy zakwas, ja miałam akurat dość ostry). Wsypać szczyptę majeranku, przeciśnięty ząbek czosnku i gotować około 10 minut.

      Śmietanę zahartować 1-2 łyżkami gorącego żurku, wymieszać z mąką i wlać do żurku, gotować ok. 5 minut. Dodać szczyptę cukru, pieprz, ewentualnie dosolić. Zostawić na jakieś 10 minut. Sprawdzić smak, ewentualnie doprawić (solą, pieprzem i majerankiem).

      Twaróg pokroić w kostkę (niezbyt dużą).

      Żurek wlać na talerze, dodać do każdego talerza twaróg.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 grudnia 2007 23:19
  • sobota, 01 grudnia 2007
    • Jakie powinny być ciasteczka?

       

      Zapytałam o to samą siebie, kiedy tylko skończyłam piec ciasteczka bostońskie z Kuchni Zielonego Wzgórza.

      Rozczarowały mnie te ciastka. Owszem, udały się; dobrze, pieguskowato wyglądają, są smaczne, ale.... Ale smakują jak ciasto, miękkie, piaskowo-czekoladowe ciasto; nie jest to jednak smak ciasteczek. Ciasteczka powinny być kruche i chrupiące. Taka jest moja definicja i ideał ciasteczek.

      Skusiłam się na wypróbowanie tego przepisu, bo w książce opisano, że słój z tymi ciasteczkami w domu Lucy Maud Montgomery cieszył się ogromną popularnością i był bezustannie opróżniany. Zrobiłam je więc, podjadam je nawet cały dzień po troszku, bo naprawdę są smaczne, ale.... tak byłam nimi rozczarowana, że nawet zdjęcia im nie zrobiłam!

      Zapominam więc o nich.

      Przepisu nie będzie :(((

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 01 grudnia 2007 23:16
  • piątek, 30 listopada 2007
    • Nokia Pink

      Mikołaj już na dobre zaczął rozdawanie prezentów. Znalazłam się na liście tych „grzecznych”, znalazło się miejsce w saniach i właśnie wczoraj różowiutką nokię 6085 renifery przywiozły!!!! J)

      nokia pink

      nokia

      Milutka jest! testuję sobie pomalutku jej możliwości, a są one – w stosunku do mojego starego Siemensa – niemałe!

      Tylko dzwonki nie w moim guście, trzeba będzie coś wyszukać w sieci.

      Hop! hop! Mikołaju! moc całusków!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 30 listopada 2007 14:52
  • czwartek, 29 listopada 2007
    • Labirynt Fauna

      Obejrzałam oscarowy film Guillermo del Toro z 2006 roku (premiera w Polsce – wiosna 2007); trzy Oscary  - za scenografię, zdjęcia i charakteryzację.

       labirynt

      Film, jak dla mnie, jest poruszający, ale dziwny. Bo tak:

      Mamy dwa wątki. Pierwszy - realny - Hiszpania, rok 1944, już po wojnie domowej, początki okrutnych rządów generała Franco, bezlitośnie zwalczany partyzancki ruch oporu.

      I drugi wątek – wymyślony, bajkowy świat małej Ofelii, o bogatej wyobraźni, której nikt z otoczenia nie akceptuje. Dziewczynka nie umie odnaleźć się w rzeczywistym, okrutnym świecie, tworzy więc własny świat, w którym jest odnalezioną po latach księżniczką podziemnego królestwa.

      To akurat nic dziwnego, taka ucieczka w świat fantazji jest częstym mechanizmem obronnym osób żyjących w sytuacjach stresowych.

      Poruszające i dziwne dla mnie było to, że dziewczynka stworzyła świat równie okrutny i straszny, jak ten, otaczający ją, realny. Owszem, dobro tam ostatecznie zwyciężyło (co w świecie rzeczywistym rzadko udaje się zobaczyć, a przynajmniej nie tak szybko!). Czy jednak dziewczynka, skoro już tworzyła swój świat, nie potrafiła stworzyć go pogodnym? Czy aż takie spustoszenia w jej psychice dokonał realny świat?

      A Oscary słusznie się należały: film bardzo starannie zrealizowany, z wielką dbałością o szczegóły, kolorystykę. Świat realny widzimy w barwach zimnych, zielono-niebieskich, świat bajkowy jest ciepły: żółto-pomarańczowy. A świat przedmiotów i strojów, zarówno tych realnych, jak i bajkowych – to prawdziwa uczta dla oczu: nie mogłam się napatrzeć na ubiory Ofelii, te wszystkie zakładki, szczypanki, falbany – cudo!

      Natomiast, gdyby mnie ktoś zapytał o muzykę w tym filmie – to kompletna pustka w głowie! Pamięta się te niespodziewane szmery, trzaski, skrzypienia, ale muzyka???? Nie wiem, jaka była. To podobno świadczy o tym, że film był znakomicie zrobiony.

      To prawda. Był znakomity.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 listopada 2007 11:08
  • poniedziałek, 26 listopada 2007
    • Kanapka Trześniewskiego

      Oglądałam w kuchni.tv program Para w kuchni poświęcony kanapkom. Od razu pomyślałam sobie, że muszę wypróbować pastę jajeczną, podawaną w wiedeńskiej kanapce Trześniewskiego.

      Temat kanapek jest mi szalenie bliski, uwielbiam je, a kiedyś, w głębokich czasach PRL-u, to właśnie kanapki były podstawowym daniem imprezowym. Kiedy w sklepach, zamiast towarów były puste półki, kanapki święciły triumfy, bo dało się je zrobić niemal z niczego. A jakie były kolorowe!

      Nie wiedziałam, że polska kanapka (rodzina Trześniewskich to Polacy) jest tak popularna w Wiedniu. Bardzo lubię klimat tego miasta, może dlatego, że jest tak podobny do mojego ulubionego Krakowa? I koniecznie muszę kiedyś wpaść na Dorotheergasse, gdzie serwują te kanapki; już sobie zapisałam w przewodniku adres.

      Póki co, w weekend zrobiłam podstawową wersję kanapki Trześniewskiego, mhmmm, pychota!

       

       

       

      Jak się ją robi?

      Kanapka ma mieć rozmiar 4,5 x 8 cm, chleb ma być ciemny, razowy.

      Ugotowałam 4 jajka na twardo, trzy z nich posiekałam w drobną kostkę, dodałam pół małej cebulki drobniutko posiekanej, lekko osoliłam, dodałam pieprz czarny, i łyżeczkę majonezu Babuni (Hellmans). Roztarłam razem widelcem.

      Kromki chleba posmarowałam masłem, obłożyłam pastą i na wierzch dałam plasterki tego czwartego ugotowanego jajka.

      Bo testowałam kanapkę "jajko z jajkiem", czyli słynną pastę jajeczną ozdobioną plasterkiem jajka na twardo - tę kompozycję sprowokowali sami konsumenci, którzy pytali o kanapki z samą pastą jajeczną, która była największym przebojem Trześniewskiego ... od zawsze. A żeby nie było "nudno" optycznie, postanowiono ozdobić kanapkę słoneczkiem z plasterka jajka.

      Oczywiście, można do pasty dodawać różne dodatki, np. szczypiorek, ogórek kiszony lub konserwowy, grzybki marynowane, twaróg. Możliwości są niemal nieograniczone.

      Bufet z kanapkami otworzył w Wiedniu w 1902 roku Krakowianin, Franciszek Trześniewski, który tu przybył na przełomie XIX i XX wieku. I tak powstał jeden z pierwszych fast foodów  w EuropieJ)))

      Klient z ulicy zamawia przeciętnie cztery kanapki. A do tego tak zwany "Pfiff",  czyli 1/8 litra piwa.

      Od założenia firmy produkuje się stale te same 18 rodzajów past kanapkowych według niezmienionych przepisów. Po 1978 roku, kiedy sędziwa Maria Trześniewska oddała firmę spółce handlowej Demmers Teehaus, rozszerzono paletę do 21 rodzajów. Z pierwotnego zestawu wycofano tylko jedną kompozycję o nazwie "zielona papryka", bo było na nią coraz mniej amatorów. Doszły natomiast pasty marchewkowo-twarożkowa i tuńczykowa, a na stuletni jubileusz firmy podano również kanapki z łososiem. 

      A wracając do tematu kanapek w programie Para w kuchni – to zszokowała mnie kanapka (chyba) kopenhaska: na posmarowanej kromce chleba układa się plastry ugotowanego ziemniaka, na to plastry cebuli i voila! pięć euro!!! Czysty biznes!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kanapka Trześniewskiego”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 listopada 2007 22:34
  • niedziela, 25 listopada 2007
    • Czy marengo to kolor?

      - Czy marengo to kolor? – zapytał Zet, kiedy przedstawiałam mu propozycję menu na party, i doszliśmy do pozycji: kurczak marengo.

      - Ależ tak! to kolor ciemnoszary.

      - Kurczak na szaro? – Zet był dość sceptycznie nastawiony.

      Ale potrawa nie była szara, była apetycznie czerwono-brązowa.

       

       

      A tak ją robiłam:

       

      podwójna pierś kurczaka

      2 ćwiartki kurczaka (udko z kawałkiem piersi)

      2 cebule

      20 dag świeżych grzybów (ja miałam pieczarki i boczniaki)

      mała puszka pomidorów pelati (250 g)

      1 ząbek czosnku

      ok. szklanki białego półwytrawnego wina

      2 łyżki mąki

      oliwa, masło

      sól, pieprz, zioła prowansalskie, tymianek, mielona wędzona papryka

      Najpierw oddzielamy mięso od kości i kroimy na niezbyt duże kawałki. Układamy je w misce, posypujemy przyprawami, skrapiamy oliwą, nakrywamy folią i chłodzimy w lodówce kilka godzin.

      Po tym czasie rozgrzewamy w dużej, głębokiej patelni oliwę, dodajemy nieco masła i smażymy kurczaka z wszystkich stron. Zmniejszamy ogień i przykrywamy.

      Cebulę siekamy w drobną kostkę, grzyby w paseczki. Na drugiej patelni rozgrzewamy resztę oliwy i masła, wrzucamy cebulę i grzyby i podsmażamy, aż wyparuje sok, który grzyby puszczają. Przekładamy je do patelni z kurczakiem. Dusimy razem na malutkim ogniu.

      Na patelnię po grzybach przekładamy pomidory z puszki, rozgniatamy je,. doprawiamy solą, pieprzem, tymiankiem i papryką, dodajemy przeciśnięty ząbek czosnku. Powstały sos przekładamy do kurczaka. Dolewamy ok. pół szklanki wina i dusimy potrawę, ok. 30-40 minut, dolewając po trochu wina. Pod koniec duszenia niewielką ilość wina mieszamy z mąką i dodajemy do potrawy. Chwilę razem gotujemy, po czym wyłączamy gaz. Smaki winny się przegryźć, trzeba im dać na to czas.

      Na drugi dzień potrawę podgrzewamy i doprawiamy.

      Podajemy z makaronem zwiniętym w kulkę (lub ryżem) i sałatą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 listopada 2007 23:53
  • piątek, 23 listopada 2007
    • Kurczak Marengo

      To historyczna potrawa; podana Napoleonowi tuż po zwycięskiej bitwie pod Marengo we Włoszech.

      Ta bitwa była decydująca w drugiej kampanii włoskiej Napoleona. Stoczona została w dniu 14 czerwca 1800 r. z armią austriacką. Bitwa zakończyła się zwycięstwem Francuzów, a jej następstwem było wycofanie się Austriaków z Włoch. Zwycięski wynik bitwy utrwalił pozycję Napoleona we Francji, porażka mogła oznaczać jego całkowitą klęskę.

      A tak to mniej więcej wyglądało:

       

       

       

       Tyle historii, a teraz sprawa potrawy.

      Miałam z nią trochę kłopotu. Okazało się, że funkcjonują dwie potrawy, pretendujące do miana tej, którą podano pod Marengo Małemu Kapralowi: kurczak i cielęcina. Ale to jeszcze nie koniec kłopotów: czy były w potrawie pomidory? Czy ich nie było? (w wydanej niedawno Encyklopedii Kuchni Włoskiej ich nie ma).Wertując różne książki kulinarne i to, co jest w necie, zdołałam ustalić, że Napoleonowi podano jednak kurczaka; cielęcina (jako bardziej eleganckie i wykwintniejsze mięso) to późniejsza modyfikacja przepisu, i większość źródeł uwzględnia pomidory w przepisie. Po prostu zrobiono mu potrawę ze składników, które akurat kucharz miał pod ręką: kurczak, pomidory, grzyby, cebula, oliwa, białe wino.

      I dobrze. Mój kurczaczek od wczoraj się już przegryza, dziś będę go ostatecznie doprawiać. Ale już to, co jest, smakuje super. Podoba mi się ten przepis.

      A cielęcinę kiedyś też można by wypróbować.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 23 listopada 2007 14:40
  • środa, 21 listopada 2007
    • Test zupy przed sobotnim party

      Wyszukałam sobie przepis na włoską zupę Vesubio, właśnie go przetestowałam i pożarłam uzyskany produkt łapczywie!!! Ledwo zdążyłam pstryknąć fotkę. Zupa jest pyszna, taka w sam raz na zimowe wieczory. 

       

       

       

       

       

      A przepis pochodzi z książki: Zupy na cały rok, autorstwa Francuza, Brata Victora, benedyktyna w opactwie Notre Dame w Millbrook w stanie N.Y.

      Bardzo sobie cenię klasztorne przepisy, zwykle są pyszne, a zarazem proste.

      A ta książka należy chyba do najlepszych książek o zupach, jakie mam w swojej biblioteczce. Robiłam już z niej klasztorną minestrone i cukiniową, obie były super!

      I jeszcze taka ciekawostka: jest w niej zamieszczony przepis na zupę polską z kaszą jęczmienną. Sądząc z opisu, chodzi o krupnik. Raczej jest to poprawny przepis, aczkolwiek wśród dodawanych jarzyn wymieniono seler naciowy! Kto w Polsce dodałby do krupniku seler naciowy????? Myślę, że wynika to z faktu, że w Ameryce, gdzie brat Victor gotuje, seler bulwiasty jest – jak słyszałam – niemal na wagę złota. Za to naciowy jest w powszechnym użytku, na co dzień.

       

      okladka

       

      A`propos selera naciowego: przypomniała mi się historyjka, kiedy – spory kawałek temu – usiłowałam kupić na mojej prowincji seler naciowy. Wtedy jeszcze nie był tak popularny, i u nas był zupełną nowością, o której mało kto słyszał. Szukałam bezskutecznie po sklepach, w końcu zdesperowana i raczej bez nadziei, pomyślałam: zapytam na targu. Zapytałam.

      „Baba”, która na swoim miejscu na stole miała zawsze wszystko, co klientki mogą pragnąć, mówi:

      - Zaraz, gdzieś tu był...

      Ja wytrzeszczyłam z niedowierzaniem oczy.

      Niepotrzebnie.

      „Baba” wyciągnęła z zawiniątek nać selera bulwiastego. I nie mogła zrozumieć, o co mi właściwie chodzi.:)))))

      Ale czas na zupkę Vesubio:

      4 ziemniaki

      4 marchewki

      1 duża cebula

      1 czerwona papryka

      250 g mozarelli

      2 l bulionu warzywnego (ja dałam z kostki)

      oliwa

      sól, pieprz, mielona papryka (najlepiej wędzona)

      Ziemniaki i marchew obrać, pokroić w kostkę, wrzucić do rondla, zalać bulionem i gotować do miękkości. Zmiksować. Jeśli zupa będzie zbyt gęsta, dolać wody.

      Cebulę pokroić w bardzo cienkie półplasterki, paprykę - w paski (po wyjęciu pestek, rzecz jasna). Rozgrzać lekko oliwę, wrzucić cebulę i zeszklić ją, dodać paski papryki i chwilę jeszcze podsmażyć. Dodać cebulę i paprykę do zupy, przyprawić solą, pieprzem i mieloną papryką, gotować razem ok. 20 minut.

      Zupę rozlać do kokilek i do każdej dodać 2-3 plasterki mozarelli. Wstawić do gorącego piekarnika na kilka minut, aż się ser rozpuści (lub do mikrofalówki, 1-2 minuty na pełną moc).

      Podawać z razowym chlebem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Test zupy przed sobotnim party”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 21 listopada 2007 00:22

Kalendarz

Kwiecień 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Wyszukiwarka

Tagi

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl