Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy

  • piątek, 28 września 2007
    • Ciasto ze śliwkami

      Czas na weekendowe ciasto.

      Ponieważ jesień coraz częściej nam o sobie przypomina (zimne wieczory i ranki, częste mgły, a i deszcze nas nie omijają), to ciasto będzie jesienne, ze śliwkami.

       

       

       

       

      Robiłam je z przepisu Anusiaczka.

      Chyba każdy zna Anusiaczka? i jej smakołyki? Nie? nie każdy? No to najwyższy czas zaznajomić się z jej kulinarną twórczością :))))

      Jej ciasto ze śliwakmi  to typowo domowy, urokliwy placek do weekendowej kawy. Proporcje są w nim takie, jak lubię: nie za wysoka warstwa ciasta i dużo, dużo, dużo owoców na wierzchu. Po zmiksowaniu wszystkich składników ciasto jest tak gęste i zwarte, że żadna śliwka nie śmie opaść na dno!

       

       Składniki

       

      4 jajka

      20 dag masła

      20 dag cukru

      20 dag mąki

      1 łyżeczka proszku do pieczenia

      sok z 1 cytryny

      ok. 75 dag śliwek

      cukier puder do posypania

       

       Sposób przygotowania

       

      1. Śliwki myjemy, wyjmujemy pestki.

      2. Masło ucieramy do białości, gdy gotowe cały czas ucierając, dodajemy po 1 żółtku na przemian z cukrem (wsypujemy go stopniowo po łyżce).

      3. Z białek ubijamy sztywną pianę. Mąkę przesiewamy z proszkiem do pieczenia. Do utartej masy dodajemy po łyżce piany i mąki z proszkiem, cały czas mieszając (ja robię to mikserem) aż do wyczerpania składników. Na końcu mieszamy ciasto z sokiem cytrynowym.

      4. Ciasto wlewamy na wyłożoną pergaminem blachę, na wierzchu układamy połówki śliwek. Wstawiamy do pieca nagrzanego do 200 stopni i pieczemy 40 minut.

      5. Po wystudzeniu posypujemy cukrem pudrem.

       

       Zapraszam!

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 28 września 2007 23:53
  • wtorek, 25 września 2007
    • Nowe garnki

      Nadszedł czas na zmiany w mojej kuchni. Forumowe rozmowy, rzut oka tu i tam, i okazało się, że garnki BergHoff mogą być tym, czego potrzebuję:))) Kupuję komplet, nie chce kupowania na sztuki, bo podoba mi się jednolity wystrój akcesoriów kuchennych. Wybór pada na model COSMO. Moim zdaniem te garnki są śliczne.

       

       

      Wybór garnków, to nie jest takie hop siupJ)) Jedno było pewne, że mają być stalowe, ciężkie, o grubym warstwowym dnie. Mają być skonstruowane według nowoczesnych, na miarę XXI wieku technologii. A wszystko inne trzeba było przemyśleć: kształt garnka (bardziej okrągły i niższy, czy też smuklejszy, ale wyższy), sprawę  rączek (stalowe czy też z tworzywa, odstające, czy raczej przyległe), rodzaj pokrywek (szklane czy stalowe nieprzeźroczyste, a u Berghoffa : z termometrami czy bez).

      Na szczęście nieistotne jest dla mnie, czy mogą być myte w zmywarkach czy też nie; nadal nie odczuwam potrzeby posiadania zmywarki.

      Wybrawszy firmę, studiuję dostępne modele. W zestawie charm nie podobały mi się rączki, nie lubię takich masywnych zabudowanych (i nie jestem pewna czy one nadawałyby się do piekarnika). W tulipie niezbyt podoba mi się kształt garnka, a to jednak ważne, żeby na co dzień patrzeć na miłe rzeczy, a nie ciągle myśleć, że coś jest nie tak z tym kształtem. Ale to oczywiście bardzo indywidualna sprawa.

      Cosmo ma rączki stalowe, niezbyt wysunięte, ale chyba wystarczająco wygodne. Rączki zeno mi się podobały, ale z kolei te sporo odstające rączki zabierają dużo miejsca w szafkach, a to dla mnie sprawa nie bez znaczenia.

      Będę musiała przyzwyczaić się do pokrywek stalowych, które ma cosmo; do tej pory miałam szklane. Z tym, że tak prawdę powiedziawszy, kiedy coś się w garnku gotuje, to zwykle pokrywka jest tak zaparowana, że nawet jak jest szklana, to i tak nie widać co się dzieje w środku.

      Jak widać, ten wybór to kwestia oczywiście wielu kompromisów.

      No, cena była istotnym czynnikiem decyzyjnym. Berghoff plasuje się ze swoją ofertą na środkowej półce cenowej. Z tym, że przeżyłam szok porównując ceny u przedstawiciela firmy w Internecie, z tymi w sklepach mojego miasta. Nie chciałam wierzyć, że jest tak wielka przebitka cenowa w sklepach, sięgająca od 250 do 400 zł na komplecie. Takie wysokie marże sklepowe???? o, nie, koleżanki.

      Kupiłam garnki w Internecie. Szybko, sprawnie, z dostawą do domu zupełnie gratis, z telefonami miłej pani, potwierdzającej zamówienie i sprawdzającej prawidłowość danych. W każdej chwili mogłam też śledzić kolejne etapy swojej transakcji w Internecie.

       

      Dziś będzie pierwsza zupa w nowym garnku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 września 2007 15:04
  • poniedziałek, 24 września 2007
    • Sesja zdjęciowa mojego kota

      Było piękne, niedzielne popołudnie, słońce miło grzało, tak w sam raz, czas więc, Balbinko, się przewietrzyć! Patrz, jak pięknie na oknie!

       

       

       

       

      Hej! ale tam za oknem coś warczy i huczy! ratunku!!!!

      Niemądra kicia; to tylko autobus.

       

       

       

       

      Hola, a co wy robicie z tą firanką???? zawsze była zasunięta! a teraz? jakoś inaczej wygląda ten świat

       

       

       

       

      Ach te innowacje! i głaskania! Sierść zmierzwiona, każdy włos w inną stronę, wrrrrr…. Czas na toaletę; jestem porządną kotką, patrzcie, jak się myję! Pani poczeka! jak skończę, wyliżę Pani ręce; chwilunia, dobra???

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 września 2007 23:44
  • niedziela, 23 września 2007
    • Pan Tadeusz - który to już raz?....

      Opis grzybobrania w Panu Tadeuszu skłonił nas do ponownego obejrzenia filmu. To jest film, którego nigdy nie ma się dosyć, i zawsze, prędzej czy później, do niego się wróci.

      Pan Tadeusz

      Ile razy oglądam ten film, zawsze dopada mnie wzruszenie; jakiś dźwięk, jakiś gest, jakiś obraz, i nie można oprzeć się łzom. Zet popatrywał na mnie spod oka. A ja patrzę na siebie i ciągle zdumiona tą swoją reakcją myślę, że te łzy, to nie jest jednak jakiś tam sentymentalizm, lecz obraz, dźwięk, słowa są tak piękne, że aż nie ma jak uzewnętrznić swego zachwytu, i łzy są jego wyrazem. Ten film porusza ukryte we mnie marzenia, tęsknoty, unaocznia wartości, które cenię... Jest  kwintesencją polskości; zwyczajów i rytuałów, zachowań, reakcji, zalet, ale i jednocześnie wad narodowych, tak widowiskowych, że aż wzruszających swą spontanicznością.

      Przypomina też niemodny dziś patriotyzm. Obecnie, w czasach globalnej wioski, element patriotyzmu stał się mniej jakby istotny, ale przecież ciągle jeszcze ściska gardło dźwięk mazurka Dąbrowskiego.

      Dziś przemierzając paryski bruk, inaczej się myśli o Polsce, bo przecież wie się, że w każdej chwili można do tej Polski wrócić, i człowiek cieszy się paryskimi klimatami. Nie ma tej szalonej mickiewiczowskiej tęsknoty. Ale też przemierzając bruki obcych miast, nadal czuję się tam tylko chwilowym przechodniem...

      Przed projekcją Pana Tadeusza obowiązkowo parzę dobrą, aromatyczną kawę, bo kiedy zobaczy się parującą filiżankę kawy na ekranie i cały rytuał jej parzenia, to musi się mieć takową pod ręką:)))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 września 2007 21:47
  • piątek, 21 września 2007
    • Grzybów było w bród…

       

       

      A więc mamy jesień i czas grzybów. Cóż, to już nie te czasy, kiedy się szło na grzybobranie, kiedy lasy w okolicy były piękne, trawa zielona, i kosze uginały się od zebranych własnoręcznie grzybów. Teraz zostały mi łowy na targu, i trzeba przyznać, że choć są mniej emocjonujące, to jednak niosą satysfakcję. Czyż nie piękne prawdziwki udało mi się kupić?

       

       

       

       

       

       

       

      Zanim jednak te grzyby trafią do garnka, wyjmuję z półki Pana Tadeusza, bo nieodparcie przychodzi mi na myśl grzybobranie w nim opisane, i film Wajdy, w którym ta scena należy do jednej z najpiękniejszych; ten tajemniczy, osnuty mgłą las, te błądzące postaci w przeźroczystych wierzchnich szatach, te słomiane kapelusze, zwiewne szale, te wiklinowe kosze….

      Ach, pochodziłoby się tam z nimi….

      A Mickiewiczowski opis grzybów to naprawdę mistrzostwo słowa:

       

       

       

      Grzybów było w bród: chłopcy biorą krasnolice,

       

      Tyle w pieśniach litewskich sławione l i s i c e,

      Co są godłem panieństwa, bo czerw ich nie zjada,

      I dziwna; żaden owad na nich nie usiada.

      Panienki za wysmukłym gonią b o r o w i k i e m,

      Którego pieśń nazywa grzybów półkownikiem.

      Wszyscy dybią na r y d z a; ten wzrostem skromniejszy

      I mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy,

      Czy świeży, czy solony, czy jesiennej pory,

      Czy zimą. Ale Wojski zbierał m u c h o m o r y.

      (…)

      Na zielonym obrusie łąk jako szeregi

      Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi

      S u r o j a d k i srebrzyste, żółte i czerwone,

      Niby czareczki rożnem winem napełnione;

      K o ź l a k, jak przewrocone kubka dno wypukłe,

      L e j k i, jako szampańskie kieliszki wysmukłe,

      B i e 1 a k i  krągłe, białe, szerokie i płaskie,

      Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie,

      I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona

      P u r c h a w k a, jak pieprzniczka… 

       

      Pan Tadeusz, Księga III: Umizgi

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 21 września 2007 11:50
    • Bajkowa parada

       

      Wracałam dziś z pracy, śpiesząc się oczywiście, jak zwykle, ale zatrzymała mnie na ulicy  barwna i głośna grupa dzieci; trwała prezentacja zespołu ludowego, a obok, dla chętnych, dobierano bajkowe stroje i malowano na twarzach gwiazdki, koła i inne bajkowe emblematy.

      - Dorosłych też malujemy :))) - uśmiecha się jedna z animatorek, widząc moje zaciekawione spojrzenie – zaraz będzie bajkowa parada! Będą postacie z bajek, bicykliści, szczudlarze i dinozaury. Zapraszamy!

      Okazuje się, że właśnie trwa Festiwal Twórczości Artystycznej Uczniów Szkół Podstawowych i Gimnazjalnych "POD SZCZĘŚLIWĄ GWIAZDĄ" i animatorzy z Centrum Inicjatyw Społecznych „Horyzonty” prowadzą gry i zabawy dla przechodniów. Bicykle już czekają:

       

      Pokusa, aby wrócić w świat dzieciństwa, jest prawie nie do odparcia:))))  Resztką zdrowego rozsądku uprzytamniam sobie, ile jeszcze spraw dziś na mnie czeka, i .... odchodzę.:((((

      Chyba już niemożliwe są takie powroty w bajek świat....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 21 września 2007 01:34
  • wtorek, 18 września 2007
    • Zupa pomidorowa

      Klasyka domowej kuchni

       

       

      Zawsze myślałam, że nie ma nic prostszego od zupy pomidorowej. Pamiętam z dzieciństwa, że kiedy mama zaczęła pracować zawodowo i musiałyśmy z siostrą włączyć się w prowadzenie domu, to już w czwartej klasie podstawówki umiałam robić zupę pomidorową. I bardzo byłam z tego dumnaJ)))

      Tak się niedawno zdarzyło, że nie zdążyłabym zjeść obiadu w domu i musiałam coś przegryźć na mieście. W zestawie lunchowym była pomidorowa, pomyślałam: świetnie, na pewno będzie pyszna. Ależ się myliłam! zupa była naprawdę niesmaczna. Okazuje się, że można zepsuć nawet pomidorówkę!

       

      To może ja podam nasz domowy przepis, jak zrobić, żeby była dobra:

      5 pomidorów

      1 cebula

      2 marchewki

      1 pietruszka

      kawałek selera bulwiastego

      sól, pieprz, szczypta ostrej papryki, szczypta cukru, zioła prowansalskie

      200 ml gęstej kwaśnej śmietany (18 lub 22%)

      2 łyżki mąki

      natka pietruszki

      łyżka oliwy, łyżka masła

      Cebulę, marchewki, pietruszkę i seler zalać wodą, lekko osolić, gotować do miękkości.

      Z pomidorów odciąć końcówki (tam gdzie ogonek), pokroić je na kawałki. W szerokim rondlu rozgrzać olej i masło, wrzucić pomidory, podlać niewielką ilością gorącej wody, dusić pod przykryciem, aż rozpadną się na miazgę.

      Warzywa odcedzić. Do wywaru warzywnego przetrzeć łyżką przez durszlak (lub sito) uduszone pomidory, chwilę razem pogotować, doprawiając solą, pieprzem, papryką, ziołami prowansalskimi, szczyptą cukru. Utrzeć na grubej tarce jedną z ugotowanych marchewek, dodać do zupy.

      Mąkę rozetrzeć ze śmietaną, zahartować kilkoma łyżkami zupy, wlać całość do garnka z zupą, chwilę pogotować.

      Podawać z ugotowanym osobno ryżem (lub makaronem), posypać natką pietruszki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 września 2007 00:28
  • poniedziałek, 17 września 2007
    • Kuchnia polska według amerykańskiej TV:))

       

      Czekałam z niecierpliwością na emisję programu amerykańskiej TV: Dania w pół godziny, prowadzonego przez Rachael Ray, który miał być poświęcony kuchni polskiej. Ciekawe, co Rachael zaproponuje, jako typowe polskie danie?

      Więc najpierw były pierogi. Ooo, tak. Ale po pierwsze: kupione w supermarkecie? mrożone? Koleżanko, pierogi lepi się u nas samemu; i dodam, że trwają zupełnie poważne dyskusje nad rodzajem ciasta na pierogi (dodawać wodę letnią? czy też wrzątek? masło? czy olej? a może żadnego tłuszczu nie trzeba? całe jajko? czy tylko żółtko?). Ale gdyby nawet przyjąć pierogi kupne, to na pewno nie tak się je gotuje, jak Rachael przedstawiła i na pewno nie podaje się ich z sosem. To chiński sposób na pierożki, a to jednak spory kawałek dalej na wschódJ)))

      Podany sposób gotowania (czy też smażenia) pierożków jest bardzo fajny: na głęboką patelnię daje się trochę tłuszczu, układa pierogi (tylko jedna warstwa), podlewa gorąca wodą i dusi do miękkości. Tylko u nas w Polsce nikt tak pierogów nie robi! u nas wrzuca się je po prostu na wrzątek i gotuje ok. 5 minut od wypłynięcia.

      I drugie zaproponowane danie: kiełbasa z kiszoną kapustą. O! myślę sobie: fajnie, coś w rodzaju bigosu? Otóż nie, straszny jakiś dziwoląg kulinarny nam pokazano. Kiełbasę Rachael pokroiła w plastry i podsmażyła. Potem na drugą patelnię wrzuciła posiekaną czerwoną cebulę (u nas to raczej rzadkość, powszechnie używa się białej cebuli) i zapowiedziała: a teraz dodamy posiekany jarmuż! Zet, który oglądał ze mną program (nota bene rdzenny Polak z dziada pradziada), pyta:

      - A co to jest jarmuż?

      Otóż to! kto w Polsce zna i je jarmuż? Z czasów PRL-owskich się go głównie pamięta; był typową zieloną ozdobą półmisków z wędlinamiJ))) nikt go oczywiście nie jadłJ)))

      Ale wracajmy do przepisu: mamy na patelni cebulę, jarmuż, do tego Rachael dorzuca trochę kiszonej kapusty, miesza z kiełbasą. I typowa polska potrawa gotowaJ))))

      Lubię program Rachael Ray. Ale tym razem, to niezbyt się przyłożyła do tematu.

       

      Swoją drogą to zastanawiam się, co bym wymieniła, zapytana o typową polską potrawę. Te pierogi, tylko po polsku? Może bigos?

      A typowy polski niedzielny obiad to chyba ciągle nadal: rosół z makaronem i schabowy z ziemniakami i duszoną kapustą. Z rosołem mogłaby chyba konkurować zupa pomidorowa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 września 2007 13:31
  • piątek, 14 września 2007
    • Zmienny kolor hortensji

      Lubię bardzo te staroświeckie nieco kwiaty i od wielu lat są nieodłącznym elementem moich bukietów suszonych na zimę.

      Dziś zadziwiły mnie te kwiaty -  mijane niemal co dzień w przyulicznym ogródku – wiosną były niebieskie, po jakichś dwóch miesiącach zmieniły barwę na seledynowo-zielone, a dziś widzę, że niektóre płateczki zaczynają przybierać barwę bordową.

      hortensje

      (zdjęcie z sieci)

      Czytałam, że o kolorze tych kwiatów decyduje kwasowość ziemi, w której rosną. Na glebach bardziej zasadowych, kwiaty będą różowe bądź czerwone. Aby uzyskać niebieską barwę kwiatów, glebę należy zakwasić, nawożąc ją siarczanem amonu lub siarczanem potasu.

      Tak, czy inaczej, kwiaty zmieniły barwę. Przypomniało mi to, że najwyższy czas przystąpić do robienia suszekJ))) Niebieskich nie suszyłam, bo nie wychodzą ładnie; pomarszczyły się.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 14 września 2007 14:10
  • czwartek, 13 września 2007
    • Sos pomidorowy lekko rozbielony

      Teraz najlepszy czas na pomidory; ładnie wyrosły, są dojrzałe, jędrne, słodkie. Czas więc na przykład na sos pomidorowy. Trochę czasu zajmie jego przygotowanie, ale jaki on ma cudowny smak! Naturalną słodycz pomidorów podkreśla dodana marchewka, pikanterii dodają przyprawy, a śmietana sprawia, że otrzymujemy piękny kolor: nie czerwony, nie orange, będzie to lekko rozbielony łosoś. Bardzo lubię dodatek  śmietany do potraw z pomidorów, to znakomity mariaż!

       

       

      Bierzemy więc:

      5 pomidorów

      1 dużą cebulę

      1 marchewkę

      2 ząbki czosnku

      2-3 łyżki oliwy

      1 łyżkę masła

      2 łyżki kwaśnej gęstej śmietany (22 lub 18 %)

      sól, czarny pieprz, łyżeczkę suszonego oregano, szczyptę mielonej ostrej papryki, sporą szczyptę cukru

       

      Pomidory trzeba naciąć na krzyż i zanurzyć na jakieś 2 minuty we wrzątku, po czym obrać ze skórki (po takiej kąpieli skórka łatwo zejdzie). Kroimy je na kawałki.

      Cebulę obieramy i kroimy w kostkę, podobnie kroimy obrane ząbki czosnku.

      Marchewkę obieramy i ścieramy na grubej tarce.

      W rondlu rozgrzewamy oliwę, dodajemy masło i kiedy się roztopi wrzucamy cebulę, czosnek i po chwili marchewkę. Podgrzewamy kilka minut, mieszając, i podlewamy niewielką ilością gorącej wody. Kiedy zagotuje się całość, wrzucamy pomidory i lekko przyprawiamy (trzeba dodawać przyprawy po troszku, aż uzyskamy smak, który nam odpowiada). I teraz na malutkim ogieńku gotujemy sos, bez przykrycia, od czasu do czasu mieszając, jakąś godzinę co najmniej, a w miarę, jak będzie gęstniał, zwiększamy intensywność mieszania; raczej trzeba będzie stać przy garnku, bo taki sos lubi się przypalać. Kiedy już wszystko będzie rozgotowane, miksujemy całość na jednolitą masę. Na końcu dodajemy śmietanę i ewentualnie jeszcze doprawiamy do smaku.

      Pyszny do makaronów i jarzyn (np. do kalafiora).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 września 2007 00:08
  • środa, 12 września 2007
    • Logistyka mojego sobotniego przyjęcia

      Słówko, które zrobiło karieręJ)))

      kiedyś te moje bazgroły na karteczkach, co i kiedy zrobić, żeby zdążyć na czas i o niczym nie zapomnieć, nawet nie miały nazwy, ot, zwykłe karteczki noszone w kieszeni żakietu. A teraz, proszę! nazywam to logistyką. Cóż, bycie ekonomistą zobowiązujeJ)))

      Dla porządku zajrzałam sobie do wikipedii co do definicji: „Logistyka jest terminem opisującym proces planowania, realizowania i kontrolowania sprawnego i efektywnego ekonomicznie przepływu surowców, materiałów, wyrobów gotowych oraz odpowiedniej informacji z punktu pochodzenia do punktu konsumpcji w celu zaspokojenia wymagań klienta. Uproszczoną definicję przedstawia reguła "7R" (ang.) - right product, right quantity, right value, right place, right time, right customer, right price (pol. zapewnienie dostępności właściwego produktu we właściwej ilości, we właściwym czasie, właściwej jakości, właściwym miejscu, właściwemu klientowi we właściwej cenie).”

      Pięknie. Zaplanować, zrealizować, sprawdzić.

      Planowanie zawsze było moją specjalnością; umiem pięknie rozpisać, kiedy i co powinno być zrobione. A moim słabym punktem zawsze była realizacja; ciągła pokusa: a, co tam! zrobię to jutro, dziś jestem zmęczona/nie chce mi się/itp. I cała konstrukcja misternego planu waliła się, i potem trzeba było odrabiać stracony czas, i zawsze tego jednego dnia brakowało… No, ale nie zawsze jestem taka niezdyscyplinowanaJ))

      Zajrzyjmy do karteczek przed sobotnim party, co tam jeszcze zostało do zrobienia. Jak na razie opóźnień nie ma, z jednym wyjątkiem – nie kupiłam jeszcze ziemniaków, bo mi się nie chciało podejść w drodze do domu 50 m dalej, uuuuu! miałam je kupić w poniedziałek; dzisiaj muszę nadrobić. Co więc mamy?

      Środa: wieczór - kupić ziemniaki, zrobić marynatę do cielęciny, przygotować projekt ozdobnego menu na stół

      Czwartek: rano - kupić pomidory, sałatę, gruszki, cytrynę; wieczór - ugotować cukiniową zupę-krem, ugotować cielęcinę

      Piątek: rano – lecieć do Alberta po bagietkę wiejską! jak nie będzie, kupić jakąkolwiek; wieczór - upiec placek mokka z gruszkami, zrobić sos tuńczykowy, ugotować makaron

      Sobota: przed południem: nakrycie i dekoracja stołu oraz stolika do kawy, przygotować sałatkę caprese, otworzyć o 14 wino

      Potem to już żywioł: podgrzewanie, podawanie, bawienie gościJ)))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 12 września 2007 10:27
  • poniedziałek, 10 września 2007
    • Sos Worcester

      Powinnam sobie powtarzać jak mantrę slogan znanej reklamy: prawie robi wielką różnicę!

      A chodzi o sos Worcester, ten bardzo sławny angielski sos. Przyjrzyjmy się: który jest prawdziwy? znaczy się oryginalny? Nazwa taka sama, wzornictwo liter podobne…

       

       

      Używałam tego sosu już jakiś czas, i bardzo mi smakowo odpowiadał. Aż tu nagle na portalu MniamMniam przeczytałam o nim artykuł. Sięgnęłam do lodówki, i o zgrozo! widzę że używam jakiejś podróbki! Na mojej butelce figuruje nie firma Lea & Perrins, lecz jakaś firma Sharwoods. Kupiłam ten sos kierując się nazwą, i nie zwracałam uwagi na producenta, bo nie znałam historii sosu, ani jego autorów. Nie myślałam, że ktoś inny może używać oficjalnie na rynku cudzej nazwy :(((  

      Trzeba poznać prawdziwy smak tego sosu; wyruszyłam więc w moją prowincjonalną wioskę na polowanieJ))

      I teraz już wiem. Prawdziwy Worcester firmy Lea&Perrins ma smak bardzo złożony: pierwsze wrażenie to smak słodkiej śliwki, złamanej cebulą, otulonej jakby delikatnym sosem sojowym, gdzieś tam na końcu czuje się ostrość chyba papryki i octu… Niełatwo odkryć wszystkie składniki.

      A co proponuje firma Sharwoods? Smak sosu sojowego, papryka, ostrość. Żadnych niuansów, kolejnych nut smakowych. Prawie robi wielką różnicę!

      Zła jestem, że tak mnie wmanewrowano! Myślałam, że smakuję Worcester, rozmawiałam o nim, a w gruncie rzeczy nie miałam pojęcia o czym mówię. I jeszcze zarobili na mojej ignorancji, bo podróbka wcale nie była tańsza!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 września 2007 15:17
  • niedziela, 09 września 2007
    • Święto fasoli "Piękny Jaś"

      No i nadal pogoda taka, że psa by nie wygnał:((( A zastanawiałam się nad wyjazdem do pobliskiego Zakliczyna, na obchodzone tam doroczne święto fasoli. Ale deszcz i wiatr skutecznie mnie zniechęciły.

      (zdjęcie z sieci)

      Miała tam być robiona potrawa regionalna: Gulasz fasolowy z Zakliczyna. Opublikowano nawet potrzebne składniki, w ilości, rzecz jasna, imprezy plenerowej:

      - 200 kg fasoli

      - około 100 kg wędzonki

      - ponad 120 kg mięsa

      - 30 główek czosnku

      - 40 kg cebuli

      - 100 kg papryki

      - 20 kg mąki

      - 30 kg marchwi

      - 30 kg pietruszki

      - 40 jajek

      Mogłabym się pokusić o opracowanie receptury bardziej detalicznej, i mniej więcej wiadomo, co trzeba by zrobić: fasolę po namoczeniu gotowałabym do miękkości osobno, mięso i wędzonkę podsmażyłabym i dusiła, podlewając wywarem z fasoli, dodając pod koniec poszatkowane w kostkę jarzyny, łącząc na samym końcu wszystko. Dodałabym jeszcze przyprawy: sól, pieprz, paprykę, majeranek. Wątpliwości budzą dwa składniki: mąka i jajka. No, mąka, to pewnie do zagęszczenia gulaszu ma służyć, ale jajka??? co z tymi jajkami mają zamiar zrobić? Nie mam pomysłu:)))

      Cóż, poczekajmy na jakąś relację z imprezy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 września 2007 21:58
  • piątek, 07 września 2007
    • Tylko mnie kochaj

      Końca nie ma tym deszczomL((( Siedziałam wieczór zmarznięta, kocyk i herbatka niewiele pomogły, cóż, myślę sobie: a może by tak film jakiś? Czekała w kolejce płytka Tylko mnie kochaj. To niech leci.

      No, owszem, miła, aczkolwiek naiwna dość i naciągana w fabule bajka dla dorosłych. No, ale na deszczowy wieczór w sam raz. Kreacje i wystroje wnętrz można było pooglądaćJ))

      Co innego mnie zachwyciło: rola małej Michaliny. Dziewczynka jest sympatycznie naturalna i pełna uroku:

       mała Michalina

      To chyba nowy trend w polskich filmach: świetne, znaczące, dziecięce role. Takie, które się pamięta. Dzieci inteligentne, operujące biegle niuansami języka dorosłych, urocze w tym i wzruszające. Wystarczy przypomnieć tu choćby Gieniusię z Jasminum. O! to jest dobry film na kolejny, smutny, deszczowy wieczór!  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 07 września 2007 11:08
  • środa, 05 września 2007
    • Na deszczowe dni: zupa-krem z cukini

      Ciągle pada! i zrobiło się tak zimno, że chyba czas na rozgrzewającą zupę. Na pożegnanie lata proponuję krem z cukini, o  wyraźnym smaku ziołowo-czosnkowym

       

       

      składniki na 2 porcje:

      Pół młodej, cienkiej cukini

      2 ziemniaki

      1 słodka cebula

      4 duże ząbki czosnku

      pół litra bulionu warzywnego z kostki

      po 1 łyżce masła i oliwy

      zioła prowansalskie

      sól, pieprz

       

      sposób przygotowania

      Cebulę, czosnek i ziemniaki obrać, pokroić w kostkę. Cukinię umyć (nie obierać), pokroić w półplasterki.

      Rozgrzać w szerokim rondlu oliwę i masło, wrzucić cebulę i czosnek, zeszklić je (nie rumienić), popieprzyć, dodać troszkę ziół prowansalskich, dorzucić ziemniaki, chwilę przesmażyć, dorzucić cukinię, smażyć aż stanie się ona szklista.

      Przygotować bulion warzywny z kostki, wlać go do rondla z warzywami, gotować ok. 30-40 minut, aż warzywa będą miękkie. W razie potrzeby, uzupełniać zupę gorącą wodą.

      Wyjąć kilka półplasterków cukini.

      Pozostałość zmiksować na krem. Sprawdzić, czy nie trzeba doprawić solą lub pieprzem.

      Do każdej bulionówki wlewać zupę i dorzucić kilka półplasterków cukini (tych odłożonych).

      Smacznego!!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Na deszczowe dni: zupa-krem z cukini”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 05 września 2007 22:43

Kalendarz

Sierpień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl