Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Lektury

  • niedziela, 03 grudnia 2017
    • Adwentowe rozmyślania o choince

      W tym roku moją lekturą na Adwent (który dziś właśnie się zaczyna) jest książka "Historia świątecznej choinki" x J. Naumowicza (Wydawnictwo Literackie 2016)

      Niby o choince wszystko wiemy; wiemy, że pojawiła się po raz pierwszy w dolinie Renu, że jej ojczyzną są południowe Niemcy, że o jej ubieraniu są wzmianki już u schyłku XV wieku.

      Ale lektura tej przeszło 300-stronicowej książki jest pasjonująca. Ileż rzeczy dotąd nie wiedziałam!

       

      Święto narodzenia Jezusa ustanowiono w IV wieku naszej ery.

      Ale jak to świętować? Jaką nadać oprawę, żeby było uroczyście, pięknie, nadzwyczajnie? Żeby ten dzień był wyjątkowy? i zapadał w serca i pamięć?

      Tradycja zaczęła się dopiero rodzić.

      Przyjęcie na świat Jezusa było elementem dziejów zbawienia człowieka, dlatego przypominano biblijną opowieść o rajskim drzewie i pierwszych rodzicach, Adamie i Ewie, i łączono to wydarzenie z szopką betlejemską, w której przyszedł na świat Jezus. Malarze przedstawiali to w formie drzewa śmierci i drzewa życia. Najbardziej znaną jest miniatura Bertholda Furtmayra w mszale z Salzburga z 1481 roku:

      drzewo_zycia_i_smierci

      "Na jednym drzewie, pośród jego bogatego listowia widnieją czaszka jako symbol śmierci i krzyż jako symbol odzyskanego życia, a także jabłka i opłatki przypominające chleb eucharystyczny. Po drzewem stoją dwie matki: z jednej strony Ewa, matka wszystkich żyjących, karmi ludzi zakazanymi owocami przynoszącymi śmierć. Z drugiej strony Maryja, matka Jezusa i matka wszystkich wierzących , rozdaje hostie - Ciało Chrystusa, dające życie. Ten głęboko teologiczny i metaforyczny obraz najlepiej wyjaśnia, dlaczego na pierwszych choinkach, już około 1600 roku, zawieszano zarówno jabłka, jak też opłatki".

       

      I jeszcze lektura na dziś: opowieść "Ostatni gość przy żłóbku" autorów Jerome i Jean Tharaud z 1961 roku, która przeczytamy w omawianej książce:

       

      "Rzecz dzieje się w stajni w Betlejem o świcie. Zniknęła już gwiazda na niebie, wszyscy przybysze opuścili grotę, a Dzieciątko zasnęło. Maryja przygotowywała sobie słomę do spania, gdy w drzwiach pojawiła się stara kobieta pochylona ku ziemi, z ziemistą, pomarszczoną twarzą. Maryja się  zaniepokoiła. Zwierzęta, osioł i wół, spokojnie przeżuwały siano i patrzyły na zbliżającą się kobietę bez większego zdziwienia, jakby znały ją od zawsze. Staruszka doszła do brzegu żłobu i skierowała oczy na leżące w nim Dziecię. Maryja zauważyła z zaskoczeniem, że oczy kobiety i oczy jej dziecka są dokładnie takie same i świecą z taką samą nadzieją.

      Wtedy staruszka przyklękła na słomie i zaczęła przeszukiwać swoje łachy. Po dłuższym czasie wyciągnęła jakiś przedmiot i podała Dziecięciu.

      Co to mogło być, po skarbach ofiarowanych przez Mędrców i po darach pasterzy? Tego Maryja nie mogła dostrzec. Widziała jedynie zgięte plecy staruszki pochylone głęboko nad żłóbkiem. Po dłuższej chwili staruszka wstała lekko, jakby uwolniona od wielkiego ciężaru, który ją przygniatał do ziemi. Wyprostowała się, a jej twarz odzyskała młodość. Gdy odeszła od kolebki i zniknęła za drzwiami,  Maryja mogła  wreszcie zobaczyć tajemniczy prezent.

      Opowieść kończy się tak: „Ewa (bo to była ona) podała dziecku jabłuszko, jabłko pierwszego grzechu (i tylu innych, które nastąpiły potem!). I to czerwone jabłko jaśniało w rękach nowo narodzonego jak glob nowego świata, który się narodził wraz z Nim".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 grudnia 2017 10:38
  • środa, 21 czerwca 2017
    • I cóż powiecie na to, ze już się zbliża lato?

      To już dziś.

      Przyszło lato!

      przyjie_lata_2

      Tak pisze o tym niezapomniany Jan Brzechwa:

      I cóż powiecie na to,
      Że już się zbliża lato?

      Kret skrzywił się ponuro:
      „Przyjedzie pewnie furą”.

      Jeż się najeżył srodze:
      „Raczej na hulajnodze”.

      Wąż syknął: „Ja nie wierzę.
      Przyjedzie na rowerze”.

       

      Kos gwizdnął: „Wiem coś o tym.
      Przyleci samolotem”.

      „Skąd znowu - rzekła sroka -
      Nie spuszczam z niego oka
      I w zeszłym roku, w maju,
      Widziałam je w tramwaju”.

      „Nieprawda! Lato zwykle
      Przyjeżdża motocyklem!”

      „A ja wam to dowiodę,
      Że właśnie samochodem”.

       

      „Nieprawda, bo w karecie!”
      „W karecie? Cóż pan plecie?
      Oświadczyć mogę krótko,
      Przypłynie własną łódką”.

      A lato przyszło pieszo -
      Już łąki nim się cieszą
      I stoją całe w kwiatach
      Na powitanie lata.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 21 czerwca 2017 09:33
  • sobota, 27 grudnia 2014
    • Nie, nie zapomniałam o świętach!

      Tyle, że pracy przy przygotowaniach było mnóstwo!

      A pracując, głównie w kuchni:), myślałam sobie, że pewnie większość z was, którzy tu do mnie zaglądacie, też jesteście właśnie w swoich kuchniach, i też pilnie zwijacie się, żeby wszystko przygotować na święta, i była to myśl miła, pokrzepiająca.

      I wiecie, że życzeniami obejmowałam również was wszystkich:)

      A w przygotowaniach towarzyszyła mi lektura na ostatni adwentowy tydzień „Tajemnica Bożego Narodzenia” Jostein Gaarder (autora znanego z książki „Świat Zofii”)

      Książka Gaarder

      Właściwie powinno się czytać tę książkę przez cały Adwent, bo jest to coś w rodzaju adwentowego kalendarza i na każdy dzień przypada rysunek i opowieść, o tym jak mała dziewczynka ze współczesnej Norwegii biegnie przez całą Europę i przez czas, przez wieki, do Betlejem, aby zdążyć na chwilę, kiedy tam narodził się Jezus Chrystus. Dziewczynka, której na imię Elisabet biegnie za barankiem, „który uciekł z dużego sklepu, żeby nie słuchać już brzęku aparatów kasowych i towarzyszącej zakupom paplaniny”.

      Po drodze dołączają do nich owieczki, aniołowie, trzej królowie, pasterze, namiestnik Kwiryniusz, cezar August.

      Zdążą? Jasne, że zdążą! A jakie wspaniałe rzeczy oglądają po drodze! I kogoż nie spotykają!

      „Jedno ziarno wydało na świat całe łany kościołów i katedr. Ciekawe, ile kamieni i drewna zużyto ku czci narodzin Jezusa. Nie wspominając o mnóstwie upieczonych ciasteczek i prezentach. Boże Narodzenie to największe na świecie przyjęcie urodzinowe, na którym są  wszyscy ludzie na tej ziemi. I dlatego trwa od tysięcy lat”.

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 27 grudnia 2014 09:45
  • sobota, 20 grudnia 2014
    • Szymona Hołowni lektura adwentowa

      W trzecim tygodniu Adwentu czytałam książkę niezwykłą: Szymona Hołowni „Holyfood – czyli 10 przepisów na smaczne i zdrowe życie duchowe”

      książka Hołowni 

      O Hołowni każdy pewnie coś tam słyszał, zwłaszcza, jeśli ogląda telewizję; jest redaktorem, prezenterem, dużo pisze.

      Kiedy wzięłam do ręki jego najnowszą książkę, którą właśnie EMPIK eksponuje jako nowość i hit, przypomniałam sobie jego zadziorność i niekonwencjonalny styl wypowiedzi. No tak, to przecież on pisał te artykuły w „Plus Minus” Rzeczpospolitej, które się zawsze czytało!

      Święte jedzenie? Skąd tak niezwykły tytuł? Posłuchajmy autora:

                   "Wymyśliłem sobie, że póki nie da się użyć medycyny, trzeba iść do kuchni. Trafić do serc po polsku, przez żołądek. To ma sens - antybiotyki nie pomogą, jeśli najpierw nie uzdrowimy naszej codziennej diety. Polska kuchnia duchowa bywa smaczna, ale bywa też ciężka i tłusta. Przede wszystkim zaś - bywa katastrofalnie doprawiana.

                  Mieszanka wiary z życiem mdli czasem, nie dlatego że tych składników nie powinno się
      łączyć, ale dlatego że źle dobieramy proporcje i przyprawy. Mam w związku z tym parę autorskich propozycji. Niech czytelnik dosypie trochę tego, co sugeruję, odejmie to, czego polecam unikać, i sam sprawdzi, czy papu stało się bardziej zjadliwe, czy nie.

                  Aniu Starmach, Macieju Nowaku, Wojciechu Modeście Amara, przepraszam za wszystkie
      kulinarne bluźnierstwa, jakimi nieświadomie tu grzeszę. Wybaczcie, bo marzę tylko o jednym, chciałbym móc przekonać choć jednego czytelnika (albo jeszcze chętniej: czytelniczkę), że wiara nie jest szkołą wypluwania życia, że jest jego smakowaniem.

                 Nie piszę zastępczego katechizmu. Nie uzurpuję sobie prawa do bycia głosem Kościoła. Siedzę w tej kuchni od ponad dwudziestu lat, niczym innym się w zasadzie nie zajmuję, chcę więc tylko zdychającym od fast foodu oraz udręczonym kuchnią molekularną (azotan bobu, mgła z zająca, wspomnienie po sarnie) powiedzieć: o, a mnie zakalec wychodzi wtedy, a gdy dodam tego -
      rośnie zacne ciasto."

       

      To jest książka dla chrześcijanina, któremu leży na sercu żywość i wiarygodność jego wiary. Ale – ponieważ człowiek nie jest samotną wyspą, żyje wśród innych i tak czy inaczej, siłą rzeczy musi nawiązywać z innymi kontakty – to i tym innym książka ma szanse się spodobać.

      O, tak! Spodoba wam się forma tej książki!

      Hołownia nie owija myśli w bawełnę, definiuje problemy prosto z mostu i przedstawia szanse ich rozwiązania – takie, do jakich sam doszedł.

      A te kulinarne aluzje i porównania?

      Cóż, są nośne:)

      Zobaczysz słowo „food” i od razu pomyślisz: o, zjadłoby się coś – i już trzymasz książkę w ręce, ciekawy, co też w niej znajdziesz.

      A tu proszę:

      Anioł kucharzom mówił

      O wyższości ratatouille nad golonką

      Jak odzyskać apetyt na ludzi

      Ciasto bez nerwów

       

      - to naprawdę chce się czytać:)

      Zwykle szukam w czasie Adwentu internetowych rozważań rekolekcyjnych, ale w tym roku zastąpiła mi je właśnie ta książka.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Szymona Hołowni lektura adwentowa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 20 grudnia 2014 07:35
  • niedziela, 07 grudnia 2014
  • piątek, 05 grudnia 2014
    • Adwentowe lektury

      Nazbierało mi się trochę książek, które chciałabym przeczytać, ale…. A to czasu brak, a to zmęczona jestem bardzo, a to coś bardziej frapującego trafi się do czytania…. I tak książka raz odłożona na półkę, powoli odchodzi w niepamięć…

      Przeszukałam zapomniane tytuły, włożyłam trochę trudu w zdobycie innych i mam propozycję lektur na Adwent dla siebie i dla wszystkich, którzy tu zaglądają: cztery książki na cztery tygodnie Adwentu.

      Na pierwszy tydzień proponuję  książkę J.R.R. Tolkiena – tak, tego od „Władcy pierścieni”.

      Ale nie będziemy zanurzać się w mroczne dzieje Śródziemia; udamy się do krainy drogiej każdemu dziecku, bo książka, która proponuję, to „Listy św. Mikołaja”.

      Tolkien Listy św. Mikołaja

      Dawno już chciałam ją przeczytać.

      Przeczytałam. Co o niej myślę?

      Na pewno warto się z nią zapoznać; wiele osób zachwyca się nią i uważa ją za uroczą.

      To prawda – jest urocza, zwłaszcza od strony wizualnej, bo każdy list ozdobiony jest pięknymi, kolorowymi, nieco naiwnymi, ręcznie malowanymi obrazkami.

      A treść? Na ogół spotykamy się z listami, które dzieci piszą do św. Mikołaja, ale dzieci pana Tolkiena miały to szczęście, że razem z prezentami, z mikołajowych skarpet zawieszonych przy kominku, wyciągały także listy od św. Mikołaja. Opowiadał on im o swoim życiu, o tym jak mieszka, jak i kiedy pakuje prezenty, o tym, że pomaga mu Niedźwiedź Polarny i Elf, o różnych kłopotach, których i na Biegunie Północnym nie brakuje.

      Ja myślę, że książka ta jest jednak głównie dla dzieci.

      Nie jest tak uniwersalna, jak choćby dla porównania – „Mały Książę” Exupery`ego, gdzie każdy: i dziecko i dorosły znajdzie coś dla siebie.

      Myślałam, że będzie tu więcej jakiejś  takiej życiowej mądrości i ciepła świątecznych dni. A z książki wyłania się taki główny temat: prezentów jest mniej, nie są takie, o jakie dzieci prosiły, bo…. I snuje Tolkien opowieści o przygodach, wypadkach, katastrofach na Biegunie…..  Nie zachwyciło mnie to. Nie sądzę bym chciała wracać do tej książki.

       

      Ale właśnie wielkimi krokami zbliża się ta wyjątkowa noc, z 5 na 6 grudnia, kiedy św. Mikołaj odwiedza z prezentami domy. Czy przyjdzie do nas????? Oto jest pytanie…..

      A wiecie, że ja też, przed laty, dostałam od Niego list (choć było to już w moim dorosłym życiu) i w dodatku dostałam Jego portret oprawiony w ramki!

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 05 grudnia 2014 13:17
  • poniedziałek, 24 listopada 2014
    • „Przyjęcia u Kręglickich” – wielkie rozczarowanie

      Kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź tej książki – natychmiast chciałam ją mieć. Z góry cieszyłam się na rady i wspomnienia pp. Kręglickich – doświadczonych restauratorów i kucharzy. Zwłaszcza, że znałam p. Agnieszkę Kręglicką ze znakomitych felietonów w „Wysokich obcasach”. Marzyły mi się przepisy na autorskie menu, jak choćby to, z wizyty B. Obamy, zasady kompozycji przyjęć i potraw…

      książka pp Kręglickich

      Dobrze, że nie kupiłam tej książki w internecie.

      Dobrze, że poczekałam na jej pojawienie się w realu.

      NIE KUPIŁAM tej książki.

      Wielkie rozczarowanie!

      Nic mi tam nie odpowiada. Banalne przepisy, zdjęcia głównie w formie kolażu malutkich fotek, a rady (jak np. zorganizować party czy uroczysty obiad) – były w formie kilku linijek banalnych rad przy każdym dziale (z duuuużą interlinią).

      Treść nie zachwyca, forma nie zachwyca – co więc zostało????

      Przychodzi mi tutaj na myśl inna książka o przyjęciach, z dawnych lat 70-tych ubiegłego wieku, którą studiowałam i czytałam – jak to się mówi – wte i wewte. To była książka! Mimo iż niepozorna, wydana na  szarym, brzydkim papierze, o zdjęciach nikomu się nawet nie śniło, a autorka czasami bywała zarozumiale apodyktyczna, to jednak była to POZYCJA. Mówię tu o książce Marii Iwaszkiewicz „Gawędy o przyjęciach”.

      Książka pp. Kręglickich miała szansę stać się taką. Ale wydana jakby w pośpiechu, na kolanie, taką się nie stała.

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „„Przyjęcia u Kręglickich” – wielkie rozczarowanie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 listopada 2014 09:05
  • środa, 19 listopada 2014
    • Kuchnia w Paryżu i Jerozolimie

      Dwie książki, a raczej księgi, czekają na mojej półce do czytania.

      „Jerozolima” – autorzy: Yotam Ottolenghi oraz Sami Tamimi

      jerozolima

      Książka doskonale znana i ceniona przez kulinarne środowisko, ale dotychczas była jedynie w języku angielskim. Jest już po polsku! Piękna! Nie mogę się już doczekać, kiedy wreszcie uspokoi się zawierucha wokół mnie, sprawy jako tako się wyprostują i będę mogła zanurzyć się w świat świętego miasta, które poznałam przed laty, i które pozostało mi w pamięci na zawsze.

       David Lebovitz: „Moja kuchnia w Paryżu”

      lebovitz

      Czy Amerykanin w swoich przepisach odda istotę kuchni francuskiej? Czy też to będą raczej jego wariacje na temat kuchni francuskiej. Ale, z tego co widziałam, to są tam też opowieści o klimacie Paryża, urokliwe spacery… z przyjemnością skonfrontuję jego notatki z moimi wspomnieniami. A autora znam już nieco z jego bloga.

      Zapraszam do czytania!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 19 listopada 2014 16:04
  • piątek, 07 lutego 2014
    • Czy przeminął czas kawiarni? Na marginesie książki „Antoni Uniechowski”

      Tyle się człowiek naczytał o tych wspaniałych kawiarenkach, o niepowtarzalnej, niezapomnianej atmosferze, o prowadzonych dyskusjach, o oryginalnych zachowaniach stałych bywalców – i to wszystko przy jednej filiżance kawy!

      Ot, właśnie skończyłam czytać książkę „Antoni Uniechowski czyli magiczne widzenie świata” Krystyny Uniechowskiej-Dembińskiej.

      Uniechowski

      I jest tam rozdział, w którym córka opowiada o swoim pobycie z ojcem, zaraz po wojnie, w Krakowie. I o przesiadywaniu w krakowskich kawiarniach.

      Posłuchajcie (a raczej poczytajcie) jako to było:

      

      "Pokój na Szymanowskiego, na trzecim piętrze był duży, pusty, słoneczny, z balkonem, a przed domem rozciągał się park Krakowski już cudownie zielony. Przechodziło się ścieżkami na ukos, szło Garncarską i już była Krupnicza i Dom Związku Literatów — ówczesna oaza życia twórców. Dalej dochodziło się do Plant, skręcało w lewo i już po drugiej stronie Karmelickiej kusiła Gospoda Aktorów. A jeśli szło się prosto ulicą Szewską, to wchodziło się na Rynek, w dzielnicę kawiarni i kawiarenek.

      Antoni Uniechowski zadomowił się w krakowskich kawiarniach. Najdłużej był wierny Noworolskiemu w Sukiennicach. Tutaj rysował. Były tam duże okna, więc było jasno, i wygodne kanapki. Starym zwyczajem rozkładał na stoliku rysowanie. Warsztat: ebonitowe pudełeczko z piórkami i pędzelkami, buteleczka tuszu, nieodstępna szmatka do wycierania piórek. Na kolanach kładł tekturową teczkę, na niej arkusz papieru. Rysunki lawował kawą. Odlewał trochę czarnej na spodek i tak spędzał długie godziny. Kelnerzy znali go, a ponieważ w Krakowie od stu lat pełno było artystów, takie rysowanie czy pisanie w kawiarni nikogo nie dziwiło.

      Inaczej było niż dziś w kawiarniach krakowskich, a zwłaszcza u Noworola. Nie roiły się tam jak teraz wycieczki, bo instytucja wycieczek jeszcze nie istniała. Nie było na Rynku tłumu umęczonych turystów, nie było ostentacyjnie młodzieżowej młodzieży. Ta młodzieżowość to też był późniejszy wynalazek. Moi rówieśnicy byli zdominowani przez ważny świat dorosłych, przez ich problemy i sposób bycia. Właściwie nikt nas, młodzieży, wówczas nie zauważał, a w każdym razie nie traktowano nas jako problemu. Musieliśmy dorosnąć i koniec. Słowem, młodzież nie wtargnęła jeszcze do kawiarni. Byłam wyjątkiem i strzegłam się, żeby nie nadużyć tego przywileju. Przy stoliku Ojca i jego znajomych siedziałam cicho jak mysz."

      Noworolski w Krakowie

       (zdjęcie ze strony www.kawiarni)

      

      Lata mijają i co rusz, któraś z kawiarni, mimo, że nadal istnieje, traci tę swoistą, niezapomnianą atmosferę i przestaje być Mekką elity (takiej czy innej) i tylko turyści i tropiciele (tacy jak ja na przykład) usiłują odnaleźć dawnego ich ducha.

      Z „Noworolem” chyba też tak się stało.

      Przyznam się, że właściwie nigdy tam nie byłam.

      Owszem, w czasie studiów uwielbiałam kawiarnie, ale Noworolski zawsze mnie onieśmielał, taki był ekskluzywnie elegancki, nie z mojej bajki, i zawsze myślałam, że nie stać mnie po prostu na bywanie u nich.

      A teraz, mimo że bywam stosunkowo często w Krakowie, i na kawę pewnie byłoby mnie stać, jakoś nadal czuję, że nie jest to miejsce dla mnie.

      Ale przechodząc obok (a trudno nie przechodzić, jako że Noworolski jest na środku Rynku, w Sukiennicach) widzi się, że ciągle jest tam ruch i mnóstwo ludzi.

      Ponoć kremówki są tam idealne…

      Kiedy wybieram się do Krakowa, zawsze jest to dla mnie czas wyjątkowy. Tak bardzo lubię tam być i zawsze starannie wybieram miejsce na obiad i na kawę.

      Może jednak zajrzę do Noworola niebawem? …..

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Czy przeminął czas kawiarni? Na marginesie książki „Antoni Uniechowski””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 07 lutego 2014 09:01
  • poniedziałek, 23 grudnia 2013
    • Czas na choinki

      W książce Krystyny Uniechowskiej-Dembińskiej "Był pałac" - pełno jest akcentów świątecznych, ale Wigilii, potrawom, poświęcone jest raczej mało miejsca; zdominowało bowiem świętowanie najście oddziału niemieckiego (akcja rozgrywa się w czasie II wojny światowej). Ale choinki - o! temu poświęciła autorka sporo ciepłych słów.
      Zanim zaproszę do lektury, zerknijcie, proszę:) to jedna z pierwszych, ubranych przeze mnie w tym roku choinek, malutka, stojąca w okrągłej wieży:


      choinka w wieży

      A teraz już cudowny tekst o choinkach u Uniechowskiej:
      "Cokolwiek miało się zdarzyć, zbliżały się święta i pałacowy światek zmieniał się w bożonarodzeniowy, świąteczny i tej świąteczności podporządkowany.
      Stróż stróżów, pan Kruk, z pomocnikiem przydźwigał do Pałacu wielką choinkę. Rozłożysta dołem, smuklejsza ku górze. - Jodełka jak się patrzy - pochwalił pan Kruk - ostatnia taka w zagajniku. Zostały same drapaki.
      Umocowana na szerokim krzyżaku zbitym przez stelmacha ledwie zmieściła się pod sufitem holu, w miejscu skąd usunięto kanapę i fotele art deco. Tradycyjnie wokół bożego drzewka śpiewa się kolędy, stojąc.
      Czarodziejstwo bożonarodzeniowych choinek... Talizman pokoleń. Pałac rozzielenił się, zapach igliwia był jak eliksir, jak essencea apaisent, rekwizyt z "białej pamięci" owego starożytnego filozofa. Przyniesiono ze składziku pudła choinkowych ozdób. Papierowe łańcuchy lepione przez niegdysiejsze pałacowe dzieci.
      Były łańcuchy ze słomek dzielone wachlarzykami z plisowanej bibuły, i sklepowe, błyszczące, posypane czymś jak tłuczone szkło. Zabawki, rękodzieła kilku pokoleń. Gwiazdy o promieniach z papierowych tulejek, z wlepionymi w nie kitkami karbowanych bibułkowych promieni. Poważne gwiazdy z tektury oblepione złotą cynfolią.
      Grzebałam w pudłach z zachwytem.
      Było w czym. Bombki, srebrzone orzechy, pokraczni Mikołaje wycięci laubzegą z dykty, ptaszki-wydmuszki - nie mogło zabraknąć ludowych akcentów. Nudna robota przywiązywania nitek przypadła mnie. Pomagały panie rezydentki i kilka cioć, ale co chwila zamyślały się, przypominały sobie swoje choinki, zawsze najpiękniejsze: - Kupowało się całe arkusze gwiazdek i aniołków w papierniczym sklepie firmy Matuszewski i Spółka ... kolorowe papiery, karbowane bibułki ... Klej robiło się z wody i mąki... Pamiętam.... pamiętam - i dłonie opadały im na kolana. Nieruchomiały. Śledziły płynące pod białym z obojętności sufitem holu swoje dawne choinki, a wraz z nimi frunęły stoły wigilijne, okna domów, za którymi wypatrywano pierwszych gwiazd tamtych wieczorów. Po chwili otrząsały się z upiorów wspomnień:
      - Ten łańcuch, Krysiu, trzeba skleić. Bombkom robisz za krótkie pętelki...
      - Jabłuszka! Gdzie rajskie jabłuszka?
      - A na czubek choinki damy anioła czy gwiazdę?
      Moje pierniki gasły wśród feerii świecideł. Jedynie piernikowy zapach był świąteczny. Bo papierowe zabawki pachniały kurzem i stęchlizną."

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Czas na choinki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 grudnia 2013 00:38
  • niedziela, 08 grudnia 2013
    • Menu wigilijne w XIX-wiecznej Warszawie

      Wydawałoby się, że barszcz z uszkami to zawsze było i jest obowiązkowe polskie danie na Wigilię.

      Okazuje się, że jednak nie, nie zawsze tak było!

      Popatrzmy: mamy koniec XIX wieku. Piękne, wielopokojowe mieszkanie w kamienicy w centrum Warszawy, przy ulicy Trębackiej. Rodzina adwokata, którego prawdziwą pasją jest poezja, jego piękna żona, dwie córeczki: Anulka i Jadwinia, matka pana domu - mądra, dystyngowana babcia Pelagia i służba: kucharka Domicela, lokaj Jan, niania i zarazem pokojówka Wikcia.

      Jadwiga Kopeć, w książce „Dziecko dawnej Warszawy”, przenosi nas w dawny świat, w jego codzienność i chwile świąteczne (ilustracje Uniechowskiego). Właśnie nadeszła Wigilia:

      dziecko dawnej Warszawy

      „Choinka ma być przystrojona szklanymi, kolorowymi kulami i żelatynową gwiazdą na szczycie. Zdawało się, że tyle jest zeszłorocznych ozdób, a jak przyszło co do czego, okazało się za mało i można było ubrać tylko jeden bok choinki. Stryj Tadeusz bowiem, który ma szeroki gest, kupił takie ogromne drzewko, że nie mieści się w mieszkaniu i trzeba je upiłować. Sprowadził także na święta cały antałek piwa.

      W drewnianym szafliku pływają przeznaczone na wigilię ryby. Karpie z czerwonozłotą łuską rzucają się w wodzie, jakby chciały z niej wyskoczyć. Czarne, lśniące, jakby lakierowane liny sterują ogonami na małej przestrzeni.

      Przed świętami najciekawsza jest kuchnia. Mama zakłada duży fartuch na całą suknię. Przemykam się za nią.

      - Mówiłam, trzeć mak w jedną stronę, a wy zawsze swoje - odzywa się do Domiceli. – Przecież nie ukręci się nigdy!

      Nie mogę zrozumieć dlaczego. Ale gdybym tak chciała wszystko zrozumieć… Uważnym okiem śledzę zębate kółko, które jeździ po cieście i wykrawa łamańce. Mam łuskać migdały. Przyciskam brunatną skórkę. Migdał wyślizguje mi się z ręki, wystrzela w górę i wpada za pakę od węgla.

      - Jak masz tak robić, to lepiej wcale.

      W dużej niecce wyrabia się ciasto na strucle. Dwie mocne ręce Domiceli tłuką je pięściami, biją i gładzą na przemian. Ciasto piszczy jakby żywe. Ukazują się różowe dłonie.

      - Od ręki odchodzi – mówi mamusia, poprawiając kucharce opuszczone przy łokciu rękawy.

      W kuchni robi się coraz goręcej. Wracam do pokoju, gdzie panuje przyjemny chłód.

      Nadchodzi wigilia. Potraw na wigilię musi być nieparzyście, lecz uczestników wilii do pary, bo inaczej ktoś z obecnych umrze w tym roku.

      Aby zapobiec nieszczęściu, zaprasza się córeczkę dozorcy. Dziewczynka przychodzi wcześniej, jest blada, jakby wcale krwi nie miała. Z jej wejściem rozchodzi się zapach świeżych, włoskich orzechów. Mama mówi, że tak pachnie wilgoć.

      Pod serwetą, jak śnieg białą i mocno nakrochmaloną, kładą siano. Kieliszki i szklanki przewracają się ciągle. Pośrodku stołu opłatki w złotej opasce. Na obrazku opłatka leżącego na wierzchu – Dzieciątko w stajence.

      Zabłysła pierwsza gwiazda i według zwyczaju można już zasiąść do stołu.

      - Jaką dzieci chcą zupę, migdałową czy rybną? – pyta mama.

      Któż by się zastanawiał, przecież zupa migdałowa jest pyszna, słodka.

      Podają paszteciki ryby w muszelkach. Córeczka dozorcy spogląda na mnie pytająco. Nie wie, czy ma jeść paszteciki wraz z muszelką.

      Po wieczerzy otwierają się drzwi do salonu i strojnie ubrana choinka przykuwa oczy. Wchodzi święty Mikołaj, rozdaje upominki. Ma fioletowe rumieńce i białą, miękką brodę. Można by w niego uwierzyć, gdyby nie lakierowane pantofle na wysokich obcasach. To przecież pantofle mamy!

      Zapalono na choince świeczki. Po chwili poprzekrzywiały się i kapią roztopionym woskiem. Pachnie świerkową żywicą. Od jarzących świateł rozchodzą się srebrne promienie i powietrze wkoło staje się ruchome.

      (…) – Co wy tam politykujecie, przecież to wilia, zagrajcie trochę kolęd – mówi mama.

      Zaczynają wszyscy śpiewać po kilka strofek, całej kolędy nikt nie umie. Siadają przy stole, chrupią orzechy.

      Słychać łomotanie do drzwi. To przyszli chłopcy z szopką. Ustawili na poczekaniu małą scenkę, przed nią rzędami krzesła. Zapaliła się kolorowa lampka i zaczęły wyskakiwać marionetki, przedstawiające Matkę Boską, Heroda, świętego Józefa, diabła, śmierć z kosą, która ścina głowę okrutnemu Herodowi i śpiewa:

                      A za wszystkie twoje zbytki

                      Pójdź do piekła, boś ty brzydki.

      Przed nocą stawiam przy swoim posłaniu wszystkie otrzymane prezenty i z myślą o nich zasypiam.”

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Menu wigilijne w XIX-wiecznej Warszawie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 grudnia 2013 21:05
  • czwartek, 03 stycznia 2013
    • Kukbuk? - jednak - nie

      kukbuk

      Dlaczego nie?

      Spróbuję krótko podsumować

      1) Tytuł - dlaczego nie polski? globalizacja globalizacją, ale póki co żyjemy w Polsce, posługujemy się językiem polskim. Nie widzę powodu, dla którego tytuł pisma, którego treść jest w języku polskim, ma być w innym języku. Taki zabieg powoduje, że zawęża się z góry krąg odbiorców, do których pismo jest kierowane. Ja z reguły omijam polskie pisma, polskie blogi, których tytuł jest w innym niż polski, język. Uważam, że nie są do mnie kierowane.

      2) Dwumiesięcznik  - zbyt długi okres czekania na nowy numer; wolę 10 stron co tydzień, niż grubą książkę co 2 miesiące.

      3) Forma - jest za duży i za ciężki; nie sposób go wrzucić do torebki, by czytać go np. w autobusie czy tramwaju.

      4) Mało czytelny rozkład - spis treści wymieszany z reklamami, długo szukałam stopki redakcyjnej; numeracja stron zaczyna się dopiero od strony 18, jedne strony są numerowane, inne nie

      5) Nie przedstawiono idei pisma – samo stwierdzenie redaktorki naczelnej, że jest to magazyn, jakiego jeszcze nie było… to trochę mało … zdecydowanie mało konkretów.  Owszem, struktura: śniadanie-obiad-kolacja – bardzo ciekawa, ale czy to tylko w pierwszym numerze? Czy też to stała struktura? Być może pismo dopiero tworzy się i samo jeszcze nie wie, czym chce być, ale może można było to po prostu czytelnikom powiedzieć.

      6) Rozczarowały mnie niektóre artykuły, po których wiele się spodziewałam i zajrzałam do nich w pierwszej kolejności, na przykład.:

      - bento – biegnę co dzień do pracy i propozycje niebanalnego śniadania zawsze są mile widziane; ale te kukbukowe są pracochłonne w przygotowaniu, kto by miał na to czas, tak dzień w dzień

      - danie+film – spodziewałam się propozycji menu - sama przygotowuję takie kulinarne imprezki towarzyszące filmowi, więc aż podskoczyłam przeczytawszy wstęp artykułu. Ale okazało się, że zaproponowano tylko przegryzkę do filmu (do „Hobbita”)

      - trzy propozycje wystroju świątecznego stołu – żadna nie przyniosła mi jakiejś inspiracji; niewiele tam elementów kojarzących się tradycyjnie z Bożym Narodzeniem – a dla mnie tradycja, zwłaszcza w takie dni jest bardzo ważna. Poza tym maniera robienia zdjęć z góry nie podoba mi się, nie oddaje ani wyglądu, ani klimatu

      - propozycja lektur kulinarnych – głównie anglojęzycznych; dlaczego nie polskich??? Znów rodzi się pytanie: do kogo ten magazyn jest adresowany????

       

      Trochę dużo tych subiektywnych „nie” uzbierało się.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Kukbuk? - jednak - nie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 stycznia 2013 06:52
  • czwartek, 13 grudnia 2012
    • 12 dni do świąt i o jabłkach w Kukbuku

       

      Już tylko jedna skarpetka została w dolnym rzędzie adwentowego kalendarza....
      12 dni do swiat

      A Kukbuka na razie czytam po kawałku; klaruje mi się po trochu moje zdanie o nim, ale trudno generalizować i mówić o czymś (zarówno dobrze, jak i źle), czego się nie zna.
      Ale póki co, trafiłam na ciekawy artykuł o jabłkach w Kanadzie i cydrze lodowym. Było i o McIntoshu, którego imieniem nazwano stworzoną przez niego odmianę jabłek. I tu pada zaskakujące stwierdzenie:
      "Chrupki, smakowity gatunek nie przyjął się niestety w Polsce. Został nawet wykreślony z gatunków zalecanych do uprawy przez Centralny Ośrodek Badania Odmian Roslin Uprawnych."
      O! pomyślałam sobie, czyżby???
      Nie zwracałam uwagi na tę odmianę, bo w zasadzie kupuję rubiny lub ligole, ale znam McIntosha, lubię jego delikatny, lekko malinkowy, landrynkowy smak. Czyżby go rzeczywiście już nie było?
      Pobiegłam na targ, na największe stoisko z jabłkami, rozglądam się, w końcu pytam:
      - A takiej odmiany McIntosh to już nie ma?
      - No, jak? - pada odpowiedź - tutaj leżą!
      No faktycznie. Tyle, że pisownię fonetyczną zastosowano: m-e-k-i-n-t-o-s-z
      jabłko McIntosh

      Może w stolicy mekintoszy nie ma; u nas na prowincji są:)!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „12 dni do świąt i o jabłkach w Kukbuku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 grudnia 2012 00:40
  • czwartek, 04 października 2012
    • McDusia? Ależ tak!

      Pewnie wszyscy miłośnicy "Jeżycjady" wiedzą już, że nowy tom czeka na nich od wczoraj w księgarniach.
      

      McDusia

      Zdążyłam już przeczytać 2/3, więc mogę już wam zdradzić co nieco:)
      Mało brakowało, a byłabym zarwała noc, ale się opanowałam:) Zresztą ja nie lubię tak od jednego przysiadu połykać książek; lubię je smakować:)

      Ale wróćmy do książki. Do gry wchodzi nowe pokolenie: jedna z bliźniaczek, córka Kreski, Magdusia, kolega Józinka, Dziuba, i ich koleżanka z klasy, Agata - zapowiada się, że Agata chyba będzie ważna w życiu Józinka. A Ignacy Grzegorz jest zauroczony McDusią.
      Laura wychodzi wreszcie za mąż za NaszPanaPolonistę. Ach! co za sukienkę miała!!!! ale o tym już ani słowa. Sami to musicie przeczytać:)
      Za to pozwólcie, że przedstawię wam fragment z opisem tortu weselnego, zamówionego przez Pannę Młodą u Bernarda:

      "Wniesiono właśnie z balkonu zapomniany przez kilka dni prezent od Bernarda. Pudło było przysypane śnieżną czapą, a kiedy zdjęto opakowanie, rozległ się pełen zgrozy krzyk Laury ("Aaaa! Aaaa! Co on zrobił? Oszalał?") i zbiorowy, gromki wybuch śmiechu.
      Zachowany w idealnym stanie przebogaty, trzypiętrowy tort był istną symfonią zieleni we wszystkich możliwych odcieniach. Pokryty został całkowicie płaszczem zielonego marcepanu i seledynowymi zawijasami kremu, zaś po bokach tortu, pośród liści paproci, roiły się grupki roześmianych gąsienic utuczonych z masy w kolorze groszku. Korowód szmaragdowych żuków pełzł w górę, po obłędnej spirali, ku girlandzie cukrowych róż.
      Z całego tortu tylko te róże były białe.
      Bo już napis "Wiosną pieniądze rosną" wykonano z marcepanowych literek o barwie ciemnego szpinaku.
      Ludzie pokładali się i płakali ze śmiechu, Laura wznosiła okrzyk za okrzykiem, a rozpromieniony Adam robił zdjęcie za zdjęciem"

      A wiecie, że jednym z prezentów ślubnych dla Laury była "Kicia" - robot KitchenAid????
      Miłej lektury!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „McDusia? Ależ tak!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 października 2012 06:20
  • poniedziałek, 10 września 2012

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl