Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Podróże

  • niedziela, 19 lutego 2017
    • Kulinarny ślad Wita Stwosza w Krakowie

      Każdy zna ołtarz Wita Stwosza w Kościele Mariackim w Krakowie.

      Każdy zna historię żółtej ciżemki, którą znaleziono za tym ołtarzem w czasie remontu. Według powieści Antoniny Domańskiej zgubił ją Wawrzuś, uczeń mistrza Stwosza, kiedy tuż przed odsłonięciem ołtarza wbiegł po drabinie, by wsunąć w dłoń biskupa Stanisława pastorał, który przez niedopatrzenie leżał na posadzce.

      Ale dom, w którym kiedyś, przed laty mieszkał Wit Stwosz, długo był nieznany i popadał w ruinę.

      Jednak kamienica przy zbiegu ulic Grodzkiej i Poselskiej zdobyła nową szatę i nowe życie.

      Po gruntowym remoncie powstała tu Restauracja Enoteka Pergamin.

      b_wit_stwosz

      dom_w_stwosza

      Gospodarze restauracji tak piszą o swoim lokalu:

      "W tym pradawnym domu twórcy ołtarza Mariackiego łączymy kilka pasji – do wina, jedzenia, alkoholi z całego świata, ale przede wszystkim zrozumienia i szacunku do regionalnych polskich produktów.

      Chcemy by to wyjątkowe miejsce kojarzyło się Państwu z regionalnymi dobrodziejstwami, które można znaleźć w naszej autorskiej kuchni. Mowa tu o lokalnych produktach: mięsiwach i serach, które produkowane są z należytą starannością od pokoleń, przez co mają swój niezwykły, wysublimowany smak."

       

      A ja zapraszam na kilka migawek z menu degustacyjnego, które wczoraj tam jadłam:

       Znów oddajmy głos gospodarzom:

      "Nasze autorskie menu degustacyjne to okazja do spróbowania wielu różnych potraw i spędzenia czasu w ciekawy i zaskakujący sposób. Potrawy opisane są w karcie jedynie trzema wyrazami np.: dorsz/rydz/dynia. Składniki to podpowiedzi, a forma, w której dostaniecie Państwo potrawę owiana jest tajemnicą."

      Ale opiekujący sie nami kelner cierpliwie i serdecznie wyjaśniał wszelkie szczegóły

      GĘŚ / JABŁKO / CZOSNEK NIEDŹWIEDZI / CEBULA / WIŚNIA

      To była roladka z gęsi  podana na musie jabłkowo-cebulowym

      b_menu_rulonik_gsi

      KUKURYDZA / SORGO  lub  JAGNIĘCINA / GRASICA CIELĘCA  - po prostu świetne aromatyczne zupy; miałyśmy jedną i drugą, bo każda z nas wzięła inną zupę

      b_zupy_w_enotece

      POMARAŃCZ / TABASCO lub TONIC / MIĘTA - to była kulka sorbetu (podobnie jak zupy, każda wzięła inny sorbet). Tyle tylko, że tego "pomarańcza" nie mogę im darować! To nie jest ten pomarańcz, tylko TA pomarańcza.

      b_sorbety_w_enotece

      ŻABNICA / ŻUREK / ŚLIWKA

      Kawałek ryby na musie żurkowym - fajne i pomysłowe!

      b_abnica_w_enotece

      SERY / WĘDLINY

      To największe rozczarowanie tego menu; dobre, ale takie zwyczajne, bez żadnej niespodzianki smakowej czy wizualnej

      b_deska_serw_w_enotece

      MAK / MARAKUJA / SER DOJRZEWAJĄCY - czyli deser: sakiewki z ciasta filo.

      b_deser_w_enotece

      WINO DEDYKOWANE - do każdej potrawy było specjalnie dobrane wino - znakomite.

      Uwielbiam menu degustacyjne! To świetny sposób na niekonwencjonalny obiad i pogaduchy. I to jeszcze w piwnicach przeszło 500-letniego domu, marzenie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kulinarny ślad Wita Stwosza w Krakowie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 lutego 2017 13:13
  • środa, 26 sierpnia 2015
    • Zanika sztuka biesiadowania?

      Spędzając bardzo miło czas w krakowskiej „Białej róży” na degustowaniu i rozmowie ” (patrz: wczorajszy wpis), nie sposób było jednak nie zauważyć jednej zdumiewającej tendencji: otóż obok naszego stolika siedziała para, ich talerze z daniami stały na stole, a oni coś tam skubnęli od czasu do czasu, nie rozmawiali, nawet nie patrzyli się na siebie, a ich podstawowym zajęciem było  stukanie paluszkami w swoich smartfonach.

      smartfony w restauracji

      Dlaczego mówię o tendencji? No bo za chwilę pojawiły się dwie dziewczyny i zaczął się ten sam scenariusz: po złożeniu zamówienia, smartfony do rąk, i…. nic innego nie było już ważne.

      Zrozumiałabym jeszcze, gdyby ktoś przyszedł do restauracji sam, i oczekując na posiłek wyciągnąłby tego smartfona. Ale będąc z kimś? Tak go lekceważyć? zatraca się zupełnie  idea spotkania przy stole.

      Sztukę kulinarną kucharza też się lekceważy, równie dobrze mogliby ci ludzie kupić sobie hot-doga, pewnie nie zauważyliby różnicy.

      Sorry, że tak marudzę, ale to jest naprawdę coś niesamowitego! To namacalny dowód, że świat wirtualny staje się ważniejszy od rzeczywistego.

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Zanika sztuka biesiadowania?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 26 sierpnia 2015 07:37
  • wtorek, 25 sierpnia 2015
    • Jeszcze jedno miasto, jeszcze jeden obiad

       

      Tym razem Kraków, restauracja Biała Róża, nieopodal Wawelu.

      I ulubione menu degustacyjne.

      Biała róża w Krakowie

      

       

      Biała Róża

      Bardzo lubię różnorodność na talerzu, a odpowiednie dobranie składników i smaków świadczy o klasie kucharza, o jego maestrii (lub jej braku).

      Menu degustacyjne jest zwykle popisem kucharza, zarówno od strony kulinarnej, smakowej, jak i od strony artystycznej, wygląd talerza jest równie ważny, jak smak.

      Oczywiście, za to się płaci, za te misterne miniaturki, ale – zwykle warto.

      W „Białej Róży” było warto.

      Pani kelnerka cierpliwie podawała nam wszystkie elementy, które znajdowałyśmy na talerzach, Marta pilnie je notowała, a ja fotografowałam. Oto, co dostałyśmy:

       Przystawka: rolada z węgorza wędzonego/ sorbet z pietruszki i mięty, z posypką z piernika/ sos malinowy/ mus z pora/ porzeczka czerwona/ jagody

      przystawka

       Zupa: chłodnik z ogórka małosolnego/ ser koryciński/ borówka/ jeżyna/ zioła/ puree z pomidora malinowego 

      zupa

      Danie główne: kotleciki jagnięce/ grasica/ kluski leniwe z serem/ fasolka szparagowa/ kalarepa/ marmolada różana/sos na winie

      danie główne

       Deser: ser bryndza w biszkopcie z sosem borowikowym/ mrożona beza/ sorbet malinowy/ karmel/ sos szafranowy/ pesto ziołowe 

      deser

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 sierpnia 2015 09:42
  • poniedziałek, 17 sierpnia 2015
    • Pierogi zalipiańskie

      17 sierpnia – dzień św. Jacka, średniowiecznego dominikanina, który karmił krakowskich ubogich pierogami. A pierogi to jedna z moich ulubionych potraw, więc na Jego pamiątkę, w Jego dzień, co roku przygotowuję pierogi; zwykle staram się przetestować jakąś nowość w tym zakresie.

      Na dziś przygotowałam pierogi zalipiańskie, regionalny specjał z Zalipia, podtarnowskiej wioski, w której do dziś zdobi się domy malowanymi kwiatami.

      pierogi zalipiańskie

      

      Kilka dni wcześniej pojechałam ją obejrzeć. Cudo!

      To nie jest skomercjalizowany skansen, to autentyczna, dawna wieś, z rosochatymi wierzbami przy drodze, ze zwykłymi, prostymi domami, jedne pomalowane w kwiaty, drugie nie, z kościołem, którego wnętrze kryje kwiecistą, zalipiańską polichromię i ręcznie haftowane w kwiaty ornaty, w drugim końcu wsi absolutnie wspaniały Dom Malarek – czyli po prostu dom kultury, tętniący życiem, z kwiecistym zegarem słonecznym i malowaną studnią żurawią,  i wreszcie daleko, daleko w głębi wsi, muzeum – Dom Felicji Curyłowej – od której wszystko się tu z malowankami i bibułkowymi kwiatami i pająkami zaczęło.

      zalipie

      zalipie

      Przepis na pierogi stworzyłam sama, na podstawie opisu, który podano przy zgłaszaniu potrawy na Małopolską Listę Produktów Regionalnych

      Farsz:

      Pół małej kapusty włoskiej

      25 dag kiełbasy wiejskiej (u nas najlepsza, moim zdaniem, jest regionalna, z Dulczy)

      Mała cebula

      Sól, pieprz

      Kapustę wrzucamy na osolony wrzątek i gotujemy do miękkości, pilnując jednak, by pozostała jędrna.

      Odcedzamy i studzimy.

      Kiełbasę obieramy ze skórki, kroimy w drobną kostkę i podsmażamy na patelni, dodając w razie potrzeby łyżkę masła. Dodajemy pokrojoną drobniutko cebulę.

      Ostudzoną kapustę kroimy drobno (odrzucając głąb) i dodajemy do kiełbasy. Doprawiamy całość solą i pieprzem. Zostawiamy farsz do ostudzenia. I do lodówki na 2-3 godziny.

       

      W tym czasie robimy ciasto:

      Ok. Pół kg mąki

      250 mg wrzątku

      Spora szczypta soli

      5-6 łyżek oleju

      1 jajko

      Do mąki wsypujemy sól i zalewamy ją wrzącą wodą, mieszamy łyżką. Gdy mąka nieco przestygnie, dodajemy olej oraz jajko i wyrabiamy elastyczne ciasto. Zostawiamy na jakieś pół godziny.

      Wałkujemy, wycinamy krążki, nakładamy farsz i gotujemy, wrzucając pierogi na osolony wrzątek, ok. 2 minuty od wypłynięcia pierogów na powierzchnię wody.

      Najlepsze – moim zdaniem – odgrzewane!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Pierogi zalipiańskie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 sierpnia 2015 10:30
  • niedziela, 16 sierpnia 2015
  • środa, 17 grudnia 2014
    • Dobry stek? Zapraszam do Krakowa

      Od dawna już marzyło mi się spróbowanie steku wzorcowego i sprawdzenie, czy smakuje mi.

      Teraz jesteśmy już społeczeństwem wyedukowanym kulinarnie (w zasadzie!) i wiemy, że polskiej wołowiny stekowej raczej nie ma, bo hodujemy głównie inną, mleczną rasę bydła. Więc w sklepie raczej mięsa na steki nie kupię. Ale przecież są restauracje. Na przykład Ed Red w Krakowie. Gdzie kucharzem jest Adam Chrząstowski, znany z telewizji (poprzednio był kucharzem krakowskiej Ancory).

      Ed Red mieści się na ulicy Sławkowskiej, blisko Rynku, i zajęła miejsce „Metropolitan”, gdzie swego czasu bardzo lubiłam wpadać na lunch.

      Teraz jest tu trochę inaczej; wnętrze utrzymane jest w ciemnym, surowym drewnie, a główną specjalnością są steki; sezonowaną (czyli dojrzewającą) wołowinę można oglądać w lodówce stojącej przy wejściu.

      ed red

      No to zapraszam:

      Po przestudiowaniu karty dań, zaczęliśmy rozmowę z panią kelnerką na temat stopnia wysmażenia steków. Naszpikowana teorią, próbowałam uzyskać informację, czy lepiej będzie zamówić stek wysmażony w stopniu medium czy może medium well, a może well done? Na co panienka mówi:

      - To może ustalimy tylko czy chcą państwo stek bardziej czy mniej wysmażony, a jak będzie za mało wysmażony, to szybciutko dosmażymy.

      I potem stała nad nami, dopóki nie spróbowaliśmy pierwszego kęsa.

      - Dobry???? To życzę smacznego!

      Ale trzeba przyznać, że steki były super!

      Zamówiliśmy T-Bona (czyli rostbef z polędwicą na kości) oraz New York (rostbef)

       T-bone

      new york

      Steki podano na dużych grubych deskach, z miseczkami sosu (wzięliśmy berneński i z zielonym pieprzem i gorgonzolą). Steki były niesolone, ale wzdłuż prawego brzegu deski usypano płateczki soli, w których maczało się kawałki mięsa. Świetny pomysł!

      Rzecz jasna noże były specjalne, bardzo ostre.

      nóz do steków

      Do tego lampka czerwonego wytrawnego wina, miseczka frytek (niby grubych, domowych, ale trochę oklapniętych, niestety)

      Generalnie jednak, jeśli ktoś chciałby spróbować steka wzorcowego – polecam Ed Reda.

      Dodam, że tę krakowską degustację chciałam zestawić z moją degustacją steków w bistrze w Cannes w czasie wycieczki do Francji. Wówczas podane nam steki rozczarowały wszystkich; mięso było twarde i krwiste i nikt się nas nie zapytał, jaki stopień steków preferujemy.

      W tym zestawieniu - absolutnie steki krakowskie górą!

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Dobry stek? Zapraszam do Krakowa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 17 grudnia 2014 10:43
  • czwartek, 07 sierpnia 2014
    • Kuchnia regionalna w praktyce

      Wyjazd do Krakowa to dobra okazja spróbowania wreszcie galicyjskiego specjału: maczanki po krakowsku. Tak sobie pomyślałam i wystukałam w necie, gdzie takową podają. "Bistro Krakowskie" u zbiegu ulic św. Anny i Wiślnej. Super! centrum miasta.
      Co się okazało na miejscu?
      Niestety, bistro nie istnieje, został tylko szyld i meble za brudną szybą w domu towarowym "Centrum".
      Nie wyszukałam sobie innej lokalizacji, i nie chciało mi się chodzić od lokalu do lokalu w poszukiwaniu maczanki.
      Poszłam do "Chłopskiego Jadła" przy ul. św. Jana. Powinno być regionalnie.
      czekadełko w chłopskim jadle

      chłopskie jadło na św. Jana
      Bardzo podobał mi się wystrój lokalu: ciemne drewniane stoły, ławy, poduchy z kogucikiem, wiklinowe lampy, kamionkowe naczynia. Przemyślana stylizacja, jednorodna, nie ma tu zbieraniny, typu każda rzecz z innej bajki. Nie ma chaotycznego nagromadzenia przedmiotów. Duży plus.

      wystrój chłopskiego jadła

      chłopskie jadło kolaż
      Kogucik to firmowy znak "Chłopskiego Jadła"; jest nawet w zabawnych tabliczkach na toaletach:)
      koguciki
      A jedzenie?
      Jest poprawne. Smaczne, ale bez cudów, nie rzuca na kolana.
      Załapałam się na michę pierogów (ruskie, z mięsem, ze szpinakiem, z kapustą i grzybami). Nie bierzcie tych kapustą - kwaśność aż wykrzywia.
      Kwas chlebowy mi smakował, ale tu nie jestem uprawniona do oceny; prawie zupełnie nie wiem, jak naprawdę winien on smakować. Być może tak właśnie jak tu.
      Było też gratisowe czekadełko, i to w ilości nie symbolicznej: pajda chleba (taki sobie), smalec, twarożek i ogórek kiszony.

      Słyszałam rozmowę pani przy sąsiednim stoliku: bardzo była rozczarowana, że nie ma bigosu, dla niej to kwintesencja chłopskiego jadła:) Jakoś nie zauważyła, że to nie sezon na taką potrawę, a pani kelnerka nie umiała jej nic sensownego powiedzieć.
      Dodam jeszcze, że do śledzika zamówiła sobie herbatę! ło matko!
      Zresztą niech się cieszy, że nie dostała bigosu z tej kapusty, którą ja miałam w pierogach! Stara jest już do niczego, a młodej kiszonej jeszcze nie ma.
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 sierpnia 2014 12:48
  • wtorek, 05 sierpnia 2014
    • Hardcorowy kumpir w Krakowie

      Lokalik przy Hali Targowej pod torami z kumpirami zdobywa sobie podobną sławę jak zapiekanki u Endziora na Placu Nowym na Kazimierzu.


      Krakowski kumpir

      To nie jest miejsce, gdzie można się umówić na romantyczną randkę. Ale jest to miejsce, gdzie tętni autentyczne życie zwykłego Krakowa, nie tego dla turystów, lecz tego zwykłego, codziennego. Dwa stoliki na zewnątrz wokół wiekiego okna, w którym wydaje się dania, tuż obok szum i charakterystyczny zapach parkujących i ruszających pojazdów, boksy z warzywami, kram z butami i pantoflami, rytmiczny stukok przejeżdżających pociągów. Przy mnie podjechała karetka pogotowia, wyskoczyła ratowniczka i poprosiła na cito 2 tradycyjne:) Dwie urzędniczki, wychodzące najwyraźniej z pracy, zagadały do siebie: o, widzisz, tu jest ten kumpir, reklamowany na forum!
      Podają tu tylko jedno danie - kumpir, czyli ziemniak, ale w różnych odsłonach.


      rodzaje kumpira

      Zanim tam trafiłam, myślałam że kumpir to polska potrawa, jakoś ta nazwa tak polsko mi brzmiała. I myślałam o rodowodzie wielkopolskim - tam przecież pyry z gzikiem to regionalny specjał. Ale nie, nie. Kumpir to danie rodem z Turcji. A ta polskość to przypadkowa zbieżność słów: kumpie to staropolska szynka.
      Czym więc jest kumpir? To wielki pieczony ziemniak z różnym nadzieniem. Bardzo sycący, nawet ten najuboższy, tylko ze śmietaną i prażoną cebulką.


      kumpir

      Ciekawe, czy się przyjmie w Krakowie i przetrwa? ....

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Hardcorowy kumpir w Krakowie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 sierpnia 2014 08:43
  • wtorek, 01 października 2013
    • Kuchnia indyjska w Krakowie

      Przygotowuję się do przyjęcia, na którym chciałabym podać dania kuchni indyjskiej.

      To trochę karkołomne wyzwanie dla kogoś, kto nigdy w Indiach nie był (znaczy dla mnie).

      Jednak po przypomnieniu sobie świetnej książki „Kari na bananowym liściu” autorstwa O. Sobańskiego i J. Pałęckiej – mam już jakie takie pojęcie o kuchni indyjskiej, o filozofii przygotowywania potraw, głównych składnikach tam używanych, rodzajach dań.

      Przyszedł czas na posmakowanie:

      Wybrałam restaurację w Krakowie „Indus Tandoor” przy ul. Sławkowskiej. Reklamuje się ona jako autentyczna, działa od 1988 roku, kucharzem jest Hindus.

      Wystrój ma elementy kultury indyjskiej, dużo starego złota w detalach (słonie, dzbany, lampy), ściany wyłożone wytłaczaną skórą, ciemne masywne meble. Trochę mroczno. Pozłacane, ozdobne, ciężkie sztućce, prosty fajans talerzy.

      Indus Tandoor

      sztućce w Indus Tandoor

      Zdecydowałam się spróbować tylu dań, ile byłam w stanie zjeść:) Zrobiłam założenie (przyznaję od razu – nie wiem czy słuszne – tu muszę się jeszcze dokształcić!), że na posiłek w rodzaju obiadu lub kolacji składają się: przekąska, zupa, danie główne.

      Jako przekąskę wybrałam samosy nadziewane pikantnymi ziemniakami i groszkiem z trzema rodzajami sosów, podane z surówką.

       samosy

      samosy w środku

      Samosy dobre, ale ostre. Jeden z sosów totalnie dla mnie za ostry, pozostałe dwa: pomidorowy i jogurtowy – pyszne!

       Potem zdecydowałam się na zupę dal z soczewicy.

       zupa dal

      Dla mnie nie do przyjęcia! Tak dużo przypraw miała w sobie, że była aż gorzka. I szalenie ostra. Na pewno chciałabym podać tę zupę u siebie (uwielbiam testować zupy z soczewicy z różnych kuchni narodowych), ale na pewno będę bardzo, bardzo ostrożna z przyprawami.

      Wiem, że pewnie się nie znam, że kuchnia indyjska musi być ostra, ale złagodzę ją, wyjaśniając oczywiście gościom modyfikację; w czystej postaci nikt by mi tak ostrych potraw nie zjadł!

       I danie główne: chicken tikka masala – kawałki kurczaka w marynacie pieczone w piecu tandoori, podane w kremowym sosie pomidorowym.

      chicken tikka masala

      Tym daniem jestem zachwycone! Pyszne, soczyste mięso kurczaka, w znakomicie wyważonym smakowo sosie, nie za ostre. Kurczak podany był w żeliwnym zgrabnym tygielku, postawionym na podgrzewaczu, do tego chlebek naan.

      N pewno spróbuję to danie u siebie podać.

      Ponieważ kuchnia indyjska nie uznaje żadnego alkoholu (z przesłanek religijnych), nie zamawiałam do posiłku żadnego wina czy piwa, mimo, że w karcie menu one są obecne. Zakończyłam posiłek po prostu zieloną herbatą.

      Nie wiem, czy menu tej krakowskiej restauracji jest reprezentatywne dla kuchni indyjskiej, ale mam nadzieję, że tak, i będzie dla mnie pewnym wzorcem.

      Byłam tam w dzień powszedni, ok. godz. 15 i ruch był spory, jak na krakowski lokal. Żadnego kłopotu ze stolikiem nie było, ale też lokal nie świecił pustkami.

      I jeszcze ceny: za przystawkę, zupę, danie główne i herbatę zapłaciłam 60 zł.

      Myślę, że warto tam zajrzeć:)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kuchnia indyjska w Krakowie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 października 2013 06:25
  • czwartek, 22 sierpnia 2013
    • Na krakowską "Ancorę" czaiłam się od dawna

      Nie byłam jednak pewna, czy jest w zasięgu moich możliwości finansowych.
      Dopiero, kiedy pojawiło się na ich stronie internetowej menu wraz z cennikiem - zaplanowałam tam obiad.
      Zaległe imieniny wiernej towarzyszki moich kulinarnych penetracji były dobrą okazją:)
      Chciałam tam iść z uwagi na właściciela- Adama Chrząstowskiego prowadzącego program telewizyjny "Adam po pracy" i blog kulinarny.
      Ancora mieści się w centrum Krakowa, na rogu ulic Dominikańskiej i Poselskiej. Idąc, patrzcie uważnie: wejście jest od ulicy Dominikańskiej, ale nie jest zbytnio wyeksponowane.

      ancora Kraków

      Wystrój, potrawy, obsługa - wszystko można podsumować dwoma słowami: spokojna elegancja, czy może ascetyczna klasyka. Męski, trochę surowy, styl.

      wystrój ancory

      Nie ma tu w wystroju ozdóbek, mieszaniny różnych bajek (co - skądinąd bywa niekiedy urocze), a smaki potraw są wyważone i zharmonizowane. Nie trafiły mi się tutaj dania rzucające na kolana, ale wszystko co jadłyśmy było smaczne i pięknie podane.
      A cenowo: obiad dla dwóch osób, składający się z zestawu przystawek i głównego dania + lampki wina - to koszt ok. 200 zł.
      Czas na prezentację potraw:
      Zestaw 6 przystawek, bardzo pomysłowo podanych w małych kokilkach. Każda z nas dostała nowoczesny w formie, biały, prostokątny talerzyk, sztućce i można było próbować i zestawiać przystawki, co tam kto lubi.
      Wybrałyśmy:
      ruloniki z rostbefu z chrzanem
      mus z kaczych wątróbek z warstwą galaretki porzeczkowej
      kozią bryndzę z marynowanymi buraczkami
      pomidory malinowe z dymką
      mini omlet z boczniakami i szczypiorkiem
      sałatkę z młodych warzyw (to była po prostu sałatka jarzynowa)

      przystawki

      Do tego pieczywo jasne i ciemne oraz kremowo-serowe masełko
      Po przystawkach intermezzo: sorbet ogórkowy z żubrówką - super hit! przepyszny!

      sorbet ogórkowy

      Dania główne:
      Trio jagnięce: comber, ozorek i łopatka z sosem prowansalskim i ziemniaczaną zapiekanką

      trio jagnięce

      Trio wieprzowe: schab z rusztu, boczek wolno gotowany i kaszanka podane z puree z zielonego groszku

      trio wieprzowe

      Wino: czerwone cotes du Rhone

      Wybierając danie główne długo wahałam się, czy wybrać coś z menu sezonowego – były moje ukochane kurki! - czy jednak z menu ogólnego.  Zdecydowałam się na jagnięcinę z menu ogólnego, bo nigdy nie mam jej dosyć – praktycznie jest nie do kupienia na mojej prowincji, chyba że czasem, mrożona nowozelandzka. Mało też mam doświadczenia, jaka ta jagnięcina powinna być w smaku. Wydawało mi się, że ta moja na talerzu jest nieco twarda – ale może taka właśnie ma być?

      Przypomina mi się tutaj historia z Cannes we Francji, kiedy w małym bistro, trzy czwarte wycieczki, z którą tam byłam, zrobiło prawie że awanturę personelowi, że dano im do jedzenia twarde podeszwy, a nie steki wołowe! I powiem wam, że sama nie wiem, czy te steki były właściwe, czy rzeczywiście źle przygotowane… twarde rzeczywiście były! a noże nieostre!

      „Ancorę” zapamiętam jednak bardzo sympatycznie: miłą i nienarzucającą się opiekę kelnerki, spokojny ład i minimalizm  wystroju sal, smaczne, ładnie podane potrawy.

      I jeszcze coś powiem wam na ucho: w toalecie, zamiast ręczników papierowych, stał wiklinowy koszyk, a w nim zwinięte w ruloniki malutkie frottowe ręczniczki, które po wykorzystaniu wrzucało się do przeznaczonego na ten cel pojemnika. Uważam to za super pomysł!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Na krakowską "Ancorę" czaiłam się od dawna”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 sierpnia 2013 00:02
  • sobota, 29 września 2012
    • Krakowska "Nowa Prowincja"

      Zapraszam na małe co nieco do urokliwego lokaliku na Brackiej w Krakowie, pełnego zegarów, starych sprzętów, drewnianych krzeseł i szkolnych ławek

      Bracka

      nowa prowincja

      wnętrze Nowej Prowincji

      Obowiązkowo powinno się tu zjeść tartę cytrynową, ale ja chciałam coś bardziej konkretnego; skończyło sie na sałatce z marynowanym bundzem i chrupiącymi tostami

      sałatka z bundzem

      "Nowa Prowincja" była ulubioną knajpką Wisławy Szymborskiej; może to tu napisała swój wiersz o cebuli? kto wie? :)))


      Cebula
      Wisława Szymborska

      Co innego cebula.
      Ona nie ma wnętrzności.
      Jest sobą na wskroś cebulą,
      do stopnia cebuliczności.
      Cebulasta na zewnątrz,
      cebulowa do rdzenia,
      mogłaby wejrzeć w siebie
      cebula bez przerażenia.

      W nas obczyzna i dzikość
      ledwie skórą przykryta,
      inferno w nas interny,
      anatomia gwałtowna,
      a w cebuli cebula,
      nie pokrętne jelita.
      Ona wielekroć naga,
      do głębi itympodobna.

      Byt niesprzeczny cebula,
      udany cebula twor.
      W jednej po prostu druga,
      w większej mniejsza zawarta,
      a w następnej kolejna,
      czyli trzecia i czwarta.
      Dośrodkowa fuga.
      Echo złożone w chór.

      Cebula, to ja rozumiem:
      najnadobniejszy brzuch świata.
      Sam sie aureolami
      na własną chwałę oplata.
      W nas - tłuszcze, nerwy, żyły,
      śluzy i sekretności.
      I jest nam odmówiony
      idiotyzm doskonałości.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Krakowska "Nowa Prowincja"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 29 września 2012 07:37
  • czwartek, 27 września 2012
    • Analiza i interpretacja wiersza Herberta „Kościół”

      Właśnie odebrałam e-maila z przepiękną analizą wiersza Herberta, o którym tu ostatnio tyle się mówi, autorstwa p. Atojaxxl. Bardzo, bardzo dziękuję!!!!
      I byłoby doprawdy z mojej strony wielkim egoizmem, gdybym nie podzieliła się tutaj tym tekstem.
      Oto on:


      W kamiennym lesie katedry
      pod czaszką sklepieniem i niebem
      godzina wstrzymanych zegarów
      popiół spalonych traw

      niepewne wiązania szeptów
      westchnienia do chleba naszego
      na górze żebra mamutów
      kamienne morze i ląd

      milczenie posadzki na której
      kwitną włosy grzesznicy
      pora samotna jak ziarno
      rozsadza opokę i dno

      w brzozowym lesie organów
      zagubił kantyczkę Sebastian
      Jan ją znalazł i poszli
      przytuleni skrzydłami

      on był tu także lecz milczał
      zagasił ołtarz jak zachód
      puszystej łące powietrza
      stopy zostawił świat



      Zakładając, że nie znamy (założenie konieczne, bo znamy!!!) kontekstu i okoliczności powstania wiersza, przyjmujemy, że tytuł jest zapowiedzią poetyckiej refleksji dotyczącej bądź kościoła jako instytucji  lub kościoła – budynku. Z treści wiersza wynika, że poetyckiej refleksji poddane zostało wnętrze kościoła, który jest gotycką katedrą.
      Posługując się licznymi metaforami podmiot liryczny przedstawia wnętrze katedry jako las kolumn podtrzymujących zarówno myśl ludzką ( utożsamiona z czaszką), jak i sklepienie (dach) oraz wiarę w wieczność (utożsamiona z niebem). W tym wnętrzu  czas jakby stanął w miejscu (godzina zatrzymanych zegarów = godzina śmierci Chrystusa = godzina odkupienia) a wypełnia je zapach kadzideł i minionych wieków (popiół spalonych traw). Zaznaczyć należy, że słowo „czaszka” może być też nawiązaniem do Golgoty, a więc kościół jest miejscem, pod którego sklepieniem powtarza się Ofiara Chrystusa.

      W tym wnętrzu trwa modlitwa wypowiadana szeptem, a więc dająca wrażenie niepewności, czy zostanie wysłuchana (niepewne wiązania szeptów), odwieczna modlitwa „Ojcze nasz” zawierająca prośbę o zaspokojenie podstawowej potrzeby człowieka: o chleb powszedni ale też o chleb Eucharystii (westchnienia do chleba naszego) – wykorzystana tu zostaje wieloznaczność słowa chleb.
      Sklepienie kościoła opisuje podmiot liryczny jako szkielet (metaforyczne żebra mamutów), a rozpiętą na nim wapienną nawę wiąże z miejscem pochodzenia wapieni a więc „kamiennym morzem” , które stało się lądem (znów wieloznaczność słowa nawa , które tu wprawdzie nie zostało przez poetę użyte, ale nasuwa się samo przez się : nawa jako część kościoła i nawa  jako okręt ).

      Posadzka kościoła, a więc ta najniższa jego część, jest milczącym świadkiem hołdu jaki wierni oddają Chrystusowi jak niegdyś jawnogrzesznica (kwitną włosy grzesznicy), która własnymi włosami wycierała stopy Jezusa (Łk 7,36-50).
      Samotna modlitwa przenika mury kościoła i ziemię, ma siłę ziarna rzuconego w glebę (jak ziarno rozsadza opokę i dno) . Ale może to być także nawiązanie do samotnej śmierci Jezusa na krzyżu (samotna pora = czemuś mnie opuścił), która nie była końcem lecz początkiem nowego, wiecznego życia.

      Kolejną częścią kościoła porównaną metaforycznie do lasu są organy. Ich jasne wysokie piszczałki podobne są do wysmukłych pni brzozowych i rozjaśniają wnętrze (w brzozowym lesie organów   ). Wśród nich wznosi się i zanika melodia kantyczki (znowu wykorzystanie wieloznaczności słowa: kantyczka to książeczka zawierająca pieśni, ale i pojedyncza pieśń religijna staropolska najczęściej). W mistrzowski sposób podmiot liryczny łączy postać Jana Sebastiana Bacha z popularnym pojęciem chórów anielskich – rozdziela jego imiona na postacie dwóch z wielu aniołów, którzy tradycyjnie należą do dekoracji organów.

      Wreszcie ostatnia zwrotka czy jak obecnie się mówi – segment wiersza. On – kim jest , kim był ? Nasuwa się kilka interpretacji. On – Bóg, On – Chrystus, On – Duch Święty ? Milczący Bóg, którego obecność w Eucharystii rozsadza zamkniętą przestrzeń kościoła (gasi ołtarz) który nie mieszka tylko w ołtarzu, który jawi się jako stwórca („łące powietrza stopy zostawił świat” ). Ale może to być także postać Ukrzyżowanego, która jakby jest ważniejsza od innych elementów wystroju kościoła, ponieważ Jego stopa jest dostępna wiernym a jej ucałowanie czy pobożne dotknięcie jest kontaktem ze światem transcendentnym.

      Jak wspomniano wyżej, Herbert wykorzystał w wierszu liczne metafory, w tym nawiązujące do treści biblijnych. Wzbogacił je epitetami: kamienny, kamienne, brzozowy, niepewny, samotną), porównaniami  (pora samotna jak ziarno). Nastrój ciszy wypełniającej kościół podkreśla użyciem takich słów jak westchnienie, szept, milczenie . Posługuje się też kilkakrotnie wieloznacznością wyrazów: kościół, chleb, ziarno, kantyczka,
      Niebagatelną rolę odgrywa brak interpunkcji, zaciera on bowiem granice między wyrazami, między zdaniami i zwrotkami dając możliwość rozmaitej interpretacji związków wyrazowych.
      Atojaxxl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Analiza i interpretacja wiersza Herberta „Kościół””
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 września 2012 23:58
    • Hurra!!! znalazłam wiersz Herberta "Kościół"

      Jednak był publikowany; po raz pierwszy w antologii:  "... każdej chwili wybierać muszę" - PAX 1954 i w 2010 roku w tomie: Zbigniew Herbert, Utwory rozproszone.
      Wiersz był blisko, na wyciągnięcie ręki:)
      Okazało się, że mój znajomy ceni bardzo twórczość Herberta, ma wszystkie jego dzieła zebrane; wiersza "Kościół" nie pamiętał, ale go MIAŁ.
      To teraz mamy go już wszyscy:)
      Datowany jest na 25 II 1951

      Kościół

      W kamiennym lesie katedry
      pod czaszką sklepieniem i niebem
      godzina wstrzymanych zegarów
      popiół spalonych traw

      niepewne wiązania szeptów
      westchnienia do chleba naszego
      na górze żebra mamutów
      kamienne morze i ląd

      milczenie posadzki na której
      kwitną włosy grzesznicy
      pora samotna jak ziarno
      rozsadza opokę i dno

      w brzozowym lesie organów
      zagubił kantyczkę Sebastian
      Jan ją znalazł i poszli
      przytuleni skrzydłami

      on był tu także lecz milczał
      zagasił ołtarz jak zachód
      puszystej łące powietrza
      stopy zostawił świat


      To ten kościół: gotycki, ale z wystrojem barokowym i wspaniałymi organami
      

      kościół NMP w Toruniu

      wnętrze kościoła NMP w Toruniu

      (kolaż zdjęć moich i Wikipedii)

      Szkoda, że nie znalazła się nigdzie analiza tego wiersza; ja sama nie umiem jej dokonać; dla mnie wiersz to suma skojarzeń, podsuniętych myśli i tropów, podążanie za myślą autora. Wejście do gotyckiej katedry to zawsze niesamowite wrażenie wielkości (te "żebra mamutów"), transcendencji - tu rzeczywiście - mimo ciszy - słyszy się wspomnienie wszystkich modlitw i rozedrganą muzykę organów. Bardzo spodobał mi się pomysł zgubionej kantyczki, którą znalazł Jan Sebastian Bach; przymknij oczy i posłuchaj: czy to nie fuga d-moll? te uciekające nutki, gonione dźwiękami przez Jana Sebastiana?
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Hurra!!! znalazłam wiersz Herberta "Kościół"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 września 2012 08:00
  • środa, 26 września 2012
    • Ławeczki poetów i takie tam.... lubicie?

      W Tarnowie, na ulicy Wałowej, jest ławeczka poetów, na której przysiedli Zbigniew Herbert, Agnieszka Osiecka i Jan Brzechwa.
      Dużo tu ostatnio o Herbercie, w związku z moim wypadem do Torunia; jak pisał niejednokrotnie Kamil w komentarzach wiele nasze miasta łączy:) ta ławeczka to taka kolejna nić łącząca Toruń z Tarnowem; popatrzcie
      

      Herbert w Tarnowie

      Ostatnimi laty ławeczki poetów powstają jak grzyby po deszczu:)
      Oczywiście turyści szaleją, fotografując się z nimi, wręcz kolejki ustawiają się do zdjęcia!
      Zastanawiałam się, czy mi się ta idea podoba... i wyszło mi, że tak. Jednak tak. Miła jest materialna świadomość czyjejś obecności kiedyś tam w danym miejscu. Biegnąc co dzień obok do swoich zajęć, powtarzam w myśli jakiś fragment wiersza, który on (czy ona) napisał... żyje się zanurzonym w historii dziejów, pamięta się o tym. Dla mnie to cenne.
      Nie mówiąc już o tym, że jest to jakiś oddech po monotoni betonowych kostek naszych bloków.

      A w Toruniu znalazłam ślad po grafiku, Zbigniewie Lengrenie, popatrzcie to Filutek z "Przekroju"! jest tam też złoty osioł, który dawniej pełnił rolę pręgierza.
      

      Filutek

      I jeszcze legendarny flisak, który grą na skrzypcach wyprowadził z miasta zbyt rozpanoszone tam żaby
      

      flisak i żaby

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Ławeczki poetów i takie tam.... lubicie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 26 września 2012 06:27
  • wtorek, 25 września 2012
    • Zbigniew Herbert w Toruniu - pomocy!

      "A wystarczy dzień, dwa, aby je poznać i poznawszy zaprzyjaźnić się, a może nawet pokochać..."
      - tak pisał Zbigniew Herbert o Toruniu.

      Lubię szukać literackich śladów w miejscach, które zwiedzam. Jadąc do Torunia, wiedziałam, że poeta Zbigniew Herbert związany był z tym miastem. Miałam jednak zbyt mało czasu, by dobrze się do tych tropów przygotować.
      Dopiero po powrocie więcej nieco poczytałam i już tylko we wspomnieniach i zdjęciach mogłam odnaleźć jego ślady.
      Czytając napisaną przez Halinę Misiołek historię jej długoletniego związku z Herbertem, trafiłam na słowa poety: "Byłem w kościele NMP i na chórze napisałem wiersz".
      Znawcy twierdzą, (a zwłaszcza Cezary Dobies, autor książki „Herbert w Toruniu. Przewodnik po latach 1947-1951 dla turystów poezjojęzycznych"), że chodzi o toruński kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, a wiersz nosi tytuł "Kościół".
      Byłam w tym kościele! nawiasem mówiąc był to jedyny kościół, w którym nie było remontu i do którego dało się wejść:)
      Ale nie mogę znaleźć tego wiersza:(((
      W tomikach Herberta, które posiadam, go nie ma, w internecie (w którym ponoć jest wszystko) też go nie znalazłam. Owszem, wszyscy o nim piszą, ale samego tekstu nie ma. To wczesny wiersz poety, zaliczany do juveniliów. 
      Proszę, może ktoś zna ten wiersz, spotkał się z nim? Proszę o pomoc. Bardzo chciałabym ten wiersz przeczytać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Zbigniew Herbert w Toruniu - pomocy!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 września 2012 06:26

Kalendarz

Kwiecień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl