Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Kuchnia w literaturze

  • wtorek, 21 lutego 2017
    • Bigos kapitana żeglugi wielkiej

      Jest to przepis kapitana żeglugi wielkiej p. Karola Olgierda Borchardta (autora książki "Znaczy Kapitan"), podany przez jego asystentkę p. Ewę Ostrowską w książce wspomnieniowej "Pod białą różą". Kapitan nazwał ten bigos: kaczka na jabłoni.

      Zawsze, kiedy czytam takie przepisy (lub choćby tylko zarysy przepisów, jak w tym wypadku), mam ochotę lecieć do kuchni i przyrządzić potrawę.

      Jak mi wyszło tym razem?

      Zapraszam!

      bigos_kapitana_w

      30 dag kapusty kiszonej

      30 dag kapusty białej (mniej więcej 1/4 małej główki)

      1 duże jabłko winne (wagi ok. 30 dag)

      upieczona pierś kaczki

      przyprawy: sól, pieprz, majeranek, kminek, ziele angielskie, listek laurowy, szczypta cynamonu, szczypta papryki, łyżeczka cukru

      olej, masło

      100 ml calvadosu lub cydru jabłkowego

       

      Kapustę kiszoną lekko odciskamy, szatkujemy by włosy nie były zbyt długie. Wkładamy do rondla z rozgrzanym olejem i łyżką masła, smażymy chwilę, po czym podlewamy niewielką ilością wody i dusimy do miękkości, dodając 2-3 ziarnka ziela angielskiego, listek laurowy i nieco pieprzu.

      Kapustę białą dość drobno szatkujemy, lekko solimy, ugniatając, po czym wkładamy do drugiego rondla i podlewamy niewielką ilością wody, a kiedy już zabulgocze dodajemy sporą łyżkę masła, kminek, pieprz, nieco soli. Gotujemy do miękkości.

      W trzecim rondlu topimy nieco oleju i łyżkę masła, dodajemy obrane i starte na grubej tarce jabłko, doprawiamy cukrem, cynamonem, papryką i dusimy do miękkości, uważając by jabłko się nie rozpadło.

      Kiedy już wszystko będzie miękkie, łączymy w jednym garnku: kapustę kiszoną, kapustę białą, duszone jabłko i kaczkę pokrojoną na małe kawałki.

      Mieszamy wszystko i dusimy jeszcze jakieś 20 minut. Doprawiamy solą, majerankiem, podlewamy calvadosem lub cydrem.

      Gasimy ogień, przykrywamy pokrywką i zostawiamy na kilka godzin w spokoju. Dopiero po tym czasie podgrzewamy, próbujemy i doprawiamy do smaku według uznania.

      Smacznego!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Bigos kapitana żeglugi wielkiej”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 lutego 2017 12:37
  • wtorek, 14 lutego 2017
    • Kulinarna książka w sam raz na Walentynki

      Drodzy kulinarni pasjonaci!

      Dziś dzień prezentów dla osób miłych naszemu sercu, dlatego dla wszystkich miłych czytelników mam kulinarną walentynkę, nową książkę: "Kuchnia na plebanii" Łukasza Modelskiego

      kuchnia_na_plebanii

      Książkę wydało Wydawnictwo Literackie, a jej podtytuł brzmi: 200 tradycyjnych przepisów księżowskich gospodyń. Autor rozmawia z gospodyniami i spisuje przepisy z Kujaw, Małopolski, Śląska, Kaszub, Podlasia, Pomorza i Mazowsza. Czyli jest to również skarbnica przepisów polskiej kuchni regionalnej.

      A ten cały tajemniczy nieco, nieznany świat kuchni plebańskiej? Jak pisze autor:

      "Przekonanie, że polska, osobliwie prowincjonalna, plebania zachowała tradycyjną kuchnię w jej najbardziej konserwatywnym, pierwotnym kształcie, towarzyszyło mi od dawna. (..) Jeśli miałbym opisać ich kuchnię w dwóch słowach, powiedziałbym: obfitość i prostota. Pamiętam bardzo uczciwe, czterodaniowe obiady, solidne treściwe zupy, ciężkawe, ale starannie przyrządzone mięsa, domowy drób, domowe masło, wszechobecną śmietanę i smak kompotu. Żadnych udziwnień. Kilka lat nosiłem się z zamiarem zanotowania tych plebanijnych przepisów, wiedząc, że to ostatni moment, że dawne domowe gotowanie księżowskich gospodyń wkrótce odejdzie wraz z nimi."

       

      Dla mnie szczególnie cenna jest opowieść z Małopolski, w końcu stąd jestem. W świat kuchni sądeckiej zabiera nas pani Maria Bocheńska, z plebanii w Piątkowej, leżącej nieopodal Nowego Sącza.

       

      Zapraszam do świetnej lektury!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kulinarna książka w sam raz na Walentynki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lutego 2017 10:50
  • niedziela, 29 stycznia 2017
    • Kryminały kulinarne w sam raz na weekend

      Monachijczyk - Tom Hillenbrand - dziennikarz, kucharz-hobbysta i smakosz - jest autorem czterech książek, określanych nazwą "kryminał kulinarny"; dwie z nich: "Zakazany owoc" i "Czerwone złoto" już ukazały sie w polskim tłumaczeniu.

      Łączy je bohater: Xavier, kucharz z Luksemburga, pasjonat regionalnej, tradycyjnej kuchni, nie ulegający nowoczesnym technikom kulinarnym i nowinkom.

      Wskutek różnych zbiegów okoliczności, Xavier niespodziewanie wpada w epicentrum około kulinarnych zdarzeń, które niosą duże pieniądze, ale i duże niebezpieczeństwo, łącznie ze śmiercią.

      Owoc, podnoszący smak każdej potrawy na niewyobrażalne wyżyny, czy czerwone bezcenne mięso tuńczyka do kupienia za grosze - wszystko to jest wystarczającym powodem dla niektórych, by nie cofnęli się nawet przed zabójstwem.

      Czy Xavier ocali swą głowę?

      Czy wystarczy mu pomoc wiernego przyjaciela?

      Czy dzisiejszy sojusznik nie okaże się jutrzejszym wrogiem? Czy zaangażowanie samego prezydenta Paryża może odwrócić zły układ zdarzeń?

       

      Poczytajcie.

      W mroźne, zimowe, długie wieczory dobrze się to będzie czytało.

      A ja dorzucę jeszcze kilka zdań autora, Toma Hillenbranda (które znalazłam w wywiadzie z nim M. Stuch na portalu Nasze miasto):

       

      "Myślę, że kucharz-detektyw to faktycznie nowe połączenie. A przy tym powiedziałbym, że sztuka kulinarna od zawsze towarzyszyła zbrodni. Wystarczy wspomnieć Brunettiego, Maigreta, Poirota – wszyscy ci detektywi lubili dobrze zjeść. Nową rzeczą w mojej serii jest to, że nie chodzi w niej tylko o dobre jedzenie, ale także o złe jedzenie oraz o sztuczki i intrygi, jakie możemy napotkać w branży kulinarnej.

       

      (...) Wybrałem ten temat raczej dlatego, że doszedłem do wniosku, że gotowanie stało się nieco zbyt popularne. Chciałam obalić ten kult kuchni, pokazać ludziom, co dzieje się na zapleczu, jakie sztuczki są stosowane i jak często się nas, konsumentów, oszukuje. Wydaje mi się bardzo dziwne, że w miarę, jak żywność staje się coraz gorsza, mnożą się programy telewizyjne o jedzeniu. Widzę tu powiązanie."

       

      Miłej lektury!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 stycznia 2017 11:11
  • poniedziałek, 09 stycznia 2017
    • Ciasteczka bostońskie L.M. Montgomery

      Szukałam przepisów kuchni bostońskiej (z uwagi na przygotowywaną imprezę, o której wkrótce) i tak, po nitce do kłębka, w moje ręce wpadł przepis z książki, która od dawna stoi na mojej półce: "Kuchnia z Zielonego Wzgórza. Przepisy L.M. Montgomery" autorstwa: Elaine i Kelly Crawford.

      ciasteczka_bostoskie

      Przepis pyszny, prościutki i tak reklamowany przez autorki:

      "Jedna z gospodyń Maud zauważyła, że często się ją prosi o upieczenie ciasteczek bostońskich. Słój z ciastkami w domu Macdonaldów był bezustannie opróżniany!"

       

      Moi goście byli zachwyceni.

      To co, startujemy!

       

      kostka masła

      1 i 1/2 szklanki brązowego cukru

      3 jajka

      1 łyżeczka sody rozpuszczona w 1 i 1/2 łyżki gorącej wody

      3 i 1/2 szklanki mąki

      pół łyżeczki soli

      łyżeczka cynamonu

      1 szklanka posiekanych orzechów włoskich

      1 szklanka rodzynek

       

      Masło ucieramy dodając stopniowo cukier i jajka.

      Dodajemy rozpuszczoną w gorącej wodzie sodę oraz partiami - mąkę (z solą i cynamonem), następnie rodzynki i orzechy.

      Całość mieszamy, chwilę schładzamy w lodówce, ot, tyle by piekarnik zdążył się nagrzać do 180 st. C.

      Niewielkie porcje ciasta (wielkości łyżeczki lub ciut większe, zależy czy lubicie ciasteczka małe czy trochę większe) kładziemy w odstępach na blasze wyłożonej pergaminem. Każdą partię pieczemy ok. 15 minut.

      Studzimy, po czym przekładamy ciasteczka do słoja lub puszki - to ważne, bo wtedy będą cudownie miękkie).

      I smacznego!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 stycznia 2017 11:27
  • wtorek, 04 października 2016
    • Nowa książka okołokulinarna

      Skusiłam się na „Foodie w wielkim mieście” (autor: Jessica Tom), bo na okładce był widelec, smakosz w tytule i ciekawy opis fabuły, która rozgrywa się w nowojorskich restauracjach pierwszogwiazdkowych:

      Mamy znanego krytyka, który jest wyrocznią oceniającą kuchnię w NY, mamy studentkę, która zaczyna razem z nim odwiedzać restauracje i przekazywać mu swoje opinie o potrawach, bo krytyk stracił smak, mamy nadmiar intryg i zawirowań uczuciowych, mamy trochę fajnych opisów podawanych potraw, mamy trochę luksusowych ciuszków dla biednego Kopciuszka.

      Oczywiście tytuł nasuwał skojarzenia z filmem „Seks w wielkim mieście”, ale to mogło być ciekawe, pomyślałam. Trochę tego wielkiego świata, tym razem kulinarnego, czemu nie?

      W miarę czytania, skojarzeń było coraz więcej, i coraz bardziej przestały mi się podobać. Fabuła została wymyślona według schematu książki „Diabeł ubiera się u Prady”, ale tam bohaterka budziła sympatię i nie kłamała na każdym kroku, nie prowadziła niezbyt czystych gierek. Tu bohaterka nie przejmuje się grą fair play. Dlatego jej nie polubiłam. I nic nie pomogło, że na końcu odkręca wszystko, co zamotała.

      Sam tytuł książki też pozostawia wiele do życzenia, bo nie jest tłumaczeniem dosłownym i zupełnie nie wiadomo dlaczego część tytułu pojawia się po polsku, część po angielsku, skoro żadne z użytych słów nie znajduje się w tytule angielskim. Angielski tytuł jest raczej wulgarny („Food Whore” ), więc pewnie dlatego wymyślono inny, ze słowem „foodie”, które oznacza smakosza, ale tłumacz podaje nam jeszcze inne jego znaczenie: człowiek, który dla jedzenia zrobiłby wszystko.

      Jeśli chodzi o moją opinię o tej książce, to jestem na: NIE.

      Książka została wydana w USA w 2015 roku, od razu z prawem do nakręcenia filmu, które zostało zakupione przez Harper Collins; pewnie niedługo się pojawi na ekranach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 października 2016 10:57
  • wtorek, 20 września 2016
    • Świnia w Prowansji. Recenzja

      Są takie książki, które zawsze wzbudzą zainteresowanie. Wystarczy, że w tytule pojawi się magiczne słowo: Toskania czy też Prowansja. Te miejsca są ostatnio bardzo popularnym celem wakacyjnych wyjazdów i zorganizowanych wycieczek. Kulinarnie te tereny są również bardzo atrakcyjne.

      Więc czy trzeba się dziwić, że sięgnęłam po tę książkę? Zwłaszcza, że trafiłam na nią w wyprzedażowym koszu?

      Oto „Świnia w Prowansji. Dobre jedzenie i proste przyjemności w południowej Francji” autorstwa Amerykanki, Georgeanne Brennan.

      (książka leży na rękawicach kuchennych przywiezionych parę lat temu z Prowansji)

      Aczkolwiek trzeba przyznać, że tytuł nie brzmi dla Polaka najlepiej; słowo: świnia niesie trochę pejoratywnych skojarzeń. Cóż, jest to dosłowne tłumaczenie z języka angielskiego.

      Książkę dobrze się czytało, choć trzeba od razu zaznaczyć, że pokazano nam Prowansję, która dziś już nie istnieje. Autorka zamieszkała tam w latach 70-tych, a samą książkę o tym wydała dopiero w roku 2007 (polskie tłumaczenie ukazało się w 2010 roku). Jeden z domów, w których zamieszkała we Francji, był bez kanalizacji i bez światła. Żyli tam wówczas ludzie, którzy prowadzili tradycyjne, samowystarczalne niemal gospodarstwa, wielu z nich pamiętało II wojnę światową. Gotowanie było rzetelne i bez półproduktowych skrótów. Zajmowało dużo czasu.

      Może dlatego ta książka jest taka ciekawa?

      Przepisy kulinarne tam zamieszczone są dobre. Wypróbowałam soup au pistou – wyszła świetnie.

      Znajdziemy tam jeszcze: sałatkę z koziego sera z grzankami, duszoną karkówkę z musztardą i kaparami, kurczaka nacieranego jałowcem i nadziewanego grzybami, bouillabaisse w stylu tulońskim, aioli, udziec jagnięcy z ziołami prowansalskimi i tartę z pomidorami.

      Czasami opowieści w książce są nieco szokujące, na przykład: rozdział poświęcony ubojowi świń w wiosce jest bardzo sugestywny (choć nie drastyczny). Cóż, to po prostu samo życie, bez upiększeń.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 września 2016 11:33
  • sobota, 17 września 2016
    • Soup au pistou z Prowansji

      Klasyczny przepis na klasyczną prowansalską zupę fasolową, gotowaną na przełomie lata i jesieni, kiedy fasola jest jeszcze miękka i świeża.

      Dodatek pistou (sosu z czosnku i bazylii) wyróżnia tę fasolówkę spośród innych.

      Przepis z książki "Świnia w Prowansji", która akurat czytam

       b_pistou

      Składniki zupy:

      Półlitrowy garnuszek świeżej fasoli typu Jaś

      2 garście zielonej fasoli szparagowej

      (we Francji można bez problemu kupić cieniutką delikatną zieloną fasolkę szparagową, u nas o to trudniej, ale bywa na targach, a Lidl miewa ją w postaci mrożonek)

      1 marchewka

      1 duży ziemniak

      1 cebula

      2 małe cukinie

      Garść makaronu (połamanego spaghetti lub nitki)

      Gałązka świeżego tymianku

      Liść laurowy

      Szczypta ziół prowansalskich, sól, pieprz

      Do dużego szerokiego rondla wlewamy 2 litry wody, lekko solimy i kolejno wrzucamy Jarzyny: fasole Jaś, pokrojoną na kawałki fasolkę szparagową, pokrojone w kostkę: ziemniaki, cukinie, cebule i marchew. Dodajemy gałązkę świeżego tymianku, liść laurowy, a kiedy już zupa się zagotuje dodajemy pieprz i zioła prowansalskie. Gotujemy na wolnym ogniu aż warzywa zmiękną. Wtedy dodajemy makaron i gotujemy aż i on będzie miękki.

       

      I to jest koniec I etapu gotowania zupy. Na tym etapie jest ona smaczną fasolówką, ale dość przeciętną; właściwie to wymagałaby doprawienia, ale nie należy tego robić. Bo teraz nadszedł czas zrobienia pistou i dodania go do zupy.

      Właśnie pistou decyduje o smaku i wyjątkowości tej zupy.

       

      Składniki na pistou

      3 ząbki czosnku

      Szczypta soli

      Garść listków bazylii

      Oliwa extra vergin

      Czosnek grubo siekamy i wraz ze szczyptą soli wrzucamy do moździerza i rozcieramy na gęstą papkę. Dorzucamy listki bazylii i dalej ucieramy. Kiedy masa będzie już w miarę jednolita, zaczynamy dodawać po troszku oliwę, cały czas ucierając. Powstaje nam zielony sos o konsystencji majonezu, który dodajemy do gotowej zupy.

      Czosnek powoduje, że pistou jest bardzo ostre, więc dodając go do zupy należy uważać; lepiej dodać mniej i postawić miseczkę z pistou na stole, żeby każdy mógł doprawić zupę według swego uznania.

       Dodam, że zupa jest gęsta i sycąca.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 17 września 2016 07:08
  • poniedziałek, 15 sierpnia 2016
    • Pochwała pomidora

      Pomidory to kwintesencja lata.

      b_pomidory_2016

      Uwielbiam czytać kulinarne opisy; tym razem o pomidorach w książce "Piknik w Prowansji" Elizabeth Bard:

      "Prowansalskie pomidory to prawdziwe cuda: maleń­kie niczym szklane kulki albo ogromne jak ludzkie serca, czerwone niczym kartki walentynkowe, pomarańczowe jak słoneczniki, bladozielone jak świeże listki, żółte niczym słoneczka na obrazkach dzieci. Moja ulubiona odmiana to noire de Crimee, ciemnooliwkowe niczym morszczyn widziany przez falującą wodę. Kupując, zawsze układam je drewnianej cagette ogonkami do dołu. Są zbyt delikatne dojrzałe, by gnieść się w torbie niczym gumowe piłeczki.
      Odkrywając francuską kuchnię, przeżyłam niejeden mo­ment religijnego uniesienia. Patrosząc pierwszą rybę, odkry­łam w sobie niebezpieczną, dziką istotę. Kiedy po raz pierw­szy spróbowałam domowego majonezu, otworzyły się nade mną niebiosa i usłyszałam śpiew aniołów. Nic jednak nie da się porównać z prostotą i wysublimowaną transcendencją prowansalskiego pomidora. Zwłaszcza dla kogoś, kto wycho­wał się na pomidorach o smaku i konsystencji mokrych trocin. Nieważne, co sądzicie o uprawach organicznych, ruchu - locavore, modzie na slow food i tym podobnych. Zjedzenie dojrzewającego w słońcu pomidora zerwanego o poranku prosto z krzaka jest niczym objawienie. Teraz już do końca życia będę pamiętała, że pomidor to owoc.
      Rzeczy idealnych nie należy poprawiać (no dobrze, można podrasować odrobinę dla lepszego efektu). Kilka kryształków gruboziarnistej soli morskiej, kilka kropel oliwy z oliwek, kilka listków purpurowej bazylii. Plastry różnobarwnych po­midorów na białym ceramicznym talerzu wyglądają niczym łuna o zachodzie słońca, układająca się na przemian w pur­purowe, złote, bladoróżowe i oranżowe smugi. Gdyby w na­szym domu obowiązywała zasada „zbyt ładne, aby to zjeść", i pewnością objęłaby przede wszystkim sałatkę z pomidorów. Na szczęście taka zasada nie obowiązuje.
      Nie gotuję w ścisłym tego słowa znaczeniu, za to zabawiam się w swatkę. Małe pomidorki koktąjlowe kojarzę z wędzoną mozzarellą, czerwoną cebulą, koprem włoskim i octem balsamicznym, a wielkie żółte z lokalnym owczym serem i listkami zielonej bazylii. Ubiegłego wieczoru w przypływie natchnienia plastry ciemnych pomidorów odmiany baroli poprzekładałam parmezanem i pastą z karczochów. Powstała z tego wysoka konstrukcja przypominająca nieco Krzywą Wieżę w Pizie. W modnym paryskim bistro tak skomponowana całość natychmiast otrzymałaby skomplikowaną, pretensjonalną nazwę: Pomidor przekładany pastą z karczochów i dojrzałym serem Parmigiano-Reggiano, na zielonej sałacie skropionej słodko-kwaśnym winegretem morelowym."

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 sierpnia 2016 14:54
  • czwartek, 11 sierpnia 2016
    • Prowansalska cukiniowa według Amerykanki

      Odmian zupy cukiniowej są tysiące.

      Tym razem proponuję wersję podaną przez Amerykankę, Elizabeth Bard, w książce "Piknik w Prowansji" (o której parę dni temu pisałam).

      Jest super!

      b_cukiniowa_Amerykanki

      pół szklanki oliwy z oliwek

      1 duża cebula pokrojona w grubą kostkę

      1 kg cukinii pokrojonej w kostkę

      3 szklanki wody

      3/4 szklanki białego wina (wytrawnego)

      kostka bulionu warzywnego

       

      W rondlu rozgrzewamy oliwę, wrzucamy cebulę i dusimy na małym ogniu, aż się zeszkli.

      Dodajemy cukinię, przykrywamy pokrywką (lekko uchyloną) i dusimy aż cukinia zmięknie.

      Kostkę bulionową rozpuszczamy w 1/2 szklanki wrzącej wody, dodajemy do rondla, dodajemy wino i resztę wody.

      Gotujemy kilka minut.

      Miksujemy całość.

       

      Moja uwaga: po zmiksowaniu sprawdzamy smak, jeśli uważamy to za konieczne, doprawiamy solą, pieprzem i ziołami prowansalskimi (ja tak właśnie zrobiłam).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 sierpnia 2016 10:16
  • sobota, 06 sierpnia 2016
    • Piknik w Prowansji - lektura na weekend

      Nie przeszkodzi wam, że ta książka to powielany po wielokroć od jakiegoś czasu na rynku księgarskim ten sam schemat?

      Jeśli nie, to myślę, że warto tym razem spróbować, bo jest w tej książce parę perełek krajobrazowych i kulinarnych, i dość gładko się czyta. A autorka nie narzuca czytelnikowi za bardzo swoich poglądów i przekonań, nie jest zbytnio moralizatorska – a to dla mnie duży plus.

      A schemat jest taki: w jakiejś tam mieścinie osiedla się cudzoziemiec i zaczyna odkrywać, że ludzie tu są jacyś inni, że kłopoty takie i inne, że trudno się asymilować, ale…. te krajobrazy, to jedzenie…. zamieszkamy tu.

      Tym razem Amerykanka, którą znamy z książki „Lunch w Paryżu”, opuszcza stolicę i próbuje osiąść na południu Francji, w Prowansji, w malutkim Ceteres (sprawdziłam na mapie, jest taka wioseczka).

      b_piknik_w_prowansji

      Ja skusiłam się na tę książkę z uwagi na moją ciągłą fascynację kuchnią francuską (przedkładam ją nad tak uwielbianą kuchnię włoską).

      No i ta Prowansja! Już dwukrotnie tam byłam i każdy powrót, choćby tylko na kartach książki, jest przyjemnością.

      Co się pamięta? Słońce, lawenda, zioła, warzywa.

      I znajdziecie to w książce.

      Przepisy też was nie rozczarują, jak choćby jeszcze jedna, tysiączna któraś, wersja zupy z cukinii.

      A zderzenie kulturowych tygli Ameryki i Francji, dla jakże odmiennego Słowianina, jest zabawne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 06 sierpnia 2016 07:24
  • wtorek, 26 lipca 2016
  • czwartek, 14 lipca 2016
    • Suflet – książka nie tylko kulinarna

      Właściwie nie lubię książek z wieloma równoległymi wątkami, bo kiedy już wciągnę się w jakąś historię, zainteresuje mnie ona, to nagle po odwróceniu kolejnej kartki okazuje się, że jestem w innym świecie, z innymi ludźmi, i czuję się jakby mi ktoś zatrzasnął przed nosem drzwi. I w pierwszej chwili mam ochotę przekartkować książkę, szukając dalszych dziejów już poznanych osób. Chwilę trwa, zanim mnie do siebie przekonają, czy zaciekawią ci inni.

      Ale mimo tych zastrzeżeń spodobał mi się „Suflet” – książka Asli E. Perker (wydawnictwo Sonia Draga z 2014 roku), która jest potrójnie równoległa.

      Poznajemy Lilię z Nowego Jorku, Marca z Paryża i Ferdę ze Stambułu.

      Początkowo łączy ich to, że nagle, niespodziewanie w ich życiu zdarza się dramat, który niszczy ich dotychczasowy, poukładany świat.

      Mąż Lili doznaje wylewu, żona Marca nagle umiera, matka Ferdy wskutek upadku zostaje przykuta do łóżka. I cała trójka musi sobie z tym jakoś poradzić, jakoś z tym dalej żyć.

      Kiedy zaczęłam się zastanawiać, czy ich drogi zetkną się ze sobą, dalsza lektura pokazała, że nie, nie spotkają się, ale że połączy ich coś jeszcze:

       

      „Gdy (Ferda) zaczęła przeglądać książki kucharskie, oderwała się od tych smutnych myśli i trochę uspokoiła. Tu czuła się bezpiecznie. „Proste przepisy kuchni świata” – to coś dla niej; (…) postanowiła ją kupić. Już miała się odwrócić, gdy jej wzrok przykuła okładka pewnej książki. Wzięła ją bez wahania, nie wiedząc, że tego samego dnia, gdzieś indziej pewna zmęczona kobieta i pewien smutny mężczyzna sięgnęli po tę samą książkę. Tytuł brzmiał Suflet. Pod spodem dopisano mniejszą czcionką: „Największe rozczarowanie”.

       

      Losy tej trójki bohaterów połączy zmaganie się z tym, jakże kapryśnym, deserem. Każde z nich zacznie próbować zrobić suflet idealny. Czekoladowy.

      Słodycz sufletu nie uchroni ich od goryczy życia, ale kuchnia stanie się ich odskocznią od zbyt trudnej codzienności.

       

      „Kiedy Ferda gotowała, nie myślała o niczym innym poza swoim daniem i ta zdolność koncentracji zawsze ją zadziwiała. Podczas pozostałych zajęć przyłapywała się na tym, że myśli o czymś innym; właściwie o wszystkim, co ją trapi. W kuchni było inaczej; stawała się jednością z tym, co akurat robiła. Może dlatego wszystko, co gotowała, wychodziło jej tak dobrze i zdobywało tak wielkie pochwały. Gdy dosypywała łyżeczkę cukru do smażonych na oliwie porów lub wyciskała do fasoli sok z cytryny, zawsze skupiała się na tej łyżeczce albo tej połówce cytryny, jakby od tego zależało jej życie. To by wyjaśniało, dlaczego była tak przywiązana do swojej kuchni; po prostu nie pozwalała jej myśleć o niczym innym. Nie pozwalała jej stawiać pod znakiem zapytania jej życia ani sensu istnienia i nie dopuszczała do niej troski ani przygnębienia.”

       

      Tytułowy suflet zasługuje na osobny wpis i na to, żebym się z nim zmierzyła. Zapraszam za jakiś czas, mam nadzieję, że wkrótce.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 lipca 2016 07:37
  • czwartek, 07 lipca 2016
    • Wizja jedzenia za 50 lat – w kryminałach J.D. Robb

      Nowy Jork, komenda główna policji, fascynujące kulisy pracy policjantów, piękna i bardzo zasadnicza policjantka, zakochany w niej multimilioner, wizjonerskie elementy życia codziennego, jak choćby fruwające auta, i to jedzenie…..

      Powinno być na miarę tych różnych wspaniałości XXI wieku.

      Ale nie jest.

      Jest podłe, sztuczne, bez smaku.

      Ot, dzisiejszy fast food, tylko że o wiele, wiele gorszy. Dostarcza jakichś tam składników odżywczych, ale to jedyna jego zaleta.

      Marzeniem stają się produkty „prawdziwe”: prawdziwa kawa, prawdziwe masło, prawdziwe mięso. Owszem, one jeszcze są, ale stać na nie tylko najbogatszych.

      A ci najbogatsi rozkoszują się tym, co i my, w naszym, współczesnym świecie.

      Nikt już w domach nie gotuje, wszyscy mają tzw. autokucharza, którego programuje się, ale zrobi coś tam tylko z tego, co tam ma do dyspozycji, co mu się kupi, a nie za wiele można kupić za zwykłe pensje.

      I współczesny czytelnik, zwłaszcza taki jak ja, z niedużego polskiego miasta, ma tę satysfakcję, że ciągle jeszcze żyje w świecie, gdzie jedzenie jest prawdziwe i dostępne. I widzi, że jest to prawdziwa wartość.

       

      Są fajne elementy tego nowoczesnego świata, jak choćby androidy, roboty wyglądające jak człowiek, a wykonujące różne czynności usługowe; zachwycił mnie w jednej z tych książek kotek-android, który miauczał, łasił się, mruczał – jak prawdziwy kot!

       

      Bardzo wciągający jest ten cykl kryminałów z policjantką Eve Dallas w roli głównej (można je czytać w dowolnej kolejności, choć są ze sobą powiązane), mamy tu elementy bajki o Kopciuszku, która znalazła swojego księcia, mamy spełnienie marzeń o idealnym erotycznym związku w małżeństwie, no i przede wszystkim są to niezłe kryminały, o nieoczekiwanych zwrotach akcji i nieprzewidywalnym z góry sprawcy.

      Dodam jeszcze, że sporo w nich prostej, życiowej mądrości, i to podanej bez moralizowania i narzucania własnych poglądów autorki; myśli i uczucia rzucane są ot, tak, mimochodem, a chwytają za serce.

      Namówiła mnie na tę lekturę siostra, i czytam kolejne tomy namiętnie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 lipca 2016 09:23
  • piątek, 01 kwietnia 2016
    • Odszedł wielki znawca kuchni, Piotr Adamczewski

      Dopiero teraz dowiedziałam się, że p. Piotr – autor wielu książek kulinarnych i krytyk kulinarny – zmarł, kilkanaście dni temu. Nie wygrał walki z rakiem.

      p adamczewski

      Jakoś mało o tym media mówiły, a może ja nie zauważyłam? Bo ostatnio miałam dużo pracy, dużo trosk, a mało czasu i ochoty na telewizję i Internet. Dopiero, kiedy zajrzałam na jego blog kulinarny (a lubiłam tam zaglądać) – zobaczyłam czarną wstążkę.

      Tam – www.adamczewski.blog.polityka.pl – można poczytać, prześledzić jego dziennikarską drogę, ze szczególnym uwzględnieniem jego zainteresowań kulinarnych.

      Ja zapamiętałam go głównie z książek – pisanych samodzielnie i wespół z żoną Barbarą, bo kuchnia była ich wspólną pasją. Bardzo lubię jego „Wędrownego smakosza” a z książek p. Basi – „Kuchnię żydowską Rebeki Wolff”.

      Pamiętam, kiedy tworzyła się ich wspólna kulinarna strona internetowa www.adamczewscy.pl , jakieś kilkanaście lat temu. To wtedy dostałam e-maila z propozycją zalogowania się i odwiedzin strony, z czego skwapliwie skorzystałam (niestety, strona nie jest już aktywna).

      Szczególnie cenne dla mnie jest to, że śledząc historię odwiedzin mojego bloga, widywałam nierzadko adres p. Piotra.

      Przepisy pp. Adamczewskich są proste, ale bardzo smaczne i zwykle z jakimś „pazurem”, ciekawym pomysłem.

      Do dziś pamiętam swój zachwyt nad klopsem według ich pomysłu, z dodatkiem parówek. Funkcjonuje u mnie ten przepis jako „rolada z kropką a`la Adamczewscy”, tak jest zapisany w domowych przepisach. I tak pozostanie na zawsze Ich ślad u nas w domu, w naszej rodzinie.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Odszedł wielki znawca kuchni, Piotr Adamczewski”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 01 kwietnia 2016 06:36
  • czwartek, 10 marca 2016
    • Audrey Hepburn w kuchni

      Audrey Hepburn jako aktorka była zjawiskowa. Do dziś pamiętam swoje nią zauroczenie sprzed lat w filmach „Śniadanie u Tiffaniego” i „Rzymskie wakacje”.

      Ale Audrey jako kucharka?

      Parę dni temu pojawiła się książka napisana przez jej syna pt. „Audrey w domu”.

      Audrey

      Jest to książka wspomnieniowa, z elementami biograficznymi, ale przede wszystkim – jest to książka kucharska. Zdumiewające, prawda?

      Opisywane zdarzenia z życia aktorki, podróże, spotykane osoby – są pretekstem do zaprezentowania potraw, które Audrey lubiła, które gotowała, które podawała na swoich domowych przyjęciach.

      Właśnie taka jest konwencja tej książki.

       

      Zastanawiam się, komu bym poleciała tę książkę?

       

      Jeśli ktoś chce zobaczyć inną, zwyczajną, domową twarz A.H. – to oczywiście tak. Będzie sporo o ludziach, których wokół siebie gromadziła, dużo o atmosferze domu, który tworzyła, o jej hobby i pasjach, o codziennych, małych rytuałach.

       

      Jeśli ktoś szuka ciekawostek z planu filmów, w których A.H. grała – to zbyt dużo ich w tej książce nie będzie. Pamiętajmy też, że książkę napisał jej syn – więc nie znajdzie się tam pikantnych plotek i skandali.

       

      Jeśli ktoś dużo podróżuje po świecie – to ta książka będzie świetnym uzupełnieniem turystycznych przewodników. Takie tam: gdzie kupimy w Rzymie prawdziwą mozzarellę, gdzie zjemy najlepsze kanapki (w Wenecji!)….

       

      Jeśli ktoś jest pasjonatem kuchni – to bezwarunkowo powinien tę książkę przeczytać.

      Tyle, że nie znajdzie się tu raczej ściśle ortodoksyjnych i jedynie słusznych przepisów; A.H. brała z przepisów (zwłaszcza kuchni włoskiej, którą kochała) to, co jej odpowiadało i często jej propozycje są jej osobistą wariacją – ale myślę, że to akurat jest ich wielką zaletą i urokiem. Tak przecież gotuje większość z nas: znajdujemy, studiujemy jakiś przepis i zawsze niemal dodajemy coś od siebie, coś tam zmieniamy…. Audrey tak właśnie robiła, i zdarzało się często, że goście najpierw byli zszokowani pogwałceniem zasad, a potem.... potem prosili o przepis!

       

      Książka jest nostalgicznym powrotem syna do dzieciństwa z mamą, która dla reszty całego świata była TĄ Audrey Hepburn.

       

      Jakiś przepis na zachętę?

      Proszę bardzo: sałatka caprese a`la Audrey

      Do znanej sałatki z mozzarelli, pomidorów i bazylii, Audrey proponuje dodać plastry avocado. Oprócz większej głębi smakowej uzyska się również nowy image: powstanie na talerzu włoska flaga zielono-biało-czerwona.

      Sama szykuje się na zrobienie tej sałatki, ale to dopiero wtedy, gdy będą nowe pomidory. Szkoda sobie zawracać głowę tymi, które dostępne są teraz, zupełnie są bez smaku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 marca 2016 08:56

Kalendarz

Kwiecień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl