Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy

  • niedziela, 09 grudnia 2018
    • Adwentowe lektury w kuchni

      Ludzie listy piszą... Zwłaszcza przed świętami. Kolorowe kartki z życzeniami, kawałek opłatka, czasami jeszcze mała karteczka z garścią wiadomości. Lubimy je znaleźć w naszych skrzynkach pocztowych.

      Czy jednak znajdzie się w tym roku choćby jedna kolorowa koperta w naszej skrzynce na listy?

      Czy są one potrzebne, kiedy można wysłać e-maila lub smsa lub po prostu zadzwonić? Bo przecież wszyscy mamy telefony, darmowe minuty czy pakiety rozmów bez limitu.

      I o czym tu pisać, skoro mija dzień za dniem, jeden podobny do drugiego, a czasu ciągle brak....

      Rzecz dyskusyjna.

      A jednak wielką popularnością cieszą się wydawane z wielką pieczołowitością listy i korespondencja znanych osób.

      Umiała ubrać w słowa swoje życzenia i uczucia Maria Konopnicka. Jej listy do stryja, Ignacego Wasiłowskiego, to dobra lektura przed świętami.

      Konopnicka_listy

      Warszawa, d. 18 XII [18]85

      Drogi Stryju!

      Chciej przyjąć moje serdeczne, z szczerych uczuć płynące życzenia, i oby się one spełniły! Nie było nam dano żadnej takiej rodzinnej uroczystości, jak jest Wigilia, spędzić razem. Z oddalenia też tylko łamię się z Tobą, mój najdroższy Stryju, tym opłatkiem, i proszę o trochę pamięci. Wyobrażam sobie, jakie to niegdyś miewałeś Wigilie, drogi, tam, daleko. Jaka to była tęsknota do naszej kolędy, do naszego stołu zasłanego sianem, do naszych świateł jarzących tego wieczora, do gwiazdki, której tak wszyscy wyglądają z nieba. I tam były gwiazdy, sine gwiazdy Sybiru, ale jakież inne, jakie mroźne! Jakie to tam myśli, jakie dumania przechodziły przez głowę wy­gnańców; jak im się ta oddalona ojczyzna wydawała piękną, drogą; jak się ten dom rodzinny, marzony, zdawał ciepłym, jasnym, serdecznym...

      Od tej pory, niejedną już znowu Wigilię spędziłeś, drogi mój Stryju, na tej upragnionej ziemi polskiej, a wiem przecież, czuję, że było Ci znów smutno i tęskno. Nie wszystko dotrzymało tu słowa sercu i przeczuciom, nie wszystko takie na jawie, jak było we śnie...

      I znów ku czemuś innemu unosi się dusza spragniona światła i ciepła, znów chroni się myśl tęskna w jakieś lepsze kraje wspomnień i nadziei. Gdzie one? Może za tymi gwiazdami wieczoru wigilijnego, może za tą całą wigilią życia, która poprzedza jakieś wielkie Narodzenie ducha...

      O drogi, drogi mój Stryju! Ty zawsze jesteś dla mnie duchem dobrym i pokrewnym, kocham Cię gorąco i często myślę o Tobie!

      Maria

       

      Warszawa, d. 22 XII [18]86

      Mój Najdroższy Stryju!

      Oto cząsteczka opłatka, którym chciałabym kiedykolwiek osobiście przełamać się z Tobą, drogi Stryju, i życzyć Ci słowem, tak jak to teraz w sercu czynię, choć tej odrobiny szczęścia, jaka się dostać może człowie­kowi każdemu: zdrowia i spokoju.

      Całuję Cię serdecznie, drogi Stryju, i pragnę, aby Ci było dobrze i bło­go na ziemi!

      Jakże ze zdrowiem Twoim tej zimy? Ufam w to całym sercem, że lepiej niż dawniej. Oszczędzaj się, drogi Stryju, nie toń tak w ciągłej pracy, daj spoczynek swoim nerwom, pozwól odpocząć mózgowi, a i trawienie będzie dobre i sen posilniejszy. Mój drogi Stryju! I tego jeszcze życzyć bym Ci chciała, abyś mnie zachował w swym sercu, gdyby to nadto egoistycznym nie było.

      Zima u nas rozpoczęła się od dwu dni śnieżna i wietrzna, prawdziwa zima. Na Święta oczekuję niektórych z dzieci moich, a mianowicie Tadeu­sza, Janka, który jest mi od kilku miesięcy słaby, ale pracuje jak dawniej, i Lorki. Zosia ma tam swoje chwile tryumfów naukowych w Paryżu, skąd niedawno księżna Czartoryska, a potem wdowa po Janie Działyńskim, z wielkimi o niej pochwałami do mnie pisze. Stasiek zamieszkał w Lubel­skiem, gdzie u Epszteinów, w Pilaszkowicach, ma praktykę w gospodar­stwie rozwiniętym przemysłowo i fabrycznie.

      Co do mnie, smutno mi dość życie upływa, zabija mnie zwłaszcza to trzecie piętro, na które sto razy na dzień wbiegać muszę dając lekcje. Ale na lepsze mieszkanie teraz mnie nie stać, kiedy jeszcze trzeba na dzieci wykładać.

      Maria

       

      Abacja, 8 I [18]96

      Mój drogi Stryju!

      Choć parę stów z zapytaniem o zdrowie Twoje, i z ucałowaniem rąk Twoich! A ot nam się zaczął rok nowy - oby szczęśliwy. Obyś w nim nie cierpiał ani fizycznie, ani moralnie, tyle, co w upłynionym, najdroższy mój Stryju! A co tam słychać u Ciebie? Jak zdrowie Twoje, jaka tam zima, i czy nie bardzo się przykrzy? Tutaj były długie słoty, potem nieco pięknej pogo­dy, słońca, ciepła, a teraz przyszedł wiatr wschodni przykry, przenikliwy. Ludzi też to odstrasza, więc jest dość pusto, a zatem przyjemniej.

      Czytałam tu przez święta wstrząsającą książkę Wacława Sirka: Na kre­sach lasów, opowieść wygnańca żyjącego na tundrach między Jakutami. Przy takich dopiero cierpieniach - jakże się blado wydają wszelcy Płoszowscy i inni bohaterowie nowożytnej powieści. Tu się widzi, jak te przerafinowane analizy psychologiczne są mdłe, i sztuczne, i bezcelowe. Nieszczęście, - to chodzi w prostej szacie, a ból prawdziwy nie dysekuje swoich subtelności.

      Wigilię spędziłam sama, dzieląc się w myśli opłatkiem z moimi uko­chanymi: z dziećmi, z Tobą, z więźniami, z wygnańcami, z unitami, z roda­kami. Miałam też chwilę radości jedną i drugą. Z Litwy przysłała mi rodzina Machwiców album z kory brzóz litewskich, a w nim widoki Ostrej Bramy - Obrazu tamtejszego, Katedry, Antokola, kaplicy królewicza Kazimie­rza, kościoła Ś[więt]ej Anny, Góry Zamkowej, Śnipiszek (gdzie w 1863. tracił Murawiew  naszych), tudzież Trockiego jeziora i ruin.

      A inny rodak, też Litwin, Michał Hruszwicki, którego nie znam, przy­słał mi piękną pieśń przez siebie skomponowaną do moich wierszy; a jest on już, jak z litewska pisze: "w zesześćdsziesiątych latach". Więc gdy tak nieco ojczyzny przyszło tu do mnie, było mi raźniej i weselej.

      M. Konopnicka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 grudnia 2018 09:32
  • piątek, 07 grudnia 2018
    • Kuchnia Iwaszkiewiczów - dlaczego nie kupię tej książki

      Pokazała się ta książka w Wydawnictwie "Znak"; okładka wygląda kusząco, tytuł zachęca, bo przecież Stawisko - siedziba pp. Iwaszkiewiczów - to legendarne miejsce spotkań całej plejady pisarzy i artystów, a p. Maria, córka Jarosława Iwaszkiewicza, to niekwestionowany autorytet kulinarny epoki PRL-u.

      Mam jej książki wydane na przełomie lat 70 i 80 XX wieku: "Z moim ojcem o jedzeniu", "Gawędy o przyjęciach", "Gawędy o jedzeniu". Zaczytywałam się nimi, zwłaszcza książką "Gawędy o przyjęciach". Akurat wtedy wprowadziłam sie do pierwszego, własnego mieszkania, urządzałam kuchnię i bardzo chciałam, by moje przyjęcia dla gości, których nigdy u mnie nie brakowało, były piękne, nietypowe, niepowtarzalne. Ta książka to była moja biblia i objawienie w tym zakresie. Właśnie od p. Iwaszkiewiczowej zaczerpnęłam pomysł tworzenia kartonikowych menu wydawanych przyjęć, które goście zabierali ze sobą. Całe pudło tych menu się u mnie już uzbierało.

      Ale ta nowa książka?  - o! jest trochę tych "ale".

      Okazuje się, że nie jest to nowa pozycja p. Marii, ale kompilacja jej trzech książek, o których wspomniałam wyżej. Kompilacja nie wiadomo przez kogo dokonana, bo w książce nie ma na ten temat ani słowa; żadnego wstępu, żadnej notatki autorki. Zwykle, kiedy ukazuje się nowe, zmienione wydanie znanej już książki, autor pisze, co nim kierowało, dlaczego i co zmienił. Ja rozumiem, że p. Iwaszkiewicz ma już 94 lata i pewnie nie jest już w stanie aktywnie uczestniczyć w procesie wydawniczym. Nie lubię jednak pozycji, które nie mają swojego autora. Mamy jedynie notatkę wydawnictwa na ich stronie internetowej:

      Kuchnia Iwaszkiewiczów to kompilacja trzech uwielbianych książek: Gawęd o jedzeniu, Z moim ojcem o jedzeniu oraz Gawęd o przyjęciach, które po latach doczekały się wydania w odświeżonej formie.

       

      Porównałam kilka przepisów, zamieszczonych w tej książce z tymi poprzednimi. Nie są dokładnie takie same (choćby sławna kura po literacku); ktoś zaproponował proporcje składników, uściślił sposób przygotowania, wykonał potrawę, zrobił zdjęcie - kto? Lubię takie rzeczy wiedzieć.

      A` propos zdjęcia - mamy tu przepis na magdalenki, słynne proustowskie ciasteczka. Każdy, kto wie cokolwiek o kuchni francuskiej, wie też, że magdalenki mają kształt muszelek. Można kupić specjalne formy do tego wypieku (także i w Polsce!). A co mamy w książce? - magdalenki w kształcie babeczek (!)

       

      Dlatego nie kupię tej książki, wolę pozostać przy tych starych, nieco siermiężnych wydaniach, w broszurowych okładkach, wydanych na szarym, brzydkim papierze.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Kuchnia Iwaszkiewiczów - dlaczego nie kupię tej książki”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 07 grudnia 2018 11:18
  • niedziela, 02 grudnia 2018
    • Adwentowe lektury w kuchni

      Znacie te wieczorne chwile przedświątecznej krzątaniny, kiedy w całym mieszkaniu światła już pogasły, wszędzie cicho, tylko kuchnia jarzy się światłem i przywołuje zapachami. Dogląda się potraw gotujących się w garnkach, piekących się w piekarniku, miesza, podlewa, doprawia.  I czeka aż będzie gotowe. A czekając, przysiada człowiek przy stole, popija kolejną filiżankę herbaty i podczytuje po kilka stron książki, a zawsze jakaś na moim stole kuchennym leży i zaprasza.

      adwentowe lektury

      

      Dziś - przejmujący tekst o świątecznych kartkach.

       

      Bohater powieści W. Myśliwskiego, jako małe dziecko wchodzi z ojcem do sklepu i pierwszy raz w życiu widzi świąteczne pocztówki z choinką, gwiazdą, trzema królami. Sprzedawca mówi, że kartki się wysyła. Mały chce, by ojciec kupił choćby jedną kartkę i by ją wysłali. Ojciec odmawia, mówiąc, że nie mają do kogo wysyłać kartek.

      Pierwsza moja myśl - jakie to smutne! nie mieć do kogo wysyłać kartek!

      Ale ojciec chłopca dodaje: "wszyscy są na miejscu".

      O! ile by wielu z nas dało, by wszyscy bliscy byli na miejscu....

       

      Poczytajmy Myśliwskiego:

      "Raz z ojcem pojechałem na jarmark i weszliśmy do sklepu po zeszyty. Leżały pod szkłem takie pocztówki, między innymi trzej królowie, jak przez śnieg idą, a ktoś ich kieruje, że nie tam, ale tam. Nie mogłem oczu oderwać. Pierwszy raz widziałem, że są takie pocztówki. Odważyłem się nawet spytać sprzedawcy, co się z nimi robi.

      -    Wysyła się - powiedział.

      Zacząłem męczyć ojca:

      -    Tata, kupmy jedną, wyślemy.

      -    A do kogo? - Pociągnął mnie ze złością za rękę. Nie mamy do kogo. Wszyscy są na miejscu.

      (...)

      -            Pan Robert, odkąd poznaliśmy się, przysyłał mi na każde Bo­że Narodzenie jedną z takich pocztówek, a ja jemu. Wybierali­śmy takie właśnie, z choinkami, kolędnikami, trzema królami i tym podobne. On mi wybierał nieraz takie, że w życzeniach jed­nocześnie podkpiwał sobie z nich. Przesyłam panu, co jeszcze zo­stało z naszej naiwności, jak pan zobaczy na odwrocie.

      -            Na któreś Boże Narodzenie wybierałem dla niego pocztówkę, nagle zobaczyłem taką samą, jak wtedy, przez tę szparę w drzwicz­kach. Dosłownie taką samą. Gwiazda za las spadała i świat przy­kryty był śniegiem. Kupiłem, kupiłem od razu znaczek, niemal w odruchu zaadresowałem i wysłałem. Nie do pana Roberta. Tu­taj. Bez życzeń. Jakież mógłbym posyłać życzenia? Odtamtąd na każde Boże Narodzenie wysyłałem. Bez życzeń. Raz tylko się za­wahałem, czyby nie podpisać: Wasz. Ale to znaczy czyj? Nie wra­cały. Jak mogłyby wracać, skoro nie podawałem swojego adre­su. Bez sensu, uważa pan? Też tak uważałem. Ale nadchodzi­ło kolejne Boże Narodzenie i znów wysyłałem. Może się pan ze mną nie zgodzić, ale, według mnie, jeszcze tylko na pocztów­kach świat jest taki, jaki by się chciało, żeby był. Dlatego wysy­łamy je sobie."

       

      (Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli, Kraków 2019, s. 226-227)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Adwentowe lektury w kuchni”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 grudnia 2018 09:56
  • wtorek, 27 listopada 2018
    • Pierniczki na choinkę

      Teraz chyba mamy najlepszy czas na pieczenie i lukrowanie pierniczków, które powiesimy na choince. Jeszcze nie zaczęło się przedświąteczne szaleństwo, kiedy nie wiadomo w co najpierw ręce włożyć:) Pierniczki w puszce spokojnie dotrwają do świąt.

      Zapraszam!

       

      pierniczki na choinkę

      1/2 kostki masła
      1/2 kostki margaryny
      3/4 szklanki jasnego brązowego cukru
      1/2 szklanki cukru pudru
      1 opakowanie przyprawy do pierników
      szczypta soli
      1 duże jajko
      2 łyżki miodu
      3 szklanki mąki
      3 łyżki mąki ziemniaczanej

      Masło i margarynę utrzeć z cukrem, solą i przyprawą do pierników na lekką i puszystą masę. Dodać jajko i miód i dobrze rozetrzeć. Wsypać połowę mąki do masy i dokładnie utrzeć, wsypać pozostałą mąkę i mąkę ziemniaczaną i wymieszać. Podzielić ciasto na pół, każdą połowę spłaszczyć, zawinąć w folię i schłodzić w lodówce przez co najmniej godzinę.
      Rozgrzać piekarnik do 180ºC. Na lekko posypanej mąką stolnicy wywałkować ciasto (grubość jest dowolna - im cieńsze ciasto, tym kruchsze i delikatniejsze ciasteczka) i wycinać pierniczki. Zrobić dziurkę na wstążkę, jeśli chcemy powiesić pierniczki na choince (np. słomką do napoi). Układać na wyłożonej pergaminem blasze. Piec 10-12 minut, aż zaczną się lekko rumienić na brzegach. Wystudzić na drucianej siateczce.
      Polukrować.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Pierniczki na choinkę”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 listopada 2018 11:01
  • wtorek, 20 listopada 2018
    • Smak kwiatów pomarańczy - Tessy Capponi Borawskiej

      Tak wygląda najnowsza książka Tessy Capponi-Borawskiej.

      Podtytuł mówi o niej właściwie wszystko: Rozmowy o kuchni i kulturze

      książka Tessy Capponi

      Tak wygląda najnowsza książka Tessy Capponi-Borawskiej.

      Podtytuł mówi o niej właściwie wszystko: Rozmowy o kuchni i kulturze

       

      P. Tessy Capponi-Borawskiej - Włoszki osiadłej w Polsce - raczej nie musi się przedstawiać tym, którzy interesują się kuchnią. Wszyscy pamiętają jej "Kuchnię pachnącą bazylią".

      Tym razem przepisów kulinarnych raczej tu nie znajdziemy (od czasu do czasu pojawi się tylko jakiś zarys receptury), a książka ma właściwie dwóch autorów, a raczej autorek; bo jest to rozmowa pisarki i dziennikarki Agnieszki Drotkiewicz z Tessą Capponi-Borawską.

      Osobiście nie przepadam za tą formą literacką, tymi wywiadami-rzekami.

      Tematyka tej książki jednakże skłania do lektury. Poziom nasycenia rynku księgarskiego i mojej biblioteczki książkami z przepisami sięgnął już zenitu. Chcę czegoś więcej niż tylko zbioru przepisów. I między innymi dlatego warto tę książkę przeczytać.

      Znajdziecie w niej trochę wspomnień autorki z pierwszych dni pobytu w Polsce, trochę rozważań o dietach, trochę o roli kobiet w kuchni, dużo o kulturze kulinarnej Włoch, ich książkach kucharskich i włoskich ucztach, sporo o zapachach, dźwiękach i wrażeniach wizualnych w kuchni; dla mnie rewelacyjny był rozdział poświęcony malarskim "martwym naturom", które zawsze mnie fascynowały. Nie, w książce nie ma reprodukcji obrazów (musiałaby wtedy kosztować majątek), więc czytając, otwórzcie internet.

      Jest też coś dla blogerów kulinarnych - prezentacja trzech blogerek z Nowego Jorku, Rzymu i Medoc we Francji, autorstwa A. Drotkiewicz (dlaczego nie ma nikogo z Polski??), jest omówienie polskiej prasy kulinarnej. Ciekawostką jest rozmowa z córką p. Tessy, Flavią, która pracuje jako szef kuchni.

      Przeczytałam tę książkę szybko, ale myślę, że jeszcze wrócę do niektórych rozdziałów - bo proszą się o więcej uwagi i przemyśleń.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Smak kwiatów pomarańczy - Tessy Capponi Borawskiej”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 listopada 2018 11:48
  • czwartek, 15 listopada 2018
    • Zarzucajka - stary, domowy przepis z XIX wieku

      Zarzucajka to zupa  z kiszoną kapustą i ziemniakami. Syta, rozgrzewająca, w sam raz na zaczynające się chłody.

      Przywędrowała ta zupa do Małopolski (gdzie mieszkam) z mamą i babcią z Wierzbnika, który dziś jest najstarszą dzielnicą Starachowic w Świętokrzyskiem.

      Zupa towarzyszyła babci Katarzynie odkąd pamięta, a urodziła się w 1882 roku.

      Nie było wtedy zeszytów z przepisami, nie było książek kucharskich, córki uczyły się gotowania od matek. Zapewne moja prababcia Petronela nauczyła córkę gotować tę zupę.

      Ja przejęłam przepis, towarzysząc w kuchni mamie i babci.  One gotowały tę zupę na kościach, ale kiedy zachorował tato, musieliśmy jeść bardziej dietetycznie i wywar z kości został wyeliminowany i tak już z tym przepisem u mnie zostało.

      zarzucajka zupa z kiszoną kapustą

      

      pół kilograma kiszonej kapusty (takiej z marchewką w środku)

      2 cebule

      2 duże ziemniaki

      sól, pieprz, szczypta ziarenek kminku, liść laurowy, 2 ziarenka ziela angielskiego

      łyżka oleju

      łyżka masła

      2 łyżki mąki

      kawałek kiełbasy lub boczku do smaku

       

      Kapustę trzeba lekko posiekać (jeśli jest zbyt kwaśna przepłukać wodą), przesmażyć na łyżce oleju, dodając pokrojoną w kostkę kiełbasę lub boczek, zalać zimną wodą, tyle, żeby przykryła kapustę, wrzucić ziele angielskie, listek laurowy i kminek i gotować aż do miękkości, jakieś 30 minut.

      W osobnym rondlu zalewamy zimną wodą pokrojone w kostkę ziemniaki i cebule, lekko solimy i gotujemy do miękkości ziemniaków.

      Następnie łączymy kapustę z zupą, dodajemy pieprz. Gotujemy razem jakieś 15 minut.

      Na patelni roztapiamy masło, wsypujemy mąkę i robimy rumianą zasmażkę, którą dodajemy do zupy (to się nazywało `zapalić` zupę).

      Całość gotujemy jeszcze jakieś 10 minut.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Zarzucajka - stary, domowy przepis z XIX wieku”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 listopada 2018 09:50
  • poniedziałek, 12 listopada 2018
    • Rogale na świętego Marcina

      Jak co roku - były u mnie, własnoręcznie robione, z białym makiem, z listkującego się ciasta francusko-drożdżowego:

      rogale świętomarcińskie

      A oto przepis:

      Ciasto:

      1 szklanka ciepłego mleka

      4 dag świeżych drożdży

      1 jajko

      1łyżeczka ekstraktu z wanilii

      3 i 1/2 szklanki mąki

      3 łyżki cukru

      szczypta soli

      225g masła

      Do miski wsypać łyżkę mąki i łyżeczkę cukru, wkruszyć drożdże, zalać szklanką ciepłego mleka. Zostawić na kilka minut aby drożdże urosły. Dodać jajko i wanilię i lekko wszystko wymieszać.

      Mąkę, cukier i sól wymieszać razem w dużej misce, dodać 2 łyżki masła, rozcierając je palcami razem z mąką.

      Dodać rozczyn mieszając łyżką, lekko i krótko ciasto wyrobić (najlepiej robotem, końcówką do wyrabiania ciasta). Uformować ciasto w prostokąt, przykryć folią i schłodzić w lodówce około 1 godziny.

      Schłodzone ciasto przełożyć na stolnicę i rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x15cm, tak aby krótsze strony stanowiły górę i dół. Zimne masło zetrzeć na grubej tarce, rozkładając je równomiernie na cieście (zostawić ½ cm margines dookoła). Złożyć 1/3 ciasta od góry, następnie złożyć dolną część tak aby przykryła to złożenie (tak jak składamy kartkę papieru). Obrócić ciasto o 90 stopni, po czym rozwałkować je i znów złożyć na trzy. Schłodzić przez 45 minut. Powtórzyć proces wałkowania i składania ciasta 3 razy, chłodząc ciasto miedzy wałkowaniami przez 30 minut. Po zakończeniu procesu wałkowania ciasto dobrze zawinąć i włożyć do lodówki na co najmniej 5 godzin, a najlepiej na całą noc.

      Przygotować nadzienie:

      30 dag białego maku

      10 dag marcepanu (pasty migdałowej)

      2 żółtka

      1 czubata szklanka cukru pudru

      5 dag orzechów włoskich

      5 dag migdałów

      1 łyżka kandyzowanej skórki pomarańczowej

      2-3 łyżki gęstej śmietany

      2 łyżki likieru pomarańczowego

      Do posmarowania:

      1 rozbełtane jajko

      Lukier:

      Ok. 2 szklanek cukru pudru

      1 białko

      Kandyzowana skórka pomarańczowa i posiekane orzechy do posypania

       Mak sparzyć gorącą wodą (w ilości takiej, by mak przykryty był całkowicie), wymieszać, po 15 minutach odcedzić i dobrze odsączyć. Zmielić trzykrotnie w maszynce mak. Zmielić orzechy i migdały w maszynce do mielenia orzechów. Żółtka utrzeć z cukrem pudrem w mikserze, dodać masę marcepanową, rozetrzeć, dodać zmielony mak, orzechy, migdały,  skórkę pomarańczową, likier, wymieszać. Dodać śmietanę - ale tylko tyle by uzyskać dość zwartą ale plastyczną masę. Masa nie może być zbyt płynna, ani za twarda i właśnie świetnie reguluje się jej konsystencję dodając śmietanę stopniowo.

      Wywałkować ciasto na prostokąt o wymiarach mniej więcej 65x34cm i przeciąć wzdłuż długiego boku na 2 części. Każdy powstały w ten sposób pasek pokroić na 12 trójkątów.

      Rozsmarować nadzienie zostawiając mały margines na wszystkich bokach trójkąta - zwijać w rogaliki zaczynając od najszerszego boku. Ułożyć na wyłożonej pergaminem blasze, przykryć i zostawić do wyrośnięcia aż podwoją objętość, około 1 i 1/2 godziny.

      Rozgrzać piekarnik do 180ºC, wyrośnięte rogale posmarować rozbełtanym jajkiem i piec około 20 minut aż się ładnie zezłocą.

      Utrzeć lukier z białka i cukru pudru. Wyjąć rogale na drucianą siateczkę i jeszcze ciepłe posmarować lukrem. Posypać skórką pomarańczową i posiekanymi orzechami.

       

      Smacznego!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 12 listopada 2018 08:39
  • poniedziałek, 05 listopada 2018
    • Talerz tapas

      Tapas to świetna rzecz na przyjęcia; małe różności na jeden ząb i właściwie wystarczyłyby na całe party, w towarzystwie kieliszka czerwonego wina.

      Na talerzu tapas, które podałam ostatnio znalazły się: mini kanapeczki z hiszpańskimi wędlinami, kawałki pieczonej polędwiczki, pierożki tortellini i dwa rodzaje sosów do ich maczania, sery hiszpańskie, zarówno twarde jak i białe, twarożkowe, pomidorki, oliwki, korniszony, mini cebulki marynowane, marynowana papryka. No i wybór pieczywa luzem.

      Talerz bardzo się podobał.

      tapas

      

      Do tego czerwone wytrawne wino Rioja - moje ulubione.

      Ale podałam też danie na ciepło: paellę z owocami morza.

      paella

       Wszystko to było bardzo sycące, więc zamiast deseru, na koniec była tylko misa winogron, zielonych i fioletowych. 

      A oglądaliśmy film hiszpański "Ignacio de Loyola" w reż. Paolo Dy, z 2016 roku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Talerz tapas”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 listopada 2018 08:00
  • czwartek, 18 października 2018
    • Zupa ogórkowa na imieniny

      W moim domu była tradycja, że  każdy na swoje imieniny dostaje taki obiad, jaki najbardziej lubi.

      Dla mnie mama gotowała zupę ogórkową i kotlety schabowe.

      No, może mało wyszukany ten ulubiony obiad, ale taki właśnie był. I właściwie nadal jest.

      Dlatego, z okazji swoich imienin, ugotowałam ogórkową.

      Taką, jak lubię.

      ogórkowa

      

      3 ziemniaki pokrojone w drobną kostkę

      1 cebula pokrojona w cienkie półplasterki

      2 duże ogórki kiszone starte na grubej tarce

      czubata łyżka ryżu

      łyżka masła

      1-2 łyżki śmietany

      pół szklanki wody z kiszenia ogórków

      sól, grubo mielony pieprz

       

      Ziemniaki i cebulę wrzucić do rondla, zalać zimną wodą; kiedy woda się zagotuje dodać wypłukany ryż, lekko osolić i gotować do miękkości składników.

      Starte ogórki przesmażyć na maśle, dodając wodę spod ogórków, dodać do zupy.

      Gotować nadal na małym ogniu jeszcze ok. 10 minut.

      Dodać śmietanę, dokładnie ją roztrzepać, aby nie było grudek.

      Doprawić zupę solą i pieprzem do smaku.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Zupa ogórkowa na imieniny”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 października 2018 13:16
  • niedziela, 07 października 2018
  • środa, 03 października 2018
    • Moje domowe rydze

      Pewnie widzieliście, że pojawiły się rydze.

      Czas na marynaty!

      domowe rydze

      Nasz domowy niezawodny przepis:

      na 4 szklanki wody - 1 szklanka octu spirytusowego

      pół szklanki cukru

      czubata łyżka soli

      Wszystkie te składniki - do rondla i zagotowuje się razem. Zalewa powinna nieco wystygnąć.

      Zalewy wystarczy na ok. 6 takich małych słoiczków jak na zdjęciu.

      Rydze są blaszkowe, dlatego trzeba je bardzo dokładnie umyć pod bieżącą wodą.

      Wrzuca się je na lekko osolony wrzątek i gotuje ok. 10 min, następnie odcedza i odstawia do ostudzenia.

      Do każdego wyparzonego słoiczka wkłada się liść laurowy, kilka ziaren pieprzu oraz grzyby i kilka plasterków cebuli pokrojonych w plastry.

      Wlewa się zalewę.

      Teraz pasteryzacja: słoiki ustawia się w dużym rondlu, zalewa zimną wodą i na małym ogniu doprowadza wodę do wrzenia (ale tylko tak, żeby woda lekko mrugała). Pasteryzuje się 15 minut.

      Po tym czasie wodę odlewam, słoiki wyciągam, odwracam do góry dnem, przykrywam ściereczką i odstawiam do przestygnięcia.

      Rydze gotowe są do jedzenia po ok. 2-3 miesiącach, kiedy już złapią smak zalewy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 03 października 2018 16:08
  • piątek, 14 września 2018
    • Kanapki żydowskie

      Nasze powakacyjne spotkanie filmowe odbyło się znienacka; okazało się, że jest tylko jeden jedyny dzień, który wszystkim pasuje i w dodatku wypada on za kilka dosłownie dni. Musiałam więc bardzo sprężyć się z przygotowaniem menu i siłą rzeczy jest ono trochę mniej wyszukane niż zwykle.

      Tematyka filmu ("Sprawa Chrystusa" z 2017 roku) zdecydowała o kuchni żydowskiej.

      Niewątpliwym przebojem menu były kanapki żydowskie - podane jako przystawka. Kanapki w ogóle cieszą się zawsze wielkim powodzeniem i myślę, że może powinnam się wyspecjalizować w ich przyrządzaniu:)

      Kanapki żydowskie - tak je nazwałam - to malutkie kromeczki bagietki posmarowane masłem i obłożone tzw. żydowskim kawiorem, tj. pastą z kurzych wątróbek i jajek na twardo, ozdobione kiszonym ogórkiem i pomidorem.

      kanapki żydowskie

      

      Przepis na kawior (według Kuchni żydowskiej Rebeki Wolff, opracowanej przez Barbarę Adamczewską, z moimi lekkimi modyfikacjami - np. nie grillowałam wstępnie wątróbek i nie miksowałam cebuli, bo lubię jak mi chrupie)

      20 dag kurzych wątróbek

      4 jajka na twardo

      1 duża cebula

      1-2 łyżki majonezu

      sól, pieprz

      siekany szczypiorek i koperek

       

      Wątróbki wrzucić do lekko osolonego wrzątku i gotować kilka minut. Odcedzić, wystudzić, po czym zmiksować.

      Cebulę obrać i pokroić w drobniuteńką kosteczkę.

      Jajka zetrzeć na drobnej tarce.

      Połączyć wątróbkę, cebulę i jajka, dodać szczypiorek, koperek, sól, pieprz i majonez. Wymieszać, rozgniatając widelcem, aż powstanie pasta. Oziębić ją w lodówce.

       

      Jako danie główne podałam czulent - jednogarnkowa, bardzo sycąca potrawa z wołowiny, fasoli i kaszy, do której świetnie pasowało czerwone wytrawne wino przywiezione z Kany Galilejskiej.

      czulent

       Do kawy upiekłam szarlotkę - są już szare renety. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kanapki żydowskie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 14 września 2018 09:32
  • środa, 05 września 2018
    • Nie uwierzycie, jak dawniej wyglądała moja kuchnia

      Popatrzcie, to taka zwykła kuchnia w bloku. Na tyle duża, że oprócz standardowej zabudowy w kształcie litery L, dało się jeszcze zmieścić stół z krzesłami.

      moja kuchnia

      

      A teraz cofnijmy się w czasie o sześćdziesiąt lat.

      Wczesne budownictwo PRL-u rządziło się specyficznymi regułami. Owszem, budowane bloki mieszkalne były nowoczesne, gdyż miały centralne ogrzewanie, doprowadzony gaz, rzecz jasna bieżącą wodę, junkersy gazowe podgrzewające ją, w pokojach dębowy parkiet, ale też w kuchniach umieszczono wmurowane piece kaflowe z płytą do gotowania i tzw. duchówką do pieczenia.

      O, coś takiego stało w naszej kuchni, tyle że nie było tak ładnie obudowane kafelkami

      stary piec kuchenny

      (zdjęcie z internetu)

      Ważnym elementem był wiszący pogrzebacz, tym przesuwało się węgiel w piecu. Żelazna płyta do gotowania miała okrągłe, ruchome, wyjmowane tzw. fajerki, można było stawiać garnek czy patelnię nawet na otwartym ogniu - do woków byłoby obecnie w sam raz:)

      A jak smakowały pieczone bezpośrednio na tej płycie podpłomyki czy rydze! Ech, były to czasy!

      Z pieczeniem ciast nie było łatwo; trzeba było naprawdę znać swoją duchówkę i umiejętnie regulować płomień w piecu.

      Ale nasze mieszkanie, oprócz pieca w kuchni, miało również zawieszoną na specjalnej półce dwupalnikową kuchenkę gazową do gotowania. Jak trzeba było coś szybko upichcić, to głównie na tej kuchence.

      Z czasem mieszkańcy bloku zaczęli rozbierać te kuchenne piece i wstawiali kuchnie gazowe, znane nam dzisiaj.

      U nas tato dość długo opierał się likwidacji pieca. Jak to argumentował? Jeśli znów wybuchnie wojna, to gaz mogą odciąć, a trochę drewna czy węgla do pieca zawsze się znajdzie i jakoś przetrwamy. Pamiętajmy, że to był okres zimnej wojny w Europie i naprawdę nie wiadomo było, co z tego wyniknie, a doświadczenia wojenne rodziców robiły swoje.

      W końcu jednak i u nas piec zniknął.

      Ach, jeszcze taka ciekawostka: podłoga w kuchni była z sosnowych, jasnych desek i deski te szorowało się szczotką ryżową! A parkiet się pastowało i froterowało. Wyobrażacie to sobie?! Ile trudu trzeba było włożyć w utrzymanie mieszkania w czystości?!

      Brzmi to dziś jak opowieści głodnego wilka, ale to były realia mojego wczesnego dzieciństwa.

      Dziś historia zatoczyła koło i znów mieszkam w tym samym mieszkaniu, jakże teraz zmienionym.

      Siadam czasem w kuchni i patrzę: to tu był piec i widzę tę małą dziewuszkę, którą mama i babcia upominają: uważaj, nie dotykaj blachy, bo się poparzysz....

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Nie uwierzycie, jak dawniej wyglądała moja kuchnia”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 05 września 2018 09:29
  • czwartek, 23 sierpnia 2018
  • poniedziałek, 20 sierpnia 2018
    • Święty Jacku z pierogami

      Nie zapominam o dniu świętego Jacka w sierpniu (17-tego) i o pierogach, którymi karmił głodnych. Pamiętam o tym również ze względu na dziadka, ojca mamy, który nosił to imię w rzadkim już dzisiaj, starodawnym brzmieniu: Jacenty (nie znałam go, zmarł wiele lat przed moim urodzeniem).

      Z tych względów robię co roku w ten dzień pierogi. W tym roku siedemnasty sierpnia wypadł w piątek, więc były to pierogi jarskie, z grzybami (mieszanka pieczarek i kurek).

      pierogi św Jacka

      (przepis od lat ten sam, kilka dni temu był na moim blogu).

      A w Krakowie, już szesnasty raz odbył się festiwal pierogów; czasami bywałam na nim, ale tegoroczne upały zniechęcają do podróży.

      W tym roku konkurs był tematyczny: oceniano pierogi ruskie; statuetkę św. Jacka zdobyły pierogi Babci Władzi z Trzciany, zaś nagrodę publiczności, statuetkę św. Kazimierza, zdobyła firma "Pierogowe Fantazje".

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 sierpnia 2018 12:12

Kalendarz

Grudzień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl