Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy otagowane „kuchnia włoska”

  • wtorek, 10 kwietnia 2018
  • niedziela, 05 marca 2017
    • Włoska kuchnia Sophii Loren

      Kolejne, filmowe spotkanie i kolejny już raz kuchnia włoska (film, który oglądamy to włoska komedia "Jak Bóg da" w reżyserii Edoardo Maria Falcone)

      Nie bardzo miałam pomysł, co podać, bo kuchnia włoska była już u mnie tyle razy...

      Przypomniałam sobie o kupionej niedawno książce aktorki Sophii Loren "W kuchni z miłością" i stamtąd wzięłam przepisy.

      v_film_jak_Bg_dav_menu_spotkania

      Jako przekąskę podałam deskę serów i wędlin z dodatkiem pieczywa

      v_deska_serw_i_wdlin

      Zupa neapolitańska, porowo-serowa

      zupa_neapolitaska1

      Główne danie to rolada z piersi indyka nadziewana cielęciną z dodatkiem duszonej marchwi i brokuła

      v_rolada_z_indyka_z_cielcin_i_jarzynami1

      Na deser podałam lody z sałatką z kiwi i łyk benedyktynki

       v_deser_lody_i_kiwi

      v_benedyktynka

      A przy oglądaniu filmu, do kawy były pączki - jako że właśnie były ostatki

       v_pczki_do_kawy

      Jeszcze krótko o filmie (z portalu filmweb): "Tommaso to ceniony rzymski kardiochirurg. I ateista. Wraz z żoną Carlą i dwójką dorosłych już dzieci tworzą modelową, nowoczesną, mieszczańską rodzinę. Przynajmniej tak im się wydaje. Gdy ich syn zapowiada, że ma rodzinie coś ważnego do powiedzenia, ojciec jest przekonany, iż jego latorośl ma zamiar wyznać im, że jest gejem. Programowo brzydzący się dyskryminacją Tommaso jest dumny, że nadarza się okazja, by udowodnić sobie i całemu światu, jak otwartym i tolerancyjnym jest człowiekiem. W końcu przychodzi dzień "coming outu" i Andrea wyznaje: "Postanowiłem zostać... księdzem". I się zaczyna!!! .....

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Włoska kuchnia Sophii Loren”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 marca 2017 10:48
  • poniedziałek, 14 grudnia 2015
    • Filmowe party pełne wyzwań

      Proponuję małą przerwę w przygotowaniach świątecznych!

      Rzućmy okiem na menu, inspirowane kuchnią włoską, towarzyszące najnowszemu filmowi Lecha Majewskiego „Onirica”. Główny bohater zafascynowany jest „Boską Komedią” Dantego – stąd ta kuchnia włoska w menu.

      Było klasycznie: sałatka capricciosa na przystawkę, tagliatelle z sosem pomidorowym z boczkiem jako danie pierwsze, cielęcina z dodatkiem brukselki jako danie główne, i ciasteczka „róże pustyni” do kawy.

      capricciosa

      tagliatelle

      cielęcina z brukselką

      róże pustyni

      Ale tak bardzo prosto jednak nie było.

      Jedna osoba nie mogła być na party, druga osoba mogła być na projekcji filmu, ale nie na kolacji, a jeszcze jedna w przeddzień przyjęcia zadzwoniła, że właśnie jest na detoksie i może jeść aktualnie tylko warzywa, z przyprawami, owszem, ale bez soli i cukru.

      Oh, la la!

      Czyli były dwa rodzaje potraw na jednym przyjęciu, dedykowane konkretnym osobom.

      No – przyznam, że to było wyzwanie. Bardzo ciekawe zresztą.

      Dania klasyczne miałam właściwie prawie gotowe. Została do wymyślenia i wykonania dieta.

      Wpadłam do warzywniaka, i zgarnęłam, co mi tam wpadło w rękę: marchewkę, pietruszkę, kalafior, brokuł, por, paprykę. Cebulę i pomidory miałam w domu.

      Przyznam, że jestem dumna przede wszystkim z tych dań dietetycznych, bo mimo tych szalonych ograniczeń udało się wydobyć naturalny smak jarzyn, nie przytłumiony cywilizacyjnymi polepszaczami.

      Zrobiłam capriciosę w wersji fit: marchewka, seler i papryka pokrojone w julienkę, z przyprawami.

      Do tego bulion warzywny, długo gotowany, żeby wydobyć smak warzyw, doprawiony wyłącznie pieprzem, czosnkiem niedźwiedzim, mieloną papryką, majerankiem.

      Danie pierwsze w wersji fit: to „niby-taglietelle” z cukinii i marchewki, leciutko podduszone w wodzie, bez grama tłuszczu i soli.

      Danie główne to talerz gotowanych na parze warzyw.

      Człowiek na diecie był zadowolony.

      surówka dla Tomka

      tagliatelle z cukinii

      warzywa dla Tomka

      I jeszcze parę słów o filmie.

      „Onirica” Lecha Majewskiego w warstwie epickiej opowiada o próbie uporania się bohatera, młodego naukowca, z nagłą, tragiczną śmiercią swojej ukochanej. Porzuca on karierę naukową, zaczyna pracować w supermarkecie, ale ucieka wciąż od świata realnego w świat snu. A w świecie jawy towarzyszy mu słuchany w oryginale poemat Dantego, „Boska komedia”.

      Mamy tu, u nas, w naszym małym gronie, w którym się spotykamy, takich reżyserów, na których filmy czekamy, którym ufamy, i decydujemy się na ich oglądanie, w ciemno. Do nich należy Lech Majewski. Umie on stworzyć świat, który nie jest płaski, rozgrywający się tylko na płaszczyźnie zdarzeń, ale sięga o wiele głębiej, w myśli i uczucia człowieka. Kiedy gaśnie światło, zsuwa się z sufitu ekran kina domowego, zaczyna szumieć projektor – ogarnia nas magia kina Majewskiego, choć może nie wszystko od razu jest jasne i jednoznaczne.

      Jak mówią krytycy – „Po "Ogrodzie rozkoszy ziemskich" i "Młynie i krzyżu" - "Onirica" jest trzecim filmem Majewskiego, którego bohater szuka ratunku w dawnej sztuce. Traktuje ją jak religię, ale w większej jeszcze mierze - jak naukę prowadzącą do metafizycznego poznania.

      Reżyser mówi tak: "Nie mogę wyjść z podziwu dla naszych wielkich starszych kolegów. Bo przecież Bosch, Giorgione czy Bellini nie byli bogami, tylko naszymi kolegami! Ciężko pracowali, żeby odnaleźć formułę, dzięki której można było dać ludziom przeczucie harmonii i pootwierać im bramy nieba. Doceniam nowoczesność, wszyscy z niej wyszliśmy, ale nie mogę się pogodzić z celebrowaniem ohydy, która stała się dziś rodzajem obowiązkowego akademizmu".

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 grudnia 2015 14:45
  • wtorek, 24 listopada 2015
    • Kuchnia włoska Giancarlo Russo w mojej kuchni

      Oglądałam p. Giancarlo Russo – włoskiego kucharza, osiadłego w Polsce - w jednym z odcinków Top Chefa, i choć jego podejście do zawodników było wówczas dość kontrowersyjne (zaraz napiszę dlaczego tak myślę), to jednak jest uznanym autorytetem włoskiej sztuki kulinarnej; kiedy więc zaczęłam przygotowywać się do party, inspirowanego kuchnią Włoch, zaraz pomyślałam o nim, zwłaszcza że mam jego książkę „Kuchnia włoska bez granic”

      Szukałam pomysłu na danie główne, mięsne, i wpadł mi w oko przepis na eskalopki cielęce. Próba dania wyszła super smacznie

      escalopki cielęce

      

      Tyle tylko, że nie uwierzyłam tak do końca p. Giancarlo; bo popatrzcie: na 60 dag cielęciny pokrojonej w plastry i 100 ml bulionu, p. Russo zaleca dodanie soku aż z dwóch cytryn (!) Wydawało mi się, że to strasznie dużo, i zaczęłam bardzo ostrożnie dawkować sok. Po dodaniu soku z połówki cytryny, uznałam, że basta! Wystarczy.

       

      To teraz pełny przepis a`la Giancarlo Russo

      60 dag pieczeni cielęcej

      1 cebula

      100 ml bulionu wołowego

      Sok z połówki cytryny

      Sól, pieprz młotkowany

      Oliwa extra vergin

      Mąka do obtoczenia

       

      Mięso natrzeć lekko solą i pieprzem, włożyć do miski, skropić oliwą i niewielką ilością soku z cytryny, przykryć folią i marynować w lodówce 2-3 godziny (ten etap przygotowania to mój pomysł)

      Następnie pokroić mięso w plastry, lekko rozbić je tłuczkiem i obtoczyć w mące.

      W dużym rondlu rozgrzać oliwę z oliwek, zeszklić cebulę pokrojoną w cienkie półplastry, dodać plastry mięsa, obsmażając je z obu stron, po czym zalać je bulionem i sokiem z cytryny. Dodać otartą skórkę z tej połówki cytryny (w przepisie p. Russo tego nie było, ale na zdjęciu tej potrawy w książce skórka jest)

      Dusić do miękkości i znacznego zredukowania się sosu.

      Doprawić solą i pieprzem.

       

      I teraz następne moje odstępstwo od przepisu p. Giancarlo: twierdzi on, że mięso powinno się podawać od razu po przygotowaniu i nie należy go odgrzewać. Ja jednak uważam, że mięso przygotowane w takim sosie, nabiera pełnego smaku dopiero po pewnym czasie i proces wystygnięcia i ponownego podgrzania robi mu bardzo dobrze.

      Zdaję sobie oczywiście sprawę, że pewnie nie jest to już włoska sztuka kulinarna. O.k. – dlatego od razu mówię, że to tylko inspiracja kuchnią Włoch. Bo przyznam się, że baaardzo, bardzo trudno jest mi uwolnić się od przyzwyczajeń kuchennych i zrobić coś dokładniuteńko według czyjegoś przepisu.

      I teraz właśnie wracamy do Top Chefa. Wystąpił tam dokładniutko ten sam problem; uczestnicy próbowali przygotować włoskie dania, dodając tam swoje pomysły i inspiracje. Mnie się to wydawało jak najbardziej w porządku, w końcu wnosili w interpretację dań swój kunszt kulinarny. Ale p. Giancarlo był innego zdania. Danie ma być zrobione dokładnie tak, jak on kazał, jota w jotę. Jak ktoś zrobił inaczej – kazał danie wyrzucić do kosza i zacząć od nowa. Czyli sprowadził ich do roli rzemieślników, podkuchennych, można by powiedzieć. Gdyby to była jego restauracja – to o.k. Ale ogólnie ujmując problem sztuki kulinarnej – to jednak – moim zdaniem – nie o to chodzi.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 listopada 2015 10:02
  • czwartek, 03 kwietnia 2014
    • Neapolitańskie zoppoli z kalafiora

      To moje najnowsze odkrycie kulinarne

      zoppoli

      Podałam je jako dodatek do warkocza z polędwiczek; jest to popularna włoska przekąska, sporządzana z warzyw otoczonych ciastem drożdżowym i smażona w głębokim tłuszczu. Pamiętam to danie z kuchni po drugiej stronie Adriatyku, z Czarnogóry; zajadałam się warzywami smażonymi w cieście. Jak dla mnie – pycha! Przepis na kalafiorowe zoppoli znalazłam na blogu „Kuchnia pod wulkanem”.

       Proporcje są w sam raz na 4-5 osób

      Pół niezbyt dużego kalafiora

      Na ciasto:

      200 g mąki

      250-300 ml ciepłej wody (może być potrzebne trochę więcej)

      10 g świeżych drożdży

      Łyżeczka soli, szczypta pieprzu

      3 łyżki drobno startego sera pecorino lub parmezanu

      Kalafiora gotujemy (musi pozostać jędrny), studzimy, dzielimy na różyczki.

      Drożdże rozpuszczamy w ciepłej wodzie, wlewamy do mąki, mieszając, by nie było grudek. Dodajemy sól – ma powstać dość rzadkie ciasto. Dodajemy stary ser, pieprz, różyczki kalafiora. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy na ok. 2 godziny w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.

      Po tym czasie rozgrzewamy w głębokiej patelni lub rondlu olej i nakładamy porcje ciasta łyżką. Smażymy z obu stron na złoty kolor.

      Odsączamy na papierowym ręczniku. Lekko solimy z wierzchu i podajemy.

      Można podawać na zimno i na ciepło. Na ciepło jest lepszy.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 kwietnia 2014 07:44
  • piątek, 20 września 2013
    • Kolacja na toskańskiej prowincji

      Kuchnia toskańska to temat główny mojego kolejnego przyjęcia tematycznego. Dlaczego kuchnia toskańska? Towarzyszyła oglądanemu filmowi Andrieja Tarkowskiego „Nostalgia”, a tam główna akcja toczy się na toskańskiej prowincji, w miejscowości Bagno Vignone, koło Sieny, w centrum Toskanii. Pewnie wiele osób ma w oczach toskańskie krajobrazy: soczystą zieleń rozległych pól, obramowaną ciemną zielenią stojących równym rządkiem cyprysów, domy w kolorze sieny palonej, ochry, żółci i wyblakłej bieli. Na początku jesieni zieleń Toskanii nabiera coraz więcej żółtych, spłowiałych nut, dlatego też ten kolor był bazą wystroju stołu.

      stół toskański

      Do kawy, towarzyszącej filmowi wybrałam najsławniejszy sieneński smakołyk: panforte - ciasto korzenne z migdałów, orzechów laskowych, skórki pomarańczowej, miodu i mąki. Jest to w zasadzie ciasto jedzone w Boże Narodzenie, ale z uwagi na turystów - do kupienia o każdej porze roku.

      panforte

      Do tego wspaniały toskański cytrynowy likier: limoncello i kawa Lavazza (nieodmiennie uważam, że to najlepsza kawa na świecie! Oczywiście ta 100-procentowa arabica)

      limoncello

      Wino, które najczęściej kojarzone jest z Toskanią - to czerwone wytrawne chianti (te najlepsze mają znak czarnego koguta na etykiecie), ale tak naprawdę najlepsze jest tutaj Brunello di Montalcino, dojrzewające nie krócej niż 4 lata, wytwarzane ze szczepu Sangiovese. I to właśnie wino wybrałam do naszej kolacji.

      brunello

      Jak wyglądało menu:

      toskańskie menu

      Najbardziej charakterystyczna przystawką kuchni toskańskiej jest panzanella: czyli sałatka z pomidorów, cebuli, bazylii, oliwy i suchego namoczonego chleba. Podawałam ją jednak już kiedyś na naszym party, więc tym razem zrezygnowałam z niej, na rzecz pinzimonio - chrupiących świeżych kawałków warzyw podanych z dipem do maczania (u mnie była to odmiana vinegretu z sokiem pomarańczowym).

      pinzimonio

      I nie oparłam się pokusie kanapki; a tych we Włoszech jest mnóstwo: prostokątna pannini z ciabatty, grzanka bruschetta z pomidorem i mozarellą, grzanka crostini z pastą z wątróbek drobiowych, trójkatny sandwich tramezzini z majonezowym nadzieniem z kurczaka. Wybrałam tramezzini:

      tramezzini

      Tramezzini podano po raz pierwszy w 1925 roku w Caffe Mulassano w Turynie; do dziś kawiarnia istnieje i oferuje ponad 40 rodzajów kanapek, a twórcą ich nazwy jest pisarz Gabriele D`Annunzio.

      Następnie podałam zupę – wybrałam ribollitę, chyba najsłynniejszą zupę toskańską; jej nazwa znaczy - ponownie gotowana; gotuje się ją jak polski bigos, kilka dni, codziennie podgrzewając, by smaki doskonale sharmonizowały się. Podstawowe składniki ribollity to fasola, kapusta i pomidory, ale obowiązkowo musi być też obecny czerstwy chleb, najlepiej ten toskański, pieczony bez soli. Najczęściej turyści uważają że ten chleb jest wstrętny, bez smaku, i nie przyjmują do wiadomości, że robi się go głównie jako neutralne tło do sosów i zup. W naszej zupie był zwykły, polski chleb

      ribollita

      Nie ma Italii, w tym także i Toskanii, bez pasty (makaronu). Na party przygotowałam tagliatelle (oryginalne, toskańskie) z pancettą (dojrzewający w soli i przyprawach suszony boczek) oraz grzybami (prawdziwkami) – bo Toskania to prawdziwy raj dla grzybiarzy. Dodatkiem do sosu były orzeszki pinii, smakołyk, z uwagi na cenę trudno dostępny, ale też nie ma się co dziwić, bo te drobinki, kremowe perełki, są po prostu obranymi z łusek, jadalnymi nasionami sosny, więc dość to pracochłonne jest, a poza tym, ile szyszek trzeba na kilka deko nasionek! Ale trzeba przyznać, że pini są pyszne.

      tagliatelle

      Jako główne danie wybrałam schab w sosie jabłkowo-porowym, według przepisu Leonardo da Vinci. Wykorzystałam tu książkę autorstwa Dave'a DeWitta Kuchnia Leonarda da Vinci, rozpatrującą tematykę historii włoskiej od renesansu po czasy współczesne od strony kulinarnej.

       Mięsa we włoskiej kuchni powinny być ugarnirowane jarzynami, przy czym raczej nie wchodzą tu w grę ziemniaki; często jest to cukinia, fasolka, bakłażan, groszek. Zdecydowałam się na fasolkę szparagową i smażone płatki cukinii.

      schab Leonarda

      Właściwie najbardziej charakterystycznym mięsem jadanym w Toskanii są bistecci alla fiorentina – solidny plater wołowiny rasy Chianina, z chrupiąca skórką, opiekany na rozżarzonym węglu drzewnym. Ale u nas trudno kupić wołowinę na steki, a próby podróbek z twardego mięsa naszych krów kończą się porażką.

       

      Do zobaczenia na przyjęciu za miesiąc! Tym razem w kuchni indyjskiej.

       

      

      

      

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Kolacja na toskańskiej prowincji”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 20 września 2013 09:22
  • poniedziałek, 07 listopada 2011
    • Piemoncka kolacja singielki

      Niedzielny program TV Roberta Makłowicza pokazywał piękno i smak Turynu, stolicy włoskiego Piemontu. Spodobała mi się potrawa, którą przyrządzał: papardelle z grzybami w sosie barbaresco i pomyślałam sobie, że to byłaby miła kolacyjka. Trochę zmodyfikowana i dla singielki, bo niektóre składniki (np rodzaj wina i makaronu) trzeba było zastąpić podobnymi, a ilości składników, którymi dysponowałam w niedzielne popołudnie były śladowe wręcz, w sam raz dla odchudzającej się singielki:)
      Ale wyszło pysznie.
      Voilà! - jak mawia pan Robert:
      

      piemoncka kolacja singielki

      garść makaronu
      kromka chleba na grzanki
      4 łyżki masła
      1 mała cebulka
      2 podgrzybki
      100 ml pulpy pomidorowej
      lampka czerwonego wina wytrawnego
      sól, pieprz

      Z kromki chleba odciąć twardą skórkę, pokroić ją na drobne grzanki, zrumienić na łyżce masła, odstawić.
      Na patelni rozgrzać dwie łyżki masła, dodać posiekaną bardzo drobno cebulkę i zeszklić ją. Oczyszczone grzyby pokroić w plasterki i dodać na patelnię. Posolić i popieprzyć całość, tak aby grzyby puściły sok. Dusić ok. 5 min.
      Wlać pulpę pomidorową i wino na patelnię. Doprowadzić do wrzenia i ponownie dusić na małym ogniu ok. 20 min. aż sos zgęstnieje.
      Na koniec rozjaśnić sos łyżką masła, zdjąć z ognia.
      Ugotowany makaron wymieszać dokładnie z sosem na patelni, przełożyć na talerz i posypać chrupiącymi grzankami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Piemoncka kolacja singielki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 listopada 2011 06:01
  • sobota, 21 maja 2011
    • Pierś kurczaka z kuchni renesansowej

      Świetna smakowo propozycja z "Kuchni Leonardo da Vinci" i w dodatku bardzo prosta: pierś kurczaka duszona w soku z czerwonych winogron
      kurczak w winogronach

      4 pojedyncze piersi kurczaka
      50 g boczku
      kiść czerwonych winogron, najlepiej niedojrzałych - ok. 1/2 kg
      cytryna
      szklanka soku z czerwonych winogron bez cukru
      pół szklanki bulionu z kurczaka
      natki pietruszki
      szczypta szafranu
      sól, pieprz, oliwa
      oraz łyżka masła + łyżka cukru

      Piersi kurczka podzielić na kawałki, posolić, popieprzyć, ułożyć w misce, skropić oliwą, częścią soku winogronowego i sokiem z połówki cytryny.
      Przykryć folią i marynować przez noc w lodówce.
      Następnie pokroić boczek w kostkę i obsmażyć go w rondlu. Kostki boczku wyjąć, a na wytopionym tłuszczu obsmażyć z każdej strony kawałki kurczaka.
      Zlać tłuszcz (jeśli został), do piersi wlać bulion, dodać przekrojone na pół i pozbawione pestek 24 szt winogron, dolać nieco soku winogronowego i soku z cytryny. Przykryć i dusić na wolnym ogniu ok. 30 minut. Winogrona stracą kolor i trochę się rozciapią, ale oddadzą cały swój pyszny smak.
      Doprawić, dodać skwarki z boczku, pietruszkę i szafran.
      Pozostałe winogrona przekroić na pół, usunąć pestki. Na łyżce masła skarmelizować łyżkę cukru, dodać winogrona, chwilę przesmażyć.
      Podawać kurczaka z sosem, a obok ułożyć winogrona w karmelu.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Pierś kurczaka z kuchni renesansowej”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 21 maja 2011 06:23
  • środa, 18 maja 2011
  • czwartek, 12 maja 2011
    • Moje utarczki z panzanellą

      "Culinaria Italia", "Encyklopedia kuchni włoskiej", Tessa Capponi Borawska mówią, że jest to sałatka, o rodowodzie toskańskim, której podstawą jest czerstwy chelb, pomidory, cebula, listki bazylii, skropione octem i oliwą. I, że właściwie nie ma jednego przepisu, jest to raczej pomysł na danie, każdy robi ją sobie, dodając do obowiązkowych składników, co mu tam w duszy gra.
      O.k. Zrobiłam panzanellę klasycznie, dodając oliwki zielone i czarne oraz różne listki sałaty. O, tak:
      panzanell 1

      Zaraz po opublikowaniu, ktoś tam, z tych co to wiedzą lepiej, zwrócił mi uwagę, że to nie jest panzanella. Nie? dlaczegóż to? Bo dodałam sałatę?
      Dobrze. Popatrzmy, jak ja podają w restauracji. Wybierałam się właśnie do Krakowa, przejrzałam menu wielu kanjpek, właśnie pod kątem, czy podają panzanellę. W "Corleone" podają. Jest to knajpka typowo włoska, istnieje już kilkanaście lat; chyba można jej zaufać?
      Tak wygląda panzanella u nich

      panzanella 2

      Składniki, które dało się odróżnić to: pomidory (bez skórki), oliwki zielone, seler naciowy, czerwona cebula, grzanki z chleba. Do dekoracji listki pietruszki.
      No, faktycznie sałaty nie ma; w ogóle, oprócz dekoracji, zieleniny w sałatce nie ma.
      Dobrze, pójdźmy tym tropem. Tym razem moja panzanella wyglądała tak:
      panzanella 3

      A składniki to: pomidory, grzanki z chleba, czerwona cebula, oliwki zielone i czarne. Wszystko to lekko osolone, skropione octem balsamico i oliwą. A zielone listki (bazylia i roszponka) tylko z boku, do dekoracji. Uprzedziłam gości, że być może nie jest to najbardziej klasyczna panzanella; nie przejęli się tym w ogóle! I niemal wylizywali miski:)

      Ale temat niepokoił mnie nadal. Chodzi o dodatek chleba. Przepisy mówią: czerstwe kromki chleba pokrój w kostkę, zalej zimną wodą, po czym dokładnie wyciśnij, tak aby chleb był niemal suchy. Dodaj do pomidorów.
      A więc nie grzanki z chleba. Chleb ma byc namoczony i wyciśnięty.
      Cóż, spróbujmy.
      Więc tak wyszła mi panzanella bardzo klasyczna
      panzanella 4

      I muszę powiedzieć, że zdecydowanie wolę dodawać chleb w postaci grzanek! Dobrze, nazwę tę sałatkę alla panzanella, żeby ktoś znów nie kwestionował przepisu, ale tylko tak, z grzankami, wrzuconymi w ostatniej chwili przed podaniem sałatki, będę ją robić. Tak jest pysznie:)
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Moje utarczki z panzanellą”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 maja 2011 07:36
  • środa, 21 listopada 2007
    • Test zupy przed sobotnim party

      Wyszukałam sobie przepis na włoską zupę Vesubio, właśnie go przetestowałam i pożarłam uzyskany produkt łapczywie!!! Ledwo zdążyłam pstryknąć fotkę. Zupa jest pyszna, taka w sam raz na zimowe wieczory. 

       

       

       

       

       

      A przepis pochodzi z książki: Zupy na cały rok, autorstwa Francuza, Brata Victora, benedyktyna w opactwie Notre Dame w Millbrook w stanie N.Y.

      Bardzo sobie cenię klasztorne przepisy, zwykle są pyszne, a zarazem proste.

      A ta książka należy chyba do najlepszych książek o zupach, jakie mam w swojej biblioteczce. Robiłam już z niej klasztorną minestrone i cukiniową, obie były super!

      I jeszcze taka ciekawostka: jest w niej zamieszczony przepis na zupę polską z kaszą jęczmienną. Sądząc z opisu, chodzi o krupnik. Raczej jest to poprawny przepis, aczkolwiek wśród dodawanych jarzyn wymieniono seler naciowy! Kto w Polsce dodałby do krupniku seler naciowy????? Myślę, że wynika to z faktu, że w Ameryce, gdzie brat Victor gotuje, seler bulwiasty jest – jak słyszałam – niemal na wagę złota. Za to naciowy jest w powszechnym użytku, na co dzień.

       

      okladka

       

      A`propos selera naciowego: przypomniała mi się historyjka, kiedy – spory kawałek temu – usiłowałam kupić na mojej prowincji seler naciowy. Wtedy jeszcze nie był tak popularny, i u nas był zupełną nowością, o której mało kto słyszał. Szukałam bezskutecznie po sklepach, w końcu zdesperowana i raczej bez nadziei, pomyślałam: zapytam na targu. Zapytałam.

      „Baba”, która na swoim miejscu na stole miała zawsze wszystko, co klientki mogą pragnąć, mówi:

      - Zaraz, gdzieś tu był...

      Ja wytrzeszczyłam z niedowierzaniem oczy.

      Niepotrzebnie.

      „Baba” wyciągnęła z zawiniątek nać selera bulwiastego. I nie mogła zrozumieć, o co mi właściwie chodzi.:)))))

      Ale czas na zupkę Vesubio:

      4 ziemniaki

      4 marchewki

      1 duża cebula

      1 czerwona papryka

      250 g mozarelli

      2 l bulionu warzywnego (ja dałam z kostki)

      oliwa

      sól, pieprz, mielona papryka (najlepiej wędzona)

      Ziemniaki i marchew obrać, pokroić w kostkę, wrzucić do rondla, zalać bulionem i gotować do miękkości. Zmiksować. Jeśli zupa będzie zbyt gęsta, dolać wody.

      Cebulę pokroić w bardzo cienkie półplasterki, paprykę - w paski (po wyjęciu pestek, rzecz jasna). Rozgrzać lekko oliwę, wrzucić cebulę i zeszklić ją, dodać paski papryki i chwilę jeszcze podsmażyć. Dodać cebulę i paprykę do zupy, przyprawić solą, pieprzem i mieloną papryką, gotować razem ok. 20 minut.

      Zupę rozlać do kokilek i do każdej dodać 2-3 plasterki mozarelli. Wstawić do gorącego piekarnika na kilka minut, aż się ser rozpuści (lub do mikrofalówki, 1-2 minuty na pełną moc).

      Podawać z razowym chlebem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Test zupy przed sobotnim party”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 21 listopada 2007 00:22

Kalendarz

Wrzesień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl