Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy otagowane „magdalenki”

  • niedziela, 07 października 2007
    • Magdalenki Iwaszkiewiczów

      Chciałam upiec coś leciutkiego do weekendowej kawy, i kiedy szukałam w myślach przepisu, przypomniały mi się magdalenki.

      I oto proszę: oto owe krótkie, pulchne ciasteczka, zwane magdalenkami, które wyglądają jak odlane w prążkowanej skorupie muszli – jak je opisywał Marcel Proust

       

       

      Nazywam je magdalenkami Iwaszkiewiczów, bo jak podaje we wspomnieniach córka poety, tak robiono te francuskie ciasteczka-muszelki w ich słynnym domu w Stawisku pod Warszawą. A robi się je tak:

      Składniki:

       

      225 g mąki

      175 g cukru

      100 g masła

      2 łyżeczki proszku do pieczenia

      4 jaja

      skórka otarta z 1 cytryny

      masło do wysmarowania formy, mąka do oprószenia

      Sposób przygotowania:

       

      Stopić 100 g masła, zostawić do przestygnięcia.

      Wbić całe jajka do cukru, miksować tak długo, aż cukier się rozpuści.

      Wsypać mąkę, proszek do pieczenia, otartą skórkę z cytryny, wlać przestudzone masło. Dokładnie zmiksować.

      Każdy z otworów w blaszce na magdalenki dokładnie wysmarować masłem, oprószyć lekko mąką, nakładać ciasto do wysokości 2/3 otworu. Zostawić na 20 minut.

      Nagrzać piekarnik do 240 stopni.

      Wkładać blachę do nagrzanego piekarnika, piec ok. 7-10 minut.

      Zaraz po wyjęciu blachy, po 2-3 minutach wyjmować magdalenki.

      Ja dodaję jeszcze do gotowego już ciasta łyżeczkę wanilii lub sok z połowy cytryny.

      Bo magdalenki, które jadłam we Francji, mają zwykle smak  biszkoptowy z cytrynową lub waniliową nutą. A Francuzi lubią je jeść maczając w kawie.

                  Kiedyś magdalenki były moim "konikiem", testowałam mnóstwo przepisów, z tym że nie miałam wówczas ani formy teflonowej, ani silikonowej, tylko ze zwykłej blachy foremkę. I jedne magdalenki wyskakiwały bez problemu, a inne trzeba było wyskrobywać.  Ale pomyślałam sobie, że coś tu jest nie tak, bo przecież dawniej Francuzki nie miały teflonu, a magdalenki piekły, i to niemożliwe, żeby tak wyskrobywały te ciastka z foremek.:)))) Więc szukałam "winy" w przepisie. Testowałam przepis po przepisie, jaki znalazłam. I w końcu trafiłam na właściwy!!!! Jeśli ciastka nie wyskakują, to wina tkwi w przepisie! Ten przepis uda się w każdej blaszce.

                  Jako miłe uzupełnienie porannej kawy z magdalenkami proponuję fragment książki M. Prousta W poszukiwaniu straconego czasu, z opisem – rzecz jasna – magdalenek:

       

       

                  Widok magdalenki nie przypominał mi nic, nim ją skosztowałem: może dlatego, że widywałem je od tego czasu często - mimo, że ich nie jadłem - na ladzie cukierni; obraz ich opuścił owe dni Combray, aby się skojarzyć z innymi, świeższymi; może dlatego, że z owych wspomnień, tak długo zostawionych poza pamięcią, nic nie przetrwało, wszystko rozpyliło się; kształty - także ten kształt małej muszelki z ciasta, tak pulchnej i zmysłowej pod swoim surowym i nabożnym rurkowaniem - znikły lub też, uśpione, straciły energię, która by im pozwoliła połączyć się ze świadomością. Ale kiedy, po śmierci osób, po zniszczeniu rzeczy, z dawnej przeszłości nic nie istnieje, wówczas jedynie smak i zapach, wątlejsze, ale żywsze, bardziej niematerialne, trwalsze, wierniejsze, długo jeszcze, jak dusze, przypominają sobie, czekają, spodziewają się - na ruinie wszystkiego - i dźwigają niestrudzenie na swojej znikomej kropelce olbrzymią budowlę wspomnienia. I z chwilą, gdy poznałem smak zmoczonej w kwiecie lipowym magdalenki,którą mi dawała ciotka (mimo, że jeszcze nie wiedziałem i znacznie później miałem odkryć, czemu to wspomnienie czyniło mnie tak szczęśliwym), natychmiast stary, szary dom od ulicy, gdzie był pokój, przystawił się niby dekoracja teatralna do wychodzącej na ogród oficynki, którą zbudowano dla rodziców od tyłu (owa ścięta ściana, jedyna, którą wprzód widziałem), i wraz z domem miasto, rynek, na który wysyłano mnie przed śniadaniem, ulice, którymi chadzałem od rana do wieczora i w każdy czas drogi, którymi się chodziło, kiedy było ładnie. I jak w owej zabawie, w której Japończycy zanurzają w porcelanowym naczyniu pełnym wody kawałeczki papieru z pozoru byle jakie, które ledwo się zanurzywszy wydłużają się, skręcają, barwią, różniczkują się, zmieniając w kwiaty, w domy, w wyraźne osoby, tak samo teraz wszystkie kwiaty z naszego ogrodu i z parku pana Swanna i lilie wodne z Vivionne, i prości ludzie ze wsi, i ich domki, i kościół, i całe Combray, i jego okolice, wszystko to, przybrawszy kształt i trwałość, wyszło - miasto i ogrody - z mojej filiżanki herbaty.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 października 2007 02:07

Kalendarz

Czerwiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl