Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy otagowane „recenzje”

  • poniedziałek, 09 lipca 2018
    • Córka kucharki

      Oto nowa książka - jeszcze cieplutka, jak świeża bułeczka - parę dni temu pojawiła się na księgarskim rynku. Nieprzypadkowo porównałam ją do ciepłej bułeczki, bo jest to powieść kulinarna, o Tosi, przybranej córce słynnej w XIX wieku kucharki i - jak byśmy to dziś nazwali - kulinarnej celebrytki, Lucyny Ćwierczakiewiczowej.

      córka kucharki

      Tosia, wychowana przez tak silną osobowość, jaką była p. Lucyna (często bardzo kontrowersyjna w poglądach i ich oznajmianiu światu) i tak świetną kucharkę, nie miała wyboru: sama została świetną kucharką i zachwycała swym kunsztem rodzinę, jak i znajomych, zarówno w swojej młodości, kiedy łatwo było o znakomitej jakości produkty kulinarne, i kiedy ceniło się sztukę kulinarną, jak i w mrocznych czasach powojennej Warszawy, kiedy jako osiemdziesięcioletnia staruszka, umiała wyczarować pyszności po prostu z niczego.

      Bo autorka, Weronika Wierzchowska, prowadzi nas przez dzieje Tosi symulatanicznie, XX wiek jest odskocznią we wspomnieniach Tosi do czasów belle époque.

      Książka ta spodobałaby się także wielbicielom kryminałów, bo i te, zarówno sensacyjne, jak i zabawne - jak się okaże - wątki pojawiają sie na kartach powieści. O! i szachiści znajdą coś dla siebie!

      Ale wróćmy do kuchni.

      Tosia, młoda panienka, z zamożnego mieszczańskiego domu, kończy właśnie pensję, i staje się panną na wydaniu. Słynne obiady wtorkowe, wydawane przez panią Ćwierczakiewiczową, staną się sceną prezentacji Tosi i jej kulinarnych umiejętności. Wyobrażacie sobie tę krzątaninę w kuchni? Te zapachy i aromaty? Opis obiadu zwykłego, opis obiadu weselnego, zakupy na targu... Koniecznie trzeba to przeczytać.

      Lektura tej książki sprawiła, że ponownie sięgnęłam do zapomnianej już nieco książki Ćwierczakiewiczowej  "365 obiadów", która gdzieś tam kurzyła się na półce. Wszystkie przepisy, tak barwnie opisane w "Córce kucharki", tu są.

      Przyznam też, że być może zweryfikuję swoją pewność co do sposobu przygotowania niektórych potraw... I jedna i druga autorka z taką pewnością siebie twierdzą, że tylko taki a nie inny sposób gotowania jest właściwy. Choćby taki krupnik; matko jedyna, może ja naprawdę źle go gotuję???? Sprawdzę to:)

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 lipca 2018 13:35
  • piątek, 15 czerwca 2018
    • Zalipianki Ewy Wachowicz

      Pod koniec ubiegłego roku otwarto na nowo dawną restaurację "U Zalipianek", u zbiegu ulicy Szewskiej i Karmelickiej w Krakowie. Teraz lokal nosi nazwę "Zalipianki" a jej właścicielka jest p. Ewa Wachowicz, znana z kulinarnych programów i książek.

      Czaiłam się na obiad tutaj, zwłaszcza, że restauracja w zamyśle nawiązuje do lokalnej kuchni galicyjskiej, a tytułowe Zalipie - słynna, malowana wieś, leży w bliskim sąsiedztwie mojego miejsca zamieszkania.

      zalipianki_EW

      Tak więc trafiłyśmy tu z siostrzenicą przy okazji jej pobytu w Polsce.

      Różnie już pisano o tej restauracji, więc tym bardziej byłyśmy ciekawe. Zgodnie przyznajemy obie, że było warto, było miło i było smacznie. Byłyśmy w zwykły, wtorkowy dzień, po południu, prosto z ulicy, bez rezerwacji. Na tarasie było sporo gości, ale wewnątrz - miejsc ile by się nie chciało. Ja zawsze wolę posiłek wewnątrz lokalu; wtedy odczuwa się klimat miejsca.

      Zalipianki mają wnętrza stylizowane na ludowo, z barwnymi kwiatami malowanymi na ścianach, surowymi podłogami, umeblowanie jednolite, proste. Ludowe akcenty, ale i prostota - to duże atuty lokalu.

      wnętrze zalipianek

      Chyba czas już na menu. To będzie dwugłos - każda z nas opisze swoje dania. Już kiedyś miałyśmy takie lato, kiedy jadałyśmy codziennie obiady w lokalach naszego miasta i opisywałyśmy swoje wrażenia:) Miło było do tej tradycji wrócić.

      Marta:

      Za moich studenckich czasów Zalipianki nigdy nie były miejscem, gdzie chciało się wejść na polski, domowy obiad. Może dlatego, że takowy był najlepszy w domy  i zawsze można było nim jeszcze wypchać słoiki. Gości z zagranicy zabierało się w inne miejsca. Dlatego trochę zdziwiła mnie propozycja zjedzenia tam obiadu.

      Tak kiedyś wyglądały Zalipianki:

      zalipianki dawniej

      Najpierw dostałyśmy czekadełko - świetny chleb z czarnuszką, do tego pyszny smalec  i nieco mniej pyszna pasta z fasoli 

      czekadełko 

       Polski obiad musi mieć zupę. Ja wybrałam zalewajkę; szalenie byłam jej ciekawa, bo też rzadko można znaleźć restaurację, gdzie by ją podawano. Ta tutaj zasługuje na osobny wpis na blogu; póki co powiem tylko, że bardziej przypomina ona świąteczny żurek. Ale smakowała! 

      zalewajka

      Marta:

      Jako przystawkę/ zupę wybrałam krem z ogórka kiszonego ze słodką śmietaną i bundzem. Zupa była dobra, kwaśna, z dobrej jakości ogórków kiszonych, gęsta i kremowa. Jeżeli ktoś nie jest fanem kwaskowatości śmietana ją idealne zbalansuje. Polecam też pozostawić ser na parę chwil w zupie, wtedy będzie miał czas na rozpuszczenie się.

      krem z ogórka

      

      Danie główne.

      Wybrałam maczankę po krakowsku, jako że to nasze regionalne, sławne danie. Tradycyjnie powinna być podana w bułce z dużą ilością sosu. Tutaj była to raczej wariacja klasycznej maczanki, jako że w misce ułożono spory kawałek chleba (z czarnuszką), polano sosem i na to nałożono kawałki wieprzowiny i ozdobiono jeszcze chrupiącym chipsem z bekonu. Ale dobre było.

      maczanka

      Marta:

      Jako danie główne wybrałam tradycyjny kotlet schabowy, ziemniaki i  zasmażaną młodą kapustę.  Kiedy myślę o tradycyjnym polskim obiedzie w czerwcu to ten zestaw zawsze będzie numerem jeden. I muszę przyznać, że to był strzał w 10. Wszystko było bardzo smaczne. Kapusta była zupełnie inna niż ta, którą znałam  z domu rodzinnego, ale do jej  smaku nie mogłam się przyczepić. Kotlet słusznych rozmiarów, mięso nie było rozbite zbyt cienko ani zbyt grubo, panierka nie była mokra i nie odklejała się od mięsa. Jedyne zastrzeżenie mogę mieć do zbyt malej ilości soli na kotlecie. Ale zawsze lepiej dosolić.

      schabowy

      

      Deser

      Czułam, że będę zbyt przejedzona, by dać radę deserowi. Dlatego zdecydowałam się tylko na sorbet, ale i tak porcja była za duża

      sorbet

      

      Marta:

      Niestety, deser mnie rozczarował. Chociaż prezentacja była oszałamiająca. Zamówiłam szarlotkę na rubinoli z lodami waniliowymi i sosem cynamonowym. O ile ani do sosu ani do lodów nie mogę się przyczepić, choć nie wiem czy lody robią sami, o tyle szarlotka nie za bardzo przypominała szarlotkę. W cieście dominującym smakiem był smak cytryny, który maskował wszystkie inne smaki, przez co szarlotka smakowała bardziej jak ciasto cytrynowe. Próbowałam różnych kombinacji składników na talerzu, niestety nic nie ocaliło nieszczęsnej szarlotki.

      szarlotka

      

      Generalnie - ja jestem zadowolona. Cenowo - jak to w krakowskich lokalach - trochę to wszystko kosztuje, ale ceny są porównywalne do innych lokali. Obiad dla dwóch osób, z napojami na początek, lampką wina dla mnie i drinkiem dla Marty - kosztował nas 200 zł (bez napiwków).

      Fatalny minus - BRAK SERWETEK!

      Marta:

      Ogólnie muszę przyznać, że obiad był bardzo udany. Jedna przestroga uważajcie na porcje – są ogromne. 2 - daniowy obiad z deserem to było zdecydowanie zbyt dużo. Jest  jedna rzecz, którą chętnie bym zmieniła  - dekoracja dań. Zarówno „na” zupie i „na” schabowym rzucona była kupka liści sałatopodobnych.  Trochę nie zrozumiałam zamysłu kucharza po co ją tam umieścił i nie widziałam też sensu, ponieważ zaburzało to spójność dania. Ale to tylko taka mała uwaga- żeby nie było zbyt cukierkowo.

      Ach, jeszcze jedno - sztućce dostaje się w ładnej kopercie

      sztućce

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 15 czerwca 2018 13:34
  • środa, 11 października 2017
    • Lunch w tarnowskiej "Sofie"

      Miły lokal w centrum miasta. Można tu wpaść od rana: na śniadanie od 8.00 (kanapki, koszyki śniadaniowe słone lub słodkie, jajecznicę, omlety, bajgle), na lunch od 12.30 (zupy, pasty, zapiekanki); zawsze na kawę, herbatę lub napoje czy soki, aż do godz. 20.00.

      W wystroju dużo drewna, wygodne sofy, fotele i krzesła. Trochę się czeka na potrawy (np. na zapiekankę jakieś 20 minut), ale napoje przychodzą szybko. Dużo ludzi wpada tu pogadać.

      lunch_w_sofie

      Byłam tu zaproszona na lunch.

      menu_sofy

      Potrawy są bardzo ładnie podawane.

      Moja zapiekanka z kurczaka i ziemniaków (trochę mało przyprawiona) była w kwadratowej grantowej kamionce na dopasowanej rozmiarami małej drewnianej tacy

       zapiekanka_w_sofie2

      Zupa pomidorowa - dobra! - w pięknej misce

      pomidorowa_w_sofie

      A wrap - nadzienie smacznie skomponowane - na niebanalnym rowkowanym talerzu

      wrap_w_sofie

      Może smak potraw nie jest rzucający na kolana, czasami brak pazura w doborze przypraw, ale jest smacznie, miło, ceny przystępne dość.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 11 października 2017 11:09
  • wtorek, 03 października 2017
    • Kuchnia galicyjska w tarnowskiej "Starej łaźni"

      stara łaźnia

      Oprócz kuchni żydowskiej restauracja "Stara łaźnia" proponuje jeszcze dania kuchni galicyjskiej:

      Zupy: Barszcz czerwony z uszkami z grzybami leśnymi, Krem z świeżych pomidorów, Węgierska pikantna zupa gulaszowa
      Dania główne: Konfitowane gęsie udo serwowane z ptysiami z batatów i gruszką sous-vide, Pierogi z gęsiną, Gęsie “pipki” z kluseczkami i puree z marchwi, świeża ryba, Wiener Schnitzel, Kotleciki jagnięce z zielonym groszkiem, Kofta cielęca na lasce cynamonowej z ryżem curry i musem jabłkowym, Grasica cielęca na bajglu

      Jak te dania smakują?
      Oddaję głos mojej siostrzenicy, która je próbowała:

       

      Przystawka zapowiadała naprawdę przyjemny posiłek. 

      b_figi

      Figi z kozim serem były smaczne, dobrze zbilansowane smakowo, nie narzucały nachalności smaku koziego sera.

      Ale jak mawiają, nie chwal dnia przed zachodem słońca.

       Zupa – krem ze świeżych pomidorów już tak nie zachwycał.

      b_zupa_pomidorowa_MG

      Owszem zupa była zrobiona poprawnie, ale niestety była za ostra. Prawdą jest to, że moja tolerancja na ostre przyprawy jest dość niska, ale dla statystycznej poprawności i takiego gościa należałoby wziąć pod uwagę.  Myślę, że w zamian za ciastko/pogryzadło z kruchego ciasta lepszy byłby kleks z kwaśnej śmietany. 

      Główne danie, czyli kotleciki jagnięce z zielonym groszkiem, niestety okazało się niesamowitym rozczarowaniem.

      b_jagnicina_MG

      Mięso było twardawe i w ogóle nie przyprawione, za to ziemniak dodany do dania był bardzo przesolony, myślę, że  dostała mu się porcja soli przeznaczona dla mięsa. Warzywa grillowane, które były dodatkiem do dania były naprawdę dobre. Dobrze przyprawione, nie przegotowane, naprawdę smaczne.  Dlatego trochę dziwi mnie, że dodatek przygotowany był z taką starannością, której  chyba zabrakło przy przygotowaniu mięsa. Co do puree z zielonego groszku to nie było ani złe ani dobre. Po prostu było.

      Pascha czyli żydowski sernik był dobry, ale to nie jest smak dla wszystkich, więc raczej radziłabym się zastanowić na jego zamówieniem.

      b_pascha_MG

      Próbowaliśmy jeszcze:

      Tarninówki - bardzo słodki napój

      b_napj_urawinowy

      Pasztetu z kaczki serwowanym na chałce z żurawiną - dobre

      pasztet z kaczki

      Wiener schnitzel - duże rozczarowanie, mięso totalnie nieprzyprawione!

      wiener schnitzel

       Szarlotki - olbrzymi, dobry kawał ciasta 

      szarlotka

      Siostrzenica skomentowała całość następująco: POTENCJAŁ JEST, ALE TRZEBA JESZCZE POPRACOWAĆ

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 października 2017 12:43
  • niedziela, 19 lutego 2017
    • Kulinarny ślad Wita Stwosza w Krakowie

      Każdy zna ołtarz Wita Stwosza w Kościele Mariackim w Krakowie.

      Każdy zna historię żółtej ciżemki, którą znaleziono za tym ołtarzem w czasie remontu. Według powieści Antoniny Domańskiej zgubił ją Wawrzuś, uczeń mistrza Stwosza, kiedy tuż przed odsłonięciem ołtarza wbiegł po drabinie, by wsunąć w dłoń biskupa Stanisława pastorał, który przez niedopatrzenie leżał na posadzce.

      Ale dom, w którym kiedyś, przed laty mieszkał Wit Stwosz, długo był nieznany i popadał w ruinę.

      Jednak kamienica przy zbiegu ulic Grodzkiej i Poselskiej zdobyła nową szatę i nowe życie.

      Po gruntowym remoncie powstała tu Restauracja Enoteka Pergamin.

      b_wit_stwosz

      dom_w_stwosza

      Gospodarze restauracji tak piszą o swoim lokalu:

      "W tym pradawnym domu twórcy ołtarza Mariackiego łączymy kilka pasji – do wina, jedzenia, alkoholi z całego świata, ale przede wszystkim zrozumienia i szacunku do regionalnych polskich produktów.

      Chcemy by to wyjątkowe miejsce kojarzyło się Państwu z regionalnymi dobrodziejstwami, które można znaleźć w naszej autorskiej kuchni. Mowa tu o lokalnych produktach: mięsiwach i serach, które produkowane są z należytą starannością od pokoleń, przez co mają swój niezwykły, wysublimowany smak."

       

      A ja zapraszam na kilka migawek z menu degustacyjnego, które wczoraj tam jadłam:

       Znów oddajmy głos gospodarzom:

      "Nasze autorskie menu degustacyjne to okazja do spróbowania wielu różnych potraw i spędzenia czasu w ciekawy i zaskakujący sposób. Potrawy opisane są w karcie jedynie trzema wyrazami np.: dorsz/rydz/dynia. Składniki to podpowiedzi, a forma, w której dostaniecie Państwo potrawę owiana jest tajemnicą."

      Ale opiekujący sie nami kelner cierpliwie i serdecznie wyjaśniał wszelkie szczegóły

      GĘŚ / JABŁKO / CZOSNEK NIEDŹWIEDZI / CEBULA / WIŚNIA

      To była roladka z gęsi  podana na musie jabłkowo-cebulowym

      b_menu_rulonik_gsi

      KUKURYDZA / SORGO  lub  JAGNIĘCINA / GRASICA CIELĘCA  - po prostu świetne aromatyczne zupy; miałyśmy jedną i drugą, bo każda z nas wzięła inną zupę

      b_zupy_w_enotece

      POMARAŃCZ / TABASCO lub TONIC / MIĘTA - to była kulka sorbetu (podobnie jak zupy, każda wzięła inny sorbet). Tyle tylko, że tego "pomarańcza" nie mogę im darować! To nie jest ten pomarańcz, tylko TA pomarańcza.

      b_sorbety_w_enotece

      ŻABNICA / ŻUREK / ŚLIWKA

      Kawałek ryby na musie żurkowym - fajne i pomysłowe!

      b_abnica_w_enotece

      SERY / WĘDLINY

      To największe rozczarowanie tego menu; dobre, ale takie zwyczajne, bez żadnej niespodzianki smakowej czy wizualnej

      b_deska_serw_w_enotece

      MAK / MARAKUJA / SER DOJRZEWAJĄCY - czyli deser: sakiewki z ciasta filo.

      b_deser_w_enotece

      WINO DEDYKOWANE - do każdej potrawy było specjalnie dobrane wino - znakomite.

      Uwielbiam menu degustacyjne! To świetny sposób na niekonwencjonalny obiad i pogaduchy. I to jeszcze w piwnicach przeszło 500-letniego domu, marzenie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kulinarny ślad Wita Stwosza w Krakowie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 lutego 2017 13:13
  • wtorek, 14 lutego 2017
    • Kulinarna książka w sam raz na Walentynki

      Drodzy kulinarni pasjonaci!

      Dziś dzień prezentów dla osób miłych naszemu sercu, dlatego dla wszystkich miłych czytelników mam kulinarną walentynkę, nową książkę: "Kuchnia na plebanii" Łukasza Modelskiego

      kuchnia_na_plebanii

      Książkę wydało Wydawnictwo Literackie, a jej podtytuł brzmi: 200 tradycyjnych przepisów księżowskich gospodyń. Autor rozmawia z gospodyniami i spisuje przepisy z Kujaw, Małopolski, Śląska, Kaszub, Podlasia, Pomorza i Mazowsza. Czyli jest to również skarbnica przepisów polskiej kuchni regionalnej.

      A ten cały tajemniczy nieco, nieznany świat kuchni plebańskiej? Jak pisze autor:

      "Przekonanie, że polska, osobliwie prowincjonalna, plebania zachowała tradycyjną kuchnię w jej najbardziej konserwatywnym, pierwotnym kształcie, towarzyszyło mi od dawna. (..) Jeśli miałbym opisać ich kuchnię w dwóch słowach, powiedziałbym: obfitość i prostota. Pamiętam bardzo uczciwe, czterodaniowe obiady, solidne treściwe zupy, ciężkawe, ale starannie przyrządzone mięsa, domowy drób, domowe masło, wszechobecną śmietanę i smak kompotu. Żadnych udziwnień. Kilka lat nosiłem się z zamiarem zanotowania tych plebanijnych przepisów, wiedząc, że to ostatni moment, że dawne domowe gotowanie księżowskich gospodyń wkrótce odejdzie wraz z nimi."

       

      Dla mnie szczególnie cenna jest opowieść z Małopolski, w końcu stąd jestem. W świat kuchni sądeckiej zabiera nas pani Maria Bocheńska, z plebanii w Piątkowej, leżącej nieopodal Nowego Sącza.

       

      Zapraszam do świetnej lektury!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kulinarna książka w sam raz na Walentynki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lutego 2017 10:50
  • wtorek, 11 października 2016
    • Lubicie warsztaty kulinarne?

      Ja uczestniczyłam już w różnych warsztatach:  takich, w profesjonalnych kuchniach i takich, organizowanych w przypadkowych salach; w takich, gdzie uczestnicy byli tylko widzami, i takich, gdzie każdy miał swoje stanowisko, swój fartuszek i musiał sam nieco się natrudzić.

      Każdy rodzaj warsztatów ma swoje plusy i minusy.

      Ostatnio byłam widzem, słuchaczem i degustatorem warsztatów (pierwszej części), które nazywają się „Austriackie kuchenne historie Tarnowa”.

      Autorzy tak promowali swój pomysł na zajęcia: „Jest to projekt, w którym odwołujemy się do tego, co po dziś dzień zostało wpisane przez zabór Austriaków w nasze kulinarne nawyki. Odwołujemy się do dań, które królują obecnie na talerzach, a także do tych o których już dawno zapomniano, a którymi delektowała się śmietanka towarzyska dawnej Galicji.”

      Zabrzmiało ciekawie, prawda?

      I tak też było.

      Pierwszą część stanowił pełen pasji wykład historyka, który o dziejach Tarnowa wie chyba wszystko. Opowiadał nam o tym, co działo się w Tarnowie za czasów zaboru austriackiego.

      A potem, mistrz kuchni przyrządzał na naszych oczach dania, które zostawili nam w spadku zaborcy, i które pokochaliśmy: kawę po wiedeńsku (z czekoladą i bitą śmietaną), strudel jabłkowy, deser Sissi – Kaiserschmarren, Tafelspitz – wołowinę w sosie chrzanowym, sznycel wiedeński.

      W kuchni było trochę chaosu, zwłaszcza z próbowaniem, przerzucaliśmy się między smakami, tak jak to wymuszał cykl i czas gotowania i pieczenia.

      Dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie, bo kuchnię wiedeńską trochę znam ze swoich austriackich wojaży, wypróbowałam wiele z tych przepisów, i na przykład omlet Sissi robię nieco inaczej, a  sznycla wiedeńskiego nie roztrzepuję aż tak cienko. Ale może nie mam racji?

      Panowie prowadzący zwrócili uwagę, że niektóre z tych potraw można nadal, mimo upływu lat, zjeść w naszych kawiarniach i restauracjach, jak choćby „Tatrzańskiej” czy „Wiedeńskiej”. I to jest fajny trop do sprawdzenia:)

      Ciąg dalszy z relacji – również fotograficzny - nastąpi:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Lubicie warsztaty kulinarne?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 października 2016 11:09
  • wtorek, 04 października 2016
    • Nowa książka okołokulinarna

      Skusiłam się na „Foodie w wielkim mieście” (autor: Jessica Tom), bo na okładce był widelec, smakosz w tytule i ciekawy opis fabuły, która rozgrywa się w nowojorskich restauracjach pierwszogwiazdkowych:

      Mamy znanego krytyka, który jest wyrocznią oceniającą kuchnię w NY, mamy studentkę, która zaczyna razem z nim odwiedzać restauracje i przekazywać mu swoje opinie o potrawach, bo krytyk stracił smak, mamy nadmiar intryg i zawirowań uczuciowych, mamy trochę fajnych opisów podawanych potraw, mamy trochę luksusowych ciuszków dla biednego Kopciuszka.

      Oczywiście tytuł nasuwał skojarzenia z filmem „Seks w wielkim mieście”, ale to mogło być ciekawe, pomyślałam. Trochę tego wielkiego świata, tym razem kulinarnego, czemu nie?

      W miarę czytania, skojarzeń było coraz więcej, i coraz bardziej przestały mi się podobać. Fabuła została wymyślona według schematu książki „Diabeł ubiera się u Prady”, ale tam bohaterka budziła sympatię i nie kłamała na każdym kroku, nie prowadziła niezbyt czystych gierek. Tu bohaterka nie przejmuje się grą fair play. Dlatego jej nie polubiłam. I nic nie pomogło, że na końcu odkręca wszystko, co zamotała.

      Sam tytuł książki też pozostawia wiele do życzenia, bo nie jest tłumaczeniem dosłownym i zupełnie nie wiadomo dlaczego część tytułu pojawia się po polsku, część po angielsku, skoro żadne z użytych słów nie znajduje się w tytule angielskim. Angielski tytuł jest raczej wulgarny („Food Whore” ), więc pewnie dlatego wymyślono inny, ze słowem „foodie”, które oznacza smakosza, ale tłumacz podaje nam jeszcze inne jego znaczenie: człowiek, który dla jedzenia zrobiłby wszystko.

      Jeśli chodzi o moją opinię o tej książce, to jestem na: NIE.

      Książka została wydana w USA w 2015 roku, od razu z prawem do nakręcenia filmu, które zostało zakupione przez Harper Collins; pewnie niedługo się pojawi na ekranach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 października 2016 10:57
  • wtorek, 20 września 2016
    • Świnia w Prowansji. Recenzja

      Są takie książki, które zawsze wzbudzą zainteresowanie. Wystarczy, że w tytule pojawi się magiczne słowo: Toskania czy też Prowansja. Te miejsca są ostatnio bardzo popularnym celem wakacyjnych wyjazdów i zorganizowanych wycieczek. Kulinarnie te tereny są również bardzo atrakcyjne.

      Więc czy trzeba się dziwić, że sięgnęłam po tę książkę? Zwłaszcza, że trafiłam na nią w wyprzedażowym koszu?

      Oto „Świnia w Prowansji. Dobre jedzenie i proste przyjemności w południowej Francji” autorstwa Amerykanki, Georgeanne Brennan.

      (książka leży na rękawicach kuchennych przywiezionych parę lat temu z Prowansji)

      Aczkolwiek trzeba przyznać, że tytuł nie brzmi dla Polaka najlepiej; słowo: świnia niesie trochę pejoratywnych skojarzeń. Cóż, jest to dosłowne tłumaczenie z języka angielskiego.

      Książkę dobrze się czytało, choć trzeba od razu zaznaczyć, że pokazano nam Prowansję, która dziś już nie istnieje. Autorka zamieszkała tam w latach 70-tych, a samą książkę o tym wydała dopiero w roku 2007 (polskie tłumaczenie ukazało się w 2010 roku). Jeden z domów, w których zamieszkała we Francji, był bez kanalizacji i bez światła. Żyli tam wówczas ludzie, którzy prowadzili tradycyjne, samowystarczalne niemal gospodarstwa, wielu z nich pamiętało II wojnę światową. Gotowanie było rzetelne i bez półproduktowych skrótów. Zajmowało dużo czasu.

      Może dlatego ta książka jest taka ciekawa?

      Przepisy kulinarne tam zamieszczone są dobre. Wypróbowałam soup au pistou – wyszła świetnie.

      Znajdziemy tam jeszcze: sałatkę z koziego sera z grzankami, duszoną karkówkę z musztardą i kaparami, kurczaka nacieranego jałowcem i nadziewanego grzybami, bouillabaisse w stylu tulońskim, aioli, udziec jagnięcy z ziołami prowansalskimi i tartę z pomidorami.

      Czasami opowieści w książce są nieco szokujące, na przykład: rozdział poświęcony ubojowi świń w wiosce jest bardzo sugestywny (choć nie drastyczny). Cóż, to po prostu samo życie, bez upiększeń.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 września 2016 11:33
  • piątek, 02 września 2016
    • Nowa ramówka kulinarna w TV

      Od września ruszają nowe edycje Masterchef, Top Chef oraz Hell`s Kitchen.

      I tak:

      Niedziele: godz. 20.00 – TVN – Masterchef  (od 4 IX)

      Wtorki: godz. 20.05 – Polsat – Hell`s Kitchen (od 6 IX) - Nowa odsłona  - w tej edycji, prowadzącego, Wojciecha Modesta Amaro,  zastąpi Michał Bryś, szef kuchni w restauracji L'Enfant Terrible.

      Środy: godz. 20.40 – Polsat – Top Chef – Gwiazdy od kuchni (od 7 IX); również nowe oblicze tego programu; spotkają się już nie szefowie kuchni, ale będą to potyczki 13 znanych powszechnie osób, celebrytów,  których łączy jedno - pasja do gotowania i nieprzeciętne umiejętności kulinarne

      Oprócz tego znalazłam jeszcze dwie kulinarne nowości:

      TVP2 – zaczyna cykl: Bake off – ale ciacho; 10 odcinków, emisja w poniedziałki o 21.45

      W każdym z dziesięciu odcinków uczestnicy zmierzą się z trzema zadaniami. Pierwsze to „Autorski wypiek popisowy”. Uczestnicy będą mogli wybrać dowolnie przepis w ramach narzuconego przez jury tematu. Drugie zadanie ma zawierać element zaskoczenia i służyć sprawdzeniu umiejętności technicznych: przepis na wypiek zostanie ujawniony tuż przed startem. W trzeciej konkurencji będzie liczyć się przede wszystkim kreatywność. Pod koniec każdego odcinka jedna z osób zdobędzie tytuł Gwiazdy Wypieków danego tygodnia. Uczestnik, który zrobi najmniejsze wrażenie na sędziach opuści program. Z każdym tygodniem jurorzy będą podnosić poprzeczkę. Finaliści stoczą zacięty i emocjonujący bój o zaszczytny tytuł Króla Wypieków.

       

      TVN startuje z 13-odcinkowym serialem: Na noże – emisje w niedziele, o 21.30, zaraz po Masterchefie.

      Skrót fabuły: Toute Varsovie to elegancka restauracja w samej stolicy. Personel nie nadąża z obsługą gości. Sytuację stara się opanować szef kuchni - Jacek Majchrzak (Wojciech Zieliński). Zupełnie inną postawę prezentuje kucharz z jego zespołu, Darek (Piotr Stramowski). W lokalu pracują również cukiernik Patryk (Piotr Głowacki) oraz sous chef Zuza (Joanna Jarmołowicz). Nad salą czuwa menedżer, Wiola (Weronika Książkiewicz). Wśród gości znajduje się milioner Serafin (Antoni Pawlicki). Jacek znakomicie wypełnia powierzone mu zadanie, kiedy jednak zostaje wezwany na salę, słyszy słowa krytyki oraz polecenie, by zwolnił cały zespół. Mężczyzna odchodzi z Toute Varsovie. Wyprowadza się również z mieszkania Wioli. Jakiś czas później z pracy rezygnują Zuza i Patryk. Tymczasem do Polski przyjeżdża dziadek Jacka, Antoni (Witold Dębicki), który także jest kucharzem. Mężczyzna ma na wnuka ogromny wpływ. Przekonuje go, by otworzył własną restaurację.

       

       

      Mam również w planie zacząć oglądać program „Wysmakowani” w Polsacie, emisje w poniedziałki o godz. 20.00 – to krótkie, 10-minutowe odcinki

      To już kontynuacja programu, ale go nie znałam, a jego opis brzmi ciekawie: prowadząca, Olga Kwiecińska podpowiada, jak łączyć elementy potraw z odpowiednimi przyprawami i umiejętnie doprawiać poszczególne dania. Olga Kwiecińska zajmuje się PR seriali i filmów. Od lat związana z małym ekranem, jest również producentką telewizyjną.

       

      Znalazłam jeszcze powtórkę, która bardzo mnie zainteresowała:

       

      TVP HD – Login: kuchnia – powtórka sezonu 2 startuje od 12 IX, emisje w poniedziałki, o godz. 14.25

      Nie znałam tego programu (cóż, nie jestem telewizyjnym maniakiem), a popatrzcie jak ciekawie brzmi dla blogerów kulinarnych: Autorzy programu sprawdzają umiejętności blogerów kulinarnych, którzy mają za zadanie stworzyć trzy posiłki z dowolnie wybranych produktów. Tuż przed przygotowaniem dań prowadząca, Ada Kozak, zamieni jeden ze składników lub w inny sposób utrudni im zadanie. Uczestnicy muszą wykazać się refleksem i pomysłowością, by błyskawicznie zmienić swoje plany. Miłośników gotowania czekają nie tylko wyzwania w kuchni. Opowiedzą również widzom o swoim życiu prywatnym i pasjach.

       

      Poza tym powtórek jest całe mnóstwo, w każdym niemal z programów, coś kulinarnego się znajdzie. Oferta niemal nie do opanowania!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Nowa ramówka kulinarna w TV”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 02 września 2016 11:17
  • sobota, 06 sierpnia 2016
    • Piknik w Prowansji - lektura na weekend

      Nie przeszkodzi wam, że ta książka to powielany po wielokroć od jakiegoś czasu na rynku księgarskim ten sam schemat?

      Jeśli nie, to myślę, że warto tym razem spróbować, bo jest w tej książce parę perełek krajobrazowych i kulinarnych, i dość gładko się czyta. A autorka nie narzuca czytelnikowi za bardzo swoich poglądów i przekonań, nie jest zbytnio moralizatorska – a to dla mnie duży plus.

      A schemat jest taki: w jakiejś tam mieścinie osiedla się cudzoziemiec i zaczyna odkrywać, że ludzie tu są jacyś inni, że kłopoty takie i inne, że trudno się asymilować, ale…. te krajobrazy, to jedzenie…. zamieszkamy tu.

      Tym razem Amerykanka, którą znamy z książki „Lunch w Paryżu”, opuszcza stolicę i próbuje osiąść na południu Francji, w Prowansji, w malutkim Ceteres (sprawdziłam na mapie, jest taka wioseczka).

      b_piknik_w_prowansji

      Ja skusiłam się na tę książkę z uwagi na moją ciągłą fascynację kuchnią francuską (przedkładam ją nad tak uwielbianą kuchnię włoską).

      No i ta Prowansja! Już dwukrotnie tam byłam i każdy powrót, choćby tylko na kartach książki, jest przyjemnością.

      Co się pamięta? Słońce, lawenda, zioła, warzywa.

      I znajdziecie to w książce.

      Przepisy też was nie rozczarują, jak choćby jeszcze jedna, tysiączna któraś, wersja zupy z cukinii.

      A zderzenie kulturowych tygli Ameryki i Francji, dla jakże odmiennego Słowianina, jest zabawne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 06 sierpnia 2016 07:24
  • czwartek, 14 lipca 2016
    • Suflet – książka nie tylko kulinarna

      Właściwie nie lubię książek z wieloma równoległymi wątkami, bo kiedy już wciągnę się w jakąś historię, zainteresuje mnie ona, to nagle po odwróceniu kolejnej kartki okazuje się, że jestem w innym świecie, z innymi ludźmi, i czuję się jakby mi ktoś zatrzasnął przed nosem drzwi. I w pierwszej chwili mam ochotę przekartkować książkę, szukając dalszych dziejów już poznanych osób. Chwilę trwa, zanim mnie do siebie przekonają, czy zaciekawią ci inni.

      Ale mimo tych zastrzeżeń spodobał mi się „Suflet” – książka Asli E. Perker (wydawnictwo Sonia Draga z 2014 roku), która jest potrójnie równoległa.

      Poznajemy Lilię z Nowego Jorku, Marca z Paryża i Ferdę ze Stambułu.

      Początkowo łączy ich to, że nagle, niespodziewanie w ich życiu zdarza się dramat, który niszczy ich dotychczasowy, poukładany świat.

      Mąż Lili doznaje wylewu, żona Marca nagle umiera, matka Ferdy wskutek upadku zostaje przykuta do łóżka. I cała trójka musi sobie z tym jakoś poradzić, jakoś z tym dalej żyć.

      Kiedy zaczęłam się zastanawiać, czy ich drogi zetkną się ze sobą, dalsza lektura pokazała, że nie, nie spotkają się, ale że połączy ich coś jeszcze:

       

      „Gdy (Ferda) zaczęła przeglądać książki kucharskie, oderwała się od tych smutnych myśli i trochę uspokoiła. Tu czuła się bezpiecznie. „Proste przepisy kuchni świata” – to coś dla niej; (…) postanowiła ją kupić. Już miała się odwrócić, gdy jej wzrok przykuła okładka pewnej książki. Wzięła ją bez wahania, nie wiedząc, że tego samego dnia, gdzieś indziej pewna zmęczona kobieta i pewien smutny mężczyzna sięgnęli po tę samą książkę. Tytuł brzmiał Suflet. Pod spodem dopisano mniejszą czcionką: „Największe rozczarowanie”.

       

      Losy tej trójki bohaterów połączy zmaganie się z tym, jakże kapryśnym, deserem. Każde z nich zacznie próbować zrobić suflet idealny. Czekoladowy.

      Słodycz sufletu nie uchroni ich od goryczy życia, ale kuchnia stanie się ich odskocznią od zbyt trudnej codzienności.

       

      „Kiedy Ferda gotowała, nie myślała o niczym innym poza swoim daniem i ta zdolność koncentracji zawsze ją zadziwiała. Podczas pozostałych zajęć przyłapywała się na tym, że myśli o czymś innym; właściwie o wszystkim, co ją trapi. W kuchni było inaczej; stawała się jednością z tym, co akurat robiła. Może dlatego wszystko, co gotowała, wychodziło jej tak dobrze i zdobywało tak wielkie pochwały. Gdy dosypywała łyżeczkę cukru do smażonych na oliwie porów lub wyciskała do fasoli sok z cytryny, zawsze skupiała się na tej łyżeczce albo tej połówce cytryny, jakby od tego zależało jej życie. To by wyjaśniało, dlaczego była tak przywiązana do swojej kuchni; po prostu nie pozwalała jej myśleć o niczym innym. Nie pozwalała jej stawiać pod znakiem zapytania jej życia ani sensu istnienia i nie dopuszczała do niej troski ani przygnębienia.”

       

      Tytułowy suflet zasługuje na osobny wpis i na to, żebym się z nim zmierzyła. Zapraszam za jakiś czas, mam nadzieję, że wkrótce.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 lipca 2016 07:37
  • czwartek, 07 lipca 2016
    • Wizja jedzenia za 50 lat – w kryminałach J.D. Robb

      Nowy Jork, komenda główna policji, fascynujące kulisy pracy policjantów, piękna i bardzo zasadnicza policjantka, zakochany w niej multimilioner, wizjonerskie elementy życia codziennego, jak choćby fruwające auta, i to jedzenie…..

      Powinno być na miarę tych różnych wspaniałości XXI wieku.

      Ale nie jest.

      Jest podłe, sztuczne, bez smaku.

      Ot, dzisiejszy fast food, tylko że o wiele, wiele gorszy. Dostarcza jakichś tam składników odżywczych, ale to jedyna jego zaleta.

      Marzeniem stają się produkty „prawdziwe”: prawdziwa kawa, prawdziwe masło, prawdziwe mięso. Owszem, one jeszcze są, ale stać na nie tylko najbogatszych.

      A ci najbogatsi rozkoszują się tym, co i my, w naszym, współczesnym świecie.

      Nikt już w domach nie gotuje, wszyscy mają tzw. autokucharza, którego programuje się, ale zrobi coś tam tylko z tego, co tam ma do dyspozycji, co mu się kupi, a nie za wiele można kupić za zwykłe pensje.

      I współczesny czytelnik, zwłaszcza taki jak ja, z niedużego polskiego miasta, ma tę satysfakcję, że ciągle jeszcze żyje w świecie, gdzie jedzenie jest prawdziwe i dostępne. I widzi, że jest to prawdziwa wartość.

       

      Są fajne elementy tego nowoczesnego świata, jak choćby androidy, roboty wyglądające jak człowiek, a wykonujące różne czynności usługowe; zachwycił mnie w jednej z tych książek kotek-android, który miauczał, łasił się, mruczał – jak prawdziwy kot!

       

      Bardzo wciągający jest ten cykl kryminałów z policjantką Eve Dallas w roli głównej (można je czytać w dowolnej kolejności, choć są ze sobą powiązane), mamy tu elementy bajki o Kopciuszku, która znalazła swojego księcia, mamy spełnienie marzeń o idealnym erotycznym związku w małżeństwie, no i przede wszystkim są to niezłe kryminały, o nieoczekiwanych zwrotach akcji i nieprzewidywalnym z góry sprawcy.

      Dodam jeszcze, że sporo w nich prostej, życiowej mądrości, i to podanej bez moralizowania i narzucania własnych poglądów autorki; myśli i uczucia rzucane są ot, tak, mimochodem, a chwytają za serce.

      Namówiła mnie na tę lekturę siostra, i czytam kolejne tomy namiętnie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 lipca 2016 09:23
  • środa, 27 kwietnia 2016
    • Lunch we wrocławskiej Alyki

      Co to jest Alyki?

      Do tej pory też nie wiedziałam.

      Ale wybierając się parę dni temu z siostrą do Wrocławia i przeglądając wrocławskie strony internetowe trafiłam na news: 18 kwietnia 2016 restauracja Alyki w galerii handlowej Sky Tower została uznana za najlepszą w rankingu Festiwalu Kulinarnego Restaurant Week (ranking tworzą goście restauracji, więc jest chyba wiarygodny).

      A akurat tam właśnie, obok Sky Tower musiałyśmy być w zeszły piątek. Kiedy więc około 15 załatwiłyśmy wszystko, co miałyśmy do załatwienia i kiedy stwierdziłyśmy, że już doprawdy padamy z głodu, wybór lokalu na posiłek narzucił się sam. Poszłyśmy do Alyki.

      Alyki Wrocław

      

      To był dobry wybór.

      Zależało nam na daniach lekkich, raczej dietetycznych, ale żeby było smacznie i sycąco.

      Zamówiłyśmy:

      Siostra - polędwicę z dorsza sous-vide zapiekaną w ziołach w 100% oleju z pestek dyni z dodatkiem wstążek warzywnych, oliwek i pieczonych w ziołach ziemniaczków

      dorsz sous-vide

      Ja - danie dnia szefa kuchni, czyli polędwiczkę z dorsza z dodatkiem polenty, sosu holenderskiego i pieczonych truskawek

      dorsz w Alyki

      

      Było o.k., zwłaszcza zachwyciła ryba i smak tych pieczonych truskawek.

      Porcje - zupełnie wystarczające, nawet dla padających z głodu kobitek!

      Wygląd talerzy - przepiękny, szkoleniowy.

      Nie obejdzie się jednak bez "ale":

      U mnie polenta, u siostry - ziemniaczki - były po prostu za słone. A polenta była na brzegach nieco zeschnięta.

      Czułam się trochę zawiedziona. Czy kucharze starali się tylko wtedy, kiedy walczyli o laur? A potem, ledwo po tygodniu, już sobie odpuścili?

       

      Nurtuje mnie jeszcze jedno: nigdzie jakoś nie mogłam znaleźć tropu co do nazwy tej restauracji.

      Jakoś też nie zapytałyśmy o to kelnerki (która nawiasem mówiąc była przemiła!), zbyt zajęte byłyśmy jedzeniem i ploteczkami:)

      Z przeszukania netu wynikło, że Alyki to miejscowość na jednej z greckich wysp Morza Egejskiego.

      Ale menu tutaj nie jest greckie. Restauracja specjalizuje się z kuchni polskiej i europejskiej, głównie ze świeżych, lokalnych produktów.

      No, chyba żeby tę nazwę uzasadniało jakoś ich motto: "z miłości do jedzenia i podróży", bo Morze Egejskie to jednak kawał świata stąd i podróż daleka:)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 27 kwietnia 2016 07:39
  • czwartek, 10 marca 2016
    • Audrey Hepburn w kuchni

      Audrey Hepburn jako aktorka była zjawiskowa. Do dziś pamiętam swoje nią zauroczenie sprzed lat w filmach „Śniadanie u Tiffaniego” i „Rzymskie wakacje”.

      Ale Audrey jako kucharka?

      Parę dni temu pojawiła się książka napisana przez jej syna pt. „Audrey w domu”.

      Audrey

      Jest to książka wspomnieniowa, z elementami biograficznymi, ale przede wszystkim – jest to książka kucharska. Zdumiewające, prawda?

      Opisywane zdarzenia z życia aktorki, podróże, spotykane osoby – są pretekstem do zaprezentowania potraw, które Audrey lubiła, które gotowała, które podawała na swoich domowych przyjęciach.

      Właśnie taka jest konwencja tej książki.

       

      Zastanawiam się, komu bym poleciała tę książkę?

       

      Jeśli ktoś chce zobaczyć inną, zwyczajną, domową twarz A.H. – to oczywiście tak. Będzie sporo o ludziach, których wokół siebie gromadziła, dużo o atmosferze domu, który tworzyła, o jej hobby i pasjach, o codziennych, małych rytuałach.

       

      Jeśli ktoś szuka ciekawostek z planu filmów, w których A.H. grała – to zbyt dużo ich w tej książce nie będzie. Pamiętajmy też, że książkę napisał jej syn – więc nie znajdzie się tam pikantnych plotek i skandali.

       

      Jeśli ktoś dużo podróżuje po świecie – to ta książka będzie świetnym uzupełnieniem turystycznych przewodników. Takie tam: gdzie kupimy w Rzymie prawdziwą mozzarellę, gdzie zjemy najlepsze kanapki (w Wenecji!)….

       

      Jeśli ktoś jest pasjonatem kuchni – to bezwarunkowo powinien tę książkę przeczytać.

      Tyle, że nie znajdzie się tu raczej ściśle ortodoksyjnych i jedynie słusznych przepisów; A.H. brała z przepisów (zwłaszcza kuchni włoskiej, którą kochała) to, co jej odpowiadało i często jej propozycje są jej osobistą wariacją – ale myślę, że to akurat jest ich wielką zaletą i urokiem. Tak przecież gotuje większość z nas: znajdujemy, studiujemy jakiś przepis i zawsze niemal dodajemy coś od siebie, coś tam zmieniamy…. Audrey tak właśnie robiła, i zdarzało się często, że goście najpierw byli zszokowani pogwałceniem zasad, a potem.... potem prosili o przepis!

       

      Książka jest nostalgicznym powrotem syna do dzieciństwa z mamą, która dla reszty całego świata była TĄ Audrey Hepburn.

       

      Jakiś przepis na zachętę?

      Proszę bardzo: sałatka caprese a`la Audrey

      Do znanej sałatki z mozzarelli, pomidorów i bazylii, Audrey proponuje dodać plastry avocado. Oprócz większej głębi smakowej uzyska się również nowy image: powstanie na talerzu włoska flaga zielono-biało-czerwona.

      Sama szykuje się na zrobienie tej sałatki, ale to dopiero wtedy, gdy będą nowe pomidory. Szkoda sobie zawracać głowę tymi, które dostępne są teraz, zupełnie są bez smaku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 marca 2016 08:56

Kalendarz

Sierpień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl