Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy otagowane „recenzje”

  • wtorek, 04 sierpnia 2015
    • Lato w mieście? Mam pomysł

      Urlop kojarzy się z wyjazdem, góry, morze, las, pachnące ziołami łąki… Ale miasto? Rozgrzane mury, asfaltowe ulice, kurz i hałas? Wszystkich niedogodności uniknąć się nie da. Ale czy lato we własnym, rodzinnym mieście nie mogłoby być na przykład okazją, by poznać jego kulinarne oblicze?

      Na co dzień nie ma człowiek nigdy na to czasu. A tu trafiło się.

      Odpuszczam sobie gotowanie i razem z siostrzenicą zaczynamy smakować obiady w tarnowskich lokalach.

      Na pierwszy ogień poszło „Soprano” – kuchnia włoska, której specjalnością jest również pizza.

      soprano w Tarnowie

      Ja zjadłam policzki wołowe z kaszą w ciemnym sosie z dodatkiem sałaty mista

      policzki wołowe

      Porcja pokaźna, zupełnie wystarczająca na obiad, dobrze, że nie brałam przystawki ani zupy. Skusiłam się na te policzki, bo ostatnio zrobiły się modne:) Mięso było mięciutkie, dobre, ale to jednak nie moje smaki…. Sos był zbyt ostry i chyba zbyt słony, zagłuszał sobą wszystko. Za to dressing do sałaty – idealny.

      Czas na relację Marty, która zamówiła duet z cukinii oraz risotto z owocami morza – o pięknym seledynowym kolorze, chyba ze szpinakiem.

       

      Subiektywne spojrzenie z drugiej strony stołu.

      W swoim rodzinnym mieście doskonale wiem gdzie można zjeść coś na szybko, choć nie koniecznie potrawy tam serwowane są najwyższych lotów. Zastanawiając się nad tym głębiej doszłam do wniosku, że rzeczywiście należałoby się dowiedzieć gdzie można zjeść coś innego niż naleśniki czy frytki z posypką. Muszę obiektywnie przyznać, że dzisiejsza wizyta w restauracji „Soprano” jest jak najbardziej na tak.

      Podobno, żeby zepsuć zupę należy się bardzo postarać. Być może jest to i  prawda, ale trzeba też się postarać, żeby zupa była dobra i smakowała. Krem duet z cukinii naprawdę mi smakował. Smak zupy był wyrazisty, ale nie miał zbyt dominującego smaku jednego konkretnego składnika lub co gorsza przyprawy. Bardzo fajnym dodatkiem  były grzanki o lekko czosnkowym smaku.

      duet z cukinii

      Risotto z owocami morza, w miejscu gdzie do najbliższego morza jest jakieś 600 km, może się wydawać nie najlepszym pomysłem, ale postanowiłam zaryzykować. Ryzyko się opłaciło. Na szczęście  nie okazało się ono bezpostaciową papką. Ryż był odpowiednio ugotowany, nie był zbyt twardy, ale dawał przyjemny opór na zębach. Ilość krewetek i małży nie zmuszała do prac wykopaliskowych i uważam, że jest to  plus.

      risotto Soprano

      Jak mawiają pierwsze koty za płoty. Okazuje się, że mamy w Tarnowie fajnie miejsce gdzie można zjeść coś dobrego. Soprano w swojej ofercie ma także pizze z pieca opalanego węglem. Choć nie jestem jej fanką, może się kiedyś skuszę.

      

      Zapraszamy jutro!

      

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Lato w mieście? Mam pomysł”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 sierpnia 2015 10:39
  • piątek, 24 lipca 2015
    • Małopolski festiwal smaku – subiektywnie

      Szukam w sieci relacji z niedzielnego tarnowskiego finału Małopolskiego (w tym roku to już 11 raz ta impreza się odbywa). Idzie mi marnie. Owszem, jest wykaz nagrodzonych produktów i ich twórców, jest wykaz co ważniejszych osób, które się pojawiły, jest trochę zdjęć.

      Ale co się właściwie kulinarnie u nas działo?

      Powiem – co ja widziałam.

      Według plakatów i informacji w lokalnym necie, impreza trwać miała od godz. 10 do 18. Szczegółowo opisano tylko program towarzyszących występów muzycznych.

      A wspólne gotowanie, które w każdym mieście festiwalu zapowiadali blogerzy? O tym nigdzie ani słowa. A czy było? Oto jest pytanie.

      Ponoć był chłodnik z buraczków; no, może. Ja widziałam tylko tackę pełną połówek ugotowanych na twardo jajek.

      Jakaś pani, widać bardziej zorientowana, pytała: - kiedy będzie ten gulasz? Ale ekipa w namiocie gotowania tego nie wiedziała.

      Ja słyszałam, jak dwie panie w czerwonych koralach (to znak przynależności do ekipy organizacyjnej, czerwone korale są wylansowanym symbolem Małopolski), mówiły do siebie: - to może zaczniemy przygotowywać szaszłyki?

      Zajrzałam na rynek dwukrotnie, koło południa i koło czternastej.

      Żar niesamowity, to był jeden z tych najbardziej upalnych dni.

      Idzie człowiek wokół kramów i słabo mu się robi na myśl, że można by/trzeba by, coś przekąsić. Ciasto? Miód? Chleb? Nie, nie.

      Wędliny? Tylko nie to.

      To może choć kawałek ogórka kiszonego? Eeee, nie był zbyt smaczny.

      Pieroga? Pierogożerca skusza się. Na cztery sztuki. Są to sztuki malutkie, zupełnie mini, w cenie złociszcza za jednego.

      I jak?

      Z soczewicą – blee! Niedobre!

      Szpinak – mnie smakował.

      Ze śliwką, na słodko – chyba najlepsze.

      Z baraniną (nazwane kołdunami) – no, nawet, nawet – później okaże się, że to one zwyciężają, w kategorii: dania z legendą – ciekawe, jaka towarzyszyła tym pierożkom opowieść? Może i było to powiedziane, ale nikt tego nie odnotował i pewnie już nigdy się nie dowiemy.

       

      Zaglądamy do namiotu kulinarnego, gdzie ponoć mieli gotować blogerzy – nie ma śladu gotowania, nie ma śladu produktów; za wcześnie??

      ***********

      Godzina trzynasta z hakiem.

      Żar zwiększył się.

      W namiocie kulinarnym – bez zmian.

      Idę do kramu z oscypkami, który zlekceważyłam w południe. Ledwie się dogaduję w huku muzycznych występów. Kupuję oscypek w kształcie jelonka i serca. I jeszcze bundz:)

      I spylam co prędzej z tego słońca, huku i wielkiej organizacyjnej niewiadomej.

      I to by było na tyle w tym roku, jeśli chodzi o festiwal.

      Cieniutko.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Małopolski festiwal smaku – subiektywnie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 24 lipca 2015 09:55
  • piątek, 27 lutego 2015
    • Przysmaki ojca Mateusza

      Pierwsza moja myśl, kiedy usłyszałam o tej książce to było:

      Ależ bzdura! Przecież Natalia (gospodyni księdza) nie umie gotować! Wiele razy jej kompetencje w tym zakresie były na filmie wykpiwane!

      Ale zwrócono mi uwagę, że film ewoluował, w kolejnych sezonach Natalia szkoliła się, studiowała kulinarne poradniki, i nawet zaczęła prowadzić w lokalnej prasie kącik kulinarny.

      No, dobrze. O.k. Ciekawe, jaka będzie ta książka.

      książka o Mateusza

      Z notatek prasowych dowiedziałam się, że będą tam stare przepisy regionalne, świętokrzyskie. Ten region to kolebka mojej rodziny, więc książka zaczęła mnie interesować.

      Dostałam ją pod choinkę:)

      Właśnie przyszedł czas na jej lekturę, i powiem wam, że jest to książka przedziwna!

      Utrzymana w formie gawędy Natalii, która opowiada o przygodach na plebanii, wspomina swoje dzieciństwo, mówi o upodobaniach kulinarnych ks. Mateusza, ks. Biskupa, itp. – a przecież wiemy, że są to postaci fikcyjne, literackie tylko. Wykorzystano tu mechanizm, który często występuje w społeczeństwie: tak, jak były przypadki, że ludzie zgłaszali się do fikcyjnego przecież szpitala w Leśnej Podkowie z serialu „Na dobre i na złe” (tak bardzo chcieli się tam leczyć, bo wzbudzał ich zaufanie), tak teraz założono, że ludzie uwierzą w smakowitość dań przygotowywanych przez Natalię. Super. Tylko kto stoi za tymi przepisami? Przecież nie Kinga Preiss, grająca rolę Natalii.

      Szukam autorów; ok. coś jest: w notce na ostatniej stronie książki jest adnotacja: przepisy kulinarne zebrali: Michał Szczęsny, Alicja Stępień – Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Sportu w Koprzywnicy, Stowarzyszenie „Sandomierski Szlak Jabłkowy”.

      Sprawdzamy: tak, Koprzywnica to miasto w woj. świętokrzyskim, w powiecie sandomierskim, więc przepisy stamtąd mogły być inspiracją dla filmowej pani Natalii. Pieczeń koprzywnicka, fasolka po korczyńsku, pasztet kurozwęcki, świętokrzyski barszcz wigilijny, zalewajka świętokrzyska, maścibrzuch, parzybroda świętokrzyska – to ciekawe propozycje; na pewno większość z nich wypróbuję.

      Ale jest w książce sporo przepisów innych, współczesnych, inspirowanych głównie kuchnią włoską – taka tam kuchnia fusion – trudno powiedzieć, czyjego autorstwa i czy trafiona smakowo. Wiadomo, że z przepisami i smakami jest różnie; jednemu odpowiadają, drugiemu nie. Ale wolałabym wiedzieć, komu zawdzięczam ewentualny sukces, czy klęskę przygotowanego według książki dania.

       Zwłaszcza, że zdjęcia potraw są z bazy zdjęć kulinarnych, to nie są zdjęcia tych, konkretnych potraw, opisywanych w książce. To – jak dla mnie duży minus.

      Wydawnictwo książki - „Zwierciadło” – miało fajny pomysł, ale można było bardziej przyłożyć się do niego, aby powstała książka promująca faktyczną kuchnię sandomierską (czy szerzej świętokrzyską); myślę, że lokalne koła gospodyń wiejskich byłyby zachwycone, gdyby mogły przygotować swoje popisowe dania, a ich sfotografowanie nie jest znów takim dziełem nie wiadomo jak skomplikowanym, ile to blogerów by sobie z tym śpiewająco poradziło.

      A ja – nie miałabym wątpliwości, czy na przykład parzybroda (o której wczoraj pisałam) jest zupą czy daniem głównym.

      A gawędy są fajne, miłe, ciepłe, takie jak i fabuła filmu o przygodach ojca Mateusza.

      W sumie cieszę się, że mam tę książkę.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Przysmaki ojca Mateusza”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 27 lutego 2015 08:33
  • środa, 11 lutego 2015
    • Zaa`tar i Yotam Ottolenghi w Jerozolimie

      Pojawienie się, pod koniec ubiegłego roku polskiego tłumaczenia książki „Yerusalem” Yotama Ottolenghi i Sami Tamimi, było wydarzeniem na rynku książek kulinarnych.

       Podczytywałam sobie tę książkę po troszku (bo świąteczny czas przygotowań i przełom roku nie sprzyjał lekturom); dobrze się czytało, ale dopiero obejrzany kilka dni temu program „Jerozolima – kulinarna podróż z Yotamem Ottolenhgi” w Telewizji Kuchnia Plus, zdopingował mnie do pilniejszej lektury.

      zaa`tar

      Yotam przypomina i pokazuje klimaty i smaki Jerozolimy – miasta swojej młodości. A ponieważ też tam byłam, dreptałam wąskimi uliczkami starego miasta, chłonęłam egzotykę arabskich i żydowskich dzielnic, wdychałam zapach targów i ulicznego jedzenia – książka ożyła.

      Teraz, kiedy czytam przepisy i opowieści o nich, ot, choćby na pszenicę z boćwiną i syropem z owoców granatu, autorstwa pani Anat Teitelbaum, widzę jej ciemne, krótkie włosy, okulary na nosie, jej małą kuchnię, w której krząta się, kroi warzywa tak zwykle, po domowemu, mało profesjonalnie, co sama żartobliwie podkreśla, widzę jak pomaga jej Yotam, przymilając się – i czuję, że chciałabym zaraz, teraz, zrobić tę potrawę.

      Wiele potraw, zamieszczonych w książce, można było zobaczyć na filmie.

       

      A jak pachnie Jerozolima?

      Kiedy poznałam smak i zapach cuminu (kminu rzymskiego), wydawało mi się, że Jerozolima pachnie cuminem. Już kiedyś o tym pisałam (w 2007 roku na blogu):

       

      „Kiedy dostałam słoiczek z tą przyprawą, pierwsze wrażenie było takie, że jest ona jakaś dusząca… jakby coś przypalonego… zakurzonego…. Ma ostry smak, bardzo wyraźny, z lekką goryczką. Uzależnia! Najpierw się myśli, że to taki dziwny smak, i chyba nie, nie dla nas…. a potem się tęskni za tym smakiem i ciągle eksperymentuje, do czego by tu jeszcze cuminu sypnąć:)))

      Ale to nie było moje pierwsze spotkanie z cuminem. Na pewno już wcześniej zetknęłam się z tym smakiem i zapachem, znam go, ale jakoś nie umiem sobie skojarzyć gdzie i kiedy. Jedno ze skojarzeń, jakie sobie przypomniałam:

      Jest późne popołudnie w Jerozolimie, pełne słońca. Wracamy do domu ciasnymi uliczkami i zaułkami dzielnicy arabskiej wokół Bramy Damasceńskiej. Przy ulicznej smażalni spora gromada owiniętych w turbany mężczyzn. Otacza nas zapach przypalonej oliwy i czegoś gorzkiego nieco… tak, to jest ten zapach, to cumin. Przyprawa Bliskiego Wschodu.”

       

      A teraz Yotam, który przecież tam się wychował, mówi, że to miasto pachnie zaa`tarem, dziko rosnącą na wzgórzach otaczających miasto,  rośliną. Tak dosłownie o tym pisze:

       

      Zaa`tar - „ostry, ciepły, lekko cierpki, pachnie jak kozi obornik, dym z dalekiego pożaru, spieczona słońcem ziemia i – nie bójmy się tego słowa – pot.”

       

      Jakie podobne skojarzenia, prawda?

      Więc cumin? Czy zaa`tar?

      Czy to nie jest dobry powód, by ponownie znaleźć się w murach Yerusalem, i zweryfikować te doznania?

       

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Zaa`tar i Yotam Ottolenghi w Jerozolimie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 11 lutego 2015 15:00
  • sobota, 20 grudnia 2014
    • Szymona Hołowni lektura adwentowa

      W trzecim tygodniu Adwentu czytałam książkę niezwykłą: Szymona Hołowni „Holyfood – czyli 10 przepisów na smaczne i zdrowe życie duchowe”

      książka Hołowni 

      O Hołowni każdy pewnie coś tam słyszał, zwłaszcza, jeśli ogląda telewizję; jest redaktorem, prezenterem, dużo pisze.

      Kiedy wzięłam do ręki jego najnowszą książkę, którą właśnie EMPIK eksponuje jako nowość i hit, przypomniałam sobie jego zadziorność i niekonwencjonalny styl wypowiedzi. No tak, to przecież on pisał te artykuły w „Plus Minus” Rzeczpospolitej, które się zawsze czytało!

      Święte jedzenie? Skąd tak niezwykły tytuł? Posłuchajmy autora:

                   "Wymyśliłem sobie, że póki nie da się użyć medycyny, trzeba iść do kuchni. Trafić do serc po polsku, przez żołądek. To ma sens - antybiotyki nie pomogą, jeśli najpierw nie uzdrowimy naszej codziennej diety. Polska kuchnia duchowa bywa smaczna, ale bywa też ciężka i tłusta. Przede wszystkim zaś - bywa katastrofalnie doprawiana.

                  Mieszanka wiary z życiem mdli czasem, nie dlatego że tych składników nie powinno się
      łączyć, ale dlatego że źle dobieramy proporcje i przyprawy. Mam w związku z tym parę autorskich propozycji. Niech czytelnik dosypie trochę tego, co sugeruję, odejmie to, czego polecam unikać, i sam sprawdzi, czy papu stało się bardziej zjadliwe, czy nie.

                  Aniu Starmach, Macieju Nowaku, Wojciechu Modeście Amara, przepraszam za wszystkie
      kulinarne bluźnierstwa, jakimi nieświadomie tu grzeszę. Wybaczcie, bo marzę tylko o jednym, chciałbym móc przekonać choć jednego czytelnika (albo jeszcze chętniej: czytelniczkę), że wiara nie jest szkołą wypluwania życia, że jest jego smakowaniem.

                 Nie piszę zastępczego katechizmu. Nie uzurpuję sobie prawa do bycia głosem Kościoła. Siedzę w tej kuchni od ponad dwudziestu lat, niczym innym się w zasadzie nie zajmuję, chcę więc tylko zdychającym od fast foodu oraz udręczonym kuchnią molekularną (azotan bobu, mgła z zająca, wspomnienie po sarnie) powiedzieć: o, a mnie zakalec wychodzi wtedy, a gdy dodam tego -
      rośnie zacne ciasto."

       

      To jest książka dla chrześcijanina, któremu leży na sercu żywość i wiarygodność jego wiary. Ale – ponieważ człowiek nie jest samotną wyspą, żyje wśród innych i tak czy inaczej, siłą rzeczy musi nawiązywać z innymi kontakty – to i tym innym książka ma szanse się spodobać.

      O, tak! Spodoba wam się forma tej książki!

      Hołownia nie owija myśli w bawełnę, definiuje problemy prosto z mostu i przedstawia szanse ich rozwiązania – takie, do jakich sam doszedł.

      A te kulinarne aluzje i porównania?

      Cóż, są nośne:)

      Zobaczysz słowo „food” i od razu pomyślisz: o, zjadłoby się coś – i już trzymasz książkę w ręce, ciekawy, co też w niej znajdziesz.

      A tu proszę:

      Anioł kucharzom mówił

      O wyższości ratatouille nad golonką

      Jak odzyskać apetyt na ludzi

      Ciasto bez nerwów

       

      - to naprawdę chce się czytać:)

      Zwykle szukam w czasie Adwentu internetowych rozważań rekolekcyjnych, ale w tym roku zastąpiła mi je właśnie ta książka.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Szymona Hołowni lektura adwentowa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 20 grudnia 2014 07:35
  • środa, 17 grudnia 2014
    • Dobry stek? Zapraszam do Krakowa

      Od dawna już marzyło mi się spróbowanie steku wzorcowego i sprawdzenie, czy smakuje mi.

      Teraz jesteśmy już społeczeństwem wyedukowanym kulinarnie (w zasadzie!) i wiemy, że polskiej wołowiny stekowej raczej nie ma, bo hodujemy głównie inną, mleczną rasę bydła. Więc w sklepie raczej mięsa na steki nie kupię. Ale przecież są restauracje. Na przykład Ed Red w Krakowie. Gdzie kucharzem jest Adam Chrząstowski, znany z telewizji (poprzednio był kucharzem krakowskiej Ancory).

      Ed Red mieści się na ulicy Sławkowskiej, blisko Rynku, i zajęła miejsce „Metropolitan”, gdzie swego czasu bardzo lubiłam wpadać na lunch.

      Teraz jest tu trochę inaczej; wnętrze utrzymane jest w ciemnym, surowym drewnie, a główną specjalnością są steki; sezonowaną (czyli dojrzewającą) wołowinę można oglądać w lodówce stojącej przy wejściu.

      ed red

      No to zapraszam:

      Po przestudiowaniu karty dań, zaczęliśmy rozmowę z panią kelnerką na temat stopnia wysmażenia steków. Naszpikowana teorią, próbowałam uzyskać informację, czy lepiej będzie zamówić stek wysmażony w stopniu medium czy może medium well, a może well done? Na co panienka mówi:

      - To może ustalimy tylko czy chcą państwo stek bardziej czy mniej wysmażony, a jak będzie za mało wysmażony, to szybciutko dosmażymy.

      I potem stała nad nami, dopóki nie spróbowaliśmy pierwszego kęsa.

      - Dobry???? To życzę smacznego!

      Ale trzeba przyznać, że steki były super!

      Zamówiliśmy T-Bona (czyli rostbef z polędwicą na kości) oraz New York (rostbef)

       T-bone

      new york

      Steki podano na dużych grubych deskach, z miseczkami sosu (wzięliśmy berneński i z zielonym pieprzem i gorgonzolą). Steki były niesolone, ale wzdłuż prawego brzegu deski usypano płateczki soli, w których maczało się kawałki mięsa. Świetny pomysł!

      Rzecz jasna noże były specjalne, bardzo ostre.

      nóz do steków

      Do tego lampka czerwonego wytrawnego wina, miseczka frytek (niby grubych, domowych, ale trochę oklapniętych, niestety)

      Generalnie jednak, jeśli ktoś chciałby spróbować steka wzorcowego – polecam Ed Reda.

      Dodam, że tę krakowską degustację chciałam zestawić z moją degustacją steków w bistrze w Cannes w czasie wycieczki do Francji. Wówczas podane nam steki rozczarowały wszystkich; mięso było twarde i krwiste i nikt się nas nie zapytał, jaki stopień steków preferujemy.

      W tym zestawieniu - absolutnie steki krakowskie górą!

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Dobry stek? Zapraszam do Krakowa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 17 grudnia 2014 10:43
  • poniedziałek, 24 listopada 2014
    • „Przyjęcia u Kręglickich” – wielkie rozczarowanie

      Kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź tej książki – natychmiast chciałam ją mieć. Z góry cieszyłam się na rady i wspomnienia pp. Kręglickich – doświadczonych restauratorów i kucharzy. Zwłaszcza, że znałam p. Agnieszkę Kręglicką ze znakomitych felietonów w „Wysokich obcasach”. Marzyły mi się przepisy na autorskie menu, jak choćby to, z wizyty B. Obamy, zasady kompozycji przyjęć i potraw…

      książka pp Kręglickich

      Dobrze, że nie kupiłam tej książki w internecie.

      Dobrze, że poczekałam na jej pojawienie się w realu.

      NIE KUPIŁAM tej książki.

      Wielkie rozczarowanie!

      Nic mi tam nie odpowiada. Banalne przepisy, zdjęcia głównie w formie kolażu malutkich fotek, a rady (jak np. zorganizować party czy uroczysty obiad) – były w formie kilku linijek banalnych rad przy każdym dziale (z duuuużą interlinią).

      Treść nie zachwyca, forma nie zachwyca – co więc zostało????

      Przychodzi mi tutaj na myśl inna książka o przyjęciach, z dawnych lat 70-tych ubiegłego wieku, którą studiowałam i czytałam – jak to się mówi – wte i wewte. To była książka! Mimo iż niepozorna, wydana na  szarym, brzydkim papierze, o zdjęciach nikomu się nawet nie śniło, a autorka czasami bywała zarozumiale apodyktyczna, to jednak była to POZYCJA. Mówię tu o książce Marii Iwaszkiewicz „Gawędy o przyjęciach”.

      Książka pp. Kręglickich miała szansę stać się taką. Ale wydana jakby w pośpiechu, na kolanie, taką się nie stała.

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „„Przyjęcia u Kręglickich” – wielkie rozczarowanie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 listopada 2014 09:05
  • piątek, 05 września 2014
    • Menu degustacyjne w Krakowie

      Dawno już czaiłam się na przetestowanie menu degustacyjnego.

      Wiedziałam, że to będzie na pewno coś dla mnie: różnorodność i małe porcyjki. Idealne zestawienie, spróbować wszystkiego po trochu, a jak coś nie posmakuje, to nie trzeba będzie się męczyć i w dodatku żałować wydanej kasy.

      Przedstawiam zatem propozycję likusowskiej knajpki „Amarone” na rogu ul. Św. Tomasza i Floriańskiej w Krakowie (wejście od św. Tomasza).

       Amarone w Krakowie

      Za 5-daniowe menu lunchowe życzą sobie 50 zeta, i – myślę – jest to sensowna propozycja w kategorii menu degustacyjne (gdzie indziej jest znacznie drożej). A po zjedzeniu tego, co dali nie wyjdzie człowiek głodny (ja wręcz byłam objedzona).

      Menu zmieniane jest tu codziennie, ja miałam takie (nie odpisałam sobie z karty dania – zbyt byłam zaaferowana!, więc czasem będą to moje domysły, co jem):

      Pieczywo (czekadełko): 4 paluchy, 4 mini bułeczki, kolejne 2 mini bułeczki, ale jaskrawo żółciutkie, takie kanarkowo-słonecznikowe i zabawne kropelki masła (pieczywo dobre) – to na dwie osoby

      pieczywo w amarone

      Przystawka: przegrzebek (małż a może małża? św. Jakuba) zapiekana w sosie, podana na muszli  (pyszne)

      małż

      Pierwsze danie: spaghetti z sosem pomidorowym i paseczkami carpaccio (sos nie smakował mi, zbyt dużo było w nim kwasowości – może octu balsamicznego???)

      spaghetti w amarone

      Zupa: bulion z kawałkiem łososia i julienką marchewkową i chyba trawą cytrynową a może bambusem? (ciekawy, dominował smak łososia)

      bulion z łososiem

      Danie główne: polędwiczka z dziczyzny z sosem w towarzystwie ziarenek sklejonych –chyba karmelem - w nieregularne gałeczki, płatki brukselki i mus piankowy (polędwiczka i gałeczki – super! Brukselka koszmarnie przesolona!)

      dziczyzna w amarone

      Deser: piankowy mus arbuzowo-melonowy

      deser w amarone

      Do tego wzięłyśmy sobie (już extra płatne) białe wino wytrawne i wodę, aby smaki się nam nie mieszały.

      Nie mam doświadczenia, by ocenić, czy menu było dobrze skomponowane; 2 dania były morskie (przegrzebki i łosoś), jedno- dziczyzna i jedno – pasta. Nie kłóciły się smakowo, płynnie przechodziło się do kolejnego dania, a utrzymane były w tonacji jesienno-pomarańczowej. No i przepięknie podane!

      Przyznam, że gdybym miała możliwości (i finanse!) to chętnie przychodziłabym tu sprawdzać, „co dziś dają”. Szkoda, że na stronie internetowej nie jest publikowana lista menu dnia. Może chodzi o element niespodzianki:)

       Ciekawe wnętrze, pod gołym niebem (szklany dach!), dużo zieleni i sezonowe kwiaty – słoneczniki.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 05 września 2014 07:51
  • czwartek, 04 września 2014
    • Krakowskim szlakiem smaku

      Lubię tropić kuchnię regionalną i sprawdzać sławne, legendarne smaki, najlepiej u źródła.

      Dziś – po wczorajszej podróży do Krakowa - zapraszam na maczankę po krakowsku oraz kawę i kremówkę w słynnym „Noworolu” w Sukiennicach.

      Ze słynną maczanką nie jest prosto.

      Kiedyś słynęła z niej restauracja „Hawełka” na Rynku, ale dawno już tam jej nie ma. Z tego, co czytałam, to próbowała zdobyć z nią serca krakowian p. Gessler, ale też ślad po tym zaginął. Znalazłam maczankę w karcie restauracji „Konik na biegunach” na ul. Poselskiej. Okazało się, że tak, jest, choć „Konik” zmienił się w międzyczasie na „Czarną kaczkę”:)

      Wystrój lokalu szalenie mi się podobał; spokojny, stonowany, przytulny, z wszechobecną kaczką.

      czarna kaczka

      Ale serwowana kuchnia podobała mi się już o wiele, wiele mniej. Przynajmniej w kwestii maczanki.

      maczanka

      

      Bo w maczance karkówka była twarda, bułka zresztą też, a sos dość przeciętny smakowo. Trudno było to pokroić. Wielu znawców uważa, że bułką w maczance winna być kajzerka. O.k. – ale wtedy trzeba się nieco przyłożyć do kwestii podania. Albo użyć innej bułki. Nie wystarczy rozkroić ją i przełożyć mięsem. Sos powinien wsiąknąć w bułkę, spulchnić ją. A upiec karkówkę, żeby była miękka, to chyba żadna sztuka, prawda?

      Jestem na „nie” jeśli chodzi o maczankę w „Czarnej kaczce”.

       Czas na nobliwą kawiarnię „Noworolski” w krakowskich Sukiennicach.

      Noworolski

      Kawa po wiedeńsku i kremówka.

      kawa i kremówka

       W Krakowie „po wiedeńsku” znaczy się z bitą śmietaną. Skusiłam się, choć zasadniczo wolę czarną kawę, bez żadnych dodatków. I kawa i kremówka dobre, choć bez cudów i szczególnych zachwytów. Tyle, że ma się dokoła te dostojne, secesyjne wnętrza, no i widok na cudowny, krakowski Rynek. I panowie kelnerzy mili i skorzy do flircików:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Krakowskim szlakiem smaku”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 września 2014 10:34
  • poniedziałek, 25 sierpnia 2014
    • Zapraszam do „Stuletniej gospody”

      W domu zajęcia w kuchni idą zwykłym, codziennym trybem, bez kulinarnych odkryć i rewolucji, ale i bez spektakularnych niepowodzeń; ot, królują sezonowe, zwykłe, domowe przepisy, czas płynie tu trochę leniwie, jak to w lecie.

      Ale czyta się tu dużo, ho! ho!  najczęściej wieczorami, w kuchni, dopilnowując pyrkających na ogniu garnków.

      Właśnie przeczytało się nowość na około kulinarnym rynku, autorki Katarzyny Majgier „Stuletnia gospoda”.

      stuletnia gospoda

      Tytułową gospodę umiejscowiła autorka gdzieś w Małopolsce, na trasie Kraków-Zakopane, w czasach PRL-u i później, w trakcie i po transformacji ustrojowej. Gospoda też przechodzi transformację (pod koniec w dość dramatyczny sposób), ale zmiany dotyczą głównie wyglądu; jeśli chodzi o serwowane jedzenie, to cały czas jest ono po prostu smaczne. Bajecznie smaczne, choć zwykłe i codzienne.

      Losy właścicieli, pogmatwane, jak to w życiu, szybko wciągają czytelnika w swój świat.

      Myślę, że głównym urokiem tej książki jest zwykłość sytuacji i ludzi, powszedniość, jaką znaliśmy i znamy. Ponieważ wszyscy ją znamy, to i dobrze się czyta.

      Książce towarzyszą przepisy na dania serwowane w gospodzie. I są to zwykłe, najzwyklejsze przepisy polskiej, domowej kuchni: zupy, pierogi, kopytka, racuchy….

      Jeśli znasz „od kuchni” polską kuchnię:) to tylko sobie sprawdzasz, jak też proponują zrobić zupę czy pierogi, czy tak samo jak ty robisz?

      Wyjdzie ci, że raczej tak.

      Książka okazała się dla mnie cenna. Dlaczego?

      Otóż od dawna borykam się z problemem, że moje potrawy, mimo iż robione według stałej receptury, za każdym razem są nieco inne w smaku. Właściwie to mnie to martwiło, chciałam mieć takie swoje hity i specjalności. Wychodziło jednak różnie. Niekoniecznie źle, ale jednak inaczej. Nie nadawałabym się na kucharza w lokalu gastronomicznym.

      A tu proszę, posłuchajcie, co w tej książce przeczytałam:

       "Zdaniem Hani przepis na grochówkę nie ma sensu, bo grochówki nie gotuje się według jednego przepisu, tylko za każdym razem wymyśla się ją od nowa i na tym polega jej urok.

      (...) Choć w Stuletniej Gospodzie w końcu pojawiła się waga, ani Hania, ani Zosia nie nauczyły się z niej korzystać. Nie z powodu umysłowego ograniczenia, ale z powodu niechęci do precyzyjnego odmierzania czegokolwiek w miejscu służącym niczym nieskrępowanej zabawie, jakim była dla nich kuchnia.

      To, co robiły tam czasem, kiedy zostawały same, zadziwiłoby specjalistów od treningów kreatywności, choć nigdy nie budowały wieży ze sprzętów biurowych ani z biurowych pracowników. Po prostu przygotowywały jedzenie, ale za każdym razem potrawa o tej samej nazwie smakowała inaczej. I właśnie dlatego jedzenie wychodziło im naprawdę pyszne."

       

      Ha! i co wy na to? dobre, co nie?

      Ach, dla porządku dodam, że są w tej książce również i przepisy z kuchni włoskiej, z uwagi na pewne zauroczenie i pewien zakręt życiowy jednej z bohaterek, ale ten trop mniej mnie interesował.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Zapraszam do „Stuletniej gospody””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 sierpnia 2014 06:23
  • czwartek, 07 sierpnia 2014
    • Kuchnia regionalna w praktyce

      Wyjazd do Krakowa to dobra okazja spróbowania wreszcie galicyjskiego specjału: maczanki po krakowsku. Tak sobie pomyślałam i wystukałam w necie, gdzie takową podają. "Bistro Krakowskie" u zbiegu ulic św. Anny i Wiślnej. Super! centrum miasta.
      Co się okazało na miejscu?
      Niestety, bistro nie istnieje, został tylko szyld i meble za brudną szybą w domu towarowym "Centrum".
      Nie wyszukałam sobie innej lokalizacji, i nie chciało mi się chodzić od lokalu do lokalu w poszukiwaniu maczanki.
      Poszłam do "Chłopskiego Jadła" przy ul. św. Jana. Powinno być regionalnie.
      czekadełko w chłopskim jadle

      chłopskie jadło na św. Jana
      Bardzo podobał mi się wystrój lokalu: ciemne drewniane stoły, ławy, poduchy z kogucikiem, wiklinowe lampy, kamionkowe naczynia. Przemyślana stylizacja, jednorodna, nie ma tu zbieraniny, typu każda rzecz z innej bajki. Nie ma chaotycznego nagromadzenia przedmiotów. Duży plus.

      wystrój chłopskiego jadła

      chłopskie jadło kolaż
      Kogucik to firmowy znak "Chłopskiego Jadła"; jest nawet w zabawnych tabliczkach na toaletach:)
      koguciki
      A jedzenie?
      Jest poprawne. Smaczne, ale bez cudów, nie rzuca na kolana.
      Załapałam się na michę pierogów (ruskie, z mięsem, ze szpinakiem, z kapustą i grzybami). Nie bierzcie tych kapustą - kwaśność aż wykrzywia.
      Kwas chlebowy mi smakował, ale tu nie jestem uprawniona do oceny; prawie zupełnie nie wiem, jak naprawdę winien on smakować. Być może tak właśnie jak tu.
      Było też gratisowe czekadełko, i to w ilości nie symbolicznej: pajda chleba (taki sobie), smalec, twarożek i ogórek kiszony.

      Słyszałam rozmowę pani przy sąsiednim stoliku: bardzo była rozczarowana, że nie ma bigosu, dla niej to kwintesencja chłopskiego jadła:) Jakoś nie zauważyła, że to nie sezon na taką potrawę, a pani kelnerka nie umiała jej nic sensownego powiedzieć.
      Dodam jeszcze, że do śledzika zamówiła sobie herbatę! ło matko!
      Zresztą niech się cieszy, że nie dostała bigosu z tej kapusty, którą ja miałam w pierogach! Stara jest już do niczego, a młodej kiszonej jeszcze nie ma.
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 sierpnia 2014 12:48
  • wtorek, 05 sierpnia 2014
    • Hardcorowy kumpir w Krakowie

      Lokalik przy Hali Targowej pod torami z kumpirami zdobywa sobie podobną sławę jak zapiekanki u Endziora na Placu Nowym na Kazimierzu.


      Krakowski kumpir

      To nie jest miejsce, gdzie można się umówić na romantyczną randkę. Ale jest to miejsce, gdzie tętni autentyczne życie zwykłego Krakowa, nie tego dla turystów, lecz tego zwykłego, codziennego. Dwa stoliki na zewnątrz wokół wiekiego okna, w którym wydaje się dania, tuż obok szum i charakterystyczny zapach parkujących i ruszających pojazdów, boksy z warzywami, kram z butami i pantoflami, rytmiczny stukok przejeżdżających pociągów. Przy mnie podjechała karetka pogotowia, wyskoczyła ratowniczka i poprosiła na cito 2 tradycyjne:) Dwie urzędniczki, wychodzące najwyraźniej z pracy, zagadały do siebie: o, widzisz, tu jest ten kumpir, reklamowany na forum!
      Podają tu tylko jedno danie - kumpir, czyli ziemniak, ale w różnych odsłonach.


      rodzaje kumpira

      Zanim tam trafiłam, myślałam że kumpir to polska potrawa, jakoś ta nazwa tak polsko mi brzmiała. I myślałam o rodowodzie wielkopolskim - tam przecież pyry z gzikiem to regionalny specjał. Ale nie, nie. Kumpir to danie rodem z Turcji. A ta polskość to przypadkowa zbieżność słów: kumpie to staropolska szynka.
      Czym więc jest kumpir? To wielki pieczony ziemniak z różnym nadzieniem. Bardzo sycący, nawet ten najuboższy, tylko ze śmietaną i prażoną cebulką.


      kumpir

      Ciekawe, czy się przyjmie w Krakowie i przetrwa? ....

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Hardcorowy kumpir w Krakowie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 sierpnia 2014 08:43
  • czwartek, 26 czerwca 2014
    • „Tatiana i Aleksander” z wątkiem kulinarnym w tle

      Tatiana i Aleksander

      Dzieje losów Rosjanki z Leningradu, Tatiany, i jej ukochanego Aleksandra Barringtona, Amerykanina, opisane w trylogii Paulliny Simons („Jeździec miedziany”, Tatiana i Aleksander”, „Ogród letni”), niewiele właściwie mają wspólnego z kuchnią. Bo przecież akcja dzieje się w czasie II wojny światowej i cudem właściwie udaje się Tatianie nie umrzeć po prostu z głodu, zwłaszcza w czasie długich miesięcy oblężenia Leningradu.

       Ale w czasie swoistej „przerwy na życie”, kiedy Aleksander odnalazł Tatianę w jej rodzinnej wsi, gdzie żywności było ciut, ciut więcej, ona gotuje mu wszelkie możliwe przysmaki.

      A długo, długo później, kiedy już skończyła się wojna i nasi bohaterowie zaczynają się aklimatyzować w USA, ciągle walcząc o poczucie bezpieczeństwa i próbując zapomnieć o traumie wojny – Tatiana rozpieszcza męża i syna obiadami i ciasteczkami. Kiedy zaś nadchodzą ważne, przełomowe momenty w ich życiu – Tatiana przygotowuje specjalne przyjęcia, w czasie których podaje ulubione dania Aleksandra. Jednym z takich kultowych u nich dań  są blincziki – rodzaj naleśników z mięsnym nadzieniem.  To bardzo piękna, rodzinna tradycja, mieć taką potrawę na domowe święto.

      Z tego, co wiem, przepis na blinczyki jest w książce P. Simons, „Przepisy Tatiany”, wydanej po opublikowaniu całej trylogii (nie czytałam jej, znam ją tylko z omówień).

      Natomiast w samej trylogii jest w zasadzie zamieszczony tylko jeden cały, dość dokładny przepis, na ciasteczka owsiane, których wykonanie pokazuje Tatiana synowym i wnuczkom. Dużo, dużo stron trzeba przeczytać, żeby do niego dotrzeć, bo przepis znajduje się niemal na końcu tomu trzeciego, w „Ogrodzie letnim”.

      A robi się je tak:

      Pół szklanki masła, 2 szklanki cukru i pół szklanki mleka gotować aż masa się zagotuje, mieszając.

      Dodać 3 szklanki płatków owsianych, szklankę kakao i pół szklanki wiórków kokosowych (lub orzechów, ale Aleksander lubił ciasteczka z wiórkami, więc takie Tania robiła). Gotować jeszcze przez minutę, mieszając, po czym zdjąć garnek z ognia i wykładać masę łyżką na folię aluminiową lub pergamin.

      Są gotowe, gdy wystygną (ale dziewczynki z rodziny Barringtonów nigdy nie czekały tak długo! Ciasteczka znikały natychmiast).

      Na uwagę zasługują również wątki polskie z trylogii:  Aleksander wraz z Armią Czerwoną przemierzył całą Polskę w poprzek; zwłaszcza Kielecczyzna i Góry Świętokrzyskie są w książce miejscami szczególnymi.  Aczkolwiek trochę, niestety, jest tu nieścisłości. Dowiadujemy się, że białą sukienkę w czerwone róże, tak bardzo kochaną przez Tatianę i tak pieczołowicie przechowywaną przez Aleksandra, przywiózł jej ojciec z Polski, z miasteczka Święty Krzyż.

      Otóż Święty Krzyż jest właściwie szczytem górskim (inaczej: Łysa Góra) i nazwą opactwa benedyktyńskiego tam ulokowanego; choć od biedy, można mówić i o miasteczku, bo Święty Krzyż wchodzi w skład miejscowości Nowa Słupia. Ale już na pewno nie mógł ojciec obserwować przepływających tam rzeką łodzi. Przez Nową Słupię nie przepływa żadna rzeka.

      Ale piękną sukienkę na jarmarku świętokrzyskim spokojnie mógł kupić.

      I to tu, w Górach Świętokrzyskich Aleksander znalazł Paszę, brata Tatiany, choć okoliczności spotkania i późniejsze wydarzenia były naprawdę dramatyczne.

      Czy polecam do przeczytania tę trylogię?

      Zdecydowanie tak, jest niesamowita w zaskakujących zwrotach akcji, nieprawdopodobnych wręcz zdarzeniach, skomplikowanej siatce uczuć i powiązań między bohaterami. I przez te wszystkie lata i zdarzenia trwała niezmiennie miłość Tatiany i Aleksandra, pozwalając im przeżyć wszystkie przeciwności i zło. Choć warto tu jeszcze zaznaczyć – bo nie każdemu może się to podobać – że książka pełna jest opisów miłości fizycznej małżonków, Tani i Szury.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „„Tatiana i Aleksander” z wątkiem kulinarnym w tle”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 czerwca 2014 14:20
  • wtorek, 06 maja 2014
    • Kulinarnie w „Przedwiośniu” St. Żeromskiego – cz. 2.

      Jak wyglądał zwykły, powszedni dzień w szlacheckim dworku od strony kulinarnej?

      W „Przedwiośniu” Stefana Żeromskiego mamy niezrównany jego opis.

      Jedzenie było elementem, wokół którego ogniskowało się całe życie dworu, było jedną z najważniejszych przyjemności tego życia. Żadne tam jedzenie w biegu, tu kęs chleba, tu kawałek jakiegoś kotleta i dalej, bieg na miasto, do szkoły, do pracy…

      Nie, nie. Tu nie jadło się, żeby żyć. Tu żyło się, żeby jeść.

      obraz kulinarny

      Poczytajmy:

       

      „Obiady, kolacje, śniadania i podwieczorki trwały niemal przez dzień cały.

      Wstawano dosyć późno. A ledwie spożyto śniadanie i dano folgę dyskusji, która się wyłoniła z przygodnego tematu, jużci Maciejunio wchodzi cichcem ze swymi sprawami i stół, dopiero co sprzątnięty, zaściela czystym obrusem. Znaczyło to, że społeczność nawłocka zmierza ku obiadowi. Jakaś wycieczka konna albo na wózku, jakaś króciutka eskapada – powrót – i jużci gromią z racji spóźnienia się na obiad. – Obiad. – Czarna kawa z odrobinką pomarańczową tego wyspiarskiego Curaçao, papierosy… - Sprzątają. – Towarzystwo zaczyna rozdzielać się, zmniejszać i zdążać w kierunku poobiednich drzemek, aliści Maciejunio chrząka i poleca chłopcu nakryć stół. Kawuńcia biała, herbata – słowem five o`clock tea z tymi chlebkami, żytnim i pszennym, z owym masełkiem nieopisanym a świeżym, z tymi ciasteczkami suchymi, których sława szeroko się rozeszła poza granice państwa nawłockiego, a stanowiła niewątpliwą spécialité de la maison. Po kawie jakaś przejażdżka, wypad do sąsiedniego miasteczka Ostropustu, albo trochę muzyki w salonie, odkąd zjawiła się panna Wandzia Okszyńska, nieco tańca, skoro ktoś z sąsiedztwa nagodził się na odwieczerz.

      I oto Maciejunio znów się krząta i pobrzękuje.

      Ma się ku kolacji.

      Maciejunio mruga i szepce ciekawym: wtajemnicza najcichszym szeptem księdza Anastazego: - baraninka – albo – kurczątka – rożen.

      Po kolacji jakaś partia szachów z księdzem Anastazym, jakaś partyjka winta (dwie ciocie, mama, ksiądz – albo – mama, ksiądz, Hipolit, Cezary) – godzina jedenasta, pół do dwunastej… Smutno byłoby iść spać bez jakiegoś wzmocnienia, bez leciutkiego, przedsennego posiłku. Maciejunio, drepcząc pośpiesznie, przynosi domowe serki owcze, obce, ostre, zielone – jabłka nieopisanej dobroci, jesienne delicje – jakieś tam malusieńkie kieliszeczki, z czymś tam ciemnowiśniowym… Słowem, krótki i skromny „podkurek” przed śródnocnym pianiem koguta.

      Po takim spędzeniu dnia tudzież wieczora niejednokrotnie poranek jesienny dawno minął, a w dolnych apartamentach „ariańskiego” gmachu panowała jeszcze głucha martwota. Drzwi wejściowe od strony ogrodu były zamknięte, okiennice pozawierane, a z wewnątrz dochodziło do ogrodu echo chrapania żołniersko-księżego.”

       

      Fajne?

      No, może to mieć urok przez parę dni, góra tydzień.

      Ale tak na co dzień???

      Przypomina mi się jeden taki mój pobyt w Zakopanem, kiedy cały czas lało, dzień w dzień, przez tydzień. Nie można się było ruszyć na krok z pensjonatu. Wtedy przeżyłam coś podobnego do nawłockiego świata.

      Człowiek żył od posiłku do posiłku. Myślał sobie: ciekawe co będzie na obiad. Wczoraj w rosole były gwiazdki z marchewki, może dziś będzie również jakaś ciekawostka.

      I tak w kółko.

      Koszmar.

      Nie mówiąc już, co zaczęło się dziać z sylwetką człowieka!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 maja 2014 10:19
  • poniedziałek, 05 maja 2014
    • Kulinarne oblicze „Przedwiośnia”

      „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego (lektura szkolna) kojarzy się wszystkim z koszmarnymi scenami rewolucji rosyjskiej, wojną polsko-rosyjską, rodzącym się komunizmem, wizją szklanych domów. No, jeszcze z perypetiami miłosnymi Czarusia Baryki. Prawda?

      A pamiętacie Nawłoć, szlacheckie gniazdo Hipolita, przyjaciela Cezarego? I to, jak tam karmili?

      Przyznaję, że ja zapomniałam.

      Ale wpadła mi ostatnio w oczy jakaś krótka notatka o śniadaniu w Nawłoci, więc z ciekawości sięgnęłam na półkę po „Przedwiośnie”

      przedwiośnie

      Najpierw przekartkowałam książkę w poszukiwaniu tego śniadania…. JEST!  (w moim wydaniu na str. 134). Super.

      To teraz wróciłam na stronę pierwszą, i spokojnie, rozkoszując się przepięknym stylem pisarza, przeczytałam sobie książkę na nowo. Ze szczególnym zwróceniem uwagi na elementy kulinarne. Te obecne są w zasadzie tylko w czasie opisu pobytu Cezarego w Nawłoci, tej swego rodzaju „przerwie na życie” Czarusia.

      Temat polskich śniadań interesuje mnie od dawna. Czy jest jakaś specyfika tego posiłku? Jakiś kanon, obowiązujący w całym kraju?

      Patrząc na menu hotelowe i restauracyjne, chyba można by powiedzieć, że obowiązkowym jego punktem jest świeże pieczywo, masło, twarożek, szynka, kawa. I jeszcze jajecznica.

      A jak było w Nawłoci? Czytajmy. Może tylko najpierw zróbmy sobie jakąś kanapeczkę, szczerze radzę!

       

      „Cezary nie wiedział, czy ma siedzieć na swym miejscu, czy głęboko zawstydziwszy się, wstać i wyjść. [...] Maciejunio, dostrzegłszy rannego gościa na sofie, zafrasował się, zmartwił, o mało nie płakał. Jakże to! Jeszcze śniadania nie ma na stole, a gość, taki gość, paniczów największy przyjaciel, czeka! Zakrzątnął się, zabiegał jak fryga, aż podskakiwał w pośpiechu. Wnet napędził do tej sali bosych pokojówek, jakichś małych "podręcznych" Piotrków i Florków. Nakryto stół i piorunem wniesiono koszyki z chlebem żytnim, z bułkami własnego wypieku, z suchymi ciasteczkami i rogalikami. Maciejunio własnoręcznie naznosił słoików z miodem, konfiturami, konserwami, sokami. Tu podstawił "masełko", tam rogaliki. Pod siwym przystrzyżonym wąsem uśmiechał się spoglądając na pewien słoik, który nieznacznie wskazywał, i coś "ośmielał się" szeptać z cicha na jego wielką, bardzo wielką pochwałę. Cezary przysiągł mu oczyma, iż odwiąże opakowanie słoika i skosztuje, a nawet sięgnie dokumentnie do wnętrza. Od wczorajszych doświadczeń polegał na zdaniu Maciejunia. Wniesiono uroczyście tacę z kamiennymi imbrykami. W jednym była kawa, kawa jednym słowem - nie jakiś sobaczy ersatz niemiecki - "kawusia", rozlewająca aromat swój na dom cały. W kamiennych także garnuszkach podsuwano porcję śmietanki. Z kożuszkami zagorzałymi od ognia uśmiechały się do gościa te kamienne garnuszki, przypiekane przez ogień zewnętrzny.

       

      Cezary, nie czekając na domowników, zabrał się do "kawusi", kożuszków, "śmietaneczki", chleba, który płatał po żołniersku, do rogalików, które chrustał od jednego zamachu - do ciastek, miodu, konfitur. Maciejunio przewijał się kiedy niekiedy obok stołu i pochwalał oczyma, uśmiechem albo ruchem niepostrzeżonym zabiegi i czynności gościa.

       

      (…) oto dało się słyszeć wesołe podśpiewywanie i w lwich podskokach Hipolit Wielosławski wbiegł na ganek. Za chwilę był w jadalni. Maciejunio i jego podwładni zawirowali w sieniach i niewidzialnym kuchennym środku. Wjechały teraz nowe tace, nowe bochenki na miejsce nadwyrężonych przez Barykę, nowe koszyki w rogalikami, nowe maselniczki i słoiki pełne konfitur.

      Hipolit jadł co się zowie. Do smakołyków podanych zażądał dodatków w postaci „serwelatek”, szyneczek, serków takich i owakich. Nasycił się wreszcie, rzucił serwetę i wstał od stołu.”

       

      Do zobaczenia w Nawłoci jutro:)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Kulinarne oblicze „Przedwiośnia””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 maja 2014 11:09

Kalendarz

Styczeń 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl