Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy otagowane „recenzje”

  • środa, 23 kwietnia 2014
    • Nie samym chlebem - smaczna książka i róża, jak w Katalonii

      Dziś recenzja jakiejś książki jest konieczna! Należy się wręcz taki prezent miłośnikom pisanych liter. Dziś, w dzień św. Jerzego, 23 kwietnia - obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Książki. W hiszpańskiej Katalonii świętuje się go już od 1930 roku. Ten dzień to magiczna data: 23 kwietnia zmarli Cerwantes, Szekspir oraz I.G. de la Vega. A skąd róża? W Katalonii w tym dniu obdarowywano kobiety czerwonymi różami, mającymi symbolizować krew smoka pokonanego przez św. Jerzego, w obronie pięknej księżniczki...

      Zwyczaj ten - książka i róża jako prezent - propaguje już od 2002 roku Marszałek Małopolski, księgarnie udzielają w tym dniu rabatów, jest mnóstwo imprez towarzyszących..

      A więc prezent ode mnie - recenzja książki.

      A że łączy nas tu wszystkich smak, więc książka powinna być kulinarna. Proszę bardzo: Sarah Kate Lynch (dziennikarka, mieszkająca i tworząca w Nowej Zelandii) - "Nie samym chlebem"

      nie samym chlebem

      Jestem pewna, że książka ta spodoba się przede wszystkim tym z was, którzy pieką własnoręcznie chleb. Ale i inni – do których i ja się zaliczam - przeczytają ją z ciekawością. Owszem, chciałabym chleb piec, to takie ekscytujące, ale niestety, ja po prostu nie mam na to czasu.

      Esme – bohaterka książki Sary Kate Lynch – żeby upiec bochenek, wstaje w środku nocy, by zagnieść ciasto, które musi następnie 3-4 godziny leżakować, po czym znów się go zagniata i odstawia na godzinę, przekłada do koszyczka... sporo tych etapów jeszcze jest (rzecz jasna, przepis dokładny na ten chleb w książce jest!)

      Przygoda Esme z chlebem zaczęła się w małym miasteczku na południu Francji, podczas wakacyjnego wyjazdu. Tam spotkała miłość swojego życia (a przynajmniej tak jej się wydawało), tam dostała zakwas, który odtąd będzie już dokarmiać przez całe życie, tam nauczyła się sztuki pieczenia pain au levain – chleba na zakwasie. Pieczenie chleba stało się dla niej czymś najważniejszym w życiu, istotą wszystkiego, przez te bochenki wyrażała siebie.

      Poznajemy jednak Esme w Anglii, w chwili, kiedy po przebytej dopiero co tragedii (jeszcze na razie nie wiemy jakiej), nie potrafi po prostu zmobilizować się, aby upiec choćby jeden bochenek. Czy uda jej się wrócić do pieczenia? Poznając ją coraz lepiej na kolejnych kartach książki, mamy taką nadzieję....

      I chyba spodobałaby się wam kuchnia Esme, w jej słynnym Domu w Chmurach, na samej górze, na 5 piętrze, przeszklona, z oknami na wszystkie cztery strony świata; jakież ona stamtąd miała widoki! Inna rzecz, że ciągłe bieganie w górę i w dół, raczej było irytujące i uciążliwe. Ale coś za coś....

       

      Zapraszam do lektury i na książkowe zakupy!

      Już nie mogę się doczekać, co też uda mi się w księgarni w Dzień Książki wyszperać:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Nie samym chlebem - smaczna książka i róża, jak w Katalonii”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 23 kwietnia 2014 06:10
  • sobota, 05 kwietnia 2014
    • Biesiada z aniołami

      Autorkę – Sarah Kate Lynch – znałam już pozytywnie bardzo z książki, pełnej francuskiego wina,  „Dom córek”, więc kiedy zaczęłam czytać „Biesiadę z aniołami”, zaskoczona byłam bardzo niemile. Wydumane zwroty akcji, nieuzasadnione zupełnie zachowania postaci, takie rodem z kiepskiego romansu …. ło matko! co ja czytam! I czy na pewno chcę to dalej czytać???? – Dobrze, że to książka z biblioteki, pomyślałam, i nie musiałam za nią płacić.  Gdyby nie naprawdę piękne opisy kulinarnej Wenecji, dałabym sobie spokój z tą książką.

      Biesiada z aniołami

      Czytałam jednak dalej i wszystko zaczęło się wyjaśniać, logicznie układać, elementy mozaiki powskakiwały na swoje miejsca.

      Więc gdyby wam przypadkiem wpadła w rękę ta książka, bądźcie cierpliwi, warto ją przeczytać, nie tylko z uwagi na akcenty kulinarne, których tu nie brakuje, ale i na psychologię zachowań ludzkich, zwłaszcza w sytuacjach krytycznych, wręcz na pograniczu zagrożenia życia.

      Ale tym też bardzo się nie martwcie. Będzie dobrze.

      Bohaterowie pokażą swoje prawdziwe oblicza, co czasem okaże się szokujące, narratorka Connie (czy może Emsi) zdziwi się sama sobą, ale powoli zacznie rozumieć, co dla niej jest naprawdę ważne w życiu. Czy naprawdę bycie krytykiem kulinarnym to jedyne, co chciałaby robić w życiu? I co zrobić z sobą, jeśli nie może nim być?

      Poznajemy Amerykankę Connie w Wenecji, po czym okazuje się, że tak naprawdę to jednak musimy wrócić do Nowego Jorku. Ale przy okazji tego dziwnego splotu wydarzeń poznamy kulinarne mapy obu miast; restauracje i knajpki, które powinno się zobaczyć i dania, które trzeba spróbować.

      Uwaga! Robię ściągę:

      Najpierw cicchetti w Wenecji.

      „Teraz – powiedział Marco, kiedy stuknęliśmy się kieliszkami – opowiem ci o cicchetti. Jak dotąd Wenecja nie słynęła z jedzenia, wiesz o tym? Cóż, te czasy to przeszłość. Nieważne, że Wenecjanie wiedli niegdyś prym w handlu oraz wynaleźli niepozorny widelec. W gruncie rzeczy tutejsze potrawy są równie dobre, jeśli nie lepsze niż w pozostałej części Włoch, o ile wiadomo gdzie ich szukać. Każdy wenecjanin z krwi i kości zaprowadzi cię prosto do La Vedova w Cannaregio albo tutaj, do Do”Mori na cicchetti. To nasza ulubiona tradycja, nie spotkasz tego gdzie indziej. Przypomina tapas, ale po wenecku.

      (…)

      Podniósł krokiet, a ja otworzyłam usta i ugryzłam spory kęs miękkiej masy. Tuńczyk, lekki, słodkawy, wymieszany z bułką tartą, pietruszką i cytryną i delikatnie podsmażony w tłuszczu. Nie wiem, jakim cudem tak smakował, ale oniemiałam z zachwytu.

      (..) Polpette – zakomenderował Marco. Szynkarka delikatnie uniosła kulkę mięsa z tacy na kontuarze i z pietyzmem położyła ją na talerzu. Pulpecik był zwarty, pikantny i różowy, a jego środek wprost rozpływał się w ustach, suto przyprawiony pieprzem i nieprzyzwoicie wilgotny. Innymi słowy, wyborny.

      (…) Podczas gdy Marco dalej raczył mnie weneckimi przysmakami, signora Marinello wyszła, by powrócić za chwilę z usmażoną w czosnku kałamarnicą o lśniących mackach. Następnie Marco sięgnął po małe porcyjki grillowanego miecznika i zawijając je we wstążki marynowanej wołowiny, kładł mi na języku, po czym to samo uczynił z sarde in saor, mięsistymi sardynkami, ugotowanymi w sosie będącym idealnym melanżem wina i octu balsamicznego.”

       

      A Nowy Jork? Co można zjeść w czterogwiazdkowej restauracji  „Daniela Boulud” w N.Y.? Posłuchajcie:

      „Zabrałam go kiedyś do Daniela na romantyczną kolację. Z chwilą gdy skręciliśmy z Wschodniej Sześćdziesiątej Piątej w elegancki hol wiodący do pulpitu szefa Sali (mijając prywatną salę bankietową oraz ekskluzywny bar po prawej stronie), Tom zjeżył się. (…) Warknął na kelnera, syknął, że mam więcej pieniędzy niż rozumu, po czym …. skosztował jedzenia.

      I umilkł.

      Zupa z karczochów z podgrzybkami i olejem szałwiowym złagodziła nieco jego srogie spojrzenie, ale tortellini z dziewięcioma ziołami i pianką parmezanową na dobre zamknęło mu usta. Porcja perliczki z borowikami i glazurowanymi suszonymi śliwkami wystarczyła, aby krew doszczętnie odpłynęła mu z twarzy. Z każdym kęsem stawał się coraz bardziej przybity, kiedy zaś sięgnęłam po ostatni kawałek jego tarty figowej, uporawszy się najpierw ze swoim sufletem czekoladowym, mało się nie rozpłakał. Taka była pyszna.”

       

      Na koniec tych pyszności opowiem wam jeszcze o jednej sałatce, na którą sobie ostrzę zęby, ale muszę poczekać, aż będą świeże pomidory, najlepiej takie z pola, wygrzane słońcem:

      „Tom często przyrządzał mi latem prostą sałatkę z pomidorów, awokado i mozarelli. Nic szczególnego, lecz gdy dojrzewały pomidory z Jersey, trudno o lepszy sposób ich podania. Kupował świeży ser u Murraya, a supersoczystą bazylię dostarczał mu farmer z Union Square. Odrobina oliwy z oliwek na ułożone z wierzchu awokado, a do tego chrupiąca ciabatta. W połączeniu z cierpkimi pomidorami i solą morską subtelny smak łagodnego sera i awokado przyjemnie zaostrzał apetyt.”

      Przypomnę się wam z tą sałatką w odpowiednim czasie. Bo to niby zwykła caprese, ale ten dodatek awokado? intrygujące!

      A tytułowa „biesiada z aniołami”?

      Dopiero na samym końcu książki się o niej dowiemy. To przeżycie, którego doświadczyła zarówno bohaterka Connie, jak i babka mężczyzny jej życia, stając na granicy życia i śmierci. Bardzo sugestywna wizja.

      Ach! Byłabym zapomniała: na przebieg akcji niemały wpływ miał Woody Allen (szalenie go lubię!) i precel, który wyrwała mu z rąk Connie w Central Parku:)

      Miłej lektury!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Biesiada z aniołami”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 05 kwietnia 2014 00:22
  • środa, 02 kwietnia 2014
    • „Syrena” kulinarna Antoniego Czechowa

      W życiu bym nie zajrzała do tomu opowiadań A. Czechowa (nie przepadam za małymi formami, jak dla mnie zbyt szybko się kończą, zanim się zdążą rozwinąć), gdybym nie wyczytała przypadkiem na blogu p. Adamczewskiego, że jest to bodaj najsłynniejsze opowiadanie kulinarne, a na pewno w całości poświęcone tylko jednemu tematowi: przyjemności jedzenia (nota bene, p. Adamczewski i jego żona są autorami wielu niebanalnych książek kulinarnych).

      Kupiłam czym prędzej książkę, przeczytałam.

       syrena Czechowa

      I słuchajcie, „Syrena” jest zabawna!

      Tytuł nie kojarzy się kulinarnie, prawda?

      Ale wierzcie, jest uzasadnione takie połączenie, choć – moim zdaniem – zrodzić się mogło jedynie w męskiej głowie, marzącej o niebieskich migdałach, i to po tak zwanych paru głębszych:)

      A co z kulinariami?

      Otóż mamy tu zmysłową opowieść rosyjskiego pomocnika sądowego, który po skończonej sesji, kiedy sędzia pisze pośpiesznie protokół, a wszyscy inni czekają niecierpliwie na obiad, zaczyna półgłosem opowiadać o rozkoszach, czekających ich przy stole. O przystawkach, zakrapianych wódką, o zupach, rybach, a wszystko to w oczekiwaniu na danie główne – pieczyste.

      Słuchającym ślinka leci, sędzia psuje kolejnych sześć arkuszy, nie mogąc skupić się na sądowych niuansach. No, bo jak tu myśleć o prawniczych terminach, skoro kusiciel szepce, niby to na boku:

       "No więc, a zakąsić, panie Grzegorzu, serdeńko, trzeba także znając się na rzeczy. Trzeba wiedzieć, czym zakąsić. Najlepsza zakąska, jeśli chce pan wiedzieć, to śledź. Zjadł pan dzwonko z cebulką, w musztardowym sosie, natychmiast, dobrodzieju ty mój, dopóki czuje pan jeszcze iskry w swym łonie, spożywaj pan kawior sam albo, jeżeli pan woli z cytrynką, potem zwykłą rzodkieweczkę z solą, potem znowu śledzika, ale już najlepiej dobrodzieju, rydzyków solonych, posiekanych drobniutko na ikrę i przyprawionych, rozumie pan, cebulką i oliwą prowansalską.... Delicje! Aliści wątróbka miętusa - to dopiero poemat!"

       

      Wydaje mi się, że w „Syrenie” Czechow (1860-1904) wytyczył na długie lata styl pisania o kulinariach. U schyłku XIX wieku temat zaczął być „trendy”, a on nader sugestywnie go przedstawiał. No i jeśli chcemy znać kwintesencję kuchni rosyjskiej – to warto sięgnąć po „Syrenę”.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 02 kwietnia 2014 06:21
  • czwartek, 13 marca 2014
    • Małopolska palce lizać

      Tytuł jest nośny:)

      Ostatnio często można się z nim spotkać, w nazwach książek, gazet, blogów.

      Ja trafiłam akurat na książkę poświęconą kuchni regionalnej małopolskiej.

      małopolska palce lizac

      Książka jest wydana przed kilku laty, ale co to szkodzi, prawda? Aktualności nie straciła. A ucieszyła mnie bardzo. Bo ostatnio zafascynowana jestem bardzo wszystkim, co związane jest z moim miastem, regionem, ciekawostkami, i rzecz jasna, także z regionalną sztuką kulinarną.

      Przejrzałam strony internetowe miasta i tarnowskich instytucji kulturalnych, wynotowując tytuły publikacji, które chciałam i powinnam znać, przejrzałam półkę z wydawnictwami regionalnymi w swojej biblioteczce, i ruszyłam na poszukiwania.

      Najwięcej pozycji dopadłam w muzeum i informacji turystycznej; zgarnęłam do koszyka prawie wszystko co mieli, i właśnie wśród upolowanych pozycji znalazła się książka o kuchni regionalnej.

      Temat kuchni regionalnej bardzo mnie interesuje, bo tak naprawdę, to nie bardzo wiem, co bym mogła polecić jako specjalność Tarnowa, czy choćby jego regionu.

      Książka, która kupiłam, niewiele mi w zasadzie pomogła.

      Owszem, pięknie wydana, z kolorowymi pięknymi zdjęciami, ale w rozdziale dotyczącym mojego Tarnowa, pięknie zatytułowanym: „Od Leliwitów do pięknego Jasia” – potraw tarnowskich właściwie nie ma.

      Jest przepis na herbatę tarninówkę (uważa się, że nazwa miasta: Tarnów – pochodzi od krzewów tarniny, porastających ongiś zbocza wzgórz otaczających miasto) i jeszcze jeden – na placek ziemniaczany po cygańsku, jako że w mieście mieszka spora grupa Romów.

      Pozostałe przepisy dotyczą fasoli Jaś, z której uprawy słynie dolina rzeki Białej, zwłaszcza w rejonie Zakliczyna.

      Mimo tego niedosytu, książkę jednak polecam.

      I przy okazji zapraszam na mój blog „Tarnowskie podwórko”

       http://tarnowskiepodworko.blox.pl

      Moje miasto pięknieje w oczach, ma tyle uroczych zakątków, a jednocześnie tyle jest zmian, że bezpowrotnie ulatują nam z pamięci miejsca, nazwy, zdarzenia.

      Jakiś ich fragment staram się u siebie zatrzymać:)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Małopolska palce lizać”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 marca 2014 11:47
  • środa, 05 marca 2014
    • Brzechwy lektura o gastronomii i … Top Chef.

      Dzisiaj to jedzeniu to raczej można tylko poczytać.

      A ja właśnie skończyłam lekturę książki, wydanej już parę lat temu, ale dopiero w tym roku trafiła w moje ręce: „Brzechwa nie dla dzieci” Mariusza Urbanka. Książka ciekawa, kontrowersyjna, jak to wszystkie w zasadzie pozycje o czasach Polski Ludowej.

      Brzechwa nie dla dzieci

      Ale ja nie o tym chcę zamieścić notkę, lecz o zupełnie mi nie znanej dotąd twórczości Jana Brzechwy o polskiej gastronomii. I nie myślę tu, rzecz jasna, o znanych na pamięć wierszykach „Na straganie” czy „Czerwony stoliczek”.

      P. Urbanek przypomina, że pod koniec lat pięćdziesiątych, publikował poeta cykl felietonów w „Przekroju” zatytułowanych „Wesołe obserwatorium gastronomiczne Jana Brzechwy”. Co prawda, trwało to tylko kilka miesięcy, bo teksty okazały się zbyt krytyczne.

      Ale jakże prawdziwe! W pierwszym tekście – „Ratujcie nasze podniebienia” – pisał (niestety, cytuję za M. Urbankiem, tekst jest raczej omówieniem tego, co napisał J. Brzechwa, choć wiele jego słów i sformułowań jest zachowanych. Chciałabym mieć tyle czasu, aby siąść w czytelni i poszperać w dawnych pismach, powyszukiwać takie i inne perełki. Ale póki co, musi nam wystarczyć p. Urbanek):

       

      „Upiorne garkuchnie, które jakiś matoł i popsuj polszczyzny nazwał punktami zbiorowego żywienia, uśmierciły dziesiątki potraw i dań, z których słynęła niegdyś polska kuchnia, grzmiał. Zniknęły gdzieś: sztukamięs z kwiatkiem i rurą, żołądki gęsie z kaszą, cynaderki z rusztu, kołduny i inne dania, smaczne, szlachetne i miłe, które jakiś Żdanow przepędził z polskich talerzy! Zniknęły rogaliki, solanki, mulatki i kajzerki, przyrumienione i chrupiące bułeczki z czasów młodości poety, bo za ich wypiekanie zabrało się … państwo. Byli niegdyś w Polsce kucharze – artyści, mistrzowie w swoim fachu, ale funkcjonariusze minionego ustroju przepędzili ich na cztery wiatry z powodu haków w ankiecie. Bo jeden miał niewłaściwy życiorys, drugi pracował w obcej ambasadzie, trzeci lansował imperialistyczne potrawy, a czwarty miał za granicą znajomą polędwicę. Na ich miejsce przyszli kuchenni analfabeci, z awansu społecznego, ale pewni politycznie. Gotowali niesmacznie, ale ku chwale socjalizmu, odrzucając burżuazyjne zwyczaje i przyprawy, na które potrzebne były dewizy. A ludzie jedli, bo nie mieli wyjścia. Kultura smaku w obronie pokoju zeszła na psy, a ludzkie podniebienia leżą w błocie.”

       

      Założeniem przekrojowego cyklu „Wesołe obserwatorium” było, że w każdym z felietonów znajdzie się jakiś rymowany przepis. Powstało ot, choćby coś takiego:

       

      „Kilo flaków na początku

      Dobrze oczyść, wrzuć do wrzątku,

      Przepłucz, odcedź. Na to nalej

      Rosół z kości. Gotuj dalej,

      Gotuj dobre trzy godziny,

      Do rosołu wrzuć jarzyny,

      Pokraj flaki w cienkie paski,

      Weź pięć deka masła z faski,

      Zrumień masło z bułka tartą –

      Ser do tego utrzeć warto.

      Żeby flaki były lepsze,

      Zrób pulpety, posyp pieprzem,

      Majerankiem i pietruszką,

      Jak dyktuje ci serduszko.

      Dodaj imbir, dosyp soli

      I na talerz kładź do woli.

      By się goście czuli zdrowo,

      Podaj czystą wyborową.”

       

      A Top Chef z tytułu postu?

      No wiecie, to chyba jest jakieś remedium na upadek sztuki kulinarnej. A zaczyna się edycja wiosenna właśnie dziś w „Polsacie” o 20.35.

      Nie wiem, jak wy, ale ja siadam przed telewizorem:)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Brzechwy lektura o gastronomii i … Top Chef.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 05 marca 2014 07:45
  • piątek, 21 lutego 2014
    • Pszoniak&Co. czyli Towarzystwo Dobrego Stołu

      Kupiłam tę książkę dawno, w roku jej wydania, 1993, skuszona nazwiskiem autora: Wojciech Pszoniak – TEN aktor.

      książka kucharska Pszoniaka

      Okazało się, że nie jest to typowa książka kucharska tylko ze zbiorem przepisów, a i przepisy nie są typowe, a już składniki potraw na pewno nie były wówczas na miarę Polski, która już nie była Ludowa, ale jeszcze i nie światowa.

      Nie byłam wtedy gotowa na taką książkę kulinarną. Stała więc sobie gdzieś zapomniana i zakurzona na górnej półce regału. Czekała cierpliwie. Raz nawet ręka mi drgnęła, gdy robiłam okresowy przegląd książek, które nie przypadły mi do gustu. Ale opanowałam się i nie poszła w świat. Czułam chyba podskórnie, że warta jest uwagi. I że jej czas przyjdzie.

      Przyszedł w 2008 roku, kiedy szukałam inspiracji do menu na przygotowywane party filmowe, towarzyszące oglądaniu filmu „Piłat i inni”, w którym W. Pszoniak grał rolę Chrystusa.

      Wtedy tę książkę po raz pierwszy naprawdę przeczytałam.

      Słuchajcie – jest to swoiste dzieło sztuki: począwszy od tekstów-refleksji  p. Pszoniaka i jego przyjaciół, przepisów kulinarnych, jego wierszy, aż po stronę graficzną – książka ozdobiona jest rysunkami i obrazami współczesnych artystów, które powstały specjalnie dla tej książki.

      Pan Pszoniak cudownie odnajduje się w kuchni, posłuchajcie:

      „… gdy przeniosłem się do Warszawy, gotowanie stało się dla mnie najlepszym wypoczynkiem. Nie wyobrażam sobie, że po powrocie z teatru czy kabaretu mógłbym zasnąć. Mimo zmęczenia jestem jak rozpędzona maszyna, która potrzebuje pewnego czasu, by się zatrzymać.” (str. 22).

      A o „porannych kolacjach dla Basi” (żony aktora) – musicie sami przeczytać! To piękny tekst!

      P. Pszoniak jest  założycielem nieformalnego „Towarzystwa Dobrego Stołu” (mnóstwo tam znanych nazwisk) i w książce znalazły się oprócz jego wspomnień – refleksje i impresje jego przyjaciół – członków tego Towarzystwa oraz dedykowane p. Wojtkowi przepisy.

      Jego żona, Basia, dedykowała mu taki cudownie żartobliwy wpis:

       

      Basiu, wszystko kupiłem.

      Proszę cię, tylko obierz mi potem dwie cebule, posiekaj i sparz wrzątkiem. Obierz ze trzy ząbki czosnku i wymyj jarzyny. Proszę, pokrój marchewki w kawałki, ale nie za małe, około trzech centymetrów, a seler w takie trochę dłuższe paski. Jak będziesz miała chwilę czasu, to wyciągnij z lodówki kurze skrzydełka i oczyść je z reszty piórek, a potem umyj i przełóż do szklanej miski. Aha! Tylko nie zapomnij po umyciu osączyć je z wody w papierowej ściereczce i sprawdź, czy mamy jeszcze bułkę tartą. Te ziemniaki ugotujemy w łupinach, tylko potem cię poproszę, żebyś z nich ściągnęła skórkę, gdy wystygną, i pokroiła w plasterki, ale nie za cienkie. A koperek posiekać trzeba drobniutko i pamiętaj, że będę go potrzebował dużo.

      Ten garnek możesz już wymyć, tylko załóż fartuch, bo sobie pochlapiesz sukienkę.

      Basiu, chodź tutaj, skosztuj to. Wiem, że nie masz ochoty, ale proszę cię, skosztuj; przecież wiesz, że ja nie lubię kosztować. Dobre? Mówisz, pyszne, ale ja słyszę w twoim głosie, że coś jest nie tak. Skup się, czego brakuje. Za mało słone? Ale ja to jeszcze odparuję. A mięso miękkie? Dziękuję ci, kochanie. Potem jeszcze tylko cię poproszę, żebyś wymyła to wszystko, co ci tutaj złożyłem, i zastanów się, w czym my to podamy.

       

      Wróćmy do mojego party; przyrządziłam wówczas według przepisu p. Pszoniaka – wołowinę z kminkiem.

       wołowina wg Pszoniaka

      Tak wtedy o tej potrawie pisałam:

      Jest to potrawa z solidnej, dobrej kuchni, o wyważonych, klasycznych smakach.

      To taka potrawa, że kiedy się ją smakuje gdzieś w gościnie, czy w lokalu, to człowiek myśli sobie: o! pyszna pieczeń! dobrze, że mi się przypomniało, już tak dawno nie robiłam pieczeni, trzeba będzie zrobić w najbliższym czasie. Poddusi się mięso, doda cebuli, pieprzu, trochę papryki, proste, a takie pyszne.  Przychodzi człowiek do domu, i faktycznie wkrótce robi tę pieczeń. I wtedy widzi: oj, coś ten smak nie taki, jak tamten... Czegoś tu brakuje... Tamta była taka, hmmmm... wyrafinowana... o smaku niby zwykłym, a jednak  wykwintnym... Jak ją robiono????

      I nie domyśliłby się człowiek nigdy, że trzeba było dodać całą łyżkę kminku w czasie duszenia, i że sos był zrobiony na bazie serka topionego.

       Składniki:

      70-80 dag pieczeni wołowej

      1 duża cebula

      2 łyżki oliwy

      łyżka ziaren kminku

      sól, pieprz

      1 mały serek topiony kremowy

      oliwa

      Wołowinę natrzeć solą i pieprzem, skropić oliwą, przykryć folią i marynować kilka godzin.

      Następnie obsmażyć na rozgrzanej w rondlu oliwie z wszystkich stron.

      Zalać dwiema szklankami zimnej wody.

      Cebulę posiekać, sparzyć gorącą wodą, dodać do mięsa, wsypać kminek. Dusić na małym ogniu, pod przykryciem, przewracając i podlewając wodą.

      Przygotować sos: serek roztopić z wodą, doprawić pieprzem., podlać częścią sosu spod mięsa.

      Kiedy mięso będzie miękkie, wyjąć je, pokroić w plastry.

      Polać przygotowanym sosem.

       

      Warto spróbować! Słowo!

      I warto sięgnąć po tę książkę

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 21 lutego 2014 11:16
  • piątek, 07 lutego 2014
    • Czy przeminął czas kawiarni? Na marginesie książki „Antoni Uniechowski”

      Tyle się człowiek naczytał o tych wspaniałych kawiarenkach, o niepowtarzalnej, niezapomnianej atmosferze, o prowadzonych dyskusjach, o oryginalnych zachowaniach stałych bywalców – i to wszystko przy jednej filiżance kawy!

      Ot, właśnie skończyłam czytać książkę „Antoni Uniechowski czyli magiczne widzenie świata” Krystyny Uniechowskiej-Dembińskiej.

      Uniechowski

      I jest tam rozdział, w którym córka opowiada o swoim pobycie z ojcem, zaraz po wojnie, w Krakowie. I o przesiadywaniu w krakowskich kawiarniach.

      Posłuchajcie (a raczej poczytajcie) jako to było:

      

      "Pokój na Szymanowskiego, na trzecim piętrze był duży, pusty, słoneczny, z balkonem, a przed domem rozciągał się park Krakowski już cudownie zielony. Przechodziło się ścieżkami na ukos, szło Garncarską i już była Krupnicza i Dom Związku Literatów — ówczesna oaza życia twórców. Dalej dochodziło się do Plant, skręcało w lewo i już po drugiej stronie Karmelickiej kusiła Gospoda Aktorów. A jeśli szło się prosto ulicą Szewską, to wchodziło się na Rynek, w dzielnicę kawiarni i kawiarenek.

      Antoni Uniechowski zadomowił się w krakowskich kawiarniach. Najdłużej był wierny Noworolskiemu w Sukiennicach. Tutaj rysował. Były tam duże okna, więc było jasno, i wygodne kanapki. Starym zwyczajem rozkładał na stoliku rysowanie. Warsztat: ebonitowe pudełeczko z piórkami i pędzelkami, buteleczka tuszu, nieodstępna szmatka do wycierania piórek. Na kolanach kładł tekturową teczkę, na niej arkusz papieru. Rysunki lawował kawą. Odlewał trochę czarnej na spodek i tak spędzał długie godziny. Kelnerzy znali go, a ponieważ w Krakowie od stu lat pełno było artystów, takie rysowanie czy pisanie w kawiarni nikogo nie dziwiło.

      Inaczej było niż dziś w kawiarniach krakowskich, a zwłaszcza u Noworola. Nie roiły się tam jak teraz wycieczki, bo instytucja wycieczek jeszcze nie istniała. Nie było na Rynku tłumu umęczonych turystów, nie było ostentacyjnie młodzieżowej młodzieży. Ta młodzieżowość to też był późniejszy wynalazek. Moi rówieśnicy byli zdominowani przez ważny świat dorosłych, przez ich problemy i sposób bycia. Właściwie nikt nas, młodzieży, wówczas nie zauważał, a w każdym razie nie traktowano nas jako problemu. Musieliśmy dorosnąć i koniec. Słowem, młodzież nie wtargnęła jeszcze do kawiarni. Byłam wyjątkiem i strzegłam się, żeby nie nadużyć tego przywileju. Przy stoliku Ojca i jego znajomych siedziałam cicho jak mysz."

      Noworolski w Krakowie

       (zdjęcie ze strony www.kawiarni)

      

      Lata mijają i co rusz, któraś z kawiarni, mimo, że nadal istnieje, traci tę swoistą, niezapomnianą atmosferę i przestaje być Mekką elity (takiej czy innej) i tylko turyści i tropiciele (tacy jak ja na przykład) usiłują odnaleźć dawnego ich ducha.

      Z „Noworolem” chyba też tak się stało.

      Przyznam się, że właściwie nigdy tam nie byłam.

      Owszem, w czasie studiów uwielbiałam kawiarnie, ale Noworolski zawsze mnie onieśmielał, taki był ekskluzywnie elegancki, nie z mojej bajki, i zawsze myślałam, że nie stać mnie po prostu na bywanie u nich.

      A teraz, mimo że bywam stosunkowo często w Krakowie, i na kawę pewnie byłoby mnie stać, jakoś nadal czuję, że nie jest to miejsce dla mnie.

      Ale przechodząc obok (a trudno nie przechodzić, jako że Noworolski jest na środku Rynku, w Sukiennicach) widzi się, że ciągle jest tam ruch i mnóstwo ludzi.

      Ponoć kremówki są tam idealne…

      Kiedy wybieram się do Krakowa, zawsze jest to dla mnie czas wyjątkowy. Tak bardzo lubię tam być i zawsze starannie wybieram miejsce na obiad i na kawę.

      Może jednak zajrzę do Noworola niebawem? …..

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Czy przeminął czas kawiarni? Na marginesie książki „Antoni Uniechowski””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 07 lutego 2014 09:01
  • czwartek, 23 stycznia 2014
    • Kawa w tramwaju smakuje lepiej?

      Mamy w Tarnowie niezwykłą kawiarnię, usytuowaną w tramwajowym wagonie, który stoi w centrum miasta, na Placu Sobieskiego.

      kawiarnia w tramwaju

      espresso tramwajowe

      To na pamiątkę, że kiedyś, od 1911 do 1942 roku po moim mieście kursował czerwony tramwaj; łączył Dworzec Kolejowy z ulicą Lwowską i Grabówką. Niemieccy okupanci zdemontowali cenną, miedzianą trakcję, wykorzystując ją na froncie. Jednak pasjonaci tradycji i historii włożyli wiele trudu, by przypomnieć i upamiętnić ten fakt z dziejów miasta.

      I tak powstała kawiarnia „Cafe Tramwaj”.

      Kawa espresso, którą tam piłam, jest przepyszna! Polecam!

       wnętrze kawiarni

      A pijąc, można pooglądać stare fotografie miasta i podpatrywać zza szyby życie mieszkańców.

      A ja zapraszam jeszcze do lektury fragmentu „Książeczki” Jana Bielatowicza, tarnowianina, który tak pisał o tarnowskim tramwaju:

       

      „Wyjeżdżać mógł nasz tramwaj spod dworca kolejowego dopiero wtedy, gdy na drugie ramię wideł rozjazdu wjechał wóz pędzący ze strony przeciwnej i kiedy już motorniczy z celebrą i wśród zachwytów widzów przełożył dyszel na dachu wozu do tyłu. Działo się to wszystko tak wolno, że zanim wóz ruszył, połowa podróżnych, narozkoszowawszy się wnętrzem tramwaju, wybiegała niby to urażona na ulicę, by potem ścigać się z tramwajem w górę ulicy Krakowskiej, przeciąwszy przedtem na przełaj planty kolejowe.
      Wjeżdżając na Krakowską zgrzytały piskliwie, jakby w przewidywaniu niezmiernej fatygi. Jeszcze gładka przestrzeń nad kościołem misjonarzy i browarem Sanguszki nie sprawiała im trudu, ale już od pierwszej rozjezdni u wylotu ulicy Krasińskiego zaczynała się wyczerpują spinaczka. Od tego już miejsca ci, którzy wybrali się pieszo zyskiwali przewagę nad tramwajem. Pod "Apollo" szło jeszcze jako tako, aliści od "Marzenia" wyglądało, że tramwaj nieuchronnie zacznie się staczać do tyłu. Ale wozy z herbem Leliwa nigdy się nie cofały. Na plac Sobieskiego, pod starostwo wjeżdżały rozgrzane zwycięstwem nad przestrzenią blisko tysiąca metrów. Nic dziwnego, że stąd już tanecznie, w pląsach, gęsto dzwoniąc i wesoło sypiąc iskry spod kół i znad drutów, rwały czerwone tramwaje półkolem wokół śródmieścia, przez ulicę Wałową do Pilźniańskiej Bramy, aby z górki na pazurki stoczyć się w dół ulicy Lwowskiej ku Grabówce.”

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 stycznia 2014 06:29
  • wtorek, 22 października 2013
    • Serce na talerzu – czytać? Nie czytać?

      Książki z kuchnią w tle – zrobiły się ostatnio bardzo modne. Pojawiają się na półkach księgarni jak grzyby po deszczu. Kuszą przepisami zamieszczanymi w treści lub na końcu książki. Są względnie tanie. Jak jesteś cierpliwa/y – nierzadko możesz upolować okazję cenową: promocję, przecenę.

      Mają typową strukturę: bohaterka (najczęściej) znajduje się na życiowym zakręcie, jest raczej nieszczęśliwa, niespełniona, zagubiona. Co odmienia jej życie? Pewnie się domyślacie: kuchnia!

      Nie, żebym negowała wartość gotowania (kocham moją kuchnię i uwielbiam w niej pichcić!), ale ten schemat jest już tak ograny, że aż męczący w każdym kolejnym wydaniu.

      (Drugim takim tematem samograjem, zapewniającym dobrą sprzedaż, jest schemat: obcokrajowiec kupuje gdzieś tam, na prowincji dom, przeżywa szereg perypetii, w końcu jednak wrasta w lokalną społeczność, przejmuje jej tradycje, zwłaszcza kulinarne).

      serce na talerzu

      „Serce na talerzu” nie odbiega od schematu. Ale kupiłam tę książkę w wydaniu kieszonkowym, więc tanio. To plus. Miejsce akcji wydawało się obiecujące: Nowy York, Waszyngton, Boston – kto by tam nie chciał pokucharzyć?

      Minusem jest fabuła – bardzo zmęczyło mnie śledzenie losów Alyssy, która naprawdę długo (za długo) nie ma pomysłu na swoje życie, a lokowanie uczuć w tzw. wolnym związku partnerskim niesie jej same kłopoty. Alyssa nie zdobyła mojego serca, raczej nie miałabym ochoty ponownie do niej wpaść z wizytą.

      Czy przepisy – choćby to były sekretne receptury sławnej nowojorskiej restauracji  – uratują tę książkę? Dla mnie jednak nie. Choć trzeba przyznać, że przepisy te kuszą i mamią. Kuszą - bo są bardzo atrakcyjnie sformułowane; tak autentycznie, gawędziarsko, domowo. Myślisz sobie: no, chyba rzeczywiście autorka te dania robiła, brzmią pysznie, chyba warto kupić tę książkę. Kupujesz ją - czytasz - idziesz do kuchni - sięgasz po rondle i.... no właśnie. I okazuje się, że książka tylko cię mami. Dużo obiecuje i raczej nie dotrzymuje obietnic. Myślisz sobie: ech! to pewnie ja nie jestem zbyt dobra, nie umiem zmierzyć się z daniem.

      Ale czy aby na pewno?

      Skusiłam się na zrobienie kultowej zupy pomidorowej z Sarabeth w N.Y. Kto by się nie skusił, czytając taki opis?:

      "W czasach mojej pracy u Sarabeth patrzyłam z zadziwieniem, jak klienci nabożnie kłaniają się przed ustawionymi przed nimi miseczkami z kremem z pomidorów. Gdy wspominam komuś po latach, że byłam tam kiedyś kelnerką, pierwsze co słyszę, to: O mój Boże, ta zupa..."

      Niezbyt mi się już na wstępie podobał pomysł robienia jej na bazie i mleka i śmietany jednocześnie i to gotowanych na parze – ale trzymałam się oryginalnego przepisu. Nawet użyłam pomidorów z puszki, choć była pełnia lata i soczyste, dojrzałe pomidory gruntowe kusiły na każdym straganie.

      Nie zachwyciło mnie to danie. Mamie nie smakowało zdecydowanie.

      Po tej jednej próbie dałam sobie spokój, w końcu niekoniecznie muszę próbować wszystkiego, o czym czytam.

      Poczytać książkę można, ale naprawdę niekoniecznie.

      Dla porządku, gdyby ktoś był zainteresowany, podam jeszcze jakie przepisy w książce znajdują się:

      Kluchy, kasztanki Punky Roger, aksamitny krem z pomidorów Sarabeth, chleb bananowy „orbitowanie bez cukru”, tosty z serem dla dwójki zakochanych dzieciaków, ciasto cytrynowe które odmieni twoje życie, nocne kanapki BLT w indykiem, chipsy z batatów, makaron z serem Marthy (Stuart), sos do sałatek mamy, idealna zapiekanka pasterska, ciasteczka z kawałkami czekolady Neimana Marcusa, sernik Lynn Papale, nadnaturalne brownie na czas rozstań i załamań, babeczki z owocami na przeprosiny, kurczak w ziołowej panierce dla głodnych ważniaków, ziemniaki Jennifer na ciepło z musztardą, łatwa ryba w stylu azjatyckim, nieokiełznana sałatka z kurczaka, wiśnie pod kruszonką dla osób o nazbyt kruchej konstrukcji, prosta pizza po trudnych chwilach, klopsiki z jagnięciny garnirowane ziarnami granatu i noworocznymi postanowieniami, fusili Nigelli z prażonymi orzeszkami piniowymi i fetą, wyborne ciastka z orzechów, rodzynków i czekolady, brudne bąbelki, quiche z cebula i czarnuszką na wypadek odwiedzin dżentelmena, wiosenna tarta, deszczowe rigatoni, prosty trifle.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 października 2013 00:05
  • środa, 09 października 2013
    • Kuchnia indyjska na polskiej prowincji

      Mam, co chciałam.

      Marudziłam, że kuchnia indyjska w Krakowie za ostra, że trzeba by ją przystosować do europejskiego smaku.  Poszłam w ramach rekonesansu przed swoja indyjską imprezą do tarnowskiej restauracji „Bombaj Music”, tej koło słonia.

      Bobmaj w Tarnowie

      Proponowana przez lokal kuchnia to dania zarówno indyjskie, jak i europejskie. Skoncentrowałam się na daniach indyjskich: samosy warzywne na przystawkę, zupa z kurczakiem i kukurydzą, kurczak w łagodnym sosie maślano-pomidorowym, chlebek naan.

      I słuchajcie, dobre to w zasadzie było, naprawdę nie można narzekać, ale …. Ale nie miało pazura! To było w stylu europejskim, a o klimacie Indii przypominał smak indyjskich przypraw gdzieś tam w tle, dało się je wyczuć, ale ledwo, ledwo.

      Samosy zrobiono w cieście philo (co jest raczej drogą kulinarną bardzo na skróty!), ale podano poprawnie, z trzema sosami (choć jeden z nich przypominał po prostu keczup doprawiony na ostro).

       samosy

      Zupa była raczej w stylu chińskim, nie indyjskim; z przeźroczystymi wstążkami jakby kluseczek – pytałam, co to za kluski czy makaron, ale powiedziano mi, że to tajemnica zawodowa kucharza!

       zupa indyjska

      Kurczak był o.k., ale obok niego były również kawałki kiełbasy, co – jak dla mnie - było smaczne, ale czy aby kanoniczne dla kuchni indyjskiej?

      Z przeczytanych źródeł wynika, że żadna z kuchni zarówno na północy kraju, ani bombajska (czyli zachodnia), ani tym bardziej południowa (w zasadzie wegetariańska) nie spożywa wieprzowiny.

       kurczak po indyjsku

      Chlebek naan w porządku, pyszny.

      naan

      Wzięłam sobie do późniejszej degustacji jeden płatek – i co za rozczarowanie! Zrobił się twardy, nic mu nawet podgrzewanie w mikrofalówce nie pomogło. To zła dla mnie wiadomość, bo wynika z tego, że nie da się go przygotować wcześniej, przed przyjściem gości. Chyba będę musiała zrezygnować z pieczywa i zdecydować się tylko na ryż.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Kuchnia indyjska na polskiej prowincji”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 09 października 2013 07:44
  • wtorek, 01 października 2013
    • Kuchnia indyjska w Krakowie

      Przygotowuję się do przyjęcia, na którym chciałabym podać dania kuchni indyjskiej.

      To trochę karkołomne wyzwanie dla kogoś, kto nigdy w Indiach nie był (znaczy dla mnie).

      Jednak po przypomnieniu sobie świetnej książki „Kari na bananowym liściu” autorstwa O. Sobańskiego i J. Pałęckiej – mam już jakie takie pojęcie o kuchni indyjskiej, o filozofii przygotowywania potraw, głównych składnikach tam używanych, rodzajach dań.

      Przyszedł czas na posmakowanie:

      Wybrałam restaurację w Krakowie „Indus Tandoor” przy ul. Sławkowskiej. Reklamuje się ona jako autentyczna, działa od 1988 roku, kucharzem jest Hindus.

      Wystrój ma elementy kultury indyjskiej, dużo starego złota w detalach (słonie, dzbany, lampy), ściany wyłożone wytłaczaną skórą, ciemne masywne meble. Trochę mroczno. Pozłacane, ozdobne, ciężkie sztućce, prosty fajans talerzy.

      Indus Tandoor

      sztućce w Indus Tandoor

      Zdecydowałam się spróbować tylu dań, ile byłam w stanie zjeść:) Zrobiłam założenie (przyznaję od razu – nie wiem czy słuszne – tu muszę się jeszcze dokształcić!), że na posiłek w rodzaju obiadu lub kolacji składają się: przekąska, zupa, danie główne.

      Jako przekąskę wybrałam samosy nadziewane pikantnymi ziemniakami i groszkiem z trzema rodzajami sosów, podane z surówką.

       samosy

      samosy w środku

      Samosy dobre, ale ostre. Jeden z sosów totalnie dla mnie za ostry, pozostałe dwa: pomidorowy i jogurtowy – pyszne!

       Potem zdecydowałam się na zupę dal z soczewicy.

       zupa dal

      Dla mnie nie do przyjęcia! Tak dużo przypraw miała w sobie, że była aż gorzka. I szalenie ostra. Na pewno chciałabym podać tę zupę u siebie (uwielbiam testować zupy z soczewicy z różnych kuchni narodowych), ale na pewno będę bardzo, bardzo ostrożna z przyprawami.

      Wiem, że pewnie się nie znam, że kuchnia indyjska musi być ostra, ale złagodzę ją, wyjaśniając oczywiście gościom modyfikację; w czystej postaci nikt by mi tak ostrych potraw nie zjadł!

       I danie główne: chicken tikka masala – kawałki kurczaka w marynacie pieczone w piecu tandoori, podane w kremowym sosie pomidorowym.

      chicken tikka masala

      Tym daniem jestem zachwycone! Pyszne, soczyste mięso kurczaka, w znakomicie wyważonym smakowo sosie, nie za ostre. Kurczak podany był w żeliwnym zgrabnym tygielku, postawionym na podgrzewaczu, do tego chlebek naan.

      N pewno spróbuję to danie u siebie podać.

      Ponieważ kuchnia indyjska nie uznaje żadnego alkoholu (z przesłanek religijnych), nie zamawiałam do posiłku żadnego wina czy piwa, mimo, że w karcie menu one są obecne. Zakończyłam posiłek po prostu zieloną herbatą.

      Nie wiem, czy menu tej krakowskiej restauracji jest reprezentatywne dla kuchni indyjskiej, ale mam nadzieję, że tak, i będzie dla mnie pewnym wzorcem.

      Byłam tam w dzień powszedni, ok. godz. 15 i ruch był spory, jak na krakowski lokal. Żadnego kłopotu ze stolikiem nie było, ale też lokal nie świecił pustkami.

      I jeszcze ceny: za przystawkę, zupę, danie główne i herbatę zapłaciłam 60 zł.

      Myślę, że warto tam zajrzeć:)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kuchnia indyjska w Krakowie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 października 2013 06:25
  • poniedziałek, 08 lipca 2013
    • Kuchnia duchów – recenzja

      Na moim kulinarnym regale pojawiła się nowa książka: Kuchnia duchów – autorstwa Jael McHenry (amerykańskiej blogerki – www.simmerblog.typepad.com – ale wpisy skończyły się na tam początku 2012 roku).

       kuchnia duchów

      Sama nie wiem, czy chciałabym polecać tę książkę.

      Powie mi więc ktoś: nie wiesz – to nie pisz! Niby logiczne. Ale jednak nie zgadzam się z takim podejściem. Przeczytałam, to powiem, co myślę. W końcu nie muszę być pewna, nie muszę być na „tak” albo na „nie”.

      A więc książkę czytałam z zainteresowaniem i chwilami ze wzruszeniem; ewidentnie wciągała w swój nurt, i od początku sympatyzowało się z bohaterką.  Jednak pomysł „kulinarny” był dość karkołomny. No bo pomyślcie: naszą Ginny, mającą zresztą problemy psychiczne (odmiana autyzmu), odwiedzają duchy zmarłych, kiedy gotuje ich potrawy, z przepisu spisanego przez nich własnoręcznie kiedyś tam. I przekonuje się nas, że to naprawdę prawda.

       Trochę naciągane, myślę. Jednak pomysł na „około kulinarną” książkę był ciekawy. Bo przecież potrawa – jej smak, zapach, wygląd, sposób przygotowania – jak najbardziej mógł przywoływać wspomnienie tych co odeszli. Ale jednak TYLKO wspomnienie.

      A prezentowane tu potrawy? Nie one są najważniejsze.  Krzątanina w kuchni jest terapią, pomaga bohaterce przystosować się do życia w społeczeństwie. Niektóre przepisy są banalne: jajko na twardo, omlet, czy gorąca czekolada.  Zainteresował mnie właściwie jeden przepis: na toskańską zupę ribollitę. Przepis na nią pochodzi od włoskiej niani bohaterki. Chyba jednak bardzo zamerykanizowana była ta niania, bo nie przejmuje się zbytnio oryginałem przepisu i zamiast obowiązkowej czarnej kapusty -  używa do gotowania tej zupy jarmużu. Na szczęście przepis na ribollitę pojawia się raz jeszcze na końcu książki, tym razem zgodny z toskańskim kanonem, a wypracowany jest przez samą Ginny, która spisała efekt swoich prób i przestudiowanej literatury przedmiotu. Popatrzcie:

      „Ribollita Ginny

      4 ząbki czosnku, 4 szalotki pokrojone w plasterki, pół szklanki ugotowanej białej fasoli, pół szklanki ugotowanej cieciorki, puszka pomidorów w zalewie, bulion z kurczaka, ¼ główki kapusty pokrojonej w paski, 1-2 łyżki świeżego oregano, 2 szklanki pokrojonego w kostkę chleba, oliwa z oliwek, pół szklanki parmezanu, sól, czarny pieprz.

      Czosnek na dnie płytkiego rondla już się złoci. Muszę działać zanim się zrumieni. Wlewam bulion, dodaję szalotki i posiekane oregano, zwiększam płomień. Tak jak być powinno. Wszystko po kolei. Pieprz, dwa rodzaje ugotowanej na miękko fasoli. Pomidory. Na końcu pokrojoną w paski kapustę. Przykrywam rondel, chroniąc zawartość przed wyparowaniem i pozwalam zmieszać się smakom.

      Na osobnej patelni  ostrożnie opiekam na oliwie kostki chleba, obracając je na wszystkie strony, potem wykładam na papierowy ręcznik do wystygnięcia. Tuż przed podaniem mojej ribollity dodam tarty parmezan, a na wierzchu ułożę grzanki. Od grudnia przeczytałam i wypróbowałam kilkanaście różnych przepisów na ribollitę, ale to jest moja ulubiona wersja. Stosuję składniki i proporcje, jakie lubię. Efekt finalny jest dziełem jednej osoby. Trochę w nim Nonny, trochę innych osób, których w ogóle nie znam. I w końcu trochę Ginny.”

      Myślę, że przepis wart jest wypróbowania. Zrobiłam go, ale – podobnie jak Ginny - też „po swojemu”. Dodałam łodygę selera naciowego, oregano miałam tylko suszone, a zalewałam warzywa wodą spod gotowania fasoli, nie bulionem. I połowę fasoli zmiksowałam. I sprawa podania. Istotą ribollity jest odgrzewanie, ono decyduje o smaku. Więc w pierwszy dzień po ugotowaniu dodałam do zupy grzanki i zostawiłam na noc. Dopiero na drugi dzień, po odgrzaniu, jadłyśmy z mamą tę zupę. Wyszło świetnie i smacznie, nawet mama, która jest dość tradycyjna, nie marudziła, tylko wsuwała ją ze smakiem.

      ribollita

      Czytając tę książkę, pomyślałam sobie jeszcze, że – aczkolwiek to absurdalne – ale mnie łatwo byłoby przywołać „na przepis”, bo zupełnie sporo mam w swoim zeszycie kulinarnym przepisów spisanych własnoręcznie:) mam też własnoręczne przepisy mamy, siostry, koleżanek. Myślę, że czas  zgromadzić je w jednym miejscu i założyć specjalny zeszyt domowych przepisów.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kuchnia duchów – recenzja”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 lipca 2013 00:25
  • czwartek, 25 października 2012
    • Nie ma to jak stara, papierowa "Kuchnia polska"

      O tej książce myślę:
      

      Kuchnia Polska

      A sprawa dotyczy nieszczęsnego królika, który tak przeraził niektórych uczestników polskiego  Master Chef.
      Mnie zaniepokoiły natomiast braki mojej wiedzy kulinarnej. Nie robi się królika w naszym domu, a p. Gessler ostrzega w programie, że nie jest to łatwe mięso.
      Dobrze, to trzeba by sobie temat postudiować.
      Przyznam, że w takich przypadkach nie szukam informacji w necie. Pewnie bym znalazła, ale moje zaufanie do takich informacji jest dość ograniczone. Wolę sobie sięgnąć do źródeł autoryzowanych, a sięgam zwykle najpierw do wydania niemal encyklopedycznego, kompleksowo ujmującego techniki kuchenne. Właśnie do "Kuchni polskiej", pracy zbiorowej Państwowego Wydawnictwa Ekonomicznego (mam wydanie z lat 80-tych XX wieku). Swego czasu wiele wysiłku włożyłam w zdobycie tej książki (takie pozycje kupowało się spod lady).
      Więc otwórzmy: hasło królik - proszę bardzo, ta książka jest niezawodna. Dowiemy się jak go oprawić, jak podzielić tuszkę, które jej części na co zużyć, jak królika piec, jak dusić.
      I na następnych kartach - kilka konkretnych przepisów: różne potrawki z królika, paprykarz, królik po francusku, królik pieczony, królik na sposób zająca po polsku.
      Koniecznie muszę kupić królika i coś popróbować.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Nie ma to jak stara, papierowa "Kuchnia polska"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 października 2012 00:51
  • czwartek, 04 października 2012
    • McDusia? Ależ tak!

      Pewnie wszyscy miłośnicy "Jeżycjady" wiedzą już, że nowy tom czeka na nich od wczoraj w księgarniach.
      

      McDusia

      Zdążyłam już przeczytać 2/3, więc mogę już wam zdradzić co nieco:)
      Mało brakowało, a byłabym zarwała noc, ale się opanowałam:) Zresztą ja nie lubię tak od jednego przysiadu połykać książek; lubię je smakować:)

      Ale wróćmy do książki. Do gry wchodzi nowe pokolenie: jedna z bliźniaczek, córka Kreski, Magdusia, kolega Józinka, Dziuba, i ich koleżanka z klasy, Agata - zapowiada się, że Agata chyba będzie ważna w życiu Józinka. A Ignacy Grzegorz jest zauroczony McDusią.
      Laura wychodzi wreszcie za mąż za NaszPanaPolonistę. Ach! co za sukienkę miała!!!! ale o tym już ani słowa. Sami to musicie przeczytać:)
      Za to pozwólcie, że przedstawię wam fragment z opisem tortu weselnego, zamówionego przez Pannę Młodą u Bernarda:

      "Wniesiono właśnie z balkonu zapomniany przez kilka dni prezent od Bernarda. Pudło było przysypane śnieżną czapą, a kiedy zdjęto opakowanie, rozległ się pełen zgrozy krzyk Laury ("Aaaa! Aaaa! Co on zrobił? Oszalał?") i zbiorowy, gromki wybuch śmiechu.
      Zachowany w idealnym stanie przebogaty, trzypiętrowy tort był istną symfonią zieleni we wszystkich możliwych odcieniach. Pokryty został całkowicie płaszczem zielonego marcepanu i seledynowymi zawijasami kremu, zaś po bokach tortu, pośród liści paproci, roiły się grupki roześmianych gąsienic utuczonych z masy w kolorze groszku. Korowód szmaragdowych żuków pełzł w górę, po obłędnej spirali, ku girlandzie cukrowych róż.
      Z całego tortu tylko te róże były białe.
      Bo już napis "Wiosną pieniądze rosną" wykonano z marcepanowych literek o barwie ciemnego szpinaku.
      Ludzie pokładali się i płakali ze śmiechu, Laura wznosiła okrzyk za okrzykiem, a rozpromieniony Adam robił zdjęcie za zdjęciem"

      A wiecie, że jednym z prezentów ślubnych dla Laury była "Kicia" - robot KitchenAid????
      Miłej lektury!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „McDusia? Ależ tak!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 października 2012 06:20
  • środa, 03 października 2012

Kalendarz

Styczeń 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl