Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy otagowane „recenzje”

  • poniedziałek, 10 września 2012
  • piątek, 07 września 2012
    • Nowa Chmielewska

      Wiecie, że właśnie pokazała się nowa książka Joanny Chmielewskiej? "Krwawa zemsta".
      

      nowa Chmielewska

      No, kupiłam. Kupuję jednak każdą nową jej pozycję, mimo rozczarowań poprzednią, z nadzieją, że będzie tak śmieszna jak choćby "Lesio" i pasjonująca jak "Całe zdanie nieboszczyka". O! albo takie jak "Wszystko czerwone" czy "Wszyscy jesteśmy podejrzani". Wiecie, o co mi chodzi; tamte pierwsze jej książki to było COŚ.
      Kupuję więc, kupuję, i... ciągle czekam na to coś.
      Zobaczymy, co będzie teraz.
      Tutaj trup pojawił się już na drugiej stronie książki.
      Teraz jestem na stronie 150 i chyba jeszcze nie wszystkie wątki zostały zarysowane, ale wiadomo już że będzie o zdradzie, ogłuszonej nią żonie, o rozwodzie, o tym co on w niej widzi. O! a widzi.... no, to trzeba przeczytać:)
      Kulinarnie książka póki co rozczarowuje. Zwykle Chmielewska wplatała w swoje książki kolacyjki, obiadki, małe danka robione mimochodem, fajne pomysły kulinarne. Tu - jak na razie - mamy tylko przegryzki kupowane w sklepie:(

      Na tym kończę pierwszy raport czytelniczy:)
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Nowa Chmielewska”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 07 września 2012 06:31
  • poniedziałek, 03 września 2012
    • Tęczowa kuchnia Magdy Gessler

      Kupiłam nową książkę kulinarną:)
      No, skoro mam nowe regały, to mogę sobie na to pozwolić:)
      Książka ma rok wydania - 2011, więc taka nowa to już nie jest, ale ja dopiero teraz ją zobaczyłam.
      Ma tytuł: "Kocham gotować. Przepis na życie" Magdy Gessler
      

      kuchnia Magdy Gessler

      Przyznam uczciwie, że nie darzę p. Gessler i jej medialnego zachowania sympatią, ale mam już jedną jej książkę ("Kuchnia moja pasja") i uważam, że jej przepisy są świetne.
      Ta książka też zapowiada się znakomicie i jest kolorowa jak tęcza.
      Posłuchajcie, co sama mówi:

      "W zależności od tego jak ugotujemy, z jakim humorem, z jakim nastawieniem, dla kogo - takie właśnie będzie to jedzenie.
      Jest ono przekazywaniem uczuć - jak kogoś kochamy, tak dajemy mu jeść.
      Każde uczucie ma swój kolor, każda emocja kojarzy mi się z aurą w określonej barwie. Piszę o swoich przeżyciach związanych z kolorami, opisuję, co te kolory ze mną robią, jak wpływają na mnie i na moje otoczenie. Gdy dotykam kolorów i tworzę z nich jedzenie, to wiem, że ono działa na osobę, dla której gotuję, w bardzo konkretny sposób. Czaruję kolorem, smakiem i zapachem."

      Edycyjnie książka jest piękna:) I do czytania, i do oglądania, i zdjęcia zachęcają do kulinarnych eksperymentów.
      Polecam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Tęczowa kuchnia Magdy Gessler”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 września 2012 06:11
  • czwartek, 10 maja 2012
    • Czy kuchnia w Polsce jest kuchnią polską???

      Jak wynika z nowo wydanej książki Wojciecha Nowickiego, zatytułowanej "Stół, jaki jest. Wokół kuchni w Polsce" - to nie bardzo.
      

      stół jaki jest

      Nowicki, krakowski smakosz, a zarazem krytyk kulinarny, publikujący swoje kulinarne felietony w "Gazecie Wyborczej", nie zostawia raczej suchej nitki na tzw. dzisiejszej kuchni polskiej; przy czym ma tu raczej na myśli kucharzy zawodowych i restauratorów. Choć przeciętnemu Kowalskiemu, czy raczej Kowalskiej (bo w przeciętnej polskiej rodzinie to raczej kobieta zajmuje się gotowaniem) też się dostaje.
      Nowicki uważa, że chroniczne braki żywności w PRL-u poczyniły ogromne spustoszenie w polskim dziedzictwie kulinarnym i polska kuchnia właściwie przestała istnieć. I to zarówno tzw. staropolska (a więc według jego rozumienia kuchnia dworska, ziemiańska), jak i kuchnia ludowa, chłopska i mieszczańska.
      A nasze współczesne społeczeństwo, już po okresie transformacji ustrojowej, zachwyciło się i zachłysnęło kulinarnymi wzorcami czerpanymi z podróży (Włochy! Włochy przede wszystkim!), zaczęło je odtwarzać i naśladować, dopasowując jednakże do polskich gustów gotowania. I tak powstały karykaturalne pizze i pasty, i zestawienia potraw i smaków, o których się Włochom nigdy nawet nie śniło.
      Wszystko to zresztą byłoby o.k., gdyby się ludziom nie wmawiało, że ten nowy twór to właśnie kuchnia włoska (!)
      I tak restauratorzy tworzą jakieś dziwne hybrydy, a w przeciętnej rodzinie nikt nie ma czasu na gotowanie, więc na domowych stołach pojawiają się półprodukty z supermarketów naszpikowane chemią.
      Tak w największym skrócie można by scharakteryzować książkę p. Nowickiego.

      Przyznam, że czytałam ją z dużymi emocjami:) nie zgadzając się w wielu punktach z autorem.
      Myślałam o kuchni w moim rodzinnym domu i o kuchni, którą teraz ja osobiście - nazwijmy to - "uprawiam".
      I gdyby nie to, że akurat moja osobista kuchnia przechodzi sporą transformację, z uwagi podjęty wysiłek odchudzania się:)))) - to z przyjemnością pozwoliłabym sobie na scharakteryzowanie kuchni jak najbardziej polskiej, jak najbardziej do dziś stosowanej.
      Rok temu podjęłabym polemikę.
      Ale dziś???
      Może jednak p. Nowicki ma rację?
      Może już tej tradycyjnej kuchni polskiej nie ma?

      Książkę polecam, choćby dlatego, że uchwyciła jakiś punkt zwrotny w dziejach polskich kulinariów.
      I zmusza do zastanowienia się nad istotą rodzimej kuchni.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Czy kuchnia w Polsce jest kuchnią polską???”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 maja 2012 06:21
  • niedziela, 11 marca 2012
    • Książka blogerki Tartelette

      Wydawnictwo Helion wydało właśnie książkę Helene Dujardin (Tartelette): Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań.
      

      książka Tartelette

      Czytam ją właśnie i jak dla mnie to rewelacja!
      Wreszcie jest książka poświęcona tylko i wyłącznie fotografii kulinarnej. Na rynku jest wiele pozycji poświęconych fotografii cyfrowej, ale są to tomiszcza traktujące o fotografii w ogóle, fotografii wszystkiego, o zasadach ogólnych.
      Tu mamy jeden konkretny temat fotografii i to napisany przez blogerkę, której blog: Czytam ją właśnie i jak dla mnie to rewelacja!
      Wreszcie jest książka poświęcona tylko i wyłącznie fotografii kulinarnej. Na rynku jest wiele pozycji poświęconych fotografii cyfrowej, ale są to tomiszcza traktujące o fotografii w ogóle, fotografii wszystkiego, o zasadach ogólnych.
      Tu mamy jeden konkretny temat fotografii i to napisany przez blogerkę, której blog: http://www.tarteletteblog.com/  pewnie każda blogerka kulinarna od dawna zna i podziwia:)
      Czytając ją - wiemy, o czym pisze. Znamy tę walkę z oporem materii, z parszywym wyglądem pysznej zupy czy sałatki, ze światłem padającym nie tak jak trzeba, czy z płaskim, sztucznym światłem, które ma do dyspozycji przez sporą część roku kobieta pracująca, która do kuchni dociera dopiero pod wieczór, a chciałaby coś jednak poeksperymentować:)
      Świetne w tej książce jest to, że Tartelette nie tylko omawia słowami poruszany problem; ona go również DOKŁADNIE ilustruje zdjęciami. Mamy każdorazowo kilka ujęć tego samego tematu i dokładnie opisane różnice zastosowanych ustawień aparatu.
      Zdjęcia są kolorowe, na dobrym papierze i to za niewygórowaną, jak na taką tematykę i ilość zdjęć, cenę - 59 zł.
      Już widzę, że będzie ta książka u mnie w bibliotece podręcznej i będę do niej ciągle wracać.

      P.S. Jeśli szukalibyście tej książki w Merlinie, to uwaga! jako jej autora podano tłumacza, P. Cieślaka - naprawdę nie rozumiem dlaczego???????

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Książka blogerki Tartelette”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 marca 2012 06:07
  • poniedziałek, 27 lutego 2012
    • "Podróż na liściu bazylii"

      Książka Krzysztofa Mazurka "Podróż na liściu bazylii" zaczęła się dość zwykle, choć ciekawie.
      Marianna - bibliotekarka z małej mieściny wygrywa konkurs i wyjeżdża na kulinarny kurs do Toskanii.
      Opis cyprysów, rozrzuconych wzdłuż toskańskich dróg, żywiołowy włoski kucharz i jego kulinarne tajemnice, które odkrywa zapatrzonym w niego uczniom, willa z kamiennymi posadzkami i wielką kuchnią. I zachwyt prostotą i smakiem włoskiej kuchni.
      Ale zanim zdążyłam się tym znużyć - pojawiła się tajemnica, której powierniczką stała się Marianna, i stara księga, na poły kulinarna....
      I w ślad za tajemnicą - zbrodnia.... kucharz zostaje zamordowany! ouuuuu!
      Akcja potoczyła się wartko, czasem aż nazbyt wartko, jak dla mnie:)
      Toskania, Genua, Sycylia, wyspy greckie - doprawdy, chciałoby się gdzieś zostać, zatrzymać na dłużej. A tu ciągle jedziemy dalej, i dalej....
      Marianna spotyka coraz to nowych ludzi, aż w końcu ślad prowadzi - jak myślicie, gdzie???? - ano do Polski:)
      Trafiamy do Krakowa, do Bochni, a potem - tu aż westchnęłam i oczy otworzyły mi się szerzej i usta uśmiechnęły - trafiamy do Nowego Wiśnicza, do zamku! który z różnych względów jest mi bardzo bliski:) i koło którego mieszkam tak bardzo blisko:) (stosunkowo)
      

      Toskania i Nowy Wiśnicz

      Mamy więc już zarys akcji; czas na kulinaria.
      Nie brakuje tu ich. W końcu to laureaci kulinarnego konkursu przyjechali do Toskanii na kurs.
      - jak zagniata się włoski makaron?
      - jak przyrządzić małże?
      - jak usmażyć sycylijskie arancino?
      - jak skomponować menu na włoską kolację?
      - jak i z czym pic grappę?
      - znajdziemy tu odpowiedź na wszystkie te i wiele innych frapujących pytań.
      A bazylia odgrywa w książce zupełnie niebagatelną rolę!

      Spróbowałam zrobić opisane tutaj kule pomarańczy po sycylijsku; popatrzcie, wskazówki są naprawdę dokładne:)
      

      arancio siciliane

      "Myślałem, żeby zrobić coś sycylijskiego. Jest ryż, mielone mięso i groszek. Tu mamy jajka i mozarellę.
      - Arancine siciliane? - spytała.
      - Tak - uśmiechnął się i Marianna zorientowała się, że zdała egzamin wstępny.
      Po minucie już wiedziała, gdzie są noże, miski i deski do krojenia. Kuszelas nacisnął na odtwarzaczu płyt jakiś guzik i z ukrytych w ścianach głośników popłynął głos Sade. Pracowali w skupieniu, bez niepotrzebnych słów, jak gdyby znali się od lat. Nie odrywając się od tego, co robiła, Marianna podała mu cebule do posiekania, a kiedy rzucił mięso na gorącą oliwę, podsunęła trzy ząbki czosnku. Uśmiechnął się niedostrzegalnie, kiedy jednym ruchem rozbiła główkę na ząbki, uderzając pięścią o bok szerokiego noża i przygważdżając czosnek do blatu. Poszukała wzrokiem kopyści do mieszania ryżu, a on już ją podawał, jakby zgadywał jej myśl. Podsunął masło, kiedy zabarwiony żółtkami ryż wchłonął już cały wywar, a ona - widząc, że jest zajęty czym innym - pokroiła w kostkę mozarellę. Dopiero kiedy układali na dłoniach warstwy przestygniętego ryżu, nadziewali je przesmażonym z odrobiną koncentratu pomidorowego mięsem i mozarellą, formowali podobne do pomarańczy kule i wiedzieli, że kolacja będzie na czas, zaczęli rozmowę. Może dlatego, że poczuła w nim bratnią duszę, a może wiedziała, że to spotkanie jak w pociągu relacji Przemyśl-Szczecin, w którym ludzie przez jedną noc opowiadają cale swoje życie nieznajomym, Marianna snuła opowieść o tym, czego nauczył ją Giorgio, o szczęśliwych dniach w willi Santa Maria, o surowym pięknie Toskanii i o tajemniczej książce kucharskiej."

      Smacznego! i miłego czytania! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „"Podróż na liściu bazylii"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 lutego 2012 06:16
  • niedziela, 26 lutego 2012
    • O czym można myśleć w kuchni?

      Kiedy jest jakiś problem z potrawą, kiedy coś nie wychodzi - nie ma czasu na żadne tam rozmyślania!
      Ale kiedy wszystko idzie gładko, bez stresów - ho, ho! ileż możliwości otwiera się dla świata myśli.
      W książce "Podróż na liściu bazylii" autor tajemnej, siedemnastowiecznej włoskiej książki kucharskiej zamieszcza obok przepisów kulinarnych - swoje rozważania nad istotą świata. Czytając je, łatwo sobie wyobrazić tło tych rozważań:
      Oto kuchnia. Pewnie z kamienną posadzką, z dużą żelazną płytą na piecu opalanym drewnem, na płycie miedziane wypolerowane garnki, w których pyrkocze zupa i gęsty sos. Słońce zagląda przez okno, które wygląda jak obraz na ścianie, wypełnione drzewami i niebem. Na parapecie okna siedzi kot, wygrzewając się w słońcu i wdychając upojne zapachy gotujących się potraw.
      

      w kuchennym oknie

      Przy piecu, opasany fartuchem, z drewnianą łyżką w dłoni, stoi zapatrzony w swoje myśli kucharz (a może kucharka). Wchłania w siebie urok chwili, by wieczorem, w pokoiku na mansardzie zanotować przy świetle kaganka:

          "Stworzyliśmy słowa, by mówić: «Drzewo jest wysokie» albo: «Oliwki z Sycylii są lepsze niż oliwki z Rzymu», albo: «Zaraz napiję się wina». Czy to wystarczy? Wszak istnieje nie tylko materia. Co z duchem? Czy da się ducha opisać słowem? Próbowali poeci piszący o miłości pięknie nakładać słowo na słowo, a spomiędzy słów wyłaniało się coś ulotnego. I odfruwało. Próbujemy to coś uchwycić muzyką, tańcem, sztuką kulinarną. Jeśli czasem nam się udaje, nie umiemy później o tym opowiadać. Brakuje nam słów, bo te, które mamy, pasują tylko do opowieści o materii.
          Mój kot siedzący na oknie patrzy na mnie zielonymi oczami. Co widzi? Co odczytuje? Na pewno nie zdania, które kreślę na pergaminie. Czy mogę zatem powiedzieć, że jestem doskonalszy od mojego kota? Jeśli tak, to kot jest doskonalszy od drzewa, które rośnie pod moim oknem, a drzewo od kamienia, który pod nim leży, i tak bez końca. Co nas różni? To, że ja z Tobą, Czytelniku, rozmawiam, kot ma zachwycające kocie ruchy, drzewo szumi na wietrze, a kamień leży obojętny na wiatr i deszcz. Co dalej? Deszcz pada, zamienia się w strumień, a zimą skuwa go lód. I dalej. Gdzie woda jest prawdziwsza? W kropli deszczu, w strumieniu czy w bryle lodu? I jeszcze dalej. Kto z nas jest prawdziwszy? Ja, kot, drzewo czy kamień? Dzieli nas to, że w nich jest więcej materii, a we mnie i w Tobie więcej uwolnionego ducha. Co nas z nimi łączy? To, że zostaliśmy stworzeni z tej samej boskiej gliny. Stworzeni słowem. Na początku bowiem było słowo."

      Jakie piękne... i tylko mój kot ma oczy niebieskie...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „O czym można myśleć w kuchni?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 lutego 2012 00:35
  • czwartek, 09 lutego 2012
    • Kuchnia żony ministra

      Nie zwróciłabym na tę książkę uwagi, gdyby nie przypadkowo usłyszana rekomendacja Oli Lazar w "Kuchni.Tv".
      Zwłaszcza tytuł książki jest dla mnie mało nośny: "Przepisy z mojego ogrodu" - nie mam ogrodu, działki, ani niczego takiego.
      Przyznam też, że nazwisko autorki: Anna Applebaum-Sikorska - też nic mi nie mówiło, zwłaszcza, że nie skojarzyłam jej od razu z nazwiskiem polskiego ministra spraw zagranicznych:)
      książka żony ministra

      Ale cieszę się, że trafiłam na tę książkę, ładnie wydaną, na pakunkowym papierze, stylizowaną na staroć (fakt, że zdjęciom ta stylizacja na dobre nie wyszła!)
      To bardzo ciekawe móc popatrzeć na naszą rodzimą kuchnię oczami cudzoziemki, która tu zamieszkała i którą zaciekawiła nasza kuchnia na tyle, że zaczęła ja stosować w swoim domu.
      Znalazłam u niej i moje ulubione dania: bigos, żurek (którym p. Sikorska szczególnie się zachwyca), grzyby, gołąbki, pierogi.
      Czytam tę książkę bardzo uważnie i nie przeszkadza mi, że są tu przepisy na potrawy zwykłe, codzienne w polskiej kuchni (a był to jeden z zarzutów, który przeczytałam w jednej z recenzji książki). Wręcz przeciwnie, rzeczy, wydawałoby się najbardziej oczywiste, często takimi wcale nie są.
      Autorka zbierała przepisy kulinarne w Polsce, po czym testowane one były przez nią tutaj, w Polsce, i przez jej przyjaciółkę, w Nowym Jorku.
      Fuzja kuchni polskiej, żydowskiej i amerykańskiej wydaje się być bardzo ciekawa.
      Póki co zszkował mnie jednak jeden przepis: do grochówki autorka każe dodać poszatkowaną kapustę włoską! Rany!!!! skąd taki pomysł??? ja się z czymś takim nie spotkałam:) ale może jednak nie znam dogłębnie niuansów polskiej kuchni? postudiuję ten problem:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Kuchnia żony ministra”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 lutego 2012 06:33
  • środa, 21 września 2011
    • Był pałac

      Skusiło mnie nazwisko autorki: Uniechowska-Dembińska. Czyżby to rodzina znanego, bardzo przeze mnie lubianego grafika Antoniego Uniechowskiego? Tego, który lekką, czarną, roztańczoną kreską wyczarowywał świat dziewiętnastowiecznych salonów, choćby w "Lalce" B. Prusa?
      Okazało się, że tak, autorka książki, Krystyna, jest jego córką, a książka "Był pałac" jest ilustrowana grafikami ojca.
      

      Uniechowska

      Jest to świat widziany oczami 10-letniej dziewczynki, "panienki z dobrego domu", która po ucieczce z płonącej Warszawy 44. roku, wraz ze starszym bratem przybywa do rodzinnego majątku w Małopolsce.Tu zastają inny świat. Tu czas, jakby się zatrzymał.
      Pałac żyje swoim własnym życiem. Tak, jakby nie było wojny, jakby nie było żadnych braków.
      Ach, choćby te opisy zwykłych, codziennych posiłków, których nie powstydziłaby się niejedna uczta! Raj dla smakoszy!
      

      uczta

      Właściwie od początku się wie, jak książka się skończy.
      Pałac, to jakby tonący Titanic, gdzie do końca gra orkiestra.
      A przecież już idzie nowe, powojenne NOWE, które zdewastuje, zniszczy do szczętu całe materialne piękno Pałacu.
      Nie próbuję pokusić się nawet na żadne oceny czy podsumowania. Powiem tylko, że książkę czyta się jednym tchem, ciesząc się precyzją języka i soczystością opisów, nie mówiąc już o zaskakujących zwrotach akcji!
      Bardzo polecam:) zwłaszcza kulinarnym maniakom:)
      

      kuchnia w pałacu

      I jeszcze mała próbka całości:

      "Magia kuchennych obrządków w tamtym dniu była ważniejsza niż szczury. Już któraś z kobiet podaje mi puszkę z cynamonem. To próba generalna, harce przed bitwą o ucztę wigilijną i święta. Pałac bez swoich kuchni i spiżarni nie miałby po co istnieć. Byłby martwą kamienną skorupą. Tylko tu można wywęszyć duszę Pałacu.
      Dostąpiłam zaszczytu zwiedzenia jednej z trzech pałacowych spiżami. Chwila równie wzniosła jak ta, gdy pierwszy raz zza palisady żelaznych pik zobaczyłam Pałac, Mekkę moją i brata, naszą górę Ararat z osiadłą na niej Arką. Pstryknęło światło żarówki, słabej jak w bieliźnianej szafiarni. Ale nieważny był widok półek zastawionych ... - wiadomo, do czego służą spiżarnie - lecz zapach. Chociaż zapachy nie potrafią się śnić, tu były snem. W lekko stęchłym powietrzu spiżarni śniło się świat. Co tam haszysz i marihuana wobec zapachu, który tu materializował się w wyśniewane podróże! Tak pachną luki frachtowców wiozących ze Wschodu korzenie, przyprawy niegdyś warte tyle samo co złoto. A że teraz zatapiają je niemieckie U-booty, ocalała tutaj woń wydaje się tym cenniejsza; spiżarnia jeszcze przesiąknięta zapachem świeżo upieczonego chleba - bochenki leżały szeregiem na desce, posypane kminkiem, makiem czy czarnuszką, a słodkie buły maślaną kruszonką - była jak oddech życia.
      - To spiżarnia na takie różne jaśniepańskie fanaberie - pani Rózia lekceważąco wskazała słoje z rodzynkami, z laskami wanilii, z kandyzowanymi owocami, na różnokolorowe pieprze, pojemniki z tabliczkami: goździki, cynamon, imbir, szafran ...
      Żeby dopełnił się zapachowy przekaz świata, wisiały wielkie pęki ziół, jakichś tymianków, mięt, bazylii.
      - Druga spiżarnia jest jak Pan Bóg przykazał, na mąki, kasze, grochy. Wszystko, bez czego nie da się żyć. Ach, a trzecia! Tu - prawie zaśpiewały pani Rózia z panią naczelną kucharką: - W trzeciej są szynki, kiełbasy, przetwory, mięsiwa i... miotły.
      - Jakie miotły?
      - A takie, na jakich wiedźmy latają na Łysą Górę.
      I obie zachichotały. Doprawdy, miały mnie za idiotkę.
      Po zwiedzeniu spiżarni wróciłyśmy do drugiej kuchni, tej bezkrwawej. Tu miałam pomagać przy pieczeniu pierników. Nareszcie zajęcie mające określony cel. Widać nadal wierzono, że Pałac płynie po wyznaczonych trajektoriach swoich gwiazd, a nie dryfuje w nieznane."

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Był pałac”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 21 września 2011 23:05
  • środa, 14 września 2011
    • Noc - to dobra pora na poezję...

      Może jesteś światłam wysoko w górach.
      Tutaj na dole jest potrzebny spokój twego serca,
      kiedy krajasz chleb
      i bronisz pogodą ducha tego miejsca,
      w którym wszyscy zasiedliśmy do stołu.
      (Leszek Aleksander Moczulski)

      L.A.Moczulski

      Aż trudno było zliczyć krakowskie propozycje na sobotnią noc poezji, 10 września 2011 roku.
      Ale właściwie nie wahałam się z wyborem; od razu wiedziałam, że chcę iść do Ogrodu Botanicznego na spotkanie z Leszkiem Aleksandrem Moczulskim. Poetą, którego twórczość poznałam w czasach Solidarności, kiedy pięknie, głęboko, a bez zbędnego patosu pisał o rzeczach najprostszych, a najważniejszych; przede wszystkim o zdumieniu tym, co w ludziach i społeczeństwach tkwi głęboko. Nawet nie o euforii, której wtedy nie brakowało, a właśnie o zdumieniu.
      Mimo upływu lat, ciągle brzmią mi w uszach jego słowa:

      "I tylko ludzie będą inni, bliżsi o błysk prawdy,
      więksi od nas o współczucie, bogatsi o zrozumienie cierpienia..."

      Ważna była wtedy dla mnie jego twórczość.

      dedykacja

      Dopiero teraz, po latach, poznałam go, zobaczyłam. Jest taki jak jego wiersze: wyciszony, ciepły, życzliwy. Z lekkim dystansem do siebie, do świata.

      wieczór poezji

      Piękny wieczór....
      Tylko jakoś tak się zagapiłam... nie pomyślałam... nie kupiłam mu nawet jednego kwiatka:((((


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Noc - to dobra pora na poezję...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 14 września 2011 06:09
  • środa, 24 sierpnia 2011
    • Kelnerka na Manhattanie

      Lubię zaglądać do taniej księgarni. Zawsze coś tam ciekawego uda się wypatrzeć. Za małe pieniądze.
      Przyznam, że wiele książek chciałabym tylko przeczytać, a niekoniecznie mieć je na własność, ale cóż robić. W bibliotekach ich nie dostanę (ciekawe pytanie: dlaczego? prawda?), więc cóż mi zostaje? Kupuję. Miło, jeśli za grosze.
      Właśnie kupiłam "Kelnerkę na Manhattanie" autorstwa bliźniaczek Heather i Rose Mac Dowell.
      

      kelnerka na Manhattanie

      Czyta się ją dobrze, leciutko, jest dobrze przetłumaczona. Aczkolwiek korekta pozostawia wiele do życzenia, mimo, że pań korektorek było dwie. Błędów jest sporo i jest to denerwujące.
      Wracając do treści książki: cóż, nie jest to takie proste być kelnerką. Zwłaszcza dobrą kelnerką.
      Ale takie zdanie da się powiedzieć o każdym niemal zawodzie: nie jest prosto być dobrą pielęgniarką, dobrą nauczycielką, dobrą asystentką.... można by tak wyliczać... i o każdym z tych zawodów dałoby się napisać pasjonującą powieść.
      Urok tej jednak książki polega chyba na tym, że pokazuje rzeczywistość zupełnie mi nieznaną, środowisko, którego nie znam. No i tę amerykańską perfekcję, która właściwie mnie przeraża.
      To wygląda tam tak: wchodzisz do restauracji i nawet nie zdajesz sobie sprawy,że jesteś oceniana: w jakim jesteś nastroju? czy otoczenie, potrawy, jakość obsługi zdołają zmienić twój na przykład zły humor? czy twoje zadowolenie przełoży się na wysokość napiwku? czy zrobisz następną rezerwację?
      Nie zdajesz sobie sprawy, że na zapleczu notują to wszystko na specjalnej tablicy, i że kelnerka jest za to odpowiedzialna i z tego rozliczana.
      Oh, la la!
      No, to prawda, że ta kelnerka spróbuje tych wszystkich cudeniek, które ich wspaniały kucharz przygotuje, zdobędzie wiedzę o potrawach, ich przyrządzaniu, jakiej w żadnej szkole nie nauczą (a musi ją zdobyć, bo to ona ma o wszystkim poinformować klienta, i to w sposób miły i dowcipny), nauczy się mówić o jedzeniu, opisywać doznania smakowe. Ale ile nerwów będzie ją to kosztować! ile wysiłku fizycznego!

      Odłamuję rożek idealnie kwadratowej tarty cebulowej... Choć pierwszy kęs składa się tylko z odrobinki ciasta i nadzienia, smak jest wielopoziomowy i niezwykły, odmienny od wszystkiego, co kiedykolwiek jadłam. Trzeba mieć wyjątkowy talent, żeby zaskoczyć kogoś, kto jadał na mieście przez całe życie. Każdy kęs jest objawieniem i wiadomością: Carl to nie tylko budzący grozę szef kuchni w popularnej restauracji. To geniusz.


      Spodobała mi się też taka scenka, jedna z kelnerek mówi na odprawie do kucharza, posłuchajcie:

      - O'Connellowie prosili o twój pełny przepis na okonia. Chcą go podać na panieńskim wieczorze córki.
      - Prześlę im.

      Wyobrażacie sobie coś takiego u nas? Byle jaka potrawa, a przepis na nią strzeżony jest jak największa tajemnica stanu!
      I jeszcze kawałeczek książki - na zachętę:)

      Pomyśl, że goście to dzieci, tylko że z grubymi portfelami. Są bezradni, więc musisz wszystko za nich robić. Nie dawaj się zniechęcić kaprysami. Daj im, czego chcą, naucz się, co znaczą ich krzyki i nigdy nie zapominaj, kto tu rządzi.
      - Mówisz, jakby to było proste.
      - Nie jest - oznajmia Cato, stawiając nogę na krześle i sznurując buty. - Podróż z nieznośnymi bachorami jest trudna, ale za to ci płacą.
      - Dobra. Potrzebuję konkretów. Podchodzę do stolika i... co?
      - Wczuj się w ich nastrój. Okaż im zrozumienie. Oni nie mogą wstać i sami zrobić sobie coś do jedzenia, rozumiesz. Kiedy tracisz wątek albo zaczynasz się martwić, że źle wyglądasz, przypomnij sobie, że mówisz do niemowlaków w ciuchach od Versace. Jesteś ich całym światem . Zachowuj się władczo, a nawet nie zauważą twoich drobnych wpadek. Może nawet cię zaskoczą i zaczną się zachowywać jak dorośli.

      Przez resztę wieczoru wyobrażam sobie siebie jako dobrotliwą władczynię pięciostolikowego królestwa. Chodzę od stolika do stolika, nie jak kukułcze jajo podrzucone tu z działu marketingu, ale jak urodzona kelnerka, pragnąca jedynie namawiać, zachęcać i przekonywać każdego gościa do deserów i drinków. Z niezwykłą łatwością udaję humor, spełniam idiotyczne żądania, jakbym żyła tylko po to, żeby pytać Betsy o zawartość cukru w grejpfruitowym musie i jakby nic nie radowało mnie bardziej niż spienianie posypanego czekoladą mleka do cappuccino - ale bez cappuccino.
      - Wspaniały jest ten sierpik, ale smakowałby jeszcze lepiej ze szczyptą trybulki i szalotką - mówi mężczyzna z kucykiem i w małych okrągłych okularkach. - Zechciałany pani powtórzyć to kucharzowi?
      - Z całą pewnością będzie wdzięczny za sugestię -mówię, choć to oczywiście nieprawda, a ja nie odważę się mu tego powiedzieć. - Czy mogę panu przynieść przystawkę z kalarepki z rzeżuchą? Będzie idealnym uzupełnieniem pańskiego posiłku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kelnerka na Manhattanie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 24 sierpnia 2011 06:34
  • środa, 03 sierpnia 2011
    • Ania z Wyspy Księcia Edwarda

      Przepływający w Kosarzyskach pod oknami potok głośno szumi, góry, świeżo po przelotnym deszczu, okrywają się mgłą, na balkonowym sznurku lśnią krople wody...
      

      balkon w Kosarzyskach

      A ja nieśpiesznie czytam rozdział po rozdziale nowej na polskim rynku książki: "Ania z Wyspy Księcia Edwarda" Lucy Maud Montgomery.
      

      Ania z Wyspy Księcia Edwarda

      To zupełnie nowe spojrzenie na rodzinę Blythów. Widzimy ich oczami sąsiadów i znajomych. Cokolwiek dzieje się w Glen czy sąsiednich wioskach, zawsze ktoś sobie pomyśli: ciekawe, co o tym sądzi Ania? co na to powiedzą Blythowie?
      Ania stała się busolą i wyrocznią Wyspy Księcia Edwarda.
      W książce pojawiły się wiersze Ani i jej poległego w czasie I wojny światowej syna, Waltera, w tym słynny "Kobziarz", o którym tyle się mówiło w książce "Rilla ze Złotego Brzegu". Ale to nie tylko tak sobie wplecione te wiersze w książkę, tu, czy tam. Ania wieczorami, w saloniku Złotego Brzegu, czyta zgromadzonej wokół kominka rodzinie wiersze swoje i syna, a towarzyszą temu myśli słuchaczy, będące swoistym ich komentarzem, czasem rozmowa o ich treści. Piękne to jest.
      Na wakacje jest to książka idealna. Choć jest ona w pełni zrozumiała jedynie dla tych, którzy znają cały cykl książek o rudowłosej Ani.

      A ciekawa jestem, co sądzicie o książce "Droga do Zielonego Wzgórza", napisanej przez Budge Wilson, wydanej w 2009 roku. Jest to opowieść o losach Ani od dnia jej narodzin aż do dnia przybycia na Zielone Wzgórze; taki prequel. Miałam tę książkę w ręku, ale nie zdecydowałam się jej kupić; jakoś boję się, że mnie rozczaruje i popsuje mi klimat całego cyklu.
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Ania z Wyspy Księcia Edwarda”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 03 sierpnia 2011 06:20
  • piątek, 06 sierpnia 2010
    • "Życie we Francji" z Julią Child

      Przeczytałam tę książkę. I muszę przyznać, że dawno już żadna książka nie wzbudziła we mnie tylu emocji, co ta.

      Julia Child

      Najpierw byłam zachwycona opisem paryskich ulic, sklepików, placów targowych, resaturacji, całym tym szczególnym klimatem Paryża, który też kiedyś troszkę liznęłam:)
      Opis zajęć w szkole gastronomicznej Cordon Bleu był równie zachwycający, ale już nieco mnie zaniepokoił. Julia pisała o gotowaniu takie rzeczy, że poczułam się bardzo niedouczona. Ale wtedy jeszcze marzyłam o zajęciach w tej szkole.
      Potem Julia zaczęła pisać książkę; tę najsławniejszą: Mastering the Art of French Cooking. Opowiadała, że książka ta jest jedyna i niepowtarzalna, że nikt tak do tej pory nie pisał przepisu kulinarnego, dokładnie a zarazem lekko i dowcipnie. Pisała o testowaniu każdego przepisu, i to wielokrotnie, żeby mieć pewność, że przepis jest dobry. Zapragnęłam zdobyć tę książkę! (mimo iż wiedziałam, że ma przeszło 700 stron i jest cegłą bitego tekstu, bez żadnych zdjęć czy rysunków, a moja znajomość angielskiego, którego niedawno zaczęłam się uczyć, na pewno nie pozwoli na lekturę "do poduszki", tylko będę się przedzierała z mozołem ze słownikiem w ręku).
      Ale gdzieś tak w połowie książki pojawiły się fotokopie kilku przepisów z "Mastering". No i - czy ja wiem? czy rzeczywiście taka odkrywcza jest forma tych przepisów? Wydały mi się zwykłym przepisem. Już nie jestem taka pewna, że chcę polować na "Mastering" :)
      Julia z pisania tej książki uczyniła idee-fix swojego życia; nic juz nie było ważne, wszystko musiało się temu pisaniu podporządkować. To zaczęła być obsesja szczegółów, wersji przepisów, modyfikacji. Uznała, że ludzie nie mają pojęcia o gotowaniu i ona MUSI im powiedzieć, jak mają to robić. Choćby takie jajko: czy wiesz jak z nim postępować??? Czytając takie słowa, wytrzeszczałam oczy i myślałam sobie: choinka, pewnie nie wiem. Przez wiele, wiele stron czułam się stłamszona i baaaardzo niedouczona.
      W końcu zaczęła mnie ta książka denerwować.
      Julia chyba przesadziła z tą swoją misją uczenia świata. Zwłaszcza, że zaczęła robić programy telewizyjne o gotowaniu, i wyszło, że nie jest sama taką perfekcjonistką, jak to opisywała. Widziałam kilka jej programów, i wiem, że nie jest.
      Powoli wydobywałam się z dna totalnej załamki na polu kulinarnym:)
      Dobrze, że książka się skończyła!
      Oj, Julio, Julio.....

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „"Życie we Francji" z Julią Child”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 06 sierpnia 2010 06:37
  • wtorek, 20 lipca 2010
  • niedziela, 30 grudnia 2007
    • Zupa Franza Kafki

      Kiedy wzięłam w księgarni tę książkę do ręki, już po przeczytaniu kilku zdań z pierwszej strony wiedziałam, że nie ma co tego oglądać.

      Trzeba płacić i do domu!! do domu!!! siąść wygodnie i czytać! ba! to za mało powiedziane! rozkoszować się czytaniem:))))

      Ta książka to żart literacki, ale jednocześnie perełka, i to pierwszej wody!

       

      zupa Franza Kafki

       

      Jest to żart – bo przepisy kulinarne zostały napisane przez autora, Marka Cricka, językiem wielkich pisarzy, m.in. Jane Austen, Marcela Prousta, Raymonda Chandlera, ba! nawet Homera, ale jednocześnie jest to jak najbardziej książka kulinarna – bo przepisy są zupełnie serio, i wyglądają na zupełnie profesjonalne :))))

      Przednia zabawa!

      Zwalił mnie na przykład z nóg przepis na jagnię w sosie koperkowym; no przeczytajcie sami, choćby fragment:

       

      „Potrzebowałem: stolika u Maxima, stu dolców i fantastycznej blondyny, a co miałem? Udziec barani i zero pomysłów. Złapałem ścierwo pewnym chwytem – było wilgotne i zimne jak uścisk dłoni koronera. Potem wyjąłem nóż i pociąłem je na kawałki. A skoro już poczułem w ręku ostrze, posiekałem na talarki cebulę. Zanim zorientowałem się, co robię, na blacie spoczywał jeszcze stosik marchewkowych patyczków. I żaden się nie ruszał.”

       

      To rzecz jasna Chandler:))) I niech ktoś powie, że gotowanie jest nudne!!!!

       

      A na przykład taki John Steinbeck, i risotto z grzybami, i malarski, sugestywny opis:

       

      „Borowiki w kolorze spalonej ziemi leżały suche i pomarszczone, każdy plasterek aż skręcał się z pragnienia. Kiedy wreszcie spadła na nie woda – z początku tylko w małych dawkach – wypiły, ile mogły, ale już wkrótce pokryła je w całości życiodajna ciecz. Wyschnięte kawałki odzyskały dawną formę, dar wody zmienił poskręcane kształty w połyskliwą, rozleniwioną masę. To, co przedtem przypominało miskę kory drzewnej, nabrało wyrazistego koloru gotowanego mięsa, czerwonawy brąz mokrej gleby zastąpił suchą zaprawę arizońskiej ziemi. Kucharka pozwoliła im się moczyć przez 45 minut.”

       

       

      A już Fenkata a’ la Homer, to prawdziwy majstersztyk!

       

      „Śpiewaj, Muzo, głód wielki mężnego Achilla

       

      Czczych Achajów głód śpiewaj, którym spyża zgniła

       

      Podczas długiego szturmu na Ilionu mury;”

       

       

      I tak leci danie z królika przez pięć stron, trzynastozgłoskowcem!

      Pomysł na książkę był cudowny! i wykonanie takież same:))))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Zupa Franza Kafki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 grudnia 2007 00:52

Kalendarz

Marzec 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Tagi

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl