Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy otagowane „menu”

  • poniedziałek, 05 września 2016
    • Menu filmowe do „Małego Księcia”

      To już drugie kulinarne podejście do tego filmu. Poprzednie (w czerwcu br) się nie odbyło:(((

      Tym razem się udało.

      Mała dziewczynka, wychowywana na perfekcjonistkę w atmosferze wyścigu szczurów, przez przypadek poznaje starego już Pilota, Małego Księcia, jego kapryśną, ale ukochaną różę, oswaja liska.

      Fabuła filmu szykuje nam trochę niespodzianek w stosunku do znanej opowieści Antoina de Saint-Exupery`ego: król, próżny, bankier stworzyli własny totalitarny świat, w który zaplątał się dorastający Mr Prince. Czy naprawdę zapomniał o Pilocie, Róży i Lisie?

      Przygotowałam, tak jak poprzednio, francuskie menu (z uwagi na autora książki). Ale inne niż poprzednio.

      Ty razem zaczęłam od aperitifu: był to kir – drink z likieru cassis z czarnej porzeczki (1/3) i białego wina (2/3). Kiedy pierwszy raz byłam w Paryżu, jadaliśmy w bistro, gdzie właśnie od kiru zaczynały się obiady.

      Potem była przystawka: sałatka śródziemnomorska z dodatkiem kuskusu – to takie nawiązanie do Sahary, na której rozbił się Pilot, a jak wiadomo, kuchnia francuska ma wiele zapożyczeń marokańsko-tunezyjskich.

      Jeden z moich gości w pewnym momencie mruknął wyraźnie zaskoczony:

      - Słuchaj, dobre to!

      Jako zupę podałam prowansalską cukiniową, której siła tkwi w wielkiej prostocie: cukinia, cebula, wino, przyprawy.

      Danie główne to coq au vin, ale nie w wersji klasycznej, z czerwonym burgundem, lecz marynowane i duszone w prowansalskim winie różowym. Do tego dodatki: fasolka szparagowa (złota wstęga, zielona wstęga, drobna żółta) oraz marchewka vichy.

      I typowe zakończenie francuskiego obiadu: deska serów

      Był to strzał w dziesiątkę! Szalenie się wszystkim podobało i smakowało.

      Sery, które ułożyłam: cheddar, kozi, manchego, camembert, oscypek, kulki twarożku otoczone natką pietruszki, cienkie plastry goudy z oliwką. Do tego winogrona, orzechy i migdały.

      Wystrojowi stołu towarzyszyły róże: na serwetkach, we flakonie, w kartach menu, każdy dostał też zakładkę do książki w kształcie róży (Matras ma takie w ofercie). Kawa była podana w kubeczkach w róże.

      Dodam, że moja bluzeczka też była w róże:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Menu filmowe do „Małego Księcia””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 września 2016 11:19
  • poniedziałek, 01 sierpnia 2016
    • Obiad wolontariuszy z Papieżem Franciszkiem

      Obiad, który odbył się w domu biskupim na Franciszkańskiej (tam, gdzie słynne okno papieskie), miał charakter obiadu domowego, nie był dyplomatyczną ceremonią. Świadczą o tym zarówno menu, jak i zastawa stołowa.

      Biały obrus, zwykłe kwiaty (a nie wyszukane kompozycje), pieczywo na zwykłych talerzykach. I ten wielki stół, owalny, pozwalający się zgromadzić wokół niego, widzieć się wszystkim uczestnikom, rozmawiać.

      Trochę mi brakowało większej dbałości o wygląd stołu, talerza dla każdego uczestnika, który byłby bazą dla kolejnych podawanych dań; pieczywo w polskim domu podawane jest zwykle w koszyczku, wybrałabym polskie kwiaty na stół: maki, bławatki, rumianki…

      Ale nie ulega wątpliwości, że ten stół to był wielki atut spotkania.

      A menu?

      Były pierogi z nadzieniem z ogonów wołowych (ciekawe, prawda?), filet z nowosądeckiego indyka gotowany w niskiej temperaturze, na deser – sernik.

      Gotowały dla papieża siostry sercanki.

      W pozostałych dniach przygotowały dla papieża także: podhalańską cielęcinę, smażonego węgorza, jesiotra z sosem koperkowym, bundz marynowany z sokiem z pomidorów, stek z polędwicy. A na piątkowe śniadanie podały jajka a`la Franciszek – nie wiemy dokładnie jaką one miały postać, wiadomo tylko, że były podane z chrzanem. I że papież był mile zaskoczony.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Obiad wolontariuszy z Papieżem Franciszkiem”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 sierpnia 2016 08:18
  • wtorek, 12 lipca 2016
    • Obiady prezydenckie

      Wiem, wiem, że były ważniejsze sprawy niż jedzenie, na szczycie NATO w Warszawie parę dni temu, ale z ciekawością szukałam informacji co podano prezydentowi USA i szefom państw. Bo jednak, co by nie mówić, jeść coś trzeba i jest to jeden z przyjemniejszych aspektów życia:)

      A więc popatrzmy:

      b_obiad_prezydencki

      A menu z Pałacu Prezydenckiego było takie:

      • Wiejskie pomidory z twarogiem łomnickim, wino do potrawy: Seyval Blanc, Winnica Turnau 2015
      • Krem z białych szparagów
      • Dorsz z młodym szpinakiem i czerwoną porzeczką, wino do potrawy: Riesling, Winnica Pałac Mierzęcin 2014
      • Krem z pędów sosny z lodami z kory brzozowej, wino do potrawy: Johanniter, Winnica Turnau 2015

      Zastanawia mnie ten ser łomnicki – bo jest to ser kozi; niektórzy nie mogą znieść nawet jego zapachu; czy nie była to zbyt kontrowersyjna przystawka?

      Słyszałam też uwagi, że coś mało tych dań, że powinna być jeszcze przystawka na ciepło, i danie mięsne. Ale myślę, że restauracja Belvedere (na czele z Marcinem Przybyszem, zwycięzcy 3. Edycji Top Chef), która przygotowywała przyjęcie, zna się na tym i wie, co robi.

      Zresztą znalazłam  swoich zapiskach menu obiadu prezydenta Kaczyńskiego, który wydał z okazji 10-lecia wstąpienia Polski do NATO; też było krótkie: tatar z łososia, zupa-krem z dyni, kaczka w musie jabłkowym, bezy z kremem Grand Marnier.

      Albo popatrzcie na menu obiadu wydanego dla B. Obamy przez prezydenta Komorowskiego: tatar z pstrąga, krem z dyni, pieczona pierś perliczki, pralinki czekoladowe z sorbetem pomarańczowym.

       

      I jeszcze menu z Zamku Królewskiego dla monarchów i ministrów:

      • Białe szparagi z rabarbarem i bazylią
      • Młode ziemniaki z cebulą i ziołami
      • Polędwica sandacza z pietruszką i wiśniami
      • Na deser: antonówka pieczona w sianie

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 lipca 2016 08:41
  • poniedziałek, 06 czerwca 2016
  • wtorek, 22 marca 2016
    • Spotkanie filmowe z kuchnią podkarpacką

      Dlaczego kuchnia podkarpacka na spotkaniu klubu filmowego?

      Bo właśnie tam, w Bieszczadach, zaczyna się akcja oglądanego w sobotę filmu „Serce, serduszko” Jana Jakuba Kolskiego. O filmie – za chwilę.

      Popatrzmy na moje menu i stół.

      Podkarpacie – tak, ale i palmy, i mazurki – bo spotykamy się w wigilię Niedzieli Palmowej – krzyczącej radośnie kolorami ludowych palm.

      stół z palmami

      menu podkarpackie

      palma

      kurka z palmą

      Kuchnia podkarpacka to ciągle mało znana kuchnia regionalna. Zresztą bardzo niejednorodna.

      Łemkowie i Bojkowie w Bieszczadach, Dolinianie w rejonie Sanoka, Pogórzanie od Jasła do rzeki Wisłok, Lasowiacy – między Mielcem a rzeką San, Rzeszowiacy,

       

      Zaczęłam od przekąski z cydrem – były to pieczone pierogi św. Jacka z Nockowej, z ciasta z dodatkiem twarogu, z nadzieniem z kapusty i pieczarek (pisałam o ich historii parę dni temu)

      pierogi z Nockowej

      kurka i cydr

      Potem chapcie lasowiackie – gołąbki z nadzieniem z kaszy jęczmiennej, suszonych grzybów i kiszonej kapusty, z sosem grzybowym.

      gołąbek lasowiacki

       Zupa ziemniaczana z kurdybankiem czyli Kuroniem – to taka ciekawostka specjalnie dla jednego z uczestników 

      zupa z kurdybankiem

      serwetka na sztućce

      Jasielski schab Schabińskiej (o którym pisałam wczoraj) z fuczkami – czyli smażonymi placuszkami typu naleśnikowego z dodatkiem kiszonej kapusty (w okolicach Jasła noszą one nazwę szandorków).

      schab schabińskiej

      A do kawy – mazurek różany, prościutki, niepozorny nieco – ale ten smak! Nieodmiennie budzi zachwyt – przepis jutro.

      mazurek różany

      A teraz „Serce, serduszko”:

      film Kolskiego

      

      Jesteśmy w Bieszczadach, na Podkarpaciu.

      Ciemne, niebieskie pasma gór, zielone ściany lasów, poprzecinane niekiedy drogami różnej kategorii: bywa i asfalt, ale bywają i ostre i dziury na ubitym zaledwie piasku. I od czasu do czasu kilka chałup.

      W takiej, trochę większej wsi (może by i można ją nazwać malutkim miasteczkiem) jest bidul – tak żargonowo nazywają tu dom dziecka. A w nim – 11-letnia Maszeńka, ćwicząca z przysadzistymi kucharkami, które mają włożone na kuchenne kitle baletowe paczki - układ choreograficzny do „Jeziora łabędziego”.

      Absurdalny zupełnie kadr.

      Ale bardzo chwytający za serce.

      Bo Maszeńka marzy, by zostać tancerką baletową. I musi dotrzeć do Gdańska na egzamin.

      I tak zaczyna się równie absurdalna i szaleńcza podróż przez całą Polskę: z jej południowych krańców, aż nad brzeg Bałtyku.

      Nazwano ten film: podróż za jeden uśmiech, familijny film drogi, oda do córki, siła miłości i potęga marzeń.

      Ot, cały Kolski.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 marca 2016 06:34
  • piątek, 12 lutego 2016
    • W kuchni noblistki

      W czwartą rocznicę śmierci Wisławy Szymborskiej ukazała się wspomnieniowa książka jej sekretarza, Michała Rusinka, zatytułowana: „Nic zwyczajnego”.

      Zet zadzwonił:

      - Musisz ją przeczytać. Jest mnóstwo szczegółów i odniesień kulinarnych.

      Kiedy więc trafiła do mnie, wyczulona już byłam na te wątki.

      Nie, żebym szukała tanich sensacyjek.

      Po prostu, zwykle, po ludzku, byłam ciekawa, co lubiła jeść, czy lubiła gotować, jaka była jej kuchnia – czyli jaki był ten cały mikroświat, który każdy z nas jakoś tworzy w swoim życiu, i który nas jakoś określa.

      Popatrzmy: jest zdjęcie słynnej komody, stojącej w przedpokoju, a przy okazji możemy zajrzeć do kuchni (tak do fragmentu kuchni, ściśle mówiąc)

      kuchnia noblistki

      Kuchnia jest raczej mała. Jasna kremowa posadzka i w takim samym kolorze płytki na ścianie, jasne blaty szafek i bardzo ciemne, prawie czarne kontrastowe drzwiczki. Przejrzystość i prostota, żadnych bibelotów na wierzchu.

       Czy pani Wisława gotowała sama? Czy lubiła to?

      Poczytajmy:

      "Zawsze się zastanawiałem, czym WS właściwie się żywi. Wiem, że sama sobie gotowała. Kupowała najchętniej jakieś pół­produkty. Od czasu do czasu prosiła, żebym jej kupił pikantne skrzydełka w KFC, najchętniej tak zwany mega kubełek, w któ­rym ich było ze czterdzieści. Za którymś razem się przyznała, że je zamraża, a potem sobie kilka takich zamrożonych rzuca na patelnię, na rozgrzany tłuszcz i ma pyszny obiad. Usiłowałem ją od tego odwieść, mówiąc, że to potwornie niezdrowe, ale mi się nie udało. Próbowałem zniechęcać ją do takiego jedzenia, szydzić ze skłonności do fast foodu, narzekać na zapach, który potem jeszcze długo utrzymywał mi się w bagażniku — bezskutecznie. Moją klęskę spotęgowało dodatkowo to, że podobną namiętnoś­cią do tych samych skrzydełek zapałał mój syn Kuba, wówczas sześcioletni. I mówił o nich „skrzydełka pani Wisławy".

      Historia o KFC przedostała się do prasy. Moja w tym wi­na, bo poskarżyłem się na niezdrowe nawyki gastronomiczne Szymborskiej w jakimś wywiadzie. Po pewnym czasie firma KFC przesłała jej podziękowanie za korzystanie z ich oferty oraz specjalny dokument, po którego okazaniu mogła dostawać za darmo mega kubełki pikantnych skrzydełek restauracji KFC w całej Polsce. Ogromnie ją to rozbawiło. Odpisała w ten sposób: „Szanowna Firmo, to prawda, że lubię pikantne skrzydełka i od czasu do czasu je kupuję. Jednak z waszej karty gratisowej korzystać nie będę — po prostu mi nie wypada. Zachowam ją sobie jako miłą pamiątkę".

      Lubiła wydawać przyjęcia; słynne były jej zupki Knorra w torebkach, czasami na stół trafiały kartony zamówionej pizzy, ale były i bardziej wykwintne potrawy:

      "Kiedy Szymborska zaczyna organizować pierwsze loteryjki w nowym mieszkaniu, to znak, że przeprowadzka się zakoń­czyła, że życie wróciło do normy. Wreszcie ma nowy stół, przy którym mieści się więcej osób (czyli koło dziesięciu). Jeszcze przed Noblem twierdziła, że powyżej ośmiu osób to już jest tłum. Po Noblu zmieniła zdanie i podniosła liczbę osób do dziesięciu. Myślę, że nie tyle pod wpływem nagrody, ile właśnie przeprowadzki i nowego, rozkładanego stołu.

      Rytuał zawsze jest taki sam. Najpierw wybiera datę (bywa, że pretekstem do kolacyjki jest przyjazd znajomej osoby z zagranicy). Potem w kalendarzyku wpisuje listę gości, do których następnie dzwoni z zaproszeniem. Kolacja składa się z trzech elementów: drinka na początek (zazwyczaj jest to martini, campari lub gin z tonikiem), dania głównego oraz loteryjki, przy której pije się herbatę i brandy. Danie główne albo zamawiane jest w zaprzyjaź­nionej i zaufanej restauracji Pod Baranem (boeuf Strogonow lub wołowina po burgundzku), albo gotuje je sama gospodyni. Trady­cją stało się, że wiosną na cześć Czesława Miłosza, który zwykle o tej porze roku przyjeżdżał z Kalifornii, Szymborska gotowała zrazy (z polędwicy) z kaszą i podawała – oprócz tradycyjnego wina – zamrożoną wódeczkę. On tak lubił. A to było jej danie popisowe (obok sałatki z kiszonej kapusty i kurek, wspaniałej)."

      I na koniec jeszcze ciekawostka o zakupach:

       "(…) pojawiają się w naszym mieście pierwsze hipermarkety. Szymborska je, o dziwo, bardzo lubi, choć nie  pamięta ich nazw (na Allkauf uparcie mówi Alzheimer). Czuje się w nich o wiele lepiej niż w małych sklepikach. Jest anonimowa, rzadko ktoś ją tam rozpoznaje, bo ludzie głównie patrzą na półki, a nie na innych. Chodzę za nią z koszykiem, do którego wkłada słoiki z wisienkami koktajlowymi, miniaturową kukurydzą, oliwkami nadziewanymi czymś podejrzanym. Oraz bekon. Którego nie ma, ale WS uznaje, że najbardziej przypomina go wędzonka krotoszyńska. Kiedyś wysyła mnie samego po bekon, a że mi nie ufa w tym względzie, rysuje mi przekrój poprzeczny bekonu. To znaczy wędzonki.

      Do produktów żywnościowych ma podejście nieco zbyt  estetyzujące, moim zdaniem. Fascynuje ją żółty ser kolorowany czymś, rzekomo naturalnym, na zielono. Znajduje gdzieś ciasteczka, które może nie są najlepsze, ale nazywają się Brzydkie i to ją przekonuje do kupowania ich namiętnie przez dłuższy czas. Lubi pewien gatunek czerwonego wina, bo jest sprzedawane w krzywych butelkach."

       

      Zapraszam do lektury całej książki; jest tam też trochę o balu noblowskim, jest o obiadach u siostry Nawoi....

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „W kuchni noblistki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 12 lutego 2016 10:21
  • poniedziałek, 08 lutego 2016
    • Party filmowe z kuchnią Y. Ottolenghi

      Od dawna już czekała na przetestowanie książka „Jerozolima” - autorstwa Y. Ottolenghi i S. Tamimi – niezwykłe połączenie kuchni żydowskiej i arabskiej (palestyńskiej). Niezwykłe, bo dla każdego z nich Jerozolima jest rodzinnym miastem, a tradycje kulinarne żydowskie i muzułmańskie, mają – okazało się - wspólny mianownik, przenikają się. Film, który został zaproponowany na nasze party – 7 kilometrów od Jerozolimy – był znakomitą okazją na kulinarne eksperymenty z tej właśnie książki.

      Jakie były rezultaty? Zapraszam do obejrzenia:

      Generalnie, to przepisy Yotama są znakomite! Co do tego, to nie ma wątpliwości.

      Ale są też pracochłonne; wymagają niezłej kondycji, bo sporo się trzeba naskakać przy każdej właściwie potrawie. Ale warto!

      Do kawy przy oglądaniu filmu podałam ciasto chałwowo-orzechowe, nie za słodkie, a super chrupiące

      Kolację zaczęłam od sałatki z brukselki i pomelo; goście byli zaskoczeni świetnym smakiem (zaskoczeni - bo brukselka nie cieszy się raczej popularnością)

      Potem był esencjonalny bulion warzywny (którego składnikiem oprócz warzyw są również śliwki suszone) podany do kiszu z kalafiora, ziół i jajek

      Danie główne to mejadra i kurczak marynowany i pieczony z mandarynkami

      Mejadra to danie z zielonej soczewicy i ryżu z prażoną cebulą. Rewelacja! Zakochałam się w nim natychmiast. Na pewno będę go powtarzała w swojej kuchni.

      Kurczak powinien być pieczony w towarzystwie kopru włoskiego; ale jaki pech! Akurat na mojej prowincji nigdzie bulw kopru nie było! A zwykle przecież sieciówki go mają. Cóż, musieliśmy się bez niego obejść.

       

      Na stole znalazły się puszki coca-coli, oczywiście nie przypadkowo, nawiązują do jednej z ważnych scen w filmie. Zrobiło się zresztą dość głośno w świecie o tym, gdyż właściciele koncernu coca-coli zaprotestowali przeciw wykorzystywaniu ich marki w filmie, ale włoski reżyser poradził sobie z tym i coca-cola się pojawiła.

      Jeszcze parę słów o filmie:

      Rzecz dzieje się współcześnie. Głównego bohatera, włoskiego specjalistę od reklamy, któremu małżeństwo rozpadło się, a życie dość skomplikowało, spotykamy na pustyni, nieopodal Jerozolimy. W drodze dołącza do niego mężczyzna, który przedstawia się jako …. Jezus. Wyobrażacie sobie, że nic dalej nie było już proste i oczywiste….. prawda?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Party filmowe z kuchnią Y. Ottolenghi”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 lutego 2016 11:16
  • piątek, 18 grudnia 2015
    • Moje wigilijne menu

      O tej porze to ono już jest ustalone, zaklepane, w dużej mierze wdrożone do realizacji.

      Chciałabym zachować tradycyjne dwanaście potraw. Ponieważ jednak rodzina buntuje się, że to stanowczo za dużo i nie do przejedzenia, postanowiłam zachować liczbę dań, ale podać je jako menu degustacyjne, a więc w malutkich, na jeden ząb, porcjach.

      A żeby każdy wiedział, czego ma się spodziewać, zrobiłam dla każdego kartę menu, przyklejoną do lukrowanego pierniczka.

      menu wigilijne

      

      menu wigilijne

      Tradycyjnie, zawsze u nas jest barszcz grzybowy z uszkami, śledziowe rolmopsy, sałatka śledziowa, ryba w galarecie (w tym roku rolada ze szczupaka), kapusta z grochem, kompot z suszu, ryba (w tym roku pstrąg z wody po polsku),strucla makowa, pierniczki.

      Ale są też potrawy, które zmieniają się, czasem jakaś nowość do wypróbowania mnie skusi. Na fali zafascynowania kuchnią regionalną, zrobię w tym roku wigilijne gołąbki świętokrzyskie (tam są nasze rodzinne korzenie), tzw. chapcie lasowiackie, z nadzieniem z pęczaku, grzybów i kapusty kiszonej.

      I jeszcze jedna nowość: planuję zrobić zapomniane już, ale kiedyś bardzo popularne wigilijne ciasteczka – tłuczeńce, z okruszków czerstwego razowego pieczywa zaparzanego miodem.

      Jedno wolne miejsce przy stole zawsze jest – zapraszam!

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Moje wigilijne menu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 18 grudnia 2015 11:08
  • poniedziałek, 14 grudnia 2015
    • Filmowe party pełne wyzwań

      Proponuję małą przerwę w przygotowaniach świątecznych!

      Rzućmy okiem na menu, inspirowane kuchnią włoską, towarzyszące najnowszemu filmowi Lecha Majewskiego „Onirica”. Główny bohater zafascynowany jest „Boską Komedią” Dantego – stąd ta kuchnia włoska w menu.

      Było klasycznie: sałatka capricciosa na przystawkę, tagliatelle z sosem pomidorowym z boczkiem jako danie pierwsze, cielęcina z dodatkiem brukselki jako danie główne, i ciasteczka „róże pustyni” do kawy.

      capricciosa

      tagliatelle

      cielęcina z brukselką

      róże pustyni

      Ale tak bardzo prosto jednak nie było.

      Jedna osoba nie mogła być na party, druga osoba mogła być na projekcji filmu, ale nie na kolacji, a jeszcze jedna w przeddzień przyjęcia zadzwoniła, że właśnie jest na detoksie i może jeść aktualnie tylko warzywa, z przyprawami, owszem, ale bez soli i cukru.

      Oh, la la!

      Czyli były dwa rodzaje potraw na jednym przyjęciu, dedykowane konkretnym osobom.

      No – przyznam, że to było wyzwanie. Bardzo ciekawe zresztą.

      Dania klasyczne miałam właściwie prawie gotowe. Została do wymyślenia i wykonania dieta.

      Wpadłam do warzywniaka, i zgarnęłam, co mi tam wpadło w rękę: marchewkę, pietruszkę, kalafior, brokuł, por, paprykę. Cebulę i pomidory miałam w domu.

      Przyznam, że jestem dumna przede wszystkim z tych dań dietetycznych, bo mimo tych szalonych ograniczeń udało się wydobyć naturalny smak jarzyn, nie przytłumiony cywilizacyjnymi polepszaczami.

      Zrobiłam capriciosę w wersji fit: marchewka, seler i papryka pokrojone w julienkę, z przyprawami.

      Do tego bulion warzywny, długo gotowany, żeby wydobyć smak warzyw, doprawiony wyłącznie pieprzem, czosnkiem niedźwiedzim, mieloną papryką, majerankiem.

      Danie pierwsze w wersji fit: to „niby-taglietelle” z cukinii i marchewki, leciutko podduszone w wodzie, bez grama tłuszczu i soli.

      Danie główne to talerz gotowanych na parze warzyw.

      Człowiek na diecie był zadowolony.

      surówka dla Tomka

      tagliatelle z cukinii

      warzywa dla Tomka

      I jeszcze parę słów o filmie.

      „Onirica” Lecha Majewskiego w warstwie epickiej opowiada o próbie uporania się bohatera, młodego naukowca, z nagłą, tragiczną śmiercią swojej ukochanej. Porzuca on karierę naukową, zaczyna pracować w supermarkecie, ale ucieka wciąż od świata realnego w świat snu. A w świecie jawy towarzyszy mu słuchany w oryginale poemat Dantego, „Boska komedia”.

      Mamy tu, u nas, w naszym małym gronie, w którym się spotykamy, takich reżyserów, na których filmy czekamy, którym ufamy, i decydujemy się na ich oglądanie, w ciemno. Do nich należy Lech Majewski. Umie on stworzyć świat, który nie jest płaski, rozgrywający się tylko na płaszczyźnie zdarzeń, ale sięga o wiele głębiej, w myśli i uczucia człowieka. Kiedy gaśnie światło, zsuwa się z sufitu ekran kina domowego, zaczyna szumieć projektor – ogarnia nas magia kina Majewskiego, choć może nie wszystko od razu jest jasne i jednoznaczne.

      Jak mówią krytycy – „Po "Ogrodzie rozkoszy ziemskich" i "Młynie i krzyżu" - "Onirica" jest trzecim filmem Majewskiego, którego bohater szuka ratunku w dawnej sztuce. Traktuje ją jak religię, ale w większej jeszcze mierze - jak naukę prowadzącą do metafizycznego poznania.

      Reżyser mówi tak: "Nie mogę wyjść z podziwu dla naszych wielkich starszych kolegów. Bo przecież Bosch, Giorgione czy Bellini nie byli bogami, tylko naszymi kolegami! Ciężko pracowali, żeby odnaleźć formułę, dzięki której można było dać ludziom przeczucie harmonii i pootwierać im bramy nieba. Doceniam nowoczesność, wszyscy z niej wyszliśmy, ale nie mogę się pogodzić z celebrowaniem ohydy, która stała się dziś rodzajem obowiązkowego akademizmu".

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 grudnia 2015 14:45
  • środa, 04 lutego 2015
    • Menu inspirowane kuchnią Nestora Grojewskiego

      P. Nestor Grojewski – kucharz, który gotował dla filmowców Hollywood, na planach kręconych filmów, m.in. dla reżysera „Gangów Nowego Jorku” Martina Scorsese, a obecnie szef kuchni własnego lokalu w Rzymie „Cru.dop”. P. Nestor specjalizuje się w rybach i owocach morza (na surowo!), ale ma też i inne propozycje kulinarne.

      To był bardzo ciekawy kulinarny eksperyment.

      Przygotowując przyjęcie, wykorzystałam znalezione w sieci jego przepisy na brownie z białą czekoladą, tagliatelle z truflami oraz na podstawie wywiadów z nim stworzyłam kanapkę z tatarem.

      kanapka tatar

      Nie chciałam podawać tatara w sposób klasyczny, kiedy każdy komponuje sobie na talerzu własną wersję, dobierając dodatki, jakie mu pasują – moi goście chyba nie mieliby ochoty na to (przynajmniej nie wszyscy).

      Kupiłam 30 dag ligawy wołowej (polędwicy akurat nie udało mi się kupić), zmieliłam ją dwukrotnie z użyciem gęstego sitka, po czym dodałam drobniuteńko posiekaną i sparzoną cebulę, drobniuteńko posiekane korniszony, sól, pieprz, ostrą paprykę, oczywiście żółtko jajka i jeszcze jeden dodatek, o którym mówił p. Nestor. Otóż latem, w ramach akcji „jabłka na złość Putinowi”, przywiózł z Polski do Rzymu dwie skrzynki jabłek i wykorzystał je m.in. do tatara. Tak zrobiłam i ja. Obrane, drobno posiekane ligole okazały się w tatarze przepysznym dodatkiem. Tak przygotowanego tatara położyłam na małych kromkach bagietki wiejskiej (takiej na zakwasie) i ozdobiłam chipsami jabłkowymi (ma je w swojej ofercie Lidl) i korniszonami.

      Ponieważ zdecydowałam się na menu degustacyjne, porcje były malutkie i już przy tej przystawce niektórzy goście dopytywali się o repetęJ

      Trufli nie udało mi się kupić, choć czasem można je kupić w słoiczkach (jadłam już takie, ale przyleciały one do mnie z USA). Cóż, zrobiłam tagliatelle z pieczarkami z sosem truflowym, z wykorzystaniem oliwy truflowej. Smak był boski.

      tagliatelle

      Zupa - ziemniaczano-porowa, z podprażonymi płatkami migdałów, kosteczkami podpieczonego boczku i koperkiem.

      zupa ziemniaczano-porowa

       Danie główne to pulpeciki z mielonego mięsa z mozarellą w środku, w sosie pomidorowym, z dodatkiem brokuła, kalafiora i roszponki. 

      pulpeciki mafijne

       A do kawy – brownie według receptury p. Grojewskiego, z białą czekoladą. 

      brownie z białą czekoladą

      Był to wieczór żegnający okres Bożego Narodzenia i choinki (w tle), a serduszko powtarzało się w dekoracji stołu i podkładkach, na których rysikiem z kredy można napisać dla każdego gościa imię (zdradzę wam, że takie podkładki można zamówić u konsultantki Avonu)

      stół na przyjęciu

      nakrycie z imieniem

      wystrój stołu

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Menu inspirowane kuchnią Nestora Grojewskiego”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 04 lutego 2015 13:46
  • poniedziałek, 02 lutego 2015
    • Kulinarne polonica

      Pamiętacie serię książek o przygodach Tomka Wilmowskiego? W krainie kangurów, na tropach yeti, na wojennej ścieżce…. Tomek jadąc na kolejną wyprawę, wyszukiwał zawsze ślady polskie w krajach, które miał odwiedzić.

      Przypomniało mi się to, kiedy szukałam pomysłu na temat przewodni przygotowywanego filmowego party i wpisałam w google hasło: kuchnia w Hollywood. Wyskoczyło mi nazwisko Polaka, Nestora Grojewskiego, który gotował dla Martina Scorsese na planie filmu „Gangi Nowego Jorku”, dla aktorów Matt Daymon i Jud Law na planie filmu „Utalentowany pan Ripley”, dla reżysera Michaela Hoffmana na planie filmu „Sen nocy letniej”. Fascynujące, prawda?

      Od 2008 roku p. Nestor prowadzi w Rzymie wine bar o nazwie „Cru.Dop”, specjalizujący się w daniach z ryb i owoców morza i lubi opowiadać klientom o tworzonych przez siebie, autorskich daniach.

      Nooo, to był świetny trop! Postanowiłam stworzyć menu inspirowane kuchnią p. Grojewskiego.

      menu inspirowane kuchnia p. Grojewskiego

      Nie podałam na swoim przyjęciu ryb, bo żaden z uczestników nie jest ich smakoszem, ale wyszukałam dostępne przepisy p. Nestora, a niektóre dania stworzyłam sama, wykorzystując jego opis dań, które podawał w wywiadach.

       

      Myślę, że to dobry pomysł, wyszukiwać, wzorem Tomka Wilmowskiego, polskie tropy kulinarne w świecie.

       

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 lutego 2015 10:05
  • poniedziałek, 29 grudnia 2014
  • wtorek, 16 grudnia 2014
    • Około-mikołajowe spotkanie przy filmie

      Nieważne, jak bardzo jesteś skrzywdzony przez los.

      Ważne – co z tym zrobisz.

      Jak się odnajdziesz w układzie, który ci przypadł w udziale.

      Takie jest przesłanie filmu „Dar nadziei”, o chłopcu, który urodził się bez rąk.

       

      A kolacja, która przygotowałam na nasze spotkanie, nawiązywała do kuchni kraju, w którym chłopiec się urodził – do Nikaragui. Ściśle rzecz biorąc – wyszukałam dania z kuchni środkowej Ameryki.

      A że dopiero co odwiedzał tych bardziej grzeczniejszych święty Mikołaj – zebrało się dla gości i gospodarzy mnóstwo, mnóstwo prezentów:) i wystrój stołu był już nieco świąteczny.

      czapka mikołajowa

      stół mikołajowy

      sztućce z serwetką

      menu nikaraguańskie

      Jako przystawkę podałam nikaraguańska sałatkę z warzyw (pomidory, papryka, cebula, awokado) i duszonej wołowiny

      sałatka z wołowiną

      Zupa była extra: krem z pomidorów i bananów z pestkami dyni, pikantny, ale z nuta słodyczy w tle

      bulionówka

      pomidorowa z bananami

      Danie główne: kurczak Calypso duszony w pomidorach z gallo pinto (czyli mieszanka ryżu i ciemnej fasoli) z salsą tropikalną z ananasa i mango

      gallo pinto

      Wino było chilijskie, czerwone wytrawne

      wino chilijskie

      Najmniej zadowolona jestem z ciasta. Był sernik panamski, pieczony w kąpieli wodnej z dodatkiem mango i białej czekolady

      sernik panamski

      Jego smak – moim zdaniem – nie powalał. Był w miarę poprawny. I tyle tylko.

      Jeśli chodzi o serniki, to długo szukałyśmy z siostrą przepisu na dobry sernik, próbując, próbując i próbując. Znalazłyśmy. I dawno już stwierdziłam, że nie ma co szukać dalej. Ten wypiek potwierdza tę tezę. Nie ma co kombinować.

      Jak się nie jest cukiernikiem, to lepiej trzymać się wypróbowanego kanonu, o którym wiadomo, że jest dobry.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Około-mikołajowe spotkanie przy filmie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 grudnia 2014 10:26
  • środa, 26 listopada 2014
    • Party jesienne, wokół św. Marcina

      Tym razem party było bardzo polskie, z uwagi na termin przyjęcia: parę dni przed 11 listopada (dzień św. Marcina, w którym tradycyjnie w Polsce jadano gęsinę, a w Wielkopolsce – rogale z białym makiem). Był jeszcze jeden polski akcent, ale o tym na końcu:)

      rogale marcinskie

      Były więc na party rogale świętomarcińskie, faszerowana gęś z kluseczkami, bulion na gęsinie z pierożkiem, jesienna sałata ze śliwkami i papryką, polski cydr lubelski.

      stól na party

      bulion z pierożkiem

      gęś luzowana

      sałata ze śliwkami

      menu z liściem

      I było to jednocześnie pożegnanie złotej, polskiej jesieni – a więc kolorowe liście, kolory złota i pomarańczy w wystroju stołu.

      liście na stole

      liście na stole

      cydr

       

      Film, który oglądaliśmy to „Księga ocalenia”

      film na party

       

      Jest to film s-f, z 2010 roku, w reżyserii braci Hughes, a opowiada o niezwykłej i długiej wędrówce czarnoskórego Eli (Denzel Washington), który przedziera się przez zniszczony jakąś kosmiczną katastrofą, apokaliptyczny świat, niosąc księgę, której chroni jak oka w głowie, i w obronie której nie waha się narazić swojego życia.

      Jego kontr-przeciwnikiem jest napotkany w jednym ze skupisk ocalałych ludzi, Carnegie (Gary Oldman), który od dawna poszukuje jedynej, najważniejszej księgi ludzkości, wierząc, że ona da mu absolutną władzę nad ludźmi. Ale nie pożąda tej władzy w dobrych celach. Domyślacie się, że chodzi każdemu z nich o Biblię, i o wiarę.

      Wydawać by się mogło, że film będzie schematyczny, niczym nie zaskoczy, i że Eli nie ma szans w zetknięciu z brutalną siłą. O, jak bardzo się mylicie! Zakończenie dosłownie wbija w fotel, ledwo można złapać przysłowiowy dech w piersiach….

      Zobaczcie koniecznie…

      A właśnie w tych dniach, w Polsce ukazało się zrekonstruowane cyfrowo wydanie tzw. Biblii gnieźnieńskiej, pochodzącej z 1414 roku. Pauliści w sfotografowane misterne iluminacje figuralne w inicjałach oraz ornamenty roślinne na marginesach księgi wstawili współczesny przekład Pisma Świętego.

      Gospodarz naszego party przygotował piękne zakończenie projekcji filmu; mogliśmy podziwiać tę niezwykłą nowo wydaną księgę

      biblia gnieznienska

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Party jesienne, wokół św. Marcina”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 26 listopada 2014 06:30
  • czwartek, 03 lipca 2014
    • Jak tworzyć menu na domowe przyjęcie? dylematy!

      Zwykle moje cykliczne domowe przyjęcia towarzyszą filmowi, wspólnie oglądanemu.

      Staram się dobrać menu nawiązujące do tego filmu. Czasem zdarza się, że znam film, który mamy oglądać, i jeśli jest tam jakaś potrawa, zwykle pojawia się ona również u nas. Często nawiązuję do kuchni narodowej akcji filmu, wybierając najbardziej znane i charakterystyczne potrawy danego kraju.

      przykładowe menu

      (przykładowe moje menu)

      I tu już zaczynają się schody, bo nie zawsze obowiązuje schemat znany z naszej kuchni: przystawka-zupa-danie główne-deser (jest to zresztą schemat europejski, przejęty jako wzorzec z kuchni francuskiej). Różnie to jest w różnych kuchniach. W kuchni chińskiej na przykład stawia się w centralnym punkcie stołu misę z ryżem, a wokół niej miseczki z przeróżnymi dodatkami, i wszystko to od razu. Gdzie indziej obowiązują zasady, że  pewnych składników nie łączy się z innymi, jak u nas. Miałam raz taką ewidentną wpadkę z kuchnią włoską, kiedy jako dodatek do mięsa w daniu głównym podałam makaron. Oj, wytknięto mi to bezlitośnie – w sumie słusznie (nie zrobili tego goście!) Od tamtego czasu studiuję dokładnie zwyczaje kulinarne danego kraju, który chcę zaprezentować.

      Czasem kieruję się narodowością reżysera. Raczej jest to jednak bezpośredni związek menu z filmem.

      Ale ostatnio namącił mi nieco w głowie przeczytany wywiad z p. W.M. Amaro, który został poproszony o stworzenie menu do festiwalu filmów kulinarnych.

      Powiedział: „Za wszelką cenę starałem się uniknąć oczywistości wynikających z filmu. Nie sugeruję się tytułem, krajem, w którym wyprodukowano film, wątkiem przewodnim. Staram się znaleźć coś ciekawego, detal, który mógłbym wyeksponować. W przypadku filmu „The Recipe” – „Przepis” tym punktem zahaczenia była sól, która w filmie zmienia smak gulaszu, a także – zmienia oblicze głównego bohatera, reportera poszukującego receptury perfekcyjnej potrawki (…) pobawiliśmy się różnymi solami. Co prawda nie udało nam się zamrozić łez ciekłym azotem, by udekorować takimi słonymi kryształkami talerze, jednak to chyba byłaby już ta oczywistość, której starałem się unikać. (...) Sól to wiele różnych odmian, kolorów, smaków. W menu pojawiła się m.in. sól waniliowa, sól wędzona czy sól limonkowo-kokosowa, którą wykończyliśmy deser z czekolady i mrożonego ciekłym azotem jogurtowego musu"

      No tak…. Ale on jest artystą…

      I dla niego dania flagowe danego kraju – to przedszkole.

      A ja – idąc dalej tym tokiem obrazowania – ciągle nadal jestem w przedszkolu, ot, co. I pewnie jeszcze długo będę.

       Dodam, że właśnie studiuję kuchnię nowojorską – bo we wrześniu mamy w planie obejrzeć film „Sunset Limited”, który dzieje się właśnie w N.Y.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jak tworzyć menu na domowe przyjęcie? dylematy!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 lipca 2014 10:30

Kalendarz

Styczeń 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl