Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy otagowane „Tarnów”

  • środa, 11 października 2017
    • Lunch w tarnowskiej "Sofie"

      Miły lokal w centrum miasta. Można tu wpaść od rana: na śniadanie od 8.00 (kanapki, koszyki śniadaniowe słone lub słodkie, jajecznicę, omlety, bajgle), na lunch od 12.30 (zupy, pasty, zapiekanki); zawsze na kawę, herbatę lub napoje czy soki, aż do godz. 20.00.

      W wystroju dużo drewna, wygodne sofy, fotele i krzesła. Trochę się czeka na potrawy (np. na zapiekankę jakieś 20 minut), ale napoje przychodzą szybko. Dużo ludzi wpada tu pogadać.

      lunch_w_sofie

      Byłam tu zaproszona na lunch.

      menu_sofy

      Potrawy są bardzo ładnie podawane.

      Moja zapiekanka z kurczaka i ziemniaków (trochę mało przyprawiona) była w kwadratowej grantowej kamionce na dopasowanej rozmiarami małej drewnianej tacy

       zapiekanka_w_sofie2

      Zupa pomidorowa - dobra! - w pięknej misce

      pomidorowa_w_sofie

      A wrap - nadzienie smacznie skomponowane - na niebanalnym rowkowanym talerzu

      wrap_w_sofie

      Może smak potraw nie jest rzucający na kolana, czasami brak pazura w doborze przypraw, ale jest smacznie, miło, ceny przystępne dość.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 11 października 2017 11:09
  • wtorek, 03 października 2017
    • Kuchnia galicyjska w tarnowskiej "Starej łaźni"

      stara łaźnia

      Oprócz kuchni żydowskiej restauracja "Stara łaźnia" proponuje jeszcze dania kuchni galicyjskiej:

      Zupy: Barszcz czerwony z uszkami z grzybami leśnymi, Krem z świeżych pomidorów, Węgierska pikantna zupa gulaszowa
      Dania główne: Konfitowane gęsie udo serwowane z ptysiami z batatów i gruszką sous-vide, Pierogi z gęsiną, Gęsie “pipki” z kluseczkami i puree z marchwi, świeża ryba, Wiener Schnitzel, Kotleciki jagnięce z zielonym groszkiem, Kofta cielęca na lasce cynamonowej z ryżem curry i musem jabłkowym, Grasica cielęca na bajglu

      Jak te dania smakują?
      Oddaję głos mojej siostrzenicy, która je próbowała:

       

      Przystawka zapowiadała naprawdę przyjemny posiłek. 

      b_figi

      Figi z kozim serem były smaczne, dobrze zbilansowane smakowo, nie narzucały nachalności smaku koziego sera.

      Ale jak mawiają, nie chwal dnia przed zachodem słońca.

       Zupa – krem ze świeżych pomidorów już tak nie zachwycał.

      b_zupa_pomidorowa_MG

      Owszem zupa była zrobiona poprawnie, ale niestety była za ostra. Prawdą jest to, że moja tolerancja na ostre przyprawy jest dość niska, ale dla statystycznej poprawności i takiego gościa należałoby wziąć pod uwagę.  Myślę, że w zamian za ciastko/pogryzadło z kruchego ciasta lepszy byłby kleks z kwaśnej śmietany. 

      Główne danie, czyli kotleciki jagnięce z zielonym groszkiem, niestety okazało się niesamowitym rozczarowaniem.

      b_jagnicina_MG

      Mięso było twardawe i w ogóle nie przyprawione, za to ziemniak dodany do dania był bardzo przesolony, myślę, że  dostała mu się porcja soli przeznaczona dla mięsa. Warzywa grillowane, które były dodatkiem do dania były naprawdę dobre. Dobrze przyprawione, nie przegotowane, naprawdę smaczne.  Dlatego trochę dziwi mnie, że dodatek przygotowany był z taką starannością, której  chyba zabrakło przy przygotowaniu mięsa. Co do puree z zielonego groszku to nie było ani złe ani dobre. Po prostu było.

      Pascha czyli żydowski sernik był dobry, ale to nie jest smak dla wszystkich, więc raczej radziłabym się zastanowić na jego zamówieniem.

      b_pascha_MG

      Próbowaliśmy jeszcze:

      Tarninówki - bardzo słodki napój

      b_napj_urawinowy

      Pasztetu z kaczki serwowanym na chałce z żurawiną - dobre

      pasztet z kaczki

      Wiener schnitzel - duże rozczarowanie, mięso totalnie nieprzyprawione!

      wiener schnitzel

       Szarlotki - olbrzymi, dobry kawał ciasta 

      szarlotka

      Siostrzenica skomentowała całość następująco: POTENCJAŁ JEST, ALE TRZEBA JESZCZE POPRACOWAĆ

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 października 2017 12:43
  • wtorek, 11 października 2016
    • Lubicie warsztaty kulinarne?

      Ja uczestniczyłam już w różnych warsztatach:  takich, w profesjonalnych kuchniach i takich, organizowanych w przypadkowych salach; w takich, gdzie uczestnicy byli tylko widzami, i takich, gdzie każdy miał swoje stanowisko, swój fartuszek i musiał sam nieco się natrudzić.

      Każdy rodzaj warsztatów ma swoje plusy i minusy.

      Ostatnio byłam widzem, słuchaczem i degustatorem warsztatów (pierwszej części), które nazywają się „Austriackie kuchenne historie Tarnowa”.

      Autorzy tak promowali swój pomysł na zajęcia: „Jest to projekt, w którym odwołujemy się do tego, co po dziś dzień zostało wpisane przez zabór Austriaków w nasze kulinarne nawyki. Odwołujemy się do dań, które królują obecnie na talerzach, a także do tych o których już dawno zapomniano, a którymi delektowała się śmietanka towarzyska dawnej Galicji.”

      Zabrzmiało ciekawie, prawda?

      I tak też było.

      Pierwszą część stanowił pełen pasji wykład historyka, który o dziejach Tarnowa wie chyba wszystko. Opowiadał nam o tym, co działo się w Tarnowie za czasów zaboru austriackiego.

      A potem, mistrz kuchni przyrządzał na naszych oczach dania, które zostawili nam w spadku zaborcy, i które pokochaliśmy: kawę po wiedeńsku (z czekoladą i bitą śmietaną), strudel jabłkowy, deser Sissi – Kaiserschmarren, Tafelspitz – wołowinę w sosie chrzanowym, sznycel wiedeński.

      W kuchni było trochę chaosu, zwłaszcza z próbowaniem, przerzucaliśmy się między smakami, tak jak to wymuszał cykl i czas gotowania i pieczenia.

      Dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie, bo kuchnię wiedeńską trochę znam ze swoich austriackich wojaży, wypróbowałam wiele z tych przepisów, i na przykład omlet Sissi robię nieco inaczej, a  sznycla wiedeńskiego nie roztrzepuję aż tak cienko. Ale może nie mam racji?

      Panowie prowadzący zwrócili uwagę, że niektóre z tych potraw można nadal, mimo upływu lat, zjeść w naszych kawiarniach i restauracjach, jak choćby „Tatrzańskiej” czy „Wiedeńskiej”. I to jest fajny trop do sprawdzenia:)

      Ciąg dalszy z relacji – również fotograficzny - nastąpi:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Lubicie warsztaty kulinarne?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 października 2016 11:09
  • poniedziałek, 26 września 2016
    • Rozbrykana owca z food trucka

      Organizowany od wielu lat przez Marszałka Województwa Małopolskiego Festiwal Smaku zmienił w tym roku oblicze.

      Postawiono na tak modne ostatnio food trucki.

      Festiwal ma swoje przystanki w kilkunastu miastach Małopolski w ciągu lata. Do Tarnowa dotarł już jesienią, 25 września. Tak prawdę powiedziawszy, to przyjechało do nas tych food trucków niezbyt dużo, właściwie tylko pięć: z hamburgerami, z pizzą, z pulled pork, z jagnięciną i frytkami belgijskimi. Do każdego ustawiły się długie kolejki. Postawiłam na tę najdłuższą, w myśl zasady, że tłum bezbłędnie wie, co najlepsze. I było to stoisko „Rozbrykanej owcy”.

      Nazwa wszystkich elektryzowała i bawiła – i to zadziałało, przełożyło się na popularność.

      Można było mieć „owcę w biegu” – kotleciki jagnięce, soczewicę w sosie, kawałki chrupiącej pity i sałatkę, bądź „owcę na wypasie” – do owcy w biegu dodano kotleciki falafelowe.

      Była jeszcze „owca vege”, która owcą jednak nie była, bo z zasady nie mogła:) ta propozycja to były falafele, soczewica, sałatka i pita.

      Miłe były te kotleciki.

       

      Skusiłam się jeszcze na frytki – dobrze upieczone, ale za słone.

      Miałam ochotę na pulled pork – ale nie na tyle, żeby stać w kolejnej kolejce:)

      Pan Wicermarszałek rozdawał porcje karpia po zatorsku – ale karp to już nie moja bajka, odpuściłam.

      Na zakończenie jeszcze scenka ze stoiska z oscypkami: wybrałam owczy ser i mówię:

      - To jeszcze poproszę do tego redykołkę.

      A sprzedawczyni, ubrana stosownie na ludowo:

      - Proszę? Co mam podać?

      Cóż, wyjaśniłam jej, co sprzedaje; redykołka to niewielki serek owczy w kształcie zwierzątka, ptaka, serduszka lub wrzeciona. Tutaj pani miała jelonki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Rozbrykana owca z food trucka”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 września 2016 09:32
  • wtorek, 23 sierpnia 2016
  • niedziela, 21 sierpnia 2016
    • Regionalne ciastko tertilówka

      Nazwane na cześć burmistrza Tarnowa z początku XX wieku, Tadeusza Tertila. Każdy prawdziwy tarnowianin wie, kim on był, ile mu Tarnów zawdzięcza. Kawiarnia i cukiernia "Tatrzańska" (istniejąca od 1859 roku, choć obecną nazwę nadano jej dopiero w 1936 roku) wprowadziła do swojej regionalnej oferty to ciasteczko: murzynek z bitą śmietaną i śliwkami w polewie czekoladowej.

      Receptura jest oczywiście zastrzeżona, ale degustacja pozwoliła na wierne odtworzenie smaku i drobne korekty, tak, że jest to obecnie moja autorska - jako tarnowianki - wersja tertilówki. Zapraszam!

      b_tertilwka

      Murzynek:

      3 jajka

      1 i 1/2 szklanki mąki

      1 i 1/4 szklanki cukru

      łyżeczka proszku do pieczenia

      3/4 kostki masła

      2i 1/2 łyżki ciemnego kakako

      10 łyżek wody

      pół szklanki chipsów czekoladowych (lub pokrojonej drobno gorzkiej czekolady)

       

      Masło, cukier, kakao i 5 łyżek wody włożyć do rondla i zagotować. Masę wystudzić, po czym dodać do niej żółtka jajek, mąkę, proszek do pieczenia oraz 5 łyżek wody. Wymieszać.

      Ubić pianę z białek, wymieszać z masą, dodać czekoladowe chipsy, przełożyć na blachę wyłożoną papierem pergaminowym, piec w 180 st. C ok. pół godziny. Trzeba uważać, by nie przesuszyć ciasta.

      Wyjąć, wystudzić.

       

       

      2 łyżeczki żelatyny rozpuścić w gorącej wodzie, dobrze wystudzić.

      500 ml śmietany 36% ubić na sztywno, dodać 2 czubate łyżki cukru pudru, dodać wystudzoną żelatynę.

       

      Teraz zaczynamy składanie ciasta:

      Odkroić cieniutką wierzchnią warstwę ciasta, posmarować ciasto kilkoma łyżkami konfitury z płatków róży.

      Nałożyć ubitą śmietanę.

      Włożyć do lodówki na kilka godzin.

       

      Zrobić czekoladową polewę:

      200 g gorzkiej czekolady

      50 g masła

      50 g śmietanki 30%

      Rozpuścić czekoladę w kąpieli wodnej, dodać masło i śmietankę, mieszać aż całość połączy się jednolitą masę.

       

      Następnie 20 dag śliwek suszonych bez pestek pokroić, skropić rumem.

      Ułożyć śliwki na wierzchu ciasta, po czym oblać całość czekoladową polewą.

      Włożyć do lodówki jeszcze raz na kilka godzin.

      I gotowe.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Regionalne ciastko tertilówka”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 sierpnia 2016 09:59
  • piątek, 18 września 2015
    • Autentyczna kuchnia regionalna na przyjęciu

      Kuchnia regionalna jest modna, dużo się o niej mówi, ale żeby te potrawy, zwłaszcza te ludowe, chłopskie, podać na przyjęciu? Rzadko spotykane. Bo rzekomo tłuste, wysoko kaloryczne, wymagające dziwnych, niemodnych składników, i te techniki kulinarne niedzisiejsze, nienowoczesne, przestarzałe….

      No i czy przy takim spojrzeniu nie ucieka nam w mroki przeszłości nasze dziedzictwo kulinarne?

      Nie chcę, żeby mi umknęły nasze domowe tradycje i smaki.

      I właśnie ostatnia moja pasja to wyszukiwanie regionalnych: małopolskich i świętokrzyskich przepisów (to regiony mojego zamieszkania i pochodzenia), próbowanie ich i oswajanie.

      A więc zapraszam na party, które towarzyszyło oglądaniu filmu „Karolina”, o dziewczynie, która pochodziła z okolic Tarnowa. Na okładce pudełka z filmem jest napis: „Czy jest coś, za co oddałbyś życie?” Mocne pytanie.

      W menu podałam potrawy typowo chłopskie, takie, które Karolina zapewne jadła w swoim życiu.

      stół regionalny

      film Karolina

      Produkty, charakterystyczne dla naszego regionu to ziemniaki, kapusta, fasola, jabłka, marchewka.

      Sposób podania jest zapewne nieco inny, niż 100 lat temu. Ale tak rozumiem to ich „ocalanie od zapomnienia”: autentyczny przepis i nowatorska, współczesna aranżacja.

      To popatrzmy:

      Jako przystawkę podałam kanapki z pasztetem z mielonej fasoli „piękny Jaś”, z dodatkiem startego jabłka i ziaren słonecznika

      kanapka z pasztetem

       Potem „szły” pierogi zalipskie (czyli zalipiańskie), specjalność gospodyń, tych od malowanych chat we wsi Zalipie; pierogi są nadziewane gotowaną słodką kapustą z dodatkiem cebuli i kiełbasy wiejskiej. 

      pirogi zalipskie

      Zupa była dziadowska, nazywana też często pospółką, bo są w niej ziemniaki wespół z kluseczkami zacierkowymi; właściwie to niewiele więcej w tej zupie jest, jeszcze tylko konieczny jest kawałek boczku lub kiełbasy na skwarki, to daje zupie ten pyszny smak, no i świeży lubczyk. W naszym regionie każdy niemal pamięta tę zupę z dzieciństwa, nasze mamy i babcie często ją gotowały, a te kluseczki w niej były prawdziwym hitem, zwłaszcza, że pozwalano dzieciom je własnoręcznie skubać i wrzucać do zupy.

      zupa dziadowska

      

      Jako główne danie podałam kurę peerelkę (według przepisy koła gospodyń z Woli Rzędzińskiej); to już trochę bogatsza, bardziej odświętna potrawa, i bardziej pracochłonna, bo trzeba wyluzować kurę z kości (cóż, kury nie bardzo skąd miałam wziąć, więc zrobiłam tę potrawę z kurczaka).

      I dodałam do tego duszoną marchewkę z dodatkiem cukinii i sałatkę z pomidorów, ogórków i cebuli – każdy ją u nas je i kocha! Choć wiem, wiem, że nie powinno się łączyć pomidorów i ogórków.

      kura peerelka

      kura i warzywa

      A do kawy szarlotka gaździny z bacówki na Jamnej – zdziwiłam się, że wzbudziła aż taki zachwyt! (przepis wkrótce)

      szarlotka gaździny

      Z napitków zaproponowałam cydr z jabłek i nalewkę „tarninówkę” – naszą tarnowską specjalność.

      cydr i tarninówka

       A menu wypisane było tym razem na zielonych pierścieniach, ponieważ część przepisów i inspiracji zaczerpnęłam ze strony stowarzyszenia pielęgnującego dawne tradycje kulinarne: Zielony Pierścień Wokół Tarnowa. 

      menu pierścieniowe

       Serwetki z motywem szlaku z kwiatów nawiązywały do malarskich tradycji Zalipia. I anioły na stole, malowane w kwiaty  też z Zalipia przywiozłam. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Autentyczna kuchnia regionalna na przyjęciu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 18 września 2015 06:33
  • niedziela, 23 sierpnia 2015
    • Letnie obiady na mieście – podsumowanie

      Urlop się kończy, kończy się też obiadowanie na mieście.

      Fajnie było tak sobie wędrować po różnej klasy lokalach, próbować, porównywać, podpatrywać pomysły, zarówno kulinarne, jak i estetyczne.

      podsumowanie

      

      Moim jednak zdaniem – domowych obiadów to te propozycje nie zastąpią.

      Na obiad do restauracji fajnie jest wpaść raz na jakiś czas, traktując to jako swego rodzaju święto; no, może to za dużo powiedziane, może raczej jako  przerywnik codzienności, jako miłą przyjemność.

      Na pewno chętnie wpadłabym znów do Bristolu, do „Jana”, do „Soprano”. Zajrzałabym do „Cristal Parku”.

      Na takie bardziej na luzie lunche wpadłabym do „Włóczykija”, „Jani sushi”, „Jamy złotego smoka”. Jako ciekawostkę chętnie pokazałabym komuś znajomemu „Braterską”.

      Odpada natomiast absolutnie „Pasaż”, nie mam już ochoty na „Rabarbar”, ani na „Wiedeńską”.

      Zostało parę lokali, których nie odwiedziłyśmy; cóż, wszystko przed nami! Z góry zapraszam!

       *****

      Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

      Każdy eksperyment ma doprowadzić do wysnucia jakiś wniosków. Wnioski są takie, że w naszym mieście można zjeść dobrze i smacznie. Są miejsca gdzie naprawdę gotują dobrzy znający się na rzeczy kucharze, dbający o swoich klientów. Szczerze mówiąc jestem tym trochę zaskoczona bo poza paroma miejscami gdzie można szybko i w miarę tanio zjeść Tarnów zupełnie nie kojarzył mi się z miastem dobrych restauracji. Być może ocenianie restauracji po jednym posiłku to pewne nadużycie ale co tam, jak mówią kto mi zabroni. Mam swój prywatny ranking najlepszych miejsc:

      miejsce I: decydowanie restauracja „u Jana” – mój faworyt, najlepszy stek jaki jadłam w Polsce, myślę, że jest to miejsce warte uwagi i odwiedzenia.

      miejsce II:  „Bristol”  -  ciekawe połączenie nowoczesnych form  i technik z lekkim powiewem czasów PRL-u.

      miejsce III:  i tu jest już gorzej mam kilka miejsc, ale chyba dwa miejsca zasługują na wyróżnienie „Soprano” i „Wiedeńska”. Dwa fajnie lokale gdzie można smacznie zjeść.

      Są też miejsca gdzie nie polecam jeść, i które lepiej omijać szerokim łukiem.

      Jak każdy eksperyment i ten nasz miał swoje trudności i niedogodności. Do takich największych można zaliczyć to, że porcje są ogromne i po obiadku człowiek nie wychodzi z lokalu tylko się wytacza. Kolejny minusik to taki, że po 2 tygodniach stołowania się w restauracjach, zaczyna się już to człowiekowi nudzić. Zaczyna się tęsknić do domowego, prostego i swojego jedzenia.

      *Chciałam podkreślić, że wszelkie opinie są subiektywne i to co mi smakowało nie musi smakować komuś innemu i na odwrót.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Letnie obiady na mieście – podsumowanie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 sierpnia 2015 12:14
  • sobota, 22 sierpnia 2015
    • Kończymy letnie obiadowanie w „Tatrzańskiej”

      „Tatrzańska” zawsze kojarzona jest u nas z cukiernią i kawiarnią, ale od jakiegoś czasu ma również i propozycje obiadowe.

      tatrzańska

      

      Skusiła się na to Marta, zamawiając chłodnik litewski

      Dobry, ale ten sposób podania…. Te buły….

      chłodnik w tatrzańskiej

       Ja wolałam zakończyć nasze letnie obiady w mieście tylko deserem. Dołączyła do nas moja siostra, też preferująca słodkości, a zamówiłyśmy: kawy (espresso i cappuccino), firmowe lody tatrzańskie (pyszne, z czekoladą, orzechami, bitą śmietaną z serkiem i olbrzymie, nie do przejedzenia!), sernik tatrzański (dobry, jednak myślę, że ten, który ja robię i tak jest lepszy) i tiramisu. 

      kawy

      lody

      sernik

      tiramisu

      Ach, ja skusiłam się jeszcze na gofra, ale zapomnijmy raczej o tym moim łakomstwie, zwłaszcza, że długo na niego musiałam czekać  i nie spełnił moich oczekiwań.

       *****

      Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

      Na temat chłodników nie wiem nic, przynajmniej tak mi się wydaje, nigdy wcześniej takiej zupy nie jadłam. Być może wyda się to dziwne, ale poza bardzo upalnymi dniami lata, kiedy i tak nie gotowało się zup, taki rodzaj obiadu nie sprawdziłby się w żaden sposób. Sam chłodnik był w porządku. Ilość wkładu buraczkowego sprawiała, że  zupa miała konsystencje „łyżka stój”. Smak nie był nachalny  i nie wyróżniał jednego konkretnego smaku. Może brakowało odrobiny smaku czosnku, ale może to moje błędne wyobrażenie o chłodniku.

      Co do deseru – tiramisu, dobre, nie bardzo dobre, ale dobre. Było podane  sosem z truskawek, który mi jakoś nie pasował do całości, może dlatego, że czuć było mrożone truskawki. Sam krem był gładki, a biszkopty dobrze naponczowane. Ogólne wrażenie lekko mi zepsuło zapominalstwo obsługi, która do deseru zapomniała podać mojego zamówionego soku.  

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 22 sierpnia 2015 13:06
  • piątek, 21 sierpnia 2015
    • Obiad w restauracji Wiedeńskiej

      Galicja przesiąknięta jest klimatem Wiednia, stąd też restauracja Wiedeńska cieszy się w moim mieście sporą sympatią.

      Utrzymana jest w bordowym, cesarskim kolorze, ze złoceniami; jest elegancko

      wiedeńska

      Na początek miła niespodzianka: podano nam czekadełko - omletowy pasztecik z zielonym sosem i sałatą

      czekadełko

      W menu jest specjalna karta z daniami wiedeńskimi i właśnie je postanowiłyśmy przetestować.

       

      Ja zamówiłam Kociołek wiedeński, czyli efektownie podany, w miedzianym rondelku, rosół wołowy ze sztuką mięsa i warzywami, osobno talerz z grubo krojonym, ładnie zwiniętym w gniazdka makaronem, osobno miseczka ugotowanych, startych na tarce ziemniaków oraz sos chrzanowy w sosjerce. Super! aczkolwiek mnie wydawał się rosół nieco zbyt słony, ale może to wynika z tego, że ja w ogóle raczej oszczędnie solę potrawy.

      wiedeński kociołek

      tafel szpic

      Tym razem nie oparłam się chęci na deser; zamówiłam „cesarzowy miszmasz czyli omlet austryjacki na słodko”, myśląc że będzie to tradycyjny wiedeński omlet Sissi, szarpany (w kawałkach), z rodzynkami i sosem owocowym. Ale nie. Był to zwykły, okrągły, plackowy omlet i to niezbyt puszysty.

      omlet

      

      Marta zamówiła sznycel wiedeński, i kiedy go zobaczyłyśmy, to najpierw zamarłyśmy, a potem obydwie tylko głośno westchnęłyśmy. Bo był olbrzymi, na całą wielkość dużego talerza! Nie oparłyśmy się pokusie zmierzenia go:) telefonem komórkowym:) ok. 21 cm średnicy, proszę państwa! Ale był przepyszny!

      Do tego – sałatka ziemniaczana, też znakomita.

      schabowy

      sałatka ziemniaczana

      A na deser tort Sachera, pięknie podany, ale bez warstwy morelowej, i jak dla mnie, zbyt suchy.

      tort sacher

      

      Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

      Największy schabowy świata.  Kotlet był smaczny, miękki, z chrupiącą panierką. Na pewno smażony na maśle, to ważna informacja dla tych, który dbają o takie szczegóły. Sałatka ziemniaczana też nie dawała powodów do czepiania się. Ziemniaki były miękkie, z dodatkiem czerwonej cebulki i lekko czosnkowego dressingu.

      Tort Sacher, który  tak nie do końca był wiernym odzwierciedleniem, tego  który jadłam parę lat temu w Wiedniu. Brakowało w nim morelowego powidła. Ale ogólnie całkiem pozytywne wrażenie. Cały deser był pięknie podany z dodatkami gorzkiej i mlecznej czekolady, sosem truskawkowym.

       ********

       Jeszcze kilka moich uwag na koniec.

      Pewnie się domyślacie, że nie będą zbyt pozytywne.

      Dotyczą one obsługi. Już raz byłam w tej restauracji, i po raz drugi spotkałam się z tym, że kartę menu pan kelner podał najpierw osobie wyraźnie młodszej. Bałabym się tam pójść z kimś na jakiś oficjalny obiad; ktoś mógłby poczuć się urażony, i chyba słusznie.

      Ponadto dostałam kartę menu, która zaczynała się od deserów. Najpierw myślałam, że kelner pomylił się, ale szybko okazało się, że to tylko źle zszyte strony, w złej kolejności, wymieszane ze sobą. W tej klasie restauracji? („Wiedeńska” uważana jest za jedną z najlepszych w Tarnowie).

      I nie na każdym stoliku stały kwiaty; na naszym akurat nie.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 21 sierpnia 2015 13:16
  • czwartek, 20 sierpnia 2015
    • Miło obiadować z Włóczykijem

      Na tarnowskich Wielkich Schodach przysiadł muminkowy sympatyczny Włóczykij, wieczny podróżnik w kapeluszu, z węzełkiem na plecach.

      włóczykij w tarnowie

      

      Do podróżowania nawiązuje zarówno wystrój lokalu (mapy, kompasy, zdjęcia różnych zakątków świata, kolorystyka kolonialnego angielskiego podróżowania), jak i menu (specjalny dział: kuchnie świata).

      Za klimat – bardzo duży plus ode mnie

      wnętrze włóczykija

      

      Może tylko odsuwane ciężkie krzesła zgrzytają zbytnio po podłodze.

      Opinie na Facebooku straszyły, że czeka się nieprawdopodobnie długo; NIE JEST to prawda. Ale prawdą jest, że nie traktuje się klientów stolika jako całości, którzy jednocześnie powinni dostać swoje dania; każdy dostaje swoje danie w innym czasie, jeden je, drugi się patrzy; głupio, co nie?

      Lista serwowanych potraw niepokojąco długa, ale jeśli kucharza to nie przerasta, to czemu nie?

      W naszym przypadku nie było wpadki.

      Ja postanowiłam zamówić pizzę Włóczykija i jak najbardziej ją polecam; super ciasto, dodatki: salami, kurczak, pieczarki, cebula, czarne oliwki, miło ciągnący się ser, pomidory. Uwaga: ta mała jest tak naprawdę DUŻA!

      pizza włóczykija

      Marta zdecydowała się na zupę z kukurydzy oraz musakę

      zupa z kukurydzy

      musaka

      

      Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

      Nie taki Włóczykij straszny jak o nim mówią, i jak ja go pamiętam z przed paru miesięcy.

      Zupa kukurydziana była naprawdę dobra, lekko pikantna, ale bez przesady, nie wykręcało buzi od nadmiaru chilli. Nie jest to zupa bardzo gęsta.  Muszę przestrzec wielbicieli jedwabistej zupy krem – ta taka nie jest. Pływają w niej małe kawałeczki kukurydzy, co mnie nie przeszkadza.  

      Musaka była poprawna, cukinie i bakłażan dobrze upieczone. Mięso było prawie dobrze doprawione. Brakowało mu odrobinę soli i byłoby bez zarzutu.

      Muszę się jednak uczepić jednej rzeczy: obydwa dania dostałam w tym samym czasie, nie wiem z czego to wynikało, ale uważam, że należy to zmienić.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 sierpnia 2015 10:44
  • środa, 19 sierpnia 2015
    • Nie podobał nam się obiad w „Pasażu”

      Centrum miasta, urokliwa starówka, ładny wystrój „Pasażu” – mogło być tak super!

      pasaż w Tarnowie

      

      Ale nie było.

      Wzięłam zupę gulaszową, odruchowo myśląc, że będzie mieć proweniencję węgierską, tak popularną w Tarnowie, jako że nasze związki z Węgrami są bardzo ścisłe. A dostałam niezbyt dobrze doprawioną zupę, do której wsypano ziarna kukurydzy! Ło matko! Czyżby chodziło o kuchnię meksykańską???

      gulaszowa w pasażu

      

      Wybór pierogów - z nadzieniem z kaczki i kaszy – również okazał się niezbyt dobrym wyborem.

      Farsz był niesłony, a pierogi dostałam porozrywane, rozgotowane, choć w momencie podania sprytnie ukryto ten fakt, układając je tak, by nie było niczego widać. No, proszę państwa! To już naprawdę kpina z klienta!

      O, nie, na pewno tam nie wrócę, i nikomu nie polecam.

      pierogi w pasażu

       Marta wzięła zupę krem z porów, a na drugie – polędwiczkę wieprzową z pieczonymi jarzynami i ziemniakami. 

      porowa w pasażu

      polędwiczki w pasażu

      Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

      Mówią, że jeśli nie masz nic miłego do powiedzenia, to może lepiej nic nie mówić. Ale uważam, że każdy ma prawo być ostrzeżony, choćby tylko dlatego, że na posiłki w restauracjach wydaje  się własne pieniądze. Dzisiejszy obiad był niesmaczny.

      Zupa na pierwsze spróbowanie była dziwna, smakowała swoim głównym składnikiem czyli porem, ale potem czuć było tylko pieprz. Może należałoby dodać trochę większy kleks śmietany, albo połączyć krem z pora z innym, nieco łagodniejszym kremem, a może użyć grzanek, albo groszków ptysiowych.

      Danie główne…

      W zasadzie nie mogę czepiać się polędwiczki, bo była poprawna, nie była twarda, dobrze doprawiona. Natomiast dodatki były nie do przyjęcia. Pieczony ziemniak był miejscami surowy. Nie bardzo mogę to zrozumieć, ponieważ mniej więcej wiadomo ile taki ziemniak się gotuje, a jak się nie jest pewnym to można dziabnąć i wiedzieć czy to już czy jeszcze 5 minut. Naprawdę mogę poczekać chwilę i nie będę robić  z tym problemu. Była jeszcze pietruszka pieczona/gotowana tego nie jestem pewna.

      Nie wiem czy „Pasaż” dostanie drugą szansę.

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Nie podobał nam się obiad w „Pasażu””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 19 sierpnia 2015 12:52
  • wtorek, 18 sierpnia 2015
    • Obiad lunchowy w Cristal Park

      Hotel Cristal Park w Tarnowie-Mościcach (dawny Chemik, ciekawe, jaka jest etymologia tej nowej nazwy!) reklamuje się ostatnio z propozycją menu lunchowego, codziennie od godz. 12-16: „Today na TuDej Lunch”; naprawdę nie wiem, czemu ma służyć ten angielski, bo oferta chyba skierowana jest jednak do rodaków, a naszym językiem jest język polski, jakby ktoś nie wiedział!

      cristal park

      

      Ciekawa jednak byłam samej restauracji, jak i tego menu lunchowego, poszłyśmy tam więc, zerknąwszy uprzednio na ich stronę, co w tym dniu proponują.

      A proponowali na 17 sierpnia: zupę serową z grzybami i grzanką oraz filet z kurczaka z serem na sosie pomidorowym z ziemniakami opiekanymi i brokułem z wody.

      A co dostałyśmy?

      Zgadujecie pewnie, że nie to, co proponowali w opublikowanym menu.

      Dlaczego? Dobre pytanie.

       

      Podano nam żurek z kiełbasą, grzybami i jajkiem z dodatkiem pieczywa oraz kotlet schabowy podany na kapuście zrobionej a’la bigos z dodatkiem pieczonych kulek ziemniaczanych.

      żurek w cristal park

      schabowy w cristal park

      Zupa bardzo dobrze przyprawiona, kiełbasa nie była tłusta, a dodatek grzybów (chyba pieczarek) był atrakcyjnym dla mnie dodatkiem. Kotlet o.k., bigos także, ziemniaki raczej niezbyt słone.

      Porcje duże, naprawdę można zaspokoić głód za bardzo rozsądną cenę, w eleganckim otoczeniu.

      Tyle tylko, że zestaw nie obejmował żadnego napoju, choćby wody; oczywiście można coś zamówić, tyle że np. cena małego toniku to 1/3 ceny lunchu.  Coś tu nie halo, moim zdaniem.

      Piszemy tu o naszych odczuciach szczerze, więc muszę jeszcze dodać, że byłyśmy tam ok. godz. 15, a lokal był w trakcie sprzątania; potknęłam się o sznur odkurzacza, a w czasie kiedy jadłyśmy, pani sprzątająca szalała po środku sali z mopem. To prawda, że tłoku nie było, goście przy trzech tylko stolikach dużej sali, ale dlaczego nas tak lekceważyli?

       ***

      Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

      Jeżeli czytaliście wpis od początku to wiecie co było na obiad. Jakie jest moje zdanie: poprawnie, ale bez cudów. Żurek był smaczny, o dobrej konsystencji, nie za wodnisty ani nie zbyt gęsty. Jedyne co mi tak trochę nie pasowało to pływające w nim grzyby, ale to dlatego, że u nas w domu takie atrakcje po żurku nie pływają.

      Co do drugiego dania  tu w sumie tak trochę dobre, a tak trochę bardzo źle. Dobry był kotlet schabowy, miękki, z dobrą chrupiącą panierką. Ziemniaki natomiast były okropne. Pewnie się zastanawiacie jak można zepsuć ziemniaki. Otóż w najprostszy sposób – nie soląc ich. Jeśli teraz pomyślicie ze wymyślam i że mi się w głowie poprzewracało, i że zasadniczo sól na stole stała to polecam, a w zasadzie nie polecam spróbować. Dopełnieniem dania była kapusta, której nie mogę nic w zasadzie zarzucić, była porządnie doprawiona, ale… . Nie miała swojego smaku i charakteru.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 sierpnia 2015 11:54
  • sobota, 15 sierpnia 2015
    • Piątkowy obiad w Jani sushi

      Wszystkie te sushi, maki, itp. nie są moimi ulubionymi daniami. Ale w tarnowskim lokalu „Jani sushi” przy ul. Krasińskiego podają również pizzę, a ona już jakiś czas chodziła za mną. Poza tym ciekawa byłam kawałka Japonii w moim mieście.

      Lokal jest malutki, kilka stolików, wystrój bardzo prosty, oszczędny (= duży plus!): gałąź wiśni na ścianie, firany z gałązkowym motywem, proste drewniane stoły.

      jani sushi

      Nie ma tu długiego czekania, może trochę obsługa zbyt często zerka na klienta, ale to chyba wynika z małych odległości:)

      Wybrałyśmy futomaki z pieczoną rybą oraz pizzę frutti di mare

      futomaki

      pizza frutti di mare

      

      Dobry, smaczny wybór.

      Warto zajść tam i spróbować. Pizza śmiało może konkurować o palmę pierwszeństwa (chodzi mi po głowie pomysł testowania pizzerii w moim mieście!)

      Jest jednak jeden minus i to bardzo poważny: lepiej nie chodzić tam do toalety!

      ** **

      Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

      Myślę, że to dobre miejsce dla miłośników sushi. Moja roladka z ryżu miała w sobie pieczonego węgorza, avocado, serek i kanopy (suszone włókno tykwy). Wszystko fajnie ze sobą współgrało, żaden z dodatków nie gryzł się z innym. Ryż był fajnie kleisty. Miłym akcentem były płatki kandyzowanego imbiru i kleksik wasabi z chrzanem. Muszę jednak was uprzedzić, że jedna porcja futomaków nie wystarczy do zaspokojenia małego głoda.

      Co do pizzy, muszę przyznać, że naprawdę była dobra. Cienkie, chrupiące ciasto.  Duża ilość dodatków, których nie trzeba szukać z lupą w ręku. Sos czosnkowy, nie tak dobry jak mój, ale plasuje się wysoko w klasyfikacji sosów czosnkowych.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      sobota, 15 sierpnia 2015 13:31
  • piątek, 14 sierpnia 2015
    • Obiad według M. Gessler w „Braterskiej”

      To już parę lat temu p. Gessler  reformowała tarnowską restaurację „Braterska”, o której, prawdę mówiąc, wówczas mało kto u nas słyszał. Położona na jednym z bocznych osiedli, kojarzona była raczej z lokalem, takim, wiecie, dla smakoszy piwa. Ale potem zrobiła się sławna. Ludzie zaczęli w niej bywać, ciekawi nowego, gesslerowskiego menu. Też się wybierałam, ale dopiero teraz wreszcie udało mi się tam dotrzeć.

      I powiem, że warto się tam wybrać.

      Braterska w Tarnowie

      

      Lokal ma miłą, spokojną, zieloną kolorystykę, wprawdzie nie ma klimatyzacji, ale wiatraki (nie wiejące na gości) utrzymują odpowiednią temperaturę nawet w te upały. Obsługa bardzo uprzejma i szybka, w menu jest wyraźnie, osobno zaznaczone, które potrawy robione są według p. Gessler. Ja zdecydowałam się na zupę pomidorową i karkówkę z sałatką ziemniaczaną i zasmażaną kiszoną kapustą, natomiast wiernie testująca ze mną moja siostrzenica wybrała menu z propozycji własnych restauracji.

      Zupa jest ciekawa, ale taka bardziej dla koneserów, lubiących nowe smaki, bo jest właściwie słodka, a w dodatku doprawiona lubczykiem. Usiłowałam rozgryźć smaki, i wyszło mi, że smakuje łagodnym keczupem:) a może sokiem pomidorowym.

       

      pomidorowa w Braterskiej

      

      Karkówka rozpływa się ustach, naprawdę! Jest polana takim sosem bulionowym, no pyszna! Sałatka ziemniaczana świetnie doprawiona i smaki idealnie ze sobą skomponowane i „przegryzione”.

      Niestety, nie mogę tego powiedzieć o zasmażanej kapuście; dla mnie była zdecydowania za słona. Myślę, że teraz chyba nie czas na kiszoną kapustę, warto pewnie by ją spróbować za miesiąc czy dwa, kiedy będzie już nowa kiszona.

      karkówka w Braterskiej

      sałatka ziemniaczana w Braterskiej

       Restauracja ma jeszcze jeden ciekawy, niespotykany element; otóż na ścianach wiszą autentyczne obrazy lokalnych twórców, budzących wielkie zaciekawienie gości. I w dodatku obrazy te są na sprzedaż! 

      galeria obrazów w Braterskiej

      I wyobraźcie sobie, że ten kot z tarnowskim ratuszem w tle, będzie już lada moment mój! Wiecie jaka jestem podekscytowana?!

       

      ******

       Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

      Czasem chodzi za człowiek jakaś piosenka, myśl albo potrawa. Za mną chodził kotlet schabowy, dlatego pomimo okropnych upałów zdecydowałam się przetestować lokal, który naprawiała Magda Gessler. Od razu chciałam zaznaczyć, że nie jestem fanką tej pani, ale też nie kwestionuje jej zdolności marketingowych i organizacyjnych.

      schabowy w Braterskiej

      surówki w Braterskiej

      Wracając do obiadu, był dobry. Schabowy zajmował cały talerz, był miękki i dobrze doprawiony. Panierka była chrupka i nie odpadała. Naprawdę bardzo dobry. Surówki składające się z buraczków, surówki z kiszonej kapusty i marchewki też były na plus. Nie dominował żadna konkretna przyprawa, bo przecież buraczki mają smakować buraczkami, a nie pieprzem czy solą. Całość dopełniały frytki, ale wiecie takie sklepowe więc trudno byłoby je zepsuć.

      Miły dodatkiem były gratisowe galaretki, wydaje mi się, że truskawkowe, ale niestety nie da się tego jednoznacznie określić.  

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Obiad według M. Gessler w „Braterskiej””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 14 sierpnia 2015 13:36

Kalendarz

Październik 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl