Prowincja w globalnej wiosce

Moje 100. tysięczne miasto na południu Polski - to z perspektywy globalnej wioski - raczej prowincja. Ale to mój świat, mój własny kawałek ziemi. Całkiem fajnie się tu myśli, czyta, ogląda filmy, słucha muzyki, pichci w kuchni. I fajnie będzie o tym porozmawiać

Wpisy otagowane „kraków”

  • niedziela, 19 lutego 2017
    • Kulinarny ślad Wita Stwosza w Krakowie

      Każdy zna ołtarz Wita Stwosza w Kościele Mariackim w Krakowie.

      Każdy zna historię żółtej ciżemki, którą znaleziono za tym ołtarzem w czasie remontu. Według powieści Antoniny Domańskiej zgubił ją Wawrzuś, uczeń mistrza Stwosza, kiedy tuż przed odsłonięciem ołtarza wbiegł po drabinie, by wsunąć w dłoń biskupa Stanisława pastorał, który przez niedopatrzenie leżał na posadzce.

      Ale dom, w którym kiedyś, przed laty mieszkał Wit Stwosz, długo był nieznany i popadał w ruinę.

      Jednak kamienica przy zbiegu ulic Grodzkiej i Poselskiej zdobyła nową szatę i nowe życie.

      Po gruntowym remoncie powstała tu Restauracja Enoteka Pergamin.

      b_wit_stwosz

      dom_w_stwosza

      Gospodarze restauracji tak piszą o swoim lokalu:

      "W tym pradawnym domu twórcy ołtarza Mariackiego łączymy kilka pasji – do wina, jedzenia, alkoholi z całego świata, ale przede wszystkim zrozumienia i szacunku do regionalnych polskich produktów.

      Chcemy by to wyjątkowe miejsce kojarzyło się Państwu z regionalnymi dobrodziejstwami, które można znaleźć w naszej autorskiej kuchni. Mowa tu o lokalnych produktach: mięsiwach i serach, które produkowane są z należytą starannością od pokoleń, przez co mają swój niezwykły, wysublimowany smak."

       

      A ja zapraszam na kilka migawek z menu degustacyjnego, które wczoraj tam jadłam:

       Znów oddajmy głos gospodarzom:

      "Nasze autorskie menu degustacyjne to okazja do spróbowania wielu różnych potraw i spędzenia czasu w ciekawy i zaskakujący sposób. Potrawy opisane są w karcie jedynie trzema wyrazami np.: dorsz/rydz/dynia. Składniki to podpowiedzi, a forma, w której dostaniecie Państwo potrawę owiana jest tajemnicą."

      Ale opiekujący sie nami kelner cierpliwie i serdecznie wyjaśniał wszelkie szczegóły

      GĘŚ / JABŁKO / CZOSNEK NIEDŹWIEDZI / CEBULA / WIŚNIA

      To była roladka z gęsi  podana na musie jabłkowo-cebulowym

      b_menu_rulonik_gsi

      KUKURYDZA / SORGO  lub  JAGNIĘCINA / GRASICA CIELĘCA  - po prostu świetne aromatyczne zupy; miałyśmy jedną i drugą, bo każda z nas wzięła inną zupę

      b_zupy_w_enotece

      POMARAŃCZ / TABASCO lub TONIC / MIĘTA - to była kulka sorbetu (podobnie jak zupy, każda wzięła inny sorbet). Tyle tylko, że tego "pomarańcza" nie mogę im darować! To nie jest ten pomarańcz, tylko TA pomarańcza.

      b_sorbety_w_enotece

      ŻABNICA / ŻUREK / ŚLIWKA

      Kawałek ryby na musie żurkowym - fajne i pomysłowe!

      b_abnica_w_enotece

      SERY / WĘDLINY

      To największe rozczarowanie tego menu; dobre, ale takie zwyczajne, bez żadnej niespodzianki smakowej czy wizualnej

      b_deska_serw_w_enotece

      MAK / MARAKUJA / SER DOJRZEWAJĄCY - czyli deser: sakiewki z ciasta filo.

      b_deser_w_enotece

      WINO DEDYKOWANE - do każdej potrawy było specjalnie dobrane wino - znakomite.

      Uwielbiam menu degustacyjne! To świetny sposób na niekonwencjonalny obiad i pogaduchy. I to jeszcze w piwnicach przeszło 500-letniego domu, marzenie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kulinarny ślad Wita Stwosza w Krakowie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 lutego 2017 13:13
  • poniedziałek, 01 sierpnia 2016
    • Obiad wolontariuszy z Papieżem Franciszkiem

      Obiad, który odbył się w domu biskupim na Franciszkańskiej (tam, gdzie słynne okno papieskie), miał charakter obiadu domowego, nie był dyplomatyczną ceremonią. Świadczą o tym zarówno menu, jak i zastawa stołowa.

      Biały obrus, zwykłe kwiaty (a nie wyszukane kompozycje), pieczywo na zwykłych talerzykach. I ten wielki stół, owalny, pozwalający się zgromadzić wokół niego, widzieć się wszystkim uczestnikom, rozmawiać.

      Trochę mi brakowało większej dbałości o wygląd stołu, talerza dla każdego uczestnika, który byłby bazą dla kolejnych podawanych dań; pieczywo w polskim domu podawane jest zwykle w koszyczku, wybrałabym polskie kwiaty na stół: maki, bławatki, rumianki…

      Ale nie ulega wątpliwości, że ten stół to był wielki atut spotkania.

      A menu?

      Były pierogi z nadzieniem z ogonów wołowych (ciekawe, prawda?), filet z nowosądeckiego indyka gotowany w niskiej temperaturze, na deser – sernik.

      Gotowały dla papieża siostry sercanki.

      W pozostałych dniach przygotowały dla papieża także: podhalańską cielęcinę, smażonego węgorza, jesiotra z sosem koperkowym, bundz marynowany z sokiem z pomidorów, stek z polędwicy. A na piątkowe śniadanie podały jajka a`la Franciszek – nie wiemy dokładnie jaką one miały postać, wiadomo tylko, że były podane z chrzanem. I że papież był mile zaskoczony.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Obiad wolontariuszy z Papieżem Franciszkiem”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 sierpnia 2016 08:18
  • środa, 26 sierpnia 2015
    • Zanika sztuka biesiadowania?

      Spędzając bardzo miło czas w krakowskiej „Białej róży” na degustowaniu i rozmowie ” (patrz: wczorajszy wpis), nie sposób było jednak nie zauważyć jednej zdumiewającej tendencji: otóż obok naszego stolika siedziała para, ich talerze z daniami stały na stole, a oni coś tam skubnęli od czasu do czasu, nie rozmawiali, nawet nie patrzyli się na siebie, a ich podstawowym zajęciem było  stukanie paluszkami w swoich smartfonach.

      smartfony w restauracji

      Dlaczego mówię o tendencji? No bo za chwilę pojawiły się dwie dziewczyny i zaczął się ten sam scenariusz: po złożeniu zamówienia, smartfony do rąk, i…. nic innego nie było już ważne.

      Zrozumiałabym jeszcze, gdyby ktoś przyszedł do restauracji sam, i oczekując na posiłek wyciągnąłby tego smartfona. Ale będąc z kimś? Tak go lekceważyć? zatraca się zupełnie  idea spotkania przy stole.

      Sztukę kulinarną kucharza też się lekceważy, równie dobrze mogliby ci ludzie kupić sobie hot-doga, pewnie nie zauważyliby różnicy.

      Sorry, że tak marudzę, ale to jest naprawdę coś niesamowitego! To namacalny dowód, że świat wirtualny staje się ważniejszy od rzeczywistego.

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Zanika sztuka biesiadowania?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 26 sierpnia 2015 07:37
  • wtorek, 25 sierpnia 2015
    • Jeszcze jedno miasto, jeszcze jeden obiad

       

      Tym razem Kraków, restauracja Biała Róża, nieopodal Wawelu.

      I ulubione menu degustacyjne.

      Biała róża w Krakowie

      

       

      Biała Róża

      Bardzo lubię różnorodność na talerzu, a odpowiednie dobranie składników i smaków świadczy o klasie kucharza, o jego maestrii (lub jej braku).

      Menu degustacyjne jest zwykle popisem kucharza, zarówno od strony kulinarnej, smakowej, jak i od strony artystycznej, wygląd talerza jest równie ważny, jak smak.

      Oczywiście, za to się płaci, za te misterne miniaturki, ale – zwykle warto.

      W „Białej Róży” było warto.

      Pani kelnerka cierpliwie podawała nam wszystkie elementy, które znajdowałyśmy na talerzach, Marta pilnie je notowała, a ja fotografowałam. Oto, co dostałyśmy:

       Przystawka: rolada z węgorza wędzonego/ sorbet z pietruszki i mięty, z posypką z piernika/ sos malinowy/ mus z pora/ porzeczka czerwona/ jagody

      przystawka

       Zupa: chłodnik z ogórka małosolnego/ ser koryciński/ borówka/ jeżyna/ zioła/ puree z pomidora malinowego 

      zupa

      Danie główne: kotleciki jagnięce/ grasica/ kluski leniwe z serem/ fasolka szparagowa/ kalarepa/ marmolada różana/sos na winie

      danie główne

       Deser: ser bryndza w biszkopcie z sosem borowikowym/ mrożona beza/ sorbet malinowy/ karmel/ sos szafranowy/ pesto ziołowe 

      deser

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 sierpnia 2015 09:42
  • niedziela, 16 sierpnia 2015
  • środa, 17 grudnia 2014
    • Dobry stek? Zapraszam do Krakowa

      Od dawna już marzyło mi się spróbowanie steku wzorcowego i sprawdzenie, czy smakuje mi.

      Teraz jesteśmy już społeczeństwem wyedukowanym kulinarnie (w zasadzie!) i wiemy, że polskiej wołowiny stekowej raczej nie ma, bo hodujemy głównie inną, mleczną rasę bydła. Więc w sklepie raczej mięsa na steki nie kupię. Ale przecież są restauracje. Na przykład Ed Red w Krakowie. Gdzie kucharzem jest Adam Chrząstowski, znany z telewizji (poprzednio był kucharzem krakowskiej Ancory).

      Ed Red mieści się na ulicy Sławkowskiej, blisko Rynku, i zajęła miejsce „Metropolitan”, gdzie swego czasu bardzo lubiłam wpadać na lunch.

      Teraz jest tu trochę inaczej; wnętrze utrzymane jest w ciemnym, surowym drewnie, a główną specjalnością są steki; sezonowaną (czyli dojrzewającą) wołowinę można oglądać w lodówce stojącej przy wejściu.

      ed red

      No to zapraszam:

      Po przestudiowaniu karty dań, zaczęliśmy rozmowę z panią kelnerką na temat stopnia wysmażenia steków. Naszpikowana teorią, próbowałam uzyskać informację, czy lepiej będzie zamówić stek wysmażony w stopniu medium czy może medium well, a może well done? Na co panienka mówi:

      - To może ustalimy tylko czy chcą państwo stek bardziej czy mniej wysmażony, a jak będzie za mało wysmażony, to szybciutko dosmażymy.

      I potem stała nad nami, dopóki nie spróbowaliśmy pierwszego kęsa.

      - Dobry???? To życzę smacznego!

      Ale trzeba przyznać, że steki były super!

      Zamówiliśmy T-Bona (czyli rostbef z polędwicą na kości) oraz New York (rostbef)

       T-bone

      new york

      Steki podano na dużych grubych deskach, z miseczkami sosu (wzięliśmy berneński i z zielonym pieprzem i gorgonzolą). Steki były niesolone, ale wzdłuż prawego brzegu deski usypano płateczki soli, w których maczało się kawałki mięsa. Świetny pomysł!

      Rzecz jasna noże były specjalne, bardzo ostre.

      nóz do steków

      Do tego lampka czerwonego wytrawnego wina, miseczka frytek (niby grubych, domowych, ale trochę oklapniętych, niestety)

      Generalnie jednak, jeśli ktoś chciałby spróbować steka wzorcowego – polecam Ed Reda.

      Dodam, że tę krakowską degustację chciałam zestawić z moją degustacją steków w bistrze w Cannes w czasie wycieczki do Francji. Wówczas podane nam steki rozczarowały wszystkich; mięso było twarde i krwiste i nikt się nas nie zapytał, jaki stopień steków preferujemy.

      W tym zestawieniu - absolutnie steki krakowskie górą!

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Dobry stek? Zapraszam do Krakowa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      środa, 17 grudnia 2014 10:43
  • piątek, 05 września 2014
    • Menu degustacyjne w Krakowie

      Dawno już czaiłam się na przetestowanie menu degustacyjnego.

      Wiedziałam, że to będzie na pewno coś dla mnie: różnorodność i małe porcyjki. Idealne zestawienie, spróbować wszystkiego po trochu, a jak coś nie posmakuje, to nie trzeba będzie się męczyć i w dodatku żałować wydanej kasy.

      Przedstawiam zatem propozycję likusowskiej knajpki „Amarone” na rogu ul. Św. Tomasza i Floriańskiej w Krakowie (wejście od św. Tomasza).

       Amarone w Krakowie

      Za 5-daniowe menu lunchowe życzą sobie 50 zeta, i – myślę – jest to sensowna propozycja w kategorii menu degustacyjne (gdzie indziej jest znacznie drożej). A po zjedzeniu tego, co dali nie wyjdzie człowiek głodny (ja wręcz byłam objedzona).

      Menu zmieniane jest tu codziennie, ja miałam takie (nie odpisałam sobie z karty dania – zbyt byłam zaaferowana!, więc czasem będą to moje domysły, co jem):

      Pieczywo (czekadełko): 4 paluchy, 4 mini bułeczki, kolejne 2 mini bułeczki, ale jaskrawo żółciutkie, takie kanarkowo-słonecznikowe i zabawne kropelki masła (pieczywo dobre) – to na dwie osoby

      pieczywo w amarone

      Przystawka: przegrzebek (małż a może małża? św. Jakuba) zapiekana w sosie, podana na muszli  (pyszne)

      małż

      Pierwsze danie: spaghetti z sosem pomidorowym i paseczkami carpaccio (sos nie smakował mi, zbyt dużo było w nim kwasowości – może octu balsamicznego???)

      spaghetti w amarone

      Zupa: bulion z kawałkiem łososia i julienką marchewkową i chyba trawą cytrynową a może bambusem? (ciekawy, dominował smak łososia)

      bulion z łososiem

      Danie główne: polędwiczka z dziczyzny z sosem w towarzystwie ziarenek sklejonych –chyba karmelem - w nieregularne gałeczki, płatki brukselki i mus piankowy (polędwiczka i gałeczki – super! Brukselka koszmarnie przesolona!)

      dziczyzna w amarone

      Deser: piankowy mus arbuzowo-melonowy

      deser w amarone

      Do tego wzięłyśmy sobie (już extra płatne) białe wino wytrawne i wodę, aby smaki się nam nie mieszały.

      Nie mam doświadczenia, by ocenić, czy menu było dobrze skomponowane; 2 dania były morskie (przegrzebki i łosoś), jedno- dziczyzna i jedno – pasta. Nie kłóciły się smakowo, płynnie przechodziło się do kolejnego dania, a utrzymane były w tonacji jesienno-pomarańczowej. No i przepięknie podane!

      Przyznam, że gdybym miała możliwości (i finanse!) to chętnie przychodziłabym tu sprawdzać, „co dziś dają”. Szkoda, że na stronie internetowej nie jest publikowana lista menu dnia. Może chodzi o element niespodzianki:)

       Ciekawe wnętrze, pod gołym niebem (szklany dach!), dużo zieleni i sezonowe kwiaty – słoneczniki.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 05 września 2014 07:51
  • czwartek, 04 września 2014
    • Krakowskim szlakiem smaku

      Lubię tropić kuchnię regionalną i sprawdzać sławne, legendarne smaki, najlepiej u źródła.

      Dziś – po wczorajszej podróży do Krakowa - zapraszam na maczankę po krakowsku oraz kawę i kremówkę w słynnym „Noworolu” w Sukiennicach.

      Ze słynną maczanką nie jest prosto.

      Kiedyś słynęła z niej restauracja „Hawełka” na Rynku, ale dawno już tam jej nie ma. Z tego, co czytałam, to próbowała zdobyć z nią serca krakowian p. Gessler, ale też ślad po tym zaginął. Znalazłam maczankę w karcie restauracji „Konik na biegunach” na ul. Poselskiej. Okazało się, że tak, jest, choć „Konik” zmienił się w międzyczasie na „Czarną kaczkę”:)

      Wystrój lokalu szalenie mi się podobał; spokojny, stonowany, przytulny, z wszechobecną kaczką.

      czarna kaczka

      Ale serwowana kuchnia podobała mi się już o wiele, wiele mniej. Przynajmniej w kwestii maczanki.

      maczanka

      

      Bo w maczance karkówka była twarda, bułka zresztą też, a sos dość przeciętny smakowo. Trudno było to pokroić. Wielu znawców uważa, że bułką w maczance winna być kajzerka. O.k. – ale wtedy trzeba się nieco przyłożyć do kwestii podania. Albo użyć innej bułki. Nie wystarczy rozkroić ją i przełożyć mięsem. Sos powinien wsiąknąć w bułkę, spulchnić ją. A upiec karkówkę, żeby była miękka, to chyba żadna sztuka, prawda?

      Jestem na „nie” jeśli chodzi o maczankę w „Czarnej kaczce”.

       Czas na nobliwą kawiarnię „Noworolski” w krakowskich Sukiennicach.

      Noworolski

      Kawa po wiedeńsku i kremówka.

      kawa i kremówka

       W Krakowie „po wiedeńsku” znaczy się z bitą śmietaną. Skusiłam się, choć zasadniczo wolę czarną kawę, bez żadnych dodatków. I kawa i kremówka dobre, choć bez cudów i szczególnych zachwytów. Tyle, że ma się dokoła te dostojne, secesyjne wnętrza, no i widok na cudowny, krakowski Rynek. I panowie kelnerzy mili i skorzy do flircików:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Krakowskim szlakiem smaku”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 września 2014 10:34
  • czwartek, 07 sierpnia 2014
    • Kuchnia regionalna w praktyce

      Wyjazd do Krakowa to dobra okazja spróbowania wreszcie galicyjskiego specjału: maczanki po krakowsku. Tak sobie pomyślałam i wystukałam w necie, gdzie takową podają. "Bistro Krakowskie" u zbiegu ulic św. Anny i Wiślnej. Super! centrum miasta.
      Co się okazało na miejscu?
      Niestety, bistro nie istnieje, został tylko szyld i meble za brudną szybą w domu towarowym "Centrum".
      Nie wyszukałam sobie innej lokalizacji, i nie chciało mi się chodzić od lokalu do lokalu w poszukiwaniu maczanki.
      Poszłam do "Chłopskiego Jadła" przy ul. św. Jana. Powinno być regionalnie.
      czekadełko w chłopskim jadle

      chłopskie jadło na św. Jana
      Bardzo podobał mi się wystrój lokalu: ciemne drewniane stoły, ławy, poduchy z kogucikiem, wiklinowe lampy, kamionkowe naczynia. Przemyślana stylizacja, jednorodna, nie ma tu zbieraniny, typu każda rzecz z innej bajki. Nie ma chaotycznego nagromadzenia przedmiotów. Duży plus.

      wystrój chłopskiego jadła

      chłopskie jadło kolaż
      Kogucik to firmowy znak "Chłopskiego Jadła"; jest nawet w zabawnych tabliczkach na toaletach:)
      koguciki
      A jedzenie?
      Jest poprawne. Smaczne, ale bez cudów, nie rzuca na kolana.
      Załapałam się na michę pierogów (ruskie, z mięsem, ze szpinakiem, z kapustą i grzybami). Nie bierzcie tych kapustą - kwaśność aż wykrzywia.
      Kwas chlebowy mi smakował, ale tu nie jestem uprawniona do oceny; prawie zupełnie nie wiem, jak naprawdę winien on smakować. Być może tak właśnie jak tu.
      Było też gratisowe czekadełko, i to w ilości nie symbolicznej: pajda chleba (taki sobie), smalec, twarożek i ogórek kiszony.

      Słyszałam rozmowę pani przy sąsiednim stoliku: bardzo była rozczarowana, że nie ma bigosu, dla niej to kwintesencja chłopskiego jadła:) Jakoś nie zauważyła, że to nie sezon na taką potrawę, a pani kelnerka nie umiała jej nic sensownego powiedzieć.
      Dodam jeszcze, że do śledzika zamówiła sobie herbatę! ło matko!
      Zresztą niech się cieszy, że nie dostała bigosu z tej kapusty, którą ja miałam w pierogach! Stara jest już do niczego, a młodej kiszonej jeszcze nie ma.
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 sierpnia 2014 12:48
  • wtorek, 05 sierpnia 2014
    • Hardcorowy kumpir w Krakowie

      Lokalik przy Hali Targowej pod torami z kumpirami zdobywa sobie podobną sławę jak zapiekanki u Endziora na Placu Nowym na Kazimierzu.


      Krakowski kumpir

      To nie jest miejsce, gdzie można się umówić na romantyczną randkę. Ale jest to miejsce, gdzie tętni autentyczne życie zwykłego Krakowa, nie tego dla turystów, lecz tego zwykłego, codziennego. Dwa stoliki na zewnątrz wokół wiekiego okna, w którym wydaje się dania, tuż obok szum i charakterystyczny zapach parkujących i ruszających pojazdów, boksy z warzywami, kram z butami i pantoflami, rytmiczny stukok przejeżdżających pociągów. Przy mnie podjechała karetka pogotowia, wyskoczyła ratowniczka i poprosiła na cito 2 tradycyjne:) Dwie urzędniczki, wychodzące najwyraźniej z pracy, zagadały do siebie: o, widzisz, tu jest ten kumpir, reklamowany na forum!
      Podają tu tylko jedno danie - kumpir, czyli ziemniak, ale w różnych odsłonach.


      rodzaje kumpira

      Zanim tam trafiłam, myślałam że kumpir to polska potrawa, jakoś ta nazwa tak polsko mi brzmiała. I myślałam o rodowodzie wielkopolskim - tam przecież pyry z gzikiem to regionalny specjał. Ale nie, nie. Kumpir to danie rodem z Turcji. A ta polskość to przypadkowa zbieżność słów: kumpie to staropolska szynka.
      Czym więc jest kumpir? To wielki pieczony ziemniak z różnym nadzieniem. Bardzo sycący, nawet ten najuboższy, tylko ze śmietaną i prażoną cebulką.


      kumpir

      Ciekawe, czy się przyjmie w Krakowie i przetrwa? ....

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Hardcorowy kumpir w Krakowie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 sierpnia 2014 08:43
  • piątek, 07 lutego 2014
    • Czy przeminął czas kawiarni? Na marginesie książki „Antoni Uniechowski”

      Tyle się człowiek naczytał o tych wspaniałych kawiarenkach, o niepowtarzalnej, niezapomnianej atmosferze, o prowadzonych dyskusjach, o oryginalnych zachowaniach stałych bywalców – i to wszystko przy jednej filiżance kawy!

      Ot, właśnie skończyłam czytać książkę „Antoni Uniechowski czyli magiczne widzenie świata” Krystyny Uniechowskiej-Dembińskiej.

      Uniechowski

      I jest tam rozdział, w którym córka opowiada o swoim pobycie z ojcem, zaraz po wojnie, w Krakowie. I o przesiadywaniu w krakowskich kawiarniach.

      Posłuchajcie (a raczej poczytajcie) jako to było:

      

      "Pokój na Szymanowskiego, na trzecim piętrze był duży, pusty, słoneczny, z balkonem, a przed domem rozciągał się park Krakowski już cudownie zielony. Przechodziło się ścieżkami na ukos, szło Garncarską i już była Krupnicza i Dom Związku Literatów — ówczesna oaza życia twórców. Dalej dochodziło się do Plant, skręcało w lewo i już po drugiej stronie Karmelickiej kusiła Gospoda Aktorów. A jeśli szło się prosto ulicą Szewską, to wchodziło się na Rynek, w dzielnicę kawiarni i kawiarenek.

      Antoni Uniechowski zadomowił się w krakowskich kawiarniach. Najdłużej był wierny Noworolskiemu w Sukiennicach. Tutaj rysował. Były tam duże okna, więc było jasno, i wygodne kanapki. Starym zwyczajem rozkładał na stoliku rysowanie. Warsztat: ebonitowe pudełeczko z piórkami i pędzelkami, buteleczka tuszu, nieodstępna szmatka do wycierania piórek. Na kolanach kładł tekturową teczkę, na niej arkusz papieru. Rysunki lawował kawą. Odlewał trochę czarnej na spodek i tak spędzał długie godziny. Kelnerzy znali go, a ponieważ w Krakowie od stu lat pełno było artystów, takie rysowanie czy pisanie w kawiarni nikogo nie dziwiło.

      Inaczej było niż dziś w kawiarniach krakowskich, a zwłaszcza u Noworola. Nie roiły się tam jak teraz wycieczki, bo instytucja wycieczek jeszcze nie istniała. Nie było na Rynku tłumu umęczonych turystów, nie było ostentacyjnie młodzieżowej młodzieży. Ta młodzieżowość to też był późniejszy wynalazek. Moi rówieśnicy byli zdominowani przez ważny świat dorosłych, przez ich problemy i sposób bycia. Właściwie nikt nas, młodzieży, wówczas nie zauważał, a w każdym razie nie traktowano nas jako problemu. Musieliśmy dorosnąć i koniec. Słowem, młodzież nie wtargnęła jeszcze do kawiarni. Byłam wyjątkiem i strzegłam się, żeby nie nadużyć tego przywileju. Przy stoliku Ojca i jego znajomych siedziałam cicho jak mysz."

      Noworolski w Krakowie

       (zdjęcie ze strony www.kawiarni)

      

      Lata mijają i co rusz, któraś z kawiarni, mimo, że nadal istnieje, traci tę swoistą, niezapomnianą atmosferę i przestaje być Mekką elity (takiej czy innej) i tylko turyści i tropiciele (tacy jak ja na przykład) usiłują odnaleźć dawnego ich ducha.

      Z „Noworolem” chyba też tak się stało.

      Przyznam się, że właściwie nigdy tam nie byłam.

      Owszem, w czasie studiów uwielbiałam kawiarnie, ale Noworolski zawsze mnie onieśmielał, taki był ekskluzywnie elegancki, nie z mojej bajki, i zawsze myślałam, że nie stać mnie po prostu na bywanie u nich.

      A teraz, mimo że bywam stosunkowo często w Krakowie, i na kawę pewnie byłoby mnie stać, jakoś nadal czuję, że nie jest to miejsce dla mnie.

      Ale przechodząc obok (a trudno nie przechodzić, jako że Noworolski jest na środku Rynku, w Sukiennicach) widzi się, że ciągle jest tam ruch i mnóstwo ludzi.

      Ponoć kremówki są tam idealne…

      Kiedy wybieram się do Krakowa, zawsze jest to dla mnie czas wyjątkowy. Tak bardzo lubię tam być i zawsze starannie wybieram miejsce na obiad i na kawę.

      Może jednak zajrzę do Noworola niebawem? …..

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Czy przeminął czas kawiarni? Na marginesie książki „Antoni Uniechowski””
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      piątek, 07 lutego 2014 09:01
  • wtorek, 01 października 2013
    • Kuchnia indyjska w Krakowie

      Przygotowuję się do przyjęcia, na którym chciałabym podać dania kuchni indyjskiej.

      To trochę karkołomne wyzwanie dla kogoś, kto nigdy w Indiach nie był (znaczy dla mnie).

      Jednak po przypomnieniu sobie świetnej książki „Kari na bananowym liściu” autorstwa O. Sobańskiego i J. Pałęckiej – mam już jakie takie pojęcie o kuchni indyjskiej, o filozofii przygotowywania potraw, głównych składnikach tam używanych, rodzajach dań.

      Przyszedł czas na posmakowanie:

      Wybrałam restaurację w Krakowie „Indus Tandoor” przy ul. Sławkowskiej. Reklamuje się ona jako autentyczna, działa od 1988 roku, kucharzem jest Hindus.

      Wystrój ma elementy kultury indyjskiej, dużo starego złota w detalach (słonie, dzbany, lampy), ściany wyłożone wytłaczaną skórą, ciemne masywne meble. Trochę mroczno. Pozłacane, ozdobne, ciężkie sztućce, prosty fajans talerzy.

      Indus Tandoor

      sztućce w Indus Tandoor

      Zdecydowałam się spróbować tylu dań, ile byłam w stanie zjeść:) Zrobiłam założenie (przyznaję od razu – nie wiem czy słuszne – tu muszę się jeszcze dokształcić!), że na posiłek w rodzaju obiadu lub kolacji składają się: przekąska, zupa, danie główne.

      Jako przekąskę wybrałam samosy nadziewane pikantnymi ziemniakami i groszkiem z trzema rodzajami sosów, podane z surówką.

       samosy

      samosy w środku

      Samosy dobre, ale ostre. Jeden z sosów totalnie dla mnie za ostry, pozostałe dwa: pomidorowy i jogurtowy – pyszne!

       Potem zdecydowałam się na zupę dal z soczewicy.

       zupa dal

      Dla mnie nie do przyjęcia! Tak dużo przypraw miała w sobie, że była aż gorzka. I szalenie ostra. Na pewno chciałabym podać tę zupę u siebie (uwielbiam testować zupy z soczewicy z różnych kuchni narodowych), ale na pewno będę bardzo, bardzo ostrożna z przyprawami.

      Wiem, że pewnie się nie znam, że kuchnia indyjska musi być ostra, ale złagodzę ją, wyjaśniając oczywiście gościom modyfikację; w czystej postaci nikt by mi tak ostrych potraw nie zjadł!

       I danie główne: chicken tikka masala – kawałki kurczaka w marynacie pieczone w piecu tandoori, podane w kremowym sosie pomidorowym.

      chicken tikka masala

      Tym daniem jestem zachwycone! Pyszne, soczyste mięso kurczaka, w znakomicie wyważonym smakowo sosie, nie za ostre. Kurczak podany był w żeliwnym zgrabnym tygielku, postawionym na podgrzewaczu, do tego chlebek naan.

      N pewno spróbuję to danie u siebie podać.

      Ponieważ kuchnia indyjska nie uznaje żadnego alkoholu (z przesłanek religijnych), nie zamawiałam do posiłku żadnego wina czy piwa, mimo, że w karcie menu one są obecne. Zakończyłam posiłek po prostu zieloną herbatą.

      Nie wiem, czy menu tej krakowskiej restauracji jest reprezentatywne dla kuchni indyjskiej, ale mam nadzieję, że tak, i będzie dla mnie pewnym wzorcem.

      Byłam tam w dzień powszedni, ok. godz. 15 i ruch był spory, jak na krakowski lokal. Żadnego kłopotu ze stolikiem nie było, ale też lokal nie świecił pustkami.

      I jeszcze ceny: za przystawkę, zupę, danie główne i herbatę zapłaciłam 60 zł.

      Myślę, że warto tam zajrzeć:)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kuchnia indyjska w Krakowie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      negresca
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 października 2013 06:25

Kalendarz

Listopad 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Durszlak.pl